CZŁOWIEK – Sven Handberg

Sven jest dobrze zbudowanym , dość wysokim (183 cm) blondynem o bladej cerze i nieco północnych rysach. Urodził się w biednej pasterskiej rodzinie na północy Loddirr, o tydzień drogi na północ od Saandviken. Jego ojciec, Horst opuszczał rodzinę na całe lato, żeby z innymi pasterzami wypasać owce u podnóża Gór Cienia, matka, Anke zostawała w domu, żeby wychowywać dzieci. A rodzinka była liczna – Sven urodził się jako dziewiąte dziecko – miał pięciu starszych braci i trzy siostry.

Wkrótce po narodzeniu Svena ojciec wrócił do domu, wraz z innymi pasterzami. Był zrozpaczony i ranny, podobnie jak jego rodacy – opowiadali straszne historie o dziwnych potworach, które zeszły z gór, wymordowały i pożarły niemal wszystkie owce i mocno poharatały pasterzy. Wyglądały podobno jak orki, ale były większe, ich skóra pokryta była bąblami i naroślami, z których sączył sie zielony śluz.

Parę dni po powrocie z gór pasterze zaczęli chorować, a po nich reszta wioski. Na ich ciała również wystąpiły pęcherze i dziwne narośle z których sączyła się zielonkawa wydzielina. Każdy kto się z nią zetknął również po paru dniach padał złożony chorobą.

Starszyzna wioski wysłała paru chłopów po medyka do leżącego o kilka dni drogi miasteczka Gaaben, ale ci nigdy nie powrócili. Choroba w międzyczasie zbierała swe żniwo – praktyczne każdy zarażony umierał w ciągu tygodnia. Tak Sven stracił matkę i siedmioro rodzeństwa – przeżył tylko jeden z jego starszych braci, Olof, wówczas dwunastolatek. Przeżył również ojciec, ale po utracie żony i większości potomstwa stał się dziwny, niektórzy mówili, że szalony.

Sven, mimo, że był ledwie oseskiem przeżył zarazę bez większego szwanku. Wszyscy, którzy przeżyli dziwili się jak to było możliwe, ale wykraczało to poza granice ich pojmowania. Odpowiedzi nie znaleźli też obwoźni handlarze, którzy później dotarli do wioski, ani wędrowny druid, który odwiedził osadę w miesiąc po ustaniu zarazy.

Mały Sven rozwijał się nad podziw zdrowo. Praktycznie całą opiekę nad nim sprawował jego starszy brat, Olof, gdyż ojciec często wychodził z domu na parodniowe wycieczki, a gdy pozostawał pod rodzinnym dachem był małomówny i jakby nieobecny.

Gdy Sven miał siedem lat ojciec po raz pierwszy zabrał go na wyprawę pasterską. Razem z dwoma innymi pasterzami z wioski wyruszyli późną wiosną w góry, aby znaleźć dobre pastwiska dla owiec. Ale pewnego wieczoru ojciec nie wrócił do obozowiska, choć miał tylko zbadać okolicę w poszukiwaniu nowych pastwisk. Następnego dnia pasterze poszli szukać Horsta, a siedmioletni Sven pozostał w obozowisku sam. W nocy usłyszał w oddali wycie wilków, jakiś czas potem dalekie i stłumione krzyki ludzi. Przerażony schował się najgłębiej jak mógł w swoim namiocie i przeleżał tam całą noc – dochodziły go tylko odgłosy stada wilków atakującego owce.

Nad ranem było już po wszystkim. Najedzone wilki odeszły, pozostawiając za sobą zabryzganą owczą krwią łąkę, na której zostało kilkanaście okrwawionych owczych szkieletów. W krzakach wokół polanki znalazł trzy mocno okaleczone, ale żywe zwierzęta – ale wiedział, że nie mógł im już pomóc. W geście litości dobił swoje własne owce. Jedną z nich wyciągnął z chaszczy i oprawił – tak, jak pokazywał mu to kiedyś starszy brat. Wiedział, że czeka go długa droga do domu i musiał mieć co jeść, a był zbyt mały by polować.

Z powrotu do domu Sven niewiele zapamiętał. Wie tylko, że uciekał i chował się wiele razy przed wielkimi bestiami, udało mu się nawet umknąć górskiemu trollowi. Wyczerpany i wygłodzony wędrówką nawet nie wie ile dni zajął mu powrót do osady. Jego brat Olof ze smutkiem przyjął wieść o zaginięciu ojca, ale nie dał po sobie tego poznać – teraz on stał się głową rodziny.

Przez następnych kilka lat Sven dorastał razem z bratem we względnym spokoju. I to rósł na potęgę! W wieku trzynastu lat wzrostem przerósł swego brata i był od niego silniejszy. A ponieważ stracili wszystkie owce z pasterzy stali się drwalami – mały Sven często pomagał bratu i innym robotnikom w ich pracy i wcale nie był najsłabszy.

Późną jesienią tego roku, gdy Sven ukończył 13 lat w wiosce pojawia się banda. Byli to banici z południa, pod wodzą jednookiego Larsa Dzikiego Borsuka, który wraz z pięcioma kompanami ukrył się w górskiej osadzie, by przeczekać zimę z dala od ścigających go żołnierzy.

Banda została całą zimę, terroryzując wioskę. Jej członkowie maltretowali pasterzy i drwali, zabijając kilku z tych ostatnich, aby okazać swoje zdecydowanie i zniechęcić pozostałych do jakiegokolwiek buntu. A Lars upodobał sobie młodzieńca, robiąc z niego posłusznego sługę, pod groźbą zabicia jego brata.

Na wiosnę banda ruszyła dalej, porywając ze sobą Svena. Udali się na południe, terroryzując kolejne wioski, spędzając życie w przydrożnych karczmach, udali się do królestwa Roblev, gdzie stróże prawa nie byli tak silni, a za to łatwo przekupni.

Sven próbował parę razy uciekać, ale za każdym razem spotykała go sroga kara (chłosta, głodówka lub przymusowe kąpiele w zimnych strumieniach). Zdołał poznać resztę kompanii – szczurkowatego człowieczka Anzelma, który potrafił zawsze znaleźć Svena w czasie jego ucieczek. Potężnego, łysego Terrela, który potrafił bić bardzo mocno, ale często siłował się z małolatem w celach treningowych. Był w bandzie też czarnowłosy i wymuskany skalda (często używający krzykliwego makijażu) imieniem Zelig, obeznany nieco w czarodziejskich sztuczkach i potrafiący wszędzie wejść dzięki swej gładkiej mowie, lub dość przekonywującym iluzjom. Był ponury wojownik Hobard, o twarzy pociętej wieloma bliznami. Po paru miesiącach dołączyła też do nich młodo wyglądająca półelfka Muriel, niezła łuczniczka uwielbiająca zabijać bezbronnych i napawać się widokiem ich śmierci – a wymyślała przy tym wiele sposobów, na myśl o których włos się do dziś Svenowi jeży.

Banda szalała na terenie Robleva i wolnych księstw przez kolejne dwa lata – napadając kupców, rabując chłopów i przepuszczając zdobyte fundusze na zabawy w miejskich karczmach i łapówki dla urzędników i żołnierzy. I trwałoby to pewnie dalej, gdyby nie zapędzili się do księstwa Elsvaar, gdzie akurat przebywał kontyngent armii carcassońskiej, wracający po wycięciu jakiegoś plemienia elfów na wschodnich rubieżach. A ponieważ za głowy Larsa i jego kompanów (na szczęście Sven nie pojawiał się na listach gończych) wyznaczone były solidne nagrody w złocie (do 200 koron za całą bandę) paru oficerów z owej brygady postanowiło sobie ,,dorobić” i urządziło obławę.

Sven pamięta te dni jak przez mgłę. Była to jesień, liście złociły się i czerwieniły w lasach, przez które uciekali i w których się ukrywali. Byli głodni i zziębnięci śpiąc w zimne jesienne noce gdzie się dało. Członkowie bandy ginęli powoli, w kilkudniowych odstępach. Ponury Hobard został rozstrzelany w jakiejś wiosce, do której poszedł w poszukiwaniu prowiantu. Zelig został pojmany, gdy swoimi czarami próbował osłonić ucieczkę pozostałych – jego ciało zawisło potem na bramie jakiegoś małego miasteczka i wisiało, dopóki nie zżarły go wrony i nie pozostał po nim tylko szkielet. Szczurkowaty Anzelm zginął w walce z niedźwiedziem, gdy uciekając przed obławą próbowali ukryć się w napotkanej jaskini. Potężny i łysy Terrel padł w walce, powalony kilkoma strzałami i nadziany na parę bojowych żołnierskich pik, na których znalazła się później jego głowa. Sven, Lars i Muriel przedostali się nad rzekę Yarrę, by uciec do Caenur . Wtedy, nad samą rzeką obława dopadła ich po raz ostatni. Wymęczeni, ranni i głodni spędzili noc wśród nadrzecznych trzcin chowając się przed pościgiem. Wtedy to Sven, mający lat 15 stracił dziewictwo – posiadła go półelfka, oszalała z nadmiaru adrenaliny spowodowanej ciągła walką i ucieczką.

A o świcie następnego dnia już zginęła. Dopadło ją kilkunastu żołnierzy i zatłukło grubymi pałkami. Lars wskoczył do wody, by ostatecznie uciec przed pościgiem, Sven nie widząc innej możliwości zrobił to samo.

Następną rzeczą, którą pamiętał było to, że obudził się na skrzypiącej łodzi. Jak się okazało z wody wyciągnęli go marynarze – w jego boku, ramieniu i udzie tkwiły carcassońskie strzały. Marynarze z małego kupieckiego statku nie sądzili, że chłopak przeżyje, rany były poważne, ale on po paru dniach wydobrzał. Statek płynął do Rudnicy, sporego miasta w Roblevie i tam też Sven pożegnał swych wybawców.

Nie długo cieszył się wolnością. Ledwie parę dni trwało, nim został spity w jakiejś karczmie przez przygodnie napotkanego, bardzo miłego i hojnego jegomościa. Kolejnego ranka Sven obudził się w strzeżonym transporcie, z innymi podobnymi młodzieńcami, jadącym do niedalekiego garnizonu roblevskiej armii.

I tak Sven został żołnierzem. Odebrał w miarę solidne szkolenie, a to głownie dzięki sadystycznemu sierżantowi Vitalisovi, który uwielbiał pastwić się nad swoimi podwładnymi. Życie żołnierza okazało się wcale nie takie łatwe. Oddział przenoszony był z miejsca na miejsce, głownie na północ w obronie przed najazdami orków i sporadycznie nordlingów. Sven wziął udział w paru większych potyczkach, zazwyczaj bez większych ran – mimo młodego wieku był silniejszy i wytrzymalszy niż wielu starszych od niego. Sierżant Vitalis wróżył mu niezłą karierę w armii. Ale Sven był innego zdania. Gdy drugiej zimy na służbie oddział przeniesiony został na południe, niedaleko tej samej Rudnicy, w której odbył się niedobrowolny zaciąg, Sven zdezerterował, wsiadając na jedną z rzecznych barek odpływającą z portu. Zszedł na ląd daleko poza granicami Roblevu, bezpieczny i wolny.

Następne lata spędził w poszukiwaniu pracy. Ze względu na swą posturę dość łatwo znalazł najpierw pracę wykidajły w podłej spelunce w Aed Viscaal, a potem ochroniarza u pewnego kupca. Zmieniał pracę jeszcze wielokrotne, aż wreszcie trafił do kupca Peterusa McCreek’a, który handlował farbami i barwnikami do tkanin, a bazę swoją miał w Agartali – małym, spokojnym i nieco zaściankowym miasteczku na brzegu Morza Błękitnego. Często jednak udawał się na wyprawy, w których niezmiennie potrzebował ochrony. A ponieważ wiodło mu się całkiem całkiem, to nieźle płacił.

To na służbie u Peterusa Sven poznał Goeyl’drina, czarnowłosego młodego, ale ponurego elfa. I mimo, że rok spędzili razem, Sven nigdy nie nauczył się poprawnie wymawiać jego imienia – Gojldrin, Geldrin, Gejldrin… Tfuu… Mimo tego polubili się – a może raczej obaj traktowali się z szacunkiem. Elf podziwiał umiejętności walki toporem Svena, ten zaś kunszt używania łuku przez Goeyl’drina. Spędzili ze sobą dużo czasu – na wyprawach kupieckich, czy też pilnując firmowych magazynów i farbiarni. Sielanka nie trwała jednak długo. Peterus okazał się oszustem podatkowym i zalegał królowi na ogromną sumę. Kupiec próbował uciec, ale został złapany, poborca podatkowy zajął cały majątek, włącznie z ochroną (ktoś musiał tego pilnować). Ale po drugim miesiącu bez wypłaty ochroniarze się rozeszli – także Sven i Goeyl’drin.

Trzeba było znaleźć pracę. Jedyna jaka dostępna była od razu to roboty porządkowe – łatanie dziur w murach, odgruzowywanie spalonych kamienic – za mieszkanie, wyżywienie (podłe) i Srebrnego Szylinga dziennie. Ale lepsze to niż nic, w każdym razie do czasu, aż znajdzie się coś lepszego…

W tej samej brygadzie pracowała inna, dziwna para. Radosny niziołek Kal z dalekiego południa (najwyraźniej złodziejaszek i psotnik) i pilnujący go młody, blond włosy czarodziej Martin Frandsen. Obaj mieli co nieco na sumieniu (choć obaj oczywiście niesłusznie oskarżeni, he, he…). Cała ta czwórka przypadła sobie do gustu, szczególnie, że wszyscy myśleli o tym jak tu zarobić nie pracując, a przede wszystkim jak opuścić to cholerne, zaściankowe miasto…