CZARODZEJ – Martin Frandsen

Martin jest dość wysokim (175 cm), ale szczupłym blondynem, o bladej skórze i nieco północnych rysach. Urodził się w Aldarze, pochodzi ze szlacheckiej rodziny Frandsenów, która miała mały gródek na północy kraju. Miała, bo położony na nadmorskim wzgórzu gródek, oraz leżąca poniżej wioska stała się miejscem napadu dzikich nordlingów z północy. Nordlingowie przypłynęli kilkoma drakkarami o czerwonych żaglach, spalili wieś i napadli na otoczony palisadą gród.

Martin nie pamięta zbyt wiele. Miał wtedy niecałe sześć lat. Tylko czasami w nocy męczą go koszmary. Płonące w dole chałupy i krzyki mordowanych, horda wojowników wywijających wielkimi toporami i płonącymi żagwiami, którzy usiłowali podpalić jego dom. Dźwięk świszczących strzał. Płacz matki, Fridy nad ciałem jego ojca, Dennisa, w którego piersi tkwił jeszcze rzucony przez któregoś z nordlingów topór. Krzyk starszych sióstr, Anethy i Lille, usiłujących się wyrwać z uścisku potężnych ramion ognistookich wojowników. Trzaski walącej się, płonącej stajni i dochodzące z środka rżenie uwiązanych tam koni. Trzeba pomóc koniom, biednym, wierzgającym konikom. I kucykowi, Czarnogrzywemu…

Martin nie pamięta jak się wydostał, nie pamięta jak długo krył sie na wydmach, i w porastającej je wysokiej trawie. Nordlingowie odpłynęli następnego dnia, dalej na południe. Pozostały po nich tylko zgliszcza i trupy. I wszędzie pełno wron i innych trupojadów. Potworny, zapierający dech smród zwęglonych ciał. Młody koniuszy, kompan dziecięcych zabaw zwisający z pozostałości bramy, głową w dół i rozprutym brzuchem. Niańka Berith, rozciągnięta na stole, z rekami i nogami przywiązanymi do jego nóg – można było ją rozpoznać tylko po białym czepku, gdyż nie miała ubrania… ani twarzy. Tylko jedna istota żyła jeszcze w tym pogorzelisku. Brytan, ukochany pies Martina. Nie miał jednej z tylnych łap, na grzbiecie miał wypaloną sierść, ale żył.

W takim stanie, wśród trupów, śpiącego i obejmującego ukochanego kundla znalazł go kupiec Jasper, przyjaciel rodziny, który właśnie jechał do posiadłości Frandsenów z zamówionymi materiałami na rozbudowę gródka. Rozbudowę, której nigdy już nie będzie. Jasper przygarnął zapłakane dziecko. Ponieważ kilka lat wcześniej sam stracił i dziecko i żonę (nieudany poród), zaopiekował sie nim. A że znał Frandsenów od dawna, wiedział, że poza wujkiem Havaldem, znanym pijaczyną i kobieciarzem, chłopak nie ma innej rodziny. A oddać dziecka takiemu lekkoduchowi nie można. Jasper wziął wiec chłopca na wychowanie. Interes szedł mu dobrze, handlował głownie narzędziami stolarskimi i budowlanymi, dużo jeździł po Aldarze i krajach ościennych. Mały Martin potrzebował kilku lat, aby zapomnieć o tragedii swojej rodziny. Jasper zabierał go ze sobą w każdą podróż, nawet wtedy, gdy jego firma się rozrosła i wyjeżdżał coraz dalej i dalej, często w kilka wozów z ochroniarzami. Dzieciak starał się być pomocny, ale najwyraźniej nie miał smykałki do pracy kupca. Interesowały go inne rzeczy, często, gdy jego przybrany ojciec zatrzymywał się w większych miastach, chłopak często znikał na całe godziny, podziwiając cuda, jakie spotykał.

Martin miał 12 lat, gdy zdarzyło się coś, co odmieniło jego życie. Podróżowali z Saandviken do Aed Viscaal z przygodnym kompanem, dziwnym starym i małym człowieczkiem, który zwał się Gabriel Haas. Ponury, tajemniczy mały człowieczek, potrafił opowiadać o dalekich krajach, dawnych czasach, duchach i potworach. Mały Martin zasłuchiwał się w jego opowieści. Po kilku dniach wspólnej podróży musieli jedną noc spędzić w lesie. I stało się dokładnie to, czego Jasper się obawiał – zostali napadnięci przez rozbójników. Dwaj strażnicy padli od strzał od razu, podobnie jak woźnica drugiego wozu. Trzeci strażnik zginął od ciosu włóczni. Napastników było pięciu. Jasper i jedyny pozostały przy życiu strażnik wyszli przeciw nim uzbrojeni, ale pewnym było, że nie zdołają stawić czoła przeciwnikom – pięciu potężnym osiłkom uzbrojonym w szable i topory. I wtedy ten mały, niepozorny człowieczek stanął pomiędzy Jasperem a bandytami. Jego skóra była dziwna, jakby nagle stała się granitowa. Mimo tego bandyci wybuchnęli śmiechem. Jeden z nich rzucił toporkiem, drugi wystrzelił z kuszy – ale i toporek i bełt z brzękiem odbiły się od kamiennej skóry. Człowieczek zaczął intonować jakieś dziwne słowa; nagle za plecami bandytów, w błysku i tumanie dymu pojawił się potężny, trójgłowy pies, o lśniącej srebrzyście skórze. Potem z palców człowieczka wystrzeliła błyskawica, zwęglając na miejscu dwóch rzezimieszków. Pies zagryzł kolejnych dwóch i pogonił za trzecim, który zdążył rzucić się do ucieczki. W chwilę później z lasu doszedł Martina i innych przeraźliwy krzyk – niezawodny znak, że ostatni z bandytów jednak nie zdołał uciec.

Wtedy właśnie po raz pierwszy Martin spotkał czarodzieja i zobaczył prawdziwe czary, a nie jarmarczne sztuczki. I zakochał się w magii. Jeszcze przez parę następnych dni podróży zanudzał Gabriela pytaniami o czary, potwory i naukę. Poznał też gadającego kota Maksymiliana, chowańca, jak to określił Gabriel. Kot większą cześć dnia przebywał w formie małej czarnej figurki.

Przybrany ojciec chłopca, Jasper wiedział, że takiego zainteresowania już się nie da stłumić. Większość ludzi, w tym on sam podchodziła z rezerwą do magii, lub wręcz się jej bała. Jeśli jednak ktoś już załapał bakcyla, to ciężko to było wyperswadować. Poprosił więc Gabriela, by wziął chłopaka za ucznia. Ten po całym dniu zastanawiania zgodził się, ku radości Martina i smutkowi Jaspera. I tak chłopiec trafił do czarodziejskiej pracowni w małym miasteczku Agartala.

Jako uczeń czarodzieja nie miał łatwego życia. Wkrótce okazało się, że Gabriel nie przyjął Martina wyłącznie z dobrego serca – wychowanie jednego ucznia było jednym z warunków przyjęcia do tajnej gildii czarnoksięskiej, o której mistrz nigdy nie mówił. Poza asystowaniem mistrzowi Gabriel miał sporo obowiązków. Sprzątanie, gotowanie, czytanie zwalistych ksiąg. Pomagał mistrzowi w pracowni alchemicznej i sprzątał po nieudanych eksperymentach. Jasper odwiedzał go od czasu do czasu, ale coraz rzadziej, czasami mijał rok, czy dwa pomiędzy jego wizytami.

Mistrz często miewał humory, czasami na długie dni zamykał się w swej pracowni, albo w piwnicy. Martin tylko raz tam był, Gabriel stanowczo zakazał mu tam wchodzić samemu. W wielkiej sali, na podłodze było kilka magicznych pentagramów, dziwny ołtarz i wiele, wiele świeczników. Czasami, gdy mistrz zamykał się na klucz z środka dochodziły dziwne dźwięki, w szparach pod drzwiami błyskały wielokolorowe światła. Niezmiennie po takim seansie mistrz był zły, albo smutny. Z czasem Martin wiedział, że chodziło o przywoływanie demonów i cieszył się, że Gabriel ma tyle mocy, żeby przywołane stwory odesłać z powrotem do ich macierzystych światów.

Z upływającymi latami nauka Martina szła coraz lepiej, jeśli nie liczyć paru eksplozji w pracowni alchemicznej. Uczył się pierwszych zaklęć do znudzenia powtarzając słowa inkantacji i odpowiednie gesty. Pierwsze zaklęcie przywołania okazało się fiaskiem – przyzwany potężny i magiczny szczur rzucił się na chłopaka, zamiast go słuchać, na szczęście mistrz zawsze był w pobliżu – choć pewnie dlatego, że obawiał się o całość swojego domu, a nie o zdrowie ucznia.

I wreszcie nadszedł dzień próby. Z południa przyjechali dwaj czarodzieje, by poddać Martina testowi. Musiał pochwalić się próbką czarów, odczytać magiczny pergamin, zidentyfikować magiczny pierścionek, ukryty w sakiewce z normalną biżuterią. Kolejny test, to stworzenie magicznego zwoju – co jak się okazało przydało się następnego dnia. Ostatni test odbył się w piwnicy z pentagramami. Jeden z przyjezdnych czarodziejów przyzwał małego mefita i kazał Martinowi zmierzyć się z nim. Z drżącymi rękami i nogami młody czarodziej stanął na wyznaczonej arenie. Jak, ze swoimi ograniczonymi możliwościami mógł pokonać demona, choćby tak pomniejszego jak mefit?

Walka się zaczęła. Nietoperzoskrzydły mefit rzucił zaklęcie , osmalając Martinowi twarz i opalając włosy. I zaczął latać dookoła. Następne jego zaklęcie chybiło – niewielka kulka ognia rozbiła się na ścianie. I wtedy Martin wpadł na pomysł. Zdjął sznur, którym przepasana była jego szata i zaintonował zaklęcie. Po chwili animowana lina pognała w stronę zdziwionego mefita i spętała go – usiłująca latać na jednym skrzydle istotka spadła bezradnie na posadzkę. Martin dobiegł do niej, wypowiedział kolejną magiczną formułę i z jego palców wystrzeliły płomienie. Pieczony żywcem mefit wrzeszczał potwornie, aż po chwili zniknął w błysku czerwonego światła. Czarodzieje pogratulowali Martinowi, a mistrz Gabriel był wyraźnie dumny i zadowolony. Mógł teraz zostać przyjęty do upragnionej gildii, której nazwy do końca nie zdradził.

Wkrótce po wyjeździe gości okazało się, że przyszedł czas rozstania. Mistrz nie potrzebował już ucznia, a poza tym wyruszał w daleką podróż na południe. Martin musiał więc ruszyć własną ścieżką. Nie było wielkich pożegnań, ani uścisków. Martin, zabierając swoje najpotrzebniejsze manatki po prostu wyszedł na ulicę.

Wkrótce okazało się, że żywot tak niedoświadczonego czarodzieja nie jest wcale prosty. Czasem Martin żałował, że nie uczył się u mistrza iluzji – wtedy przynajmniej mógłby zarabiać na targowisku pokazując magiczne sztuczki.

Kilka zaoszczędzonych Złotych Koron wystarczyło zaledwie na parę dni, a praca dla czarodzieja może by się znalazła – ale takiego doświadczonego, albo lepiej z pracownią alchemiczną. A dom nieobecnego Gabriela został magicznie zamknięty. Wkrótce mieszek się opróżnił, głód zajrzał w oczy. Martin spróbował więc swych sił jako kuglarz. I wszystko byłoby dobrze, gdyby pierwotnych sukcesów w żonglerce nie próbował podeprzeć czymś efektowniejszym. Chciał przywołać istotę z innego świata – miał nadzieję, że na jego wołanie stawi się niebiański pies, lub jeszcze lepiej jastrząb – oba wyglądały pięknie i dostojnie, a na dodatek były bardzo posłuszne. Niestety tym razem na zawołanie stawił się szczur. Olbrzymi, potworny szczur, wielkości małego owczarka, z dwoma kłami ociekającymi jakimś zielonym śluzem i wijącym się wężowatym ogonem. Publiczność – a trochę się jej zebrało – wpadła w popłoch mimo zapewnień, że zwierzę jest niegroźne. I zjawiła się straż miejska. Aresztowała biednego Martina, sędzia w ratuszu był niewzruszony – ,,za zakłócenie spokoju obywateli na targu i zniszczenia mienia w postaci trzech straganów i części towaru na nich się znajdującego, skazuje się Martina Frandsena na dwa miesiące robót publicznych”.

No i zamieszkał Martin w baraku robotników. Na dodatek dostał pod opiekę małego niziołka, złodziejaszka, który zupełnie przypadkiem został oskarżony o kradzież na rynku. Taa, przypadkiem… Prędzej mi tu kaktus… W każdym razie mieli się pilnować nawzajem – ucieczka jednego z nich to podwojenie wyroku dla drugiego. Ale jak tu upilnować wszędobylskiego niziołka?.

No i zaczęła się praca – zalepianie dziur w murach, oczyszczanie zawalających się lub spalonych kamienic. W tej samej brygadzie byli jeszcze ponury elf Goeyl’drin i blond włosy siłacz, Sven Handberg. Cała ta czwórka przypadła sobie do gustu, szczególnie, że wszyscy myśleli o tym jak tu zarobić nie pracując, a przede wszystkim jak opuścić to cholerne, zaściankowe miasto…