NIZIOŁEK – Kal Dalgren

Jak u wszystkich niziołków jego imię ma znaczenie w języku hobbitów. Kal znaczy ,,lis”, dal – to przynoszący, dostarczyciel, gren – to święto, zabawa, uciecha. Tak więc Kal Dalgren znaczy ,,lis przynoszący radość, zabawę”. Przydomek ,,błyskostopy” to rzecz nabyta, ale o tym później.

Kal urodził się w statecznej niziołkowej rodzinie, na południu. Jego rodzina od wieków zajmowała się uprawą winnic i produkcją poważanego, głownie przez niziołków, ale nie tylko, wina. Te winnice znajdowały sie o parę dni drogi na północ od miasta portowego Salabrena w Vallei, kraju leżącym w południowej części półwyspu Quahl.

Mały Kal wychowywany był na porządnego niziołka, w poszanowaniu domowego ciepła, spokoju i ciszy. Jednak wszystkie zabiegi matki Kal’a (czyli Mirandy Dalgren), będącej wzorcem niziołkowej opiekunki domostwa, spełzły na niczym – mały Kal uwielbiał dalekie podróże, aż do granic spokojnej krainy niziołków, gdzie spotkać mógł ,,dużych ludzi”, którzy najwyraźniej prowadzili ciekawsze życie niż rodacy Kala – z których większość zazwyczaj nie oddalała się od domu dalej niż na kilka mil – bo to była odległość, z której zawsze zdążyło się wrócić na śniadanie/drugie śniadanie/przekąskę/lunch/deser/podwieczorek /drugi podwieczorek/obiad/deser(nr. 2)/wczesną kolację/późną kolację (niepotrzebne skreślić).

Gdy Kal nieco podrósł, ojciec (bardzo stateczny właściciel winnicy) po długich namowach dał się ubłagać i zaczął zabierać syna na wyprawy kupieckie do Salabreny. Zresztą, nie miał specjalnie wyjścia, gdyż rozeźlony odmową Kal zaczynał głodować – tzn. jadł TYLKO trzy razy dziennie. Zdarzyło się też, że przywiązał się do koła wozu, czego o mało nie przypłacił życiem, gdyż wóz był już zaprzężony w kuce, a te ruszyły bez woźnicy, uciekając przed ujadającym psem sąsiadów. Mały Kal przejechał kilkaset metrów kręcąc się razem z kołem u wozu…

Wyprawy do Salabreny to było to co małemu niziołkowi najbardziej odpowiadało. Zobaczył prawdziwe miasto dużych ludzi, zobaczył wielkie morze, sięgające aż po horyzont. Widział targowiska i karczmy, w których zawsze działo się coś ciekawego – nie tak jak w jego rodzinnych, nudnych i smętnych winnicach. Oczarowali go duzi ludzie, tacy różnorodni i inni od niziołków, z zazdrością patrzył na otrzaskane w podróżach krasnoludy. Podobały mu się strasznie ludzkie ozdoby – świecące i błyszczące pierścionki, wisiorki, broszki i kolczyki.

Ojciec jeździł do Salabreny kilka razy do roku – a to było zbyt mało dla rezolutnego Kala. Po którejś z kolei podróży (szóstej, może siódmej) postanowił, że się ,,zgubi” w mieście. No i jak sobie zamierzył – tak zrobił. Podczas pierwszego noclegu w mieście uciekł z pokoju ojca przez okno i po dachach kamienic ruszył w miasto. Najpierw trafił do dziwnego miejsca. Było to pierwsze otwarte okno jakie spotkał, w którym coś ciekawego się działo. Piękna blond włosa pani gimnastykowała się intensywnie (sądząc po częstych westchnieniach, najwyraźniej wynikających ze zmęczenia) wspólnie z czarnowłosym jegomościem z bródką, na dodatek, zapewne z powodu upału robili to nieprzyodziani…

Była to pierwsza blondwłosa kobieta, jaką Kal widział. I tak się zapatrzył, że gdy zauważył, że oni go zauważyli – już było za późno. Mężczyzna złapał kala za kark, wyniósł z pokoju, zniósł dwa piętra na dół, do wielkiej sali (w której również działy się bardzo ciekawe rzeczy), po czym bezceremonialnie wyrzucił na zewnątrz. I to było pierwsze spotkanie Kala z miejskim brukiem, przynajmniej z takiej odległości.

Dopiero parę miesięcy później dowiedział się dlaczego reakcja tego jegomościa była tak gwałtowna. I że para wcale się nie gimnastykowała…

Po pierwotnym uderzeniu o bruk i nurkowaniu w kałuży Kal nie wiedział jeszcze, że to będzie jego dom na długie miesiące. Bez rodziców, a szczególnie ojca i jego zawsze pełnej sakiewki miasto już nie było tak przyjemne. Ale chęć przeżycia czegoś ciekawego była dużo silniejsza. Raz czy dwa tylko Kal przypomniał sobie o rodzicach i pomyślał, że być może się martwią… Ale przecież nie mieli powodu. Zobaczy tylko trochę świata i do nich wróci.

I tak ulice Salabreny stały się jego domem. Kradł by nie umrzeć z głodu, zwiedzał miasto, wciskał się tam, gdzie go nie chciano, wracał tam, skąd go wyrzucano, i stał się zmorą targowisk – przekupki widząc go już z daleka podnosiły krzyk. Atakował sam, lub ze zgrają kumpli, ludzkich chłopców, z których każdy był o połowę młodszy od niego, i o głowę wyższy. Ale Kal był zawsze od nich zwinniejszy i szybszy. I wreszcie dostał propozycję nie do odrzucenia. W zasadzie, to ktoś wreszcie złapał go za rękę i to dosłownie – a to nie było proste, nawet mimo tego, że ręka Kala znajdowała się w cudzej sakwie. Ale ten człowiek, wysoki, chudy i brzydki, był od Kala – co niewiarygodne – szybszy. No więc mając do wyboru skręcenie karku, albo pójście z tym człowiekiem, Kal zdecydowanie wybrał to drugie.

Człowiek ten nazywał się Esteban Marquez i był – jak się później okazało – jednym z zastępców szefa gildii złodziejskiej w Salabrenie, niejakiego Cristobala ,,Czarnej Ręki”. I zaproponował Kalowi pracę.

Praca okazała się bardzo ciekawa, w zasadzie Kal robił to samo co do tej pory – czyli głównie kradł. Znajomi złodzieje uczyli go różnych sztuczek, czasami nosił wiadomości do innych członków gildii. Był specem w otwieraniu domów od środka – z łatwością biegał bowiem po dachach i wślizgiwał się przez okna. Ze względu na swój mały rozmiar łatwo było go wrzucić, lub podsadzić do uchylonych lufcików, i tak dalej, i tak dalej.

Trwało to kilka lat, a gildia dobrze prosperowała. Mały Kal stał sie po prostu Kalem, choć z punktu widzenia niziołków nie stał się jeszcze pełnoletni (nie ukończył jeszcze 33 lat), to był już całkiem doświadczony. Kompani nazywali go błyskostopy – gdyż widać było tylko zazwyczaj jego bose stopy, gdy nocą przemykał po dachach Salabreny.

I wreszcie przyszedł ten dzień. Było to późną wiosna. Pierwsza samodzielna akcja. Od początku do końca miał sam obmyślić plan, wykonać i wrócić z prezentem dla Cristobala. Kal upatrzył sobie bogatego kupca. Łaził za nim parę dni, by stwierdzić, że kupiec (opasły, stary grubas) mieszka na statku, zacumowanym przy jednym z nabrzeży portowych. Ponieważ trap był strzeżony Kal wspiął się na pokład. Bez trudu znalazł kajutę kupca (zgarniając po drodze parę błyskotek) i zwinął z jego kufra małą złotą figurkę, ozdobioną szlachetnymi kamieniami. Zadowolony z siebie Kal już miał opuścić statek. Wyszedł na korytarz, gdy usłyszał kroki i głosy. Czym prędzej wskoczył do jakiejś kajuty (dość bogatej, jak zdążył zauważyć) i schował się w pustej skrzyni. Pech chciał, ze owe głosy były głosami dwóch tragarzy, którzy wnieśli wielki kufer do tejże samej kajuty, i na dodatek postawili go na skrzyni, w której siedział Kal.

I tak Kal wyruszył w podróż swojego życia. Statek odbił od brzegu o świcie, z porannym odpływem. Sztylet złamał się, gdy biedak chciał wyciąć sobie wyjście w ściance kufra. Ciężar na wieku był zbyt wielki dla małego niziołka. Zamknięty w pułapce, głodny i spragniony, drugiego dnia podróży musiał się ujawnić.

Kapitan Flavio Bettega, w którego kajucie, jak się okazało Kal się ukrył, nie był specjalnie zadowolony. I tak niedoszły licencjonowany złodziej stał się licencjonowanym majtkiem pokładowym.

Szorowanie pokładu i garów w kuchni, wspinanie po rejach, bieganie na posyłki – Kal nie mógł narzekać na nudę. Jak tylko statek przybijał do portu niziołek był zamykany. W skrzyni, w komórce, gdzie się dało, zawsze pod okiem czarnoskórego i łysego osiłka Kalunda, bo tak brzmiało jego imię, okazał się jednak dobrym człowiekiem i z czasem pozwalał wychodzić Kalowi z więzienia, choć zgodnie z rozkazem kapitana Bettegi nigdy nie wypuszczał niziołka na ląd.

Kal widział wiele miast i portów i z czasem zaczął zaprzyjaźniać się z murzynem. Zrozumiał bowiem, że musi uśpić jego czujność. Był więc bardzo grzeczny za każdym razem, gdy ,,Biały Narwal” przybijał do brzegu.

Kapitan Bettega wiódł swój statek na północ, tak daleką, ze Kalowi nawet nie śniło się, że kiedykolwiek tam dotrze. Wreszcie okręt zawinął do małego portu wśród lasów, u ujścia niewielkiej rzeki. Niziołek stwierdził, że czas wprowadzić swój plan w życie. Oczywiście został razem z Kalundą na statku, ale oczywiście dobrotliwy czarnoskóry osiłek szybko wypuścił go z kufra. Siedzieli więc i popijali piwo na pokładzie. Biedny osiłek jednak nie wiedział, ze Kal dodał mu do piwa środka przeczyszczającego (znalezionego przypadkiem u kapitana Bettegi). Niziołek podtruł przyjaciela z ciężkim sercem, ale cóż – nie mógł spędzić reszty życia na statku…

Gdy po zmierzchu Kalunda po raz kolejny udał się za potrzebą Kal wreszcie zwietrzył swoją szansę. Zszedł ze statku tak, jak na niego wszedł – po linie cumowniczej. I oto Agartala stanęła przed nim otworem. Miast inne niż te, które Kal znał. Pełne ludzi o jasnej skórze i blond włosach (co na południu było rzadkością). Podobno była tu pora roku, którą miejscowi nazywali zimą, kiedy z nieba padał biały i zimny puch – niziołek pomyślał, że musi to zobaczyć.

Kilka następnych dni Kal spędził na zdobywaniu gotówki. I szło mu całkiem nieźle, zaczął już myśleć o dalszym kierunku swojej wyprawy, bo Agartala była małym i dość biednym miastem. I pewnie by to zrobił, gdyby nie pech – został – niesłusznie – oskarżony o kradzież cudzej sakwy na targu rybnym. Pech chciał, że okradziony kupiec zauważył stratę właśnie wtedy, gdy stał niedaleko Kala, czającego się na sakiewkę dobrze ubranej pokojówki. Oskarżenie padło na Kala, a ten zaś – bo oczywiście próbował dać nogę – na straż miejską. I na nic wytłumaczenia, na nic prośby. Wszyscy wiedzą jak to jest: elf ukradł, niziołka powiesili. Dwa tygodnie robót publicznych i całkowity przepadek mienia (czyli wszystkiego co Kal miał przy sobie).

I tak Kal trafił do brygady oczyszczającej zrujnowane pożarem kamienice. Majster twierdził, że niziołki dobrze nadają się do wspinania na niepewne belki i stropy. Cóż było robić… Tym bardziej, że niziołkowi został przypisany ,,opiekun” – Martin Frandsen, początkujący czarodziej, który również musiał odpracować swe winy. Obaj mieli się nawzajem pilnować. W tej samej brygadzie byli jeszcze ponury elf Goeyl’drin i blond włosy siłacz, Sven Handberg. Cała ta czwórka przypadła sobie do gustu, szczególnie, że wszyscy myśleli o tym jak tu zarobić nie pracując, a przede wszystkim jak opuścić to cholerne, zaściankowe miasto…