DRUIDKA – Amber

Pewnego późnojesiennego wieczoru do zamku rodziny Carmichael zawitała para wędrowców. Oczekiwanych wędrowców. Zamek, położony o dwa dni drogi na zachód od portu Solymar, w głębi caenurskich puszcz przygotowywał się właśnie do przetrzymania zapowiadającej się na ciężką zimy roku 635 Po Kataklizmie. Dwójka gości, którzy przybyli była właśnie częścią tych przygotowań – była to bowiem para bardów, wędrownych minstreli, zaproszonych do spędzenia zimowych mrozów w ciepłym zaciszu położonego na uboczu zamku. On, człowiek imieniem Patricio, około 30-sto letni brunet, i jego towarzyszka , elfka imieniem Galamirra, bursztynowowłosa piękność znani byli podówczas dość szeroko w całym Caenur i dużej części Garlandii, zarówno ze swego kunsztu śpiewaczego i instrumentalnego, jak i z wielce hulaszczego trybu życia jaki prowadzili. Oboje uwielbiali huczne zabawy. Patricio, jak na człowieka bardzo przystojny , mimo młodego wieku złamać zdołał już wiele serc niewieścich, nawet wśród dziewoji wysoko urodzonych, wielu zrozpaczonych ojców, szlachciców, hrabiów i baronów poprzysięgło na nim pomstę za rozpacz swych córek, które Patricio swymi kunsztami zdobywał, wykorzystywał i rzucał. Jego towarzyszka, Galamirra, zachwycała publiczność niezliczonych karczm, festynów i szlacheckich przyjęć swą urodą, śpiewem i tańcem, po czym uwielbiała opróżniać sakiewki gości – najczęściej bezlitośnie ogrywając ich w karty i kości, ale także bardziej konwencjonalnymi metodami – nie stroniła bowiem od kradzieży, szczególnie po upojnej nocy z przygodnie napotkanymi arystokratami.

Tak więc sławna para, zaszczuta i ścigana przez bogato urodzonych mścicieli oraz lichwiarzy, u których elfka zadłużała się regularnie by pokryć swe długi karciane, z radością przyjęła zaproszenie Lorda Lucasa Carmichaela i jego małżonki, poczciwej Tamary, była to bowiem okazja, aby zniknąć na jakiś czas z oczu wścibskich wierzycieli i zazdrosnych mężów.

Czy Carmichaelowie wiedzieli o złej sławie zaproszonej pary? Wielce możliwe, że tak, aczkolwiek najwyraźniej im to nie przeszkadzało. Widzieli w nich tylko osłodę dla długich, zimowych wieczorów, spędzanych w ciszy i spokoju odludnej posiadłości, przy grzejącym miło kominku. Na dodatek Carmichaelowie nie mieli dzieci – ani córek, które mogły paść łupem Patricia, ani synów, którzy na pewno zostaliby zbałamuceni przez Galamirrę – gdy tylko będzie ona w stanie bałamucić. Bo w chwili przyjazdu nie mogła tego robić — elfka była w ciąży.

Czy ojcem tego dziecka był Patricio? Całkiem prawdopodobne. Bard się tym nie przechwalał, ale wielokrotnie dał do zrozumienia małżeństwu Carmichalel iż dziecko jest jego. Czy było tak naprawdę? Tego być może nie wiedziała nawet sama Galamirra.

Dziecko przyszło na świat w dniu przesilenia zimowego, roku 635-go PK. Zamieć świszczała za oknami zamku (bo zima tegoż roku faktycznie była bardzo ciężka), gdy Amber wydała z siebie pierwsze dźwięki. Imię nadano jej ze względu na odziedziczone po matce bursztynowe włosy.

Rodzina Carmichaelów wyprawiła z okazji narodzin wielkie przyjęcie. Małą Amber od samych narodzin zajęto się po szlachecku, żeby nie powiedzieć, po królewsku – w niczym jej nie zbywało. Bezdzietne małżeństwo bardzo przywiązało się do maleństwa – i nic dziwnego, sami bowiem nie mogli mieć potomstwa. Lord Lucas był emerytowany kapitan królewskiej floty, który stracił nogę podczas bitwy morskiej u wybrzeży Moran – a było kilka lat wcześniej, w czasie, gdy królestwo Caenur potajemnie wspierało powstańców z wyspy Moran, którzy walczyli przeciw rządom imperium Akwitanii. Jego małżonka, Tamara pochodziła z Robleva, ze zubożałej rodziny hrabiowskiej. Oboje przekroczyli właśnie czterdzieści wiosen i porzucili nadzieje na własne latorośle. Bardzo chcieli zatrzymać to dziecko, które przyszło na świat pod ich dachem, ale nie wiedzieli jak przekonać do tego parę wędrownych bardów…

Problem rozwiązał się za nich sam. Gdy przyszły pierwsze roztopy, na początku marca 636-go roku, Patricio i Galamira, krańcowo znudzeni monotonnym, zimowym zamkowym życiem po prostu uciekli, zostawiając dziecko pod opieką piastunki.

Dlaczego para minstreli porzuciła dziecko? Tego nie wiadomo. Być może posiadanie dziecka nie pasowało do ich trybu życia – wiecznych ucztowań, hulanek, popijaw i hazardu. A być może Galamirra nie chciała narażać córki na niewygody życia wiecznych włóczęgów, i widząc jak Carmichaelowie pokochali to dziecko, stwierdziła, że nigdzie nie będzie mu tak dobrze, jak właśnie w miejscu swych narodzin…

Co się dalej działo z parą bardów? Nie wiadomo nic pewnego. Podobno, w obawie przed wierzycielami i mścicielami uciekli daleko na południe – do Akwitanii i dalej, do wolnych portów Hanzy. W każdym razie na północy dawno już o nich nie słyszano. Zresztą Patricio musi już obecnie dobiegać sześćdziesiątki. Czy Galamirra jest z nim dalej? Bardzo wątpliwe, znając jej charakter. A to wszystko, przy założeniu, że w ogóle jeszcze żyją…

Carmichaelowie dostali więc od losu upragnionego potomka, dziewczynkę, półelfkę imieniem Amber. I wywiązali się z obowiązków związanych z tym darem wzorowo.

Kolejnych kilkanaście lat Amber spędziła na zamku swych przybranych rodziców. Choć rodzina nie była oszołamiająco bogata, małej półelfce nigdy niczego nie brakowało, stała się oczkiem w głowie nie tylko lordostwa, ale i wszystkich mieszkańców zamku, a szczególnie niańki Dorine – która niańką została z przypadku, gdyż będąc pokojówką Carmichaelów straciła własne dziecko tuż po porodzie, w kilka tygodni przed narodzinami Amber. I Dorine również pokochała małą Amber jak własną córkę.

Dzieciństwo upłynęło więc spokojnie, aż do pamiętnego roku 655-go, roku w którym Amber kończyła dwadzieścia lat. Ale nie dane było jej spędzić tych urodzin z przybranymi rodzicami.

Był to bowiem rok, w którym z południa, z Akwitanii, przez Garlandię zjawiła sie w Caenur plaga czerwonej szarańczy. W lipcu, gdy do żniw było jeszcze daleko i ludność z czterech okolicznych wiosek, podlegających pod protektorat Lorda Carmichaela przygotowywała się dopiero do zbiorów, plaga szarańczy przekroczyła rzekę Gwynlech, zaledwie o dwa-trzy dni konnej jazdy na południe od zamku. Wielka, czerwona szarańcza (niektórzy twierdzą, że magicznie stworzona przez czarnoksiężnikow akwitańskich) niszczyła wszystko na swojej drodze – pola uprawne i lasy stawały się pokarmem wielkiej chmary owadów, które nie zostawiały po sobie nic poza łysymi drzewami i ścierniskami – uprawy i trawy wyżerane były przez te zmutowane kilkunasto-centymetrowe owady do samej gleby.

Jasnym stało się, że szarańcza pojawi się w okolicy na długo przed żniwami i zniszczy wysiłek wielu rodzin ze wszystkich czterech wiosek.

Lord Carmichael, któremu na sercu leżało dobro powierzonej mu ludności nie mógł patrzeć na to obojętnie. Udał się po pomoc do jedynego człowieka, który mógł w tej sytuacji cokolwiek zaradzić – do druida Gregoriusa.

Druid nie dał się początkowo przekonać do jakiejkolwiek interwencji. Wszak szarańcza, nawet w postaci plagi, to zjawisko naturalne, żywe istoty i druid nie mógł ingerować w naturalny przebieg rzeczy – taka już rola tych owadów, aby pożerać wszystko, co stanie na ich drodze. Długo trwały pertraktacje, długo Lord Lucas przekonywał druida, aby ten zgodził się zapobiec jakoś nadchodzącej katastrofie. I w końcu negocjacje dały skutek – ale cena, jaką przyszło zapłacić Carmichaelom była wysoka. Musieli oddać na wychowanie druidowi swoje dziecko. Swoje przybrane dziecko. Swą ukochaną Amber.

Ale cóż mieli zrobić? W obliczu utraty zbiorów, w obliczu głodu, jaki zimą na pewno zapanowałby w podległych im wsiach, w obliczu dziesiątków, jeśli nie setek zmarłych z głodu poddanych… Zgodzili się.

Nie zgodziła się sama Amber – wówczas już podlotek. Ale ona akurat nie miała zbyt dużo do powiedzenia. Druid, po tym, jak faktycznie udało mu się odpędzić plagę i zmusić chmurę owadów do ominięcia ziem Carmichaelów zgłosił się po swoją zapłatę i zabrał młodą półelfkę ze sobą. Trzeba ją było związać i zakneblować, potem widziano jak druid przez większą część drogi do puszczy niósł ją na własnych ramionach, gdyż nie chciała iść.

Poszli głęboko w puszczę. Bardzo głęboko, do jednej z siedzib druida.

Cóż to była za męka dla Amber, przyzwyczajonej raczej do dworskiego życia. Najpierw ,,spacer” przez lasy, puszcze tak dzikie, że nie śniło jej sie, że mogą takowe istnieć. Potem życie w lesie – bez wygód, śpiąc na sienniku ze słomy, w prostych szałasach skleconych z suchych gałęzi.

Georgius nie pożałował dziewczynie żadnej z atrakcji życia w puszczy. Zimne noce, deszcze, wichury i burze spędzane pod gołym niebem szybko zahartowały młodą półelfkę. Nie miała innego wyjścia, jak tylko poddać się temu; na początku próbowała co prawda uciekać, ale najpierw w jej ucieczce przeszkodził potężny niedźwiedź, który nieomal ją rozszarpał. Druga próba zakończyła się na dnie głębokiego wąwozu, z którego ściany spała. Trzecia i ostatnia próba również nieomal zakończyła sie utratą życia – dziewczyna niemalże zamarzła w lesie podczas pierwszych listopadowych mrozów – Georgius znalazł ją w ostatniej chwili, gdy wokół zbierały się już głodne wilki, czekając na świeży posiłek.

Dzięki magicznym leczniczym mocom ziół druida Amber wyszła i z tej opresji, i przetrzymała pierwszą swą zimę w dziczy.

Drugi rok w lesie był już łatwiejszy. Nie mając innego wyjścia dziewczyna coraz bardziej wsłuchiwała się w słowa i opowieści druida. I coraz bardziej ją to ciekawiło. Zobaczyć jak zima ustępuje wiośnie, jak budzi się do życia natura. Ujrzeć jak wszystko rozkwita w ciepłym majowym słońcu… Zobaczyć naturę w pełnej krasie lata i jej majestatyczne obumieranie na jesieni, w przygotowaniu do kolejnej zimy.

Po roku Amber ani myślała wracać. Pokochała las, pokochała zwierzęta i rośliny. Zgrozą napawało ją wspomnienie, gdy zimą na zamku opatulała się w futra bogom ducha winnych zwierząt, po to tylko, żeby było jej tylko trochę cieplej. O ileż przyjemniej było wtulić się w futro Czarnej Łapy, wilczego towarzysza druida Georgiusa.

Mijały lata, Amber poznawała naturę i coraz bardziej zżywała się z nią. Po trzech latach Georgius zabrał ją na powrót do cywilizacji – i zobaczyła działanie ludzi w zupełnie nowym świetle. Karczowanie lasów, po to tylko, żeby wybudować nowe machiny wojenne, albo wielkie bojowe okręty, tudzież dlatego, że jakiemuś wielmoży znudziła sie sosnowa komoda i zapragnął mieć dębową. Zabijanie i hodowla dzikich zwierząt – lisów, norek, jedynie po to, aby zadufane hrabianki miały na każdą zimę nowy wybór futer, mufek i czapek. Nie, młoda półelfka nie lubiła już ludzi, cywilizacji i zgiełku, i całego tego brudu i zniszczenia, jaki cywilizacja niosła ze sobą. Była pojętną i rozsądną uczennicą druida…

Raz tylko go zawiodła, gdy w swych wędrówkach zatrzymali się na noc w małym miasteczku Dartamon, nieopodal Konyaru. Zanocowali w karczmie – jej mistrz, Georgius spotykał się z kimś ważnym, jednym ze swoich przyjaciół czarodziejów. Ona została w gospodzie. I dała się ponieść, odezwała się w niej natura matki i ojca.

W karczmie trwała bowiem zabawa, śpiewy i tańce. Podrywana przez przystojnych młodych mieszczan przeholowała z napitkami, a żyłka do hazardu, którą odziedziczyła po matce, pociągnęła ją za sobą. Noc była długa i upojna. A rankiem… rankiem Georgius nie był zadowolony. Wręcz przeciwnie, był wściekły. Postanowił ją zostawić tu, gdzie tak dobrze i miło spędzała czas. I odszedł.

Amber prosiła go i błagała, by dał jej jeszcze szanse, by jej nie odtrącał. Driud jednak nie zważał na jej słowa i łzy, tylko poszedł w las. Cóż mogła zrobić biedna odtrącona dziewczyna, pozostawiona na pastwę ludzkiej cywilizacji, jej pokus i grzechów?

Poszła za druidem.

Nie było to łatwe, wszak wiadomo, że druida w lesie nie można wytropić. Amber ufała jednak swej intuicji, zaufała zewowi natury.

Nie pamięta dokładnie ile dni szła z miasteczka Dartamon do siedziby driuda. Pamięta jednak wszystko, co działo się po drodze. Poraniona przez kolczaste krzewy, pogryziona przez rosomaka, z ręką złamaną w ucieczce przed wielkim pająkiem, okradziona przez leśne skrzaty z zapasów żywności. Ale ta sama natura, która czasami próbowała ją zabić dała jej także życie. Pamiętając nauki Georgiusa bez problemu znajdowała jadalne jagody, grzyby i korzenie. Pamiętając jego przestrogi omijała niebezpieczeństwa, często spostrzegając je dużo wcześniej, niż zwykli ludzie mogliby to zrobić.

Doszła, wymęczona, umorusana i poraniona, ale doszła. A tam, przed szałasem opartym o skalną ścianę czekał na nią Georgius. Czekał i uśmiechał się…

Dużo później, z jednej z rozmów z nim wywnioskowała, że przez cały czas jej samotnej wędrówki przez puszczę był niedaleko, że czuwał nad nią, choć nigdy wprost się do tego nie przyznał. Cóż, jeśli tak rzeczywiście było… Niczego to w zasadzie nie zmieniało. Poradziła sobie przecież sama.

Nauki trwały dalej. W piątym roku terminu u druida poznała magię. Ale nie chaotyczną, nieobliczalną i pochodzącą ,,z zewnątrz” magię czarodziejów. Poznała magię drzemiącą w samej naturze. W zwierzętach, roślinach. W leśnych strumieniach i głazach. We wszystkim, co ją otaczało. I wkrótce nauczyła się ją wykorzystywać.

Wczesną wiosną, dziewiątego roku nauki, a był to rok 664-ty Po Kataklizmie, pewnego ranka druid Georgius zebrał sie, by wyruszyć w – jak się wydawało – kolejna wędrówkę po puszczy, którą się opiekował. Tym razem jednak zakazał swej uczennicy pójść ze sobą. Zdziwiło to bardzo młodą druidkę, ale nie śmiała sie przeciwstawić. Pozostała w ich wspólnej siedzibie i czekała na powrót mistrza, a jej umysł przedstawiał jej coraz to gorsze wizje – nigdy wcześniej nie widziała bowiem swojego mistrza tak poruszonego i – wydawałoby sie – przestraszonego.

Georgius wrócił dopiero po pięciu dniach – i czarne wizje Amber okazały się niezbyt dalekie od prawdy. Druid był ciężko ranny, rany były poważne, zaognione i ropiejące. Młoda półelfka była przerażona, nie mogła sobie wyobrazić co mogło tak zmaltretować tak doświadczonego mistrza. Nigdy tak na prawdę nie dowiedziała się. W ciągu następnych tygodni z rzucanych z rzadka półsłówek i nocnych majaków pogrążonego w gorączce druida uzyskała tylko mętny obraz tego co się stało.

Coś strasznego pojawiło się w lesie, istota nie pochodząca z tego świata. Istota przywołana przez jakiegoś szaleńca, zapewne jednego z żądnych władzy czarnoksiężników, lub też kultystów któregoś z mrocznych bóstw. Istota będąca zaprzeczeniem wszelkich naturalnych praw. I jej mistrz, Georgius ją wyczuł, lub też dowiedział się o tym fakcie od samej natury – zwierząt i roślin. Ruszył by zatrzymać tę istotę i wygnać ją z naszego świata.

I udało mu się, choć zapłacił wysoką cenę. Większość ran z trudem, ale zagoiła się, jednakże choroby, którą ze sobą przyniosły nie udało się wyleczyć, ani zwykłymi, ani magicznymi metodami.

Mistrz Georgius zaczął słabnąć. Z dnia na dzień robił sie coraz bardziej blady i osłabiony. Ani on sam, ani tym bardziej Amber nie byli w stanie temu zapobiec.

Jedynym wyjściem okazało się szukanie pomocy u innych druidów. Uczennica i mistrz udali się więc do największego zaczarowanego gaju w całym Caenur, w którym często zbierali się członkowie tajnego druidycznego kręgu – najpotężniejsi druidzi w północnych krainach. Przybyli w samą porę – połączona magia druidów z najwyższego kręgu była w stanie powstrzymać, a przynajmniej wyhamować rozwój choroby Georgiusa. Jednakże tylko zatrzymać, ale nie wyleczyć. Do tego brakowało bowiem jednego ważnego składnika. Lek na tą nieziemską chorobę można było przyrządzić tylko z oleju z wątroby mantikory, połdemonicznej istoty o ciele lwa, skrzydłach nietoperza i skorpionim, bardzo jadowitym ogonie.

Tyle, że mantikor nie widziano w Caenur z górą 500 lat… Chodziły jednak głosy, że w górach, daleko na wschodzie żyją jeszcze te bestie. Być może któryś z żyjących bliżej gór alchemików miałby ów składnik w swoich zapasach, gdyż olej ten wykorzystywany jest także w innych alchemicznych dekoktach i eliksirach. Jedno było pewne – nie będzie to tani składnik, jego wartość równała się jego wadze – nie, nie w złocie, ani nawet nie w mithrilu, ale w najczystszych diamentach. Tak więc parę uncji oleju z wątroby mantikory warte było niezłą fortunę. Więc może łatwiej znaleźć mantikorę i zabić? Do tego potrzebne było doświadczenie, gdyż istoty te są potężnymi bestiami, nie znającymi strachu drapieżnikami…

Złożony chorobą Georgius, tymczasem bezpieczny – bo będąc pod stałą opieką druidów mógł liczyć jeszcze na kilka lat życia – nie mógł być obecny przy ostatniej próbie Amber – próbie, po której mogła być uznana za prawdziwą druidkę. Nowy mistrz półelfki, druid Hasperus dokończył naukę i przeprowadził próbę. Jej pierwsza część polegała na teście przeżycia w lesie – z pomocą oswojonej, olbrzymiej sowy Hasperus wywiózł młodą druidkę w najdziksze ostępy puszczy – wszystko, co musiała zrobić, to wrócić do magicznego gaju i kręgu menhirów położonego w jego środku. Dla Amber, która raz już przeżyła cos podobnego nie sprawiło to większego problemu – choć podróż, jak się okazało zajęła ponad tydzień. Druga część odbyła się w magicznym kręgu – tam Amber, uśpiona magicznymi ziołami podążyła do sfer ducha natury, by znaleźć swój totem, swoje zwierzę strażnicze. I tę próbę młoda druidka przeszła, choć mistrz zaskoczony był tym, iż zwierzęciem które ją wybrało była żmija. I takie też zwierzę, dzięki magicznemu rytuałowi związane zostało z druidką nierozerwalną więzią.

Zostawiwszy chorego mistrza Amber wyruszyła z Hasperusem do Bouvetty, by tam rozpocząć swą wędrówkę w poszukiwaniu egzotycznego leku. Jej nowy opiekun miał jednak względem niej nieco inne plany. Sam był bowiem członkiem tajnego ,,Bractwa Winnego” – i do tegoż bractwa wciągnął młodą druidkę. Dziewczyna zgodziła się wstąpić dobrowolnie – choć nowy mistrz nie zdradził jej wszystkich tajemnic Bractwa jasnym dla niej było, że zamierza ono przeciwdziałać nadejściu jakiegoś wielkiego zła, które pojawić się może na tym świecie już niedługo. Nie uchroniło to jednak Amber przed specyficznym, stosowanym w Bractwie rytuałem lojalności – na dziewczynę nałożona została klątwa ,,geas”, uwarunkowana tak, by wykonywać miała – pod groźbą straszliwej choroby – wszystkie polecenia bractwa, a pod groźbą śmierci nie mogła nikomu zdradzić swej wiedzy o tym tajnym stowarzyszeniu.

I juz wkrótce, bo wczesną jesienią bractwo miało dla niej pierwsze zadanie. Młoda druidka udając akuszerkę udała się do zamku hrabiostwa de Agostinich, gdzie miała się spotkać z hrabiną Natalią, jedną z informatorek bractwa, która już długo nie dawała znaków życia. Amber znalazła ją w dobrym zdrowiu, aczkolwiek nieco rozkojarzoną – i to nie tylko przez pogłoski o potworze, który grasował w okolicy. Korzystając z okazji hrabina wysłała druidkę do lasu, gdzie grasował podobnież ów rozszarpujący ludzi potwór. Dwa tygodnie spędziła Amber poznając okolicę i tropiąc stwora – wreszcie jej podejrzenie padło na osiadłego w okolicy satyra – choć było to dziwne, gdyż satyry raczej stronią od ludzi, a jeśli już to psocą raczej i kradną, niźli zabijają. W każdym razie wtedy, na początku października roku 664-go, znalazłszy kryjówkę tegoż podejrzanego satyra Amber natknęła się na czwórkę awanturników, którzy przemierzali las w poszukiwaniu tegoż samego ,,potwora”. Czwórka ta – niziołek Kal, czarodziej Martin, elfi wojownik Goeyl’drin i siłacz z północy Sven również jak się okazało wysłana została przez hrabinę. Dalej losy całej piątki miały potoczyć się już wspólnie. Dla Amber przyłączenie się do takiej gromady miało swoje zalety – w grupie łatwiej stawiać czoła przeciwnościom losu, no i takiej dobrze uzbrojonej bandzie łatwiej będzie upolować mantikorę… albo zdobyć fortunę potrzebną do zakupu oleju z jej wątroby…