ELF – Goeyl’drin

Jest niewysokim, ale dość potężnie (jak na swoją rasę) zbudowanym elfem, o czarnych włosach i przenikliwym, zimnym wzroku amarantowych oczu. Ma 131 lat, czyli osiągnął dojrzałość (w elfim znaczeniu) około dwadzieścia lat temu.

Jego życie nie było usłane różami. Jego matką była Teluviel Błękitnooka – bardzo szanowana kurtyzana w jednym z droższych domów publicznych w Yerres w Garlandii. Ojcem był nieznany z imienia elfi rzezimieszek, który spędził w zamtuzie ,,Passiflora” zaledwie jedną noc. Dlaczego Teluviel zdecydowała się na dziecko? Tego nikt nie wie, nawet ona sama. Być może dlatego, że ów rzezimieszek był pierwszym, w miarę czystym elfem, jakiego spotkała? Co gorsza elfka już wkrótce pożałowała swojej decyzji. W szanowanym i luksusowym burdelu nie było miejsca na dziecko, szczególnie tak wolno dorastające jak elfie. Już po roku Teluviel musiała zmienić pracę.

Latami tułała się po kraju zarabiając na życie w jedyny znany sobie sposób – w przydrożnych karczmach, podejrzanych spelunach. Do żadnej ,,porządnej roboty” nikt nie chciał przyjąć jej z dzieckiem.. Mały Goeyl’drin dorastał bardzo powoli i stawał się dla elfki coraz większym ciężarem, choć starała się tego nie okazywać. Całymi dniami opowiadała małemu historie elfiego ludu, historię dzielnych wojowników walczących z orkami i krasnoludami, lub razem z brodatym ludkiem przeciw innym stworom. Jej plemię pochodziło z lasów niedaleko Caep-Y-Ril, czyli dzisiejszego Carril, stolicy królestwa Caenur. Opowiadała mu historię kataklizmu, kiedy to ziemią trzęsła się pod stopami a niebo waliło się do morza. Opowiadała mu historię jego przodków, dzielnie broniących swych puszcz przed barbarzyńskimi ludźmi. Historię jednego z pradziadów, wspaniałego łucznika z siejącym grozę magicznym łukiem. I historię zniewolenia ich ludu, zamiany dumnej i bogatej rasy elfów w bandę niewolników.

Często wieczorami, gdy matka wyruszała do pracy, w długie zimowe noce mały Goeyl’drin myślał o tym wszystkim. O tym, że czasy niewolnictwa tak naprawdę nie minęły. Wszyscy traktowali go z pogardą, jego matkę poważali tylko ci, którzy mieli do niej ,,interes” – a i to zazwyczaj tylko przed ,,sprawą”, rzadko po.

Często widział matkę pobitą i poobijaną. I poprzysiągł sobie, że kiedyś zabije wszystkich tych złych ludzi. Kiedyś oni będą skomleć u jego stóp błagając o litość. Kiedyś, gdy będzie silniejszy.

Raz nie wytrzymał. Był wtedy elfim młodzieńcem (miał może z 80 lat, co stawiało go na równi z 15-letnim człowiekiem). Matka wróciła do domu posiniaczona, w podartej sukni, z pręgami na plecach jak od pejcza. A on wiedział, pamiętał szczurkowatego, staro wyglądającego chudzielca, z którym matka poszła do jego pokoju. Zakradł się tam przez okno i poderżnął chudzielcowi gardło. Robił to powoli, zatykając człowiekowi usta, by ten nie wydał z siebie krzyku. Potem podpalił pokój – przez co spaliła się cala karczma. Goeyl’drin z radością patrzył na ten pożar, nawet jeśli teraz nie mieli już gdzie mieszkać.

Tułali się więc dalej po świecie – rok tu, rok tam. Poznawał świat, uczył się żyć z ludźmi. Wiedział jak ich pokonać – musiał stać się silniejszy i mądrzejszy, musiał dobrze poznać przeciwnika. Ludzie wokół starzeli się i umierali, a on dążył do celu. Zaczął naukę strzelania z łuku. Szło mu powoli, ale był wytrwały. Wiedział, że ma czas.

Którejś jesieni jego matka spodobała się ludzkiemu baronowi. Ten zaproponował, że zabierze ją ze sobą. I tak zamieszkali w małym zameczku niedaleko Aed Viscaal. Baron Rudiger Connor miał żonę i dzieci, ale chyba naprawdę lubił Teluviel, bo i jej i dorastającemu Goeyl’drinowi na niczym nie zbywało – ku zazdrości baronowej Virginii. Młody elf skumał się nawet z najstarszym synem barona, nastoletnim Harry’m – obaj szkolili się w łucznictwie i często razem polowali.

Wszystko zmieniło się parę lat później. Baron już się starzał, nie okazywał takiego zainteresowania matce Goeyl’drina – nie miał już sił na amory. Więc matka, by nie stracić swojej pozycji zrobiła coś, czego młody elf nigdy nie zrozumiał – uwiodła i oczarowała Harry’ego, wówczas już prawie dwudziestoletniego kompana swojego syna. Tego było za wiele. Goeyl’drin nie wytrzymał – podczas jednej z zimowych wypraw do lasu zabił młodzieńca, strzelając mu w plecy. Naszpikował ciało Harry’ego kilkoma strzałami, a żeby mieć pewność poderżnął mu jeszcze gardło. I nie wrócił już do zamku barona Connora.

Tułał się po świecie kilka miesięcy, zanim załapał się na posadę wykidajły w karczmie ,,Topór i Puchar” – średniej klasy gospodzie w portowym mieście Yarnal. Właściciel tego przybytku, Jonas Greenstone uważał, że elf jest do tej pracy idealny – większość biedoty bała się ponurego Goeyl’drina tylko dlatego, że miał szpiczaste uszy, niezależnie od jego młodego wyglądu. A że elf nie rozstawał się ze swoim nieodłącznym łukiem, to bardzo mało było burd w karczmie.

Ale i takie się zdarzały. Kilka mordobić na miesiąc sprawiło, że młody Goeyl’drin szybko nabrał krzepy – często musiał bić się bowiem na gołe pięści (według odwiecznej i niepisanej zasady bijatyka w karczmie nigdy nie odbywa się z użyciem broni, no chyba, że bardzo poręcznych kufli, krzeseł lub ław). Przez te kilka lat młody elf nabył rzadko spotykanej u swojej rasy siły, często pokonywał w walce na rękę potężniejszych od siebie ludzi.

Ale po paru latach pracy w karczmie znudziło mu się siedzenie w miejscu. Przyłączył się do karawany kupieckiej, która podróżowała po ościennych krajach. Kupiec Peterus McCreek handlował farbami i barwnikami do tkanin, a bazę swoją miał w Agartali – małym, spokojnym i nieco zaściankowym miasteczku na brzegu Morza Błękitnego. Często jednak udawał się na wyprawy, w których niezmiennie potrzebował ochrony. A ponieważ wiodło mu się całkiem całkiem, to nieźle płacił.

To na służbie u Peterusa Goeyl’drin poznał Svena Handberga, ludzkiego blondwłosego osiłka z północy. Nie narzucający się sobą i pomysłowy Sven przypadł do gustu elfowi. Spędzili ze sobą dużo czasu – na wyprawach kupieckich, czy też pilnując firmowych magazynów i farbiarni.

Sielanka nie trwała jednak długo. Peterus okazał się oszustem podatkowym i zalegał królowi na ogromną sumę. Kupiec próbował uciec, ale został złapany, poborca podatkowy zajął cały majątek, włącznie z ochroną (ktoś musiał tego pilnować). Ale po drugim miesiącu bez wypłaty ochroniarze się rozeszli – także Goeyl’drin i Sven.

Trzeba było znaleźć pracę. Jedyna jaka dostępna była od razu to roboty porządkowe – łatanie dziur w murach, odgruzowywanie spalonych kamienic – za mieszkanie, wyżywienie (podłe) i Srebrnego Szylinga dziennie. Ale lepsze to niż nic, w każdym razie do czasu, aż znajdzie się coś lepszego…

W tej samej brygadzie pracowała inna, dziwna para. Radosny niziołek Kal z dalekiego południa (najwyraźniej złodziejaszek i psotnik) i pilnujący go młody, blond włosy czarodziej Martin Frandsen. Obaj mieli co nieco na sumieniu (choć obaj oczywiście niesłusznie oskarżeni, he, he…). Cała ta czwórka przypadła sobie do gustu, szczególnie, że wszyscy myśleli o tym jak tu zarobić nie pracując, a przede wszystkim jak opuścić to cholerne, zaściankowe miasto…