duzoblota

W jaskini

Tak, tak, zaprawdę powiadam wam, waszmościowie, wspaniale jest sobie poćmić fajeczkę z wieczora. A i tytoń, macie panie przedni, nie ma co.

duzoblota

Nie jest to co prawda ziele z Tarnostu, które miał żem kiedyś okazyję z niziołkami sobie palić, ale przednie. Krasnoludzkie, mówicie, z twierdzy Garraz-Nor? Przednie. Kto jak kto, ale krasnoludy też dobre ziele robią. Zawsze się żem tylko zastanawiał, jak oni pod ziemią je uprawiają. Musi być jakaś ciemnolubna odmiana.

Tak, ale wracajmy do naszej opowieści. Dobrze, przypomnę ostatnią część, com ją przed tą fajką opowiadał. A więc bohaterowie nasi przez las ruszyli, razem z Levecque’m, łowczym, co drogę na skróty znał i za przewodnika się zaoferował. Już pierwszego dnia niebezpieczeństwa ich w lesie spotkały. Najpierw niedźwiedź potworny, wielki niczym dąb, co go tego, no kolte… kolet… kolektywnie zarąbali, acz elf niemal tego życiem nie przypłacił. Sven go zarąbał w końcu, ale wielki strach był… Że co, że nie ma takich wielkich niedźwiedzi? Może wtedy były. A może końfabulancja taka moja. Ważne, co elf poharatany nieco z tego wyszedł, ale mu Martin eliksiru na zdrowie dał. Nie, nie krasnoludzkiego spirytusu, chociaż i to pewnie by pomogło. O ile by elfa nie zabiło, boć to ma 150% wódki w wódce.

Ale wróćmy do rzeczy. I do tego, jak się niziołek w żywe pnącza zaplątał w jarze, gdzie wilk na łanię polował. Szczęściem Sven dość silny był, co by go przytrzymać, Goeyl’drin pnącza pociął, a Levecque je przypalił i przeszli jakoś. A na pierwszy nocleg w opuszczonej chacie przyszło im stanąć. I wtedy niziołka duch byłego właściciela opętał, i zaczął miksturę jaką tajemną sporządzać, co przed demonami i innymi złymi duchami miała chronić. A i o miksturach różnorakich niziołek wiedzy tajemnej dostał od tegoż ducha, co po zrobieniu eliksiru wreszcie spocząć mógł w spokoju.

Następnego dnia na bagna weszli, a łowczy ich brzegiem prowadził. A tam, w trzcinach wiedźma ich zdybała i do swojej chatki zmamiła, drogę im zmylając. Ale nie była groźna, choć wielki warg, jakich się teraz już nie spotyka, dla jej ochrony cały czas baczenie na wszystko miał.

Wiedźma wywaru jakiegoś sporządziła i od rzeczy gadała, jak to wiedźmy w zwyczaju mają. Svena to uzdrowiło, pozostali tylko porzygali się jak koty, bo mikstura iście diabelska była. A gadanie jej dziwne było i bez sensu sie zdało. Bezgłowym jednego z kompaniji nazwała, ale nikt nie zgadł o kogo chodzi. Potem Martinowi zielska jakiegoś dała, co by ,,śpiącego obudzić a usypiacza przegnać”. A do Kala, niziołka powiedziała, że dar ma wielki, ale użyć go musi później, jak już stratę opłaczą, bo ich gorsze zło spotka. I do lasu spowrotem ich wyprowadziła. Nocleg kolejny w spokoju minął, a nazajutrz drwali spotkali, co kompana sparalizowanowoanego ciągli za sobą. Podobno w jaskini co jej wejście w urwisku, koło katakumb go tak poskręcało.

No i kompanija wyruszyła groby rabować. Ale elfie to były groby, więc strata mała i naruszenia spokojności żadnego, bo wszyscy wiedzą, że dusze elfie i tak na wieczne cierpienia skazane. Kilka grobów pustych było, znać ktoś już przed kompaniją tutaj był. I parę błyskotek znaleźli. A w jednym grobowcu szczęściem Sven, przypadkiem pułapkę wredną unieruchomił, co by kompaniję na śmierć głodową zamkła. W innym grobie Martin wielkiego węża czarodziejskim sposobem pokonał, co mu potem Sven głowę odrąbał. W kolejnym zaś, w którym strome, kręcone schody były pająki wielkie kompaniję napadły, ale sie wszyscy łacno sprawili. I poszli schodami w dół, po to tylko, żeby stwierdzić, że w jaskini jakowejś się urywają. Na dół niziołka spuścili, a ten im grunt przebadał. Ale wysoko ze schodów do dna pieczary było, no i radzili, jak by tu bezpiecznie całą kompaniję na dół przetransportować. A co było potem, to posłuchajcie…

elfwspomnienia

Nasi bohaterowie w lesie (?)

Tak, waszmościowie, mówię wam, w tej karczmie najlepszą kaszę ze skwarkami można zjeść. Nigdzie takiej nie robią. I chwała za to poczciwej Belladonnie Chrapko, kucharce naszej tutaj, chwała.

elfwspomnienia

No nalejcie jeszcze tego czerwonego cienkusza, co go wielmożny Bartłomiej Chrapko winem raczy zwać. O tak, wystarczy, więcej nie lzia, bo to źle na zdolności do gawędy wpływa. Tak na czym my to… Ach, siedzieli sobie nasi czterej bohaterowie w małej szopce i popijali takiego właśnie cieńkusza… Że co? Ach, słuchacze nowi, witamy, witamy. Siadnijcie sobie moi mili i słuchajcie opowieści z czasów dawnych, jak to czterech jegomościów, żeby nie powiedzieć przyjaciół, wbrew własnej woli w świat szeroki ruszyło. Dobrze, przypomnę historyję jaka się do tej pory wydarzyła.

Na początku siedzieli czterej kompani w karczmie ,,Pod białą elfką”, czekając na znajomego swojego, Burtona z imienia, co im miał robotę jakąś nagrać, gdy do karczmy niziołek wpadł i pod stół ich hycnął. Po chwili elf za nim do karczmy wbiegł i po scysji małej elfa owego jakiś osiłek zabił, rzucając nim w ciżbę. No i się karczemna bitwa zaczęła, oj znacie wy takowe, po facjatach szanownie tu zgromadzonych widać, żeście niejedną taką bitwę przeszli. Przy takim mordobiciu bitwa pod Ferke mała się wydawać może, tyle się w karczmie dzieje. Nie dziw więc, że nasi czterej kompani, bez większych kłopotów z niziołkiem w ciemne ulice Agartali czmychnęli.

Już wkrótce oprychów czterech ich napadło, ale kompanija łacno się z nimi sprawiła – Martin ogień magiczny na swe ręce przywołał to oprychy zrazu rezon straciły, ale głupio im uciekać było – bo herszt nie chciał przed kompanami pokazać, że tchórzem jest podszyty, a reszta na oczach herszta uciekać nie chciała. To więc Sven herszta zarąbał, a Martin dwóch bandytów żywym ogniem podpalił, ostatni zaś uciekł.

Ruszyła więc cała piątka dalej. Niziołek Nanny, co im złoto za dowiezienie do Bouvetty zaproponował, do swego kuzyna, Artoka ich prowadził, ale śledzeni byli. Raz przez zaułek chcieli przejść, to im pies wielki jak niedźwiedź drogę zagrodził, na szczęście elf Goeyl’drin w sam środek pyska strzałę mu wraził i psisko ogon podkuliwszy uciekło. Potem jeszcze po drodze pijaną czarownice musieli obezwładnić, co scysję pod karczmą robiła i tu znowu Sven się zacnie sprawił, boć ją w ciemności magicznej dopadł i przygwoździł. Nie, nie to co myślicie szlachetni słuchacze moi, choć i po temu miałby okazyję, wszak nikt przez parę minut nic nie widział. Gorzej ino by było, gdyby mu się czarodziejka ockła, mogła by go w jakie dziwadło zmienić albo co… A całkiem zręczna to czarownica była, szczęście kompanija miała, że wcześniej wina ta panna przedawkowała ciutkę. Czy co? Czy ją jeszcze kiedy spotkali? Nie powiem wam tera, boć ta historia długa i zagmatwana i zdradzać dalszego ciągu nie chcę.

Dotarli wreszcie do posiadłości niziołka Artoka, ale ten do kryjówki kanałami ich posłał, bo się rewizyji bał – i miał słuszność, jak się po tym okazało. Więc z małym służką, Alexem przez kanały szli, aż ich gibberlingi, bełkotnikami też zwane napadły. Co to były za stwory? Tak, teraz już ciężko w cywilizowanym świecie takie maszkary spotkać. To jakbyś waćpan małpę, taką co w cyrku spotkać można, ogolił do łysa. Wielkości to niziołka, ale krępe bardziej, łapy ma długie i pazurami brudnymi zakończone. No i pysk, szeroki od ucha do ucha, pełen zębów ostrych. Jasne, normalnie kompanija problemów by nie miała, ale zważcie, że rzecz się działa w mokrym i śliskim kanale. Martin, czarodziej niemal życiem to przypłacił, choć wcześniej bełkotnika jednego przymroził zdrowo. Inny już Kal’owi niziołkowi do gardła się prawie dogryzał, gdy go Alex, chłopak młody co ich prowadził pochodnią zdzielił. Z resztą stworów Sven z Goeyl’drinem się sprawnie, choć nie bez kłopotów uwinęli.

Noc w kryjówce spędzili, a rankiem na zakupy ruszyli z Riscontim, Artokowym księgowym. Nanny im przykazał wozu szukać, co by z miasta wyjechać mogli, no i znaleźli kupców dwu co w stronę Bouvetty jechali. Elf, co w tłoku swą sakiewkę stracił, za złodziejem jakowymś popędził, co wielmoży na rynku czerwoną sakwę zwędził. I dopadł go – a po prawdzie ją, i zgubę odebrał, nieco krzywdę sobie odbiwszy.

I wyruszyli około południa, bez problemu z kupcami do wsi Szary Młyn dotarli. W gospodzie jedynej, jaka tam wtedy była miejsc nie było, bo orszak hrabiny de Cregnac akurat zagościł, kompanija więc w stajni musiała spać. Gdy się już do snu układali ciężko ranny strażnik z martwym kompanem przyjechał i historyję wszystkim powiedział, że jakiś samotny jeździec w czarnym stroju ich napadł i choć samoczwór jechali to ich zarżnął. Strażnikowi rany opatrzono, ale na krótko – bo widać morderca się o niego upomniał.

Nalejcie jeszcze tego cienkusza bo mi w gardle zaschło. A może któryś z waszmościów trochę tytoniu ma, co bym se fajkę nabił? Przy dymku łacniej bajać można… O tak dzięki po stokroć, niech ci Elean, stwórca nasz, w dzieciach wynagrodzi. Co, szóstkę już macie, ho ho… Nieźleście się sprawili, nie powiem… A o ilu niewiasta wasza nie wie… Nie obruszajcie się zaraz, żartowałem tylko. No tak, fajeczka jest, to i można dalej historyję pleść… Na czym to ja… Ach tak, strażnika ktoś dobił łaskawie. Krótko po tym do stajni zaszedł jegomość jeden, w czarną skórę odziany, z brodą i wąsikiem zawadiackim, o niziołków pytać. Goeyl’drin go spławił, ale nie na długo jednak, boć wrócił ci on. Dwóch strażników tych kupców, co kompanija z nimi jechała zarżnął był, to kompani po rozum do głowy poszli i do ojca chłopaka stajennego, Pierra, do młyna czyli poszli.

Tam noc spokojnie spędzili i ruszać dalej trzeba było. Kupcy uradzili, co do Agartali wrócą, cała więc czwórka, z pokurczem Nanny’m musiała na pieszo w drogę ruszyć. Nie długo pieszo szli bo chłopka jakiegoś spotkali i się na wóz z mąką zabrali. Daleko nie ujechali jednak, bo ich ten czarny na drodze zdybał. Trzy razy jeno najechał, konno szarżując i szkód narobił. Niziołka Kala ciął lekuchno, elfowi twarz kopniakiem przestawił i chłopka ubił cięciem jednym szyję mu rozchlastując. Szczęściem jak przy drugim najeździe Svena rapierem pchnął to mu broń została, wiec ochotę nieco stracił. Ustrzelił jeszcze tylko z kuszy chabetę, co wóz prowadziła i odjechał. A kompanija dalej znowu pieszo ruszyć musiała.

Kapliczkę małą w lesie znaleźli, to Kal struł się troszku, jak szkatułkę znalezioną w skrytce otwierał. Potem na postoju ich dwa rosomaki napadły, dzikie i głodne bestyje, a wtedy to były rosomaki, że ho ho… Martin pogryziony został, a drugi zwiedz elfowi ramię rozszarpał.

Zmierzchać się zaczęło, więc kompanija w lesie nocować musiała. No i dopadły ich skrzaty pukacze, przez znawców buckhawnami zwane i zapasów nieco uniosły. Szczęściem nikt żadnego nie ubił, boć wiecie jakie to skrzaty wredne być mogą.

A potem ich myśliwy spotkał, co po nocy do wioski Trannam zdążał. Levecque go zwali, zabrał ze sobą kompaniję, co by pod bramą wioski przenocować. I zaoferował im, że ich dalej do Bouvetty lasami poprowadzi, by czarnego brodacza uniknąć mogli. Nanny się zgodził, reszta też. Zajęli się więc jelonkiem, co go Levecque miał ze sobą i sprawili się z nim szybko, przed północą jeszcze cienkuszem popijając. I spać zalegli, bo rano wyruszyć trzeba było, co by ich ten czarny, co pewnie w wiosce siedział, nie zoczył…

* * *

Kal się pocił. Tuż nad jego twarzą ziała wielka paszcza. Z małych, ale ostrych zębów ciekła zielonkawa, pienista ślina. I tan zapach. Potworny odór paszczy gibberlinga, który właśnie próbował go ukąsić. Próbował, ale nie mógł. Kal mocno przytrzymywał go za szyję, próbując go dusić. Tylko ten odór. Stwór oddychał szybko, wentylując swoje przegniłe wnętrzności. I kłapał paszczą, coraz niżej i niżej, zbliżając ją do twarzy Kala. Smród odbierał niziołkowi siły, kręciło mu się w głowie. Ręce zaczynały mu drżeć z wysiłku. Kłapiąca paszcza bełkotnika zamykała się i otwierała coraz bliżej jego nosa. Bliżej i bliżej… Zaraz go dosięgnie. Kal wyprężył ramiona, wkładając w ten gest całą pozostałą mu resztkę sił. Na nic to jednak, tylko zakręciło mu się mocniej w głowie. Przed oczami zawirowały kolorowe plamy. Czuł że traci przytomność. Ten potworny odór. Strużki cuchnącej śliny ciekły z otwartej paszczy prosto na twarz Kala.
Gdzie jest ten Alex z pochodnią? Przecież powinien zdzielić już tego gibberlinga – zaświtało nagle Kalowi w głowie. Ale ratunku nie było. Ręce Kala już nie drżały, tylko dygotały i to mocno. I ten straszliwy, świdrujący nozdrza smród. Nie wytrzymał i poluźnił ramiona – nie miał już sił. Gdzie jest Alex z pochodnią. Pysk gibberlinga opadał jakby w zwolnionym tempie. Stwór maksymalnie rozdziawił paszczę, jakby chciał jednym ugryzieniem odgryźć całą twarz niziołka. Kolejna fala zgniłego odoru. Zaraz umrę – pomyślał Kal.
I obudził się.
Otworzył oczy. Nie było gibberlinga, nie było wielkiej, kłapiącej nad twarzą paszczy. Niziołek leżał bezpieczny na sienniku, w małej szopce. Chwilę mu zajęło przypomnienie sobie gdzie jest. Tak, szopka. Wioska Trannam, chyba tak się to nazywało. Spóźnili się, dotarli tu grubo po zmierzchu, więc musieli poczekać poza bramą. Gibberling ze snu niziołka rozwiał sie już zupełnie. Kal jeszcze trochę dygotał ze strachu, ale i to przechodziło. Został tylko nieprzyjemny odór. Niziołek zamrugał oczami. Leżał na boku, u brzegu siennika. Tuż przed jego twarzą ział ciemny, cuchnący otwór. Kal podniósł się gwałtownie. I po chwili już wiedział co to za zapach. Tam, gdzie przed chwilą była jeszcze jego twarz leżał przewrócony na bok but. Wysoki, skórzany but Svena, który spał w najlepsze, cichutko pochrapując na sienniku obok.
A więc to tak – pomyślał Kal. Nic dziwnego, że śnią mi się cuchnące gibberlingi. Podniósł delikatnie but, trzymając go z dala od siebie w dwóch palcach. I ułożył go tuż przed twarzą śpiącego Svena. Wstał, przeciągnął się i rozejrzał. Po drugiej stronie Svena na sienniku spał Martin, czarodziej. Chyba coś mu się śniło, bo ręce i nogi drgały mu lekko, a gałki oczne szybko poruszały się pod powiekami. Nikogo poza tym w szopce nie było. Tylko z zewnątrz dochodziły przytłumione głosy. Ktoś szeptał, ktoś mlaskał. Świtało, choć był to jeszcze bardzo wczesny świt. Słońce wstanie pewnie za godzinę. Przed szopką, parę metrów w bok od bramy w palisadzie otaczającej wioskę tliło się jeszcze ognisko. Rozżarzone węgle dawały niemal tyle samo światła, co jaśniejące z każdą minutą niebo.
– Czyli rozumiem, że dość dobrze znasz te lasy? – to był szept elfa, Goyel’drina.
– Złaziłem przez parę lat spory ich kawał, stąd do samej Bouvetty. – dugi szept, nieco chrapliwy. Kal nie mógł sobie przypomnieć imienia. Jak się zwał ten myśliwy, który się do nich wczoraj wieczorem przyłączył.
– I chodziłeś przez lasy, nie drogą? – zapytał znowu elf.
– No tak. Tak właśnie zarabiam na życie. Skóry, mięso. Łowczy królewski w Bouvetcie płaci mi po trzy szylingi za wilcze ucho, bo ostatnio znowu się bestie rozpleniły. A i warg się zdarzy, choć staram się unikać, bo to groźne potwory i w pojedynkę takiemu stawać nie ma co.
– I tak nie boisz się, że cię królewscy złapią?
– E tam, coby mnie mieli łapać. Mam patent łowczego na ten teren. Kupa złota mnie to kosztowało, ale warto było.
Levecque. Gość nazywał się Levecque – pomyślał Kal wciągając swoje buty.
– No to ile teraz taki patent kosztuje? – zapytał stłumionym, wysokim głosikiem Nanny. Stłumionym, bo sądząc po jego brzmieniu mówił z pełnymi ustami. Znowu się czymś opychał.
– Będzie ze trzydzieści koron. Na pięć lat teraz dają. Mój dziad miał dożywotni, jak mówił za dziesięć, ale to dawno było, kiedy jeszcze w lesie elfa można było spotkać. A za elfie ucho to nawet i koronę płacili…
Levecque umilkł nagle. Umilkł, bo spojrzał na Goyel’drina. Ten patrzył w swoje dłonie, trzymając w ręku długi nóż czyścił sobie ze stoickim spokojem paznokcie. Splunął na bok i spojrzał na myśliwego. A niczego dobrego w jego oczach nie można było znaleźć.
– Wybaczcie mi panie elfie, ja tylko tak… Dziad opowiadał, ja tam osobiście nic do waszego rodu nie mam. Wszystko to zamierzchłe czasy, kiedy się na tych ziemiach nasze pradziady bili. Teraz to już insza inszość. A dziad opowiadał, co sam nawet elfa kiedyś w lesie widział… Ale to pewnie bujdy, co dzieciaki nimi straszyli. Goeyl’drin spojrzał raz jeszcze na Levecque’a. Nie odpowiedział. Nanny odchrząknął, po przełknięciu kęsu mięsa z jelonka, który nie do końca jeszcze obgryziony wisiał na rożnie nad dogasającym ogniskiem.
– No dobra, panie Levecque – powiedział – To jak teraz będzie wyglądała nasza droga?
– Myślę sobie, co by się od razu od traktu oddalić. Trzeba-by pójść na północ. Jest tam droga, co do osady Czarka prowadzi. Mała to osada, nad rzeczką Dwyne, będzie ze trzy godziny drogi stąd. Ale do osady to my nie pójdziemy, wcześniej się las zacznie i wtedy na wschód skręcimy. I dalej, jak strzelił aż do samej Bouvetty. Bo gościniec tu na południe skręca, tak od czasów, gdy Szare Moczary większe były zostało. Teraz już bagniska się jakoby na północ przesunęły i droga jest bezpieczna, jeśli nie liczyć tego, co normalnie w lesie spotkać można.
– To na same bagna nie wejdziemy? – Nanny chciał się upewnić.
– Nie, nie. Tam iść nie wolno. Straszne rzeczy ludziska mówią ci, co próbowali. Zdradliwe bagna są i wielkie. Parę dni trza by iść, jakby była prosta droga, a po bagnach to może i ze dwa tygodnie. I zapaść się można. Nikt nie wie, czy droga jaka w ogóle tam jest. Trza je omijać. Sam bym tam nie poszedł, to i kompaniji nie będę tam prowadził. W bagnach podobno potwory straszne żyją, nawet elfy tam nie właziły. – Levecque spojrzał na Goeyl’drina, ale ten tylko siedział niewzruszony. Kal wyszedł z szopki. Odetchnął świeżym powietrzem i zadrżał. Było chłodno i nieco wilgotno. Na wschodzie łuna brzasku była już dość jasna. Budziły się pierwsze ptaki. Gdzieś w wiosce zapiał kogut.
– No dobra, to kierunek już mamy – stwierdził Nanny odkrawając kolejny kawał mięsa z pieczeni. – Pytanie tylko kiedy ruszymy.
– Jak najszybciej – ponurym głosem odezwał się elf.
Spojrzeli wszyscy na niego.
– Ten czarnobrody jest pewnie w wiosce. Wie, że szliśmy traktem, albo wzdłuż traktu. I wie, żeśmy do wioski nie dotarli. Pewnie wyjedzie nas poszukać.
– Wiem – odezwał się Kal. – Zasadzka. Urządzimy zasadzkę. Schowamy się po oby stronach bramy. Ty, Gejldrin z łukiem, Sven z toporkiem, a Martin go liną oplącze…
– Ej, rodaku mój – westchnął ze zrezygnowaniem Nanny. – Wiesz co nam zrobią, jeśli go tu będziemy chcieli złapać, albo ubić. Sprytny to może ty jesteś, ale rozumek masz mały i zwyczajów naszych północnych nie znasz. Toż straż tutejsza najpierw nas by obiła, a potem dopiero pytała o co chodzi. I jeszcze byśmy musieli tego jegomościa przeprosić.
– Ale jak byśmy strażnikom powiedzieli co on za jeden?
– I co, myślisz, że nam uwierzą. On pewnie szlachcic, albo za takiego pozuję. Prędzej jemu uwierzą, niż tej naszej zgrai: dwa niziołki, elf i trzech ludzi.
– Zasadzka byłaby dobra, ale w lesie. Choć po ostatnim spotkaniu sądzę, że i to mogłoby się źle skończyć. – elf złapał się za obolały i napuchnięty nos i pomasował wielkiego siniaka na policzku. Ślad po budzie czarnobrodego, gdy ten szarżując konno go kopnął. Kal spojrzał na rozdarty rękaw swej skórzanej kurtki. Na szczęście było to tylko draśnięcie rapierem.
– Szczęście że mu w ranie Svena rapier został, bo byśmy pewnie tego nie przeżyli. – stwierdził Goeyl’drin. – Widzieliście jak z pełnej szarży konia z kuszy trafił? Bełt gardziel biedaka na wylot niemal przeszedł… Zamilkli. Nanny co prawda tego nie widział – w tym momencie był już głęboko zakopany pomiędzy workami z mąką, trzęsąc sie jak osika, ale przytaknął.
– Dobra mały, budź resztę. Koniec postoju. – powiedział elf do Kala, który właśnie odkrawał sobie kawałek mięsa z karku jelonka. Kal zmarszczył tylko nos. Bardziej hobbicka część jego osobowości domagała się jedzenia. Wziął więc kawał mięcha w rękę i wszedł. Do szopki. Szopki, w której po chwili rozpętało się piekło. Potworny ryk Svena, coś walnęło w ściankę. Potem jeszcze krzyk Martina, po którym nastąpiła litania niewiele cichszych przekleństw. Kal wypadł z szopki i od razu dał nura w bok. W samą porę, bo tuż za nim leciał wielki but Svena. But trafił w wiszącego na rożnie jelonka i spadł w żar ogniska, z którego uniosła się w powietrze chmura popiołu. Nanny wyjął go po chwili, starając trzymać się z daleka. W akompaniamencie gderania i pomrukiwania wyłonił się Sven, skacząc na jednej, obutej stopie. Był zaspany, włosy miał zwichrzone.
– Daj mi to – powiedział do Nanny’ego, wskazując na but. Niziołek podał mu go i po chwili Sven stał już na obu nogach. I zawył z bólu.
– Gorące! – wrzasnął po chwili i szybko zdjął go spowrotem – Wy niziołki wszystkie jesteście takie same. – i zamachnął się butem na Nanny’ego. Nie trafił i o mało przy tym nie upadł – wszak stał na jednej nodze.- A gdzie ten drugi kurdupel?
– Tutaj. – doszło ich z góry. Kal stał na dachu szopki.
– Złaź natychmiast!
– Nie.
– Złaź mówię ci! Bo jak cie dorwę…
– Najpierw musiałbyś tu do mnie wejść.
– I wejdę. Zobaczysz – powiedział Sven, wachlując ciągle butem, by go schłodzić.
– Lepiej nie, bo na pewno by się szopka zawaliła i byśmy musieli ją odbudować…
– Ty niedomyty kurduplu…
– Daj już spokój – odezwał się Martin stając w drzwiach szopki. Ziewnął.
– I przestań wachlować tym butem, bo powietrze psujesz – dodał Goeyl’drin. Sven wciągnął w końcu but na nogę. Spojrzał jeszcze groźnie do góry – aż się Kal odruchowo odsunął od brzegu daszka.
– No dobra, uradziliśmy, że wyruszymy jeszcze za nim bramy otworzą. Na północ, potem przez las. – oznajmił Nanny. Sven i Martin popatrzyli na Levecque’a.
– Nie ma mowy. Trzeba żarcia kupić. Jeśli ten żarłok dalej będzie jadł dziennie tyle ile waży, to daleko nie zajdziemy – powiedział Sven, wskazując na Nanny’ego.
– Ale nie możemy do wioski iść, bo ten czarnobrody z wąsikiem może tam być. – odparł Nanny.
– Wiem – wtrącił się elf. – Wy panie myśliwy zrobicie dla nas zakupy, zaraz jak tylko bramę otworzą. A my pójdziemy już na północ i poczekamy z brzegu lasu, kole drogi.
– No dobra. Ale sam za dużo nie uniosę. Musiałby kto z was zostać i mi pomóc. Kompani popatrzeli na siebie. A potem wszyscy na Svena.
– No dobra – powiedział z rezygnacją po chwili. – Ja zostanę. I będę miał pewność, że ze złotem nam nie uciekniesz.
– Jeśli czarny cie zobaczy, to wszystko na nic – powiedział Matin.
– Nie wiemy nawet czy jest…
– Na pewno jest. On trochę dostał, a i jego koń też. Na pewno się w gospodzie zatrzymał. – ton głosu Martina zdradzał pewność. Faktycznie, tego mogli być pewni.
– Dam wam, panie mój płaszcz, zielony. Kolczugi nie założycie, coby was nie zdradziła. Zakupy ja zrobię i z karczmy wyniosę. Tylko dalej mi pomożecie. Kompani popatrzyli na siebie. Plan wydawał się sensowny.
– No dobra. To szybko coś zjedzmy – powiedział Nanny po chwili milczenia. – Pora na śniadanie?
– I kto to mówi. Wieczorem dwa razy więcej mięsa zostało na tym jelonku, niźli teraz jest – wzburzył się Sven. – Ty już swoje śniadanie zjadłeś. Nanny spojrzał na niego z wyrzutem. A potem sie uśmiechnął. – Ale żołądek mi mówi, że już pora na drugie.
– A zostawcie coś dla mnie – odezwał się z dachu szopki Kal.
– Jeszcze czego. – niemal równocześnie odpowiedzieli Sven i Marin.
– Za taką pobudkę to powinniśmy cię tu zostawić przywiązanego do bramy, co by się czarny tobą zajął. – dodał Martin.
– A co on wam zrobił? – zapytał elf. Sven i Martin popatrzyli na siebie.
– Wepchnął nam onuce do ust. – powiedział Sven. – I zatkał nosy.
– Svena onuce. – dodał Martin. Minę miał nietęgą. Trójka – elf, myśliwy i Nanny wybuchnęli śmiechem. Po chwili dolączył do nich Kal. Zaczął się tak zanosić śmiechem, że spadł z dachu. Wprost pod nogi Svena…

dwarfbeer

Podróż się zaczyna

No cóż, waszmościowie, skoro tak bardzo chcecie, to opowiem wam tę historyję. Tylko piwa jakiego przynieście, bo troszku mnie w gardle zaschło. Tak, to będzie dobre. Lubię to ciemne garlandzkie piwo.

Zaprawdę powiadam wam, nikt nie waży tak dobrej chmielowej zupy jak garlandczycy. No chyba, że krasnoludy, ale ich piwo to nie na moje, ani na wasze, waćpanowie kieszenie, oj nie. Nie, nie chciałrzem rzec, co jako kompanija biednie wyglądacie, broń mnie Eleanie, co to to nie.

dwarfbeer

Ale zważcie, że prawdziwe krasnoludzkie piwo to i dwie korony potrafi kosztować. Nie, nie za antałek, za kufel, pintę znaczy się. Że można taniej dostać? A gdzieżby tam. Jeśli ktoś sprzeda wam krasnoludzkie piwo za mniej niż trzy korony, to znaczy się oszust, albo jaki inny oszaleniec, albo kiep ochwacony. Że co? Ach tak, historyja. No dobrze, siadnijcie se panockowie wygodnie, bo ta opowieść do krótkich nie należy. Opowieść zaczyna się w Agartali, dawno dawno temu, kiedy żadnego człowieka, co dziś chodzi po ziemi nie było jeszcze na świecie. Pare elfów, i może być, że garść krasnoludów pamięta te czasy. Agartala, już wtedy to było małe, nieważne i zapyziałe miasteczko, co drewnem handlowało z kupcami co od czasu do czasu zza mórz przypływali. Ale wtedy biedniejsze było niż tera i mniejsze nieco. Był któryś z waszmościów w tej mieścinie zapadlej? Tak? No to wtedy tylko stare miasto na wzgórzu stało, co w nim bogatsze mieszkały i kupce wszelakie. No i była też niska dzielnica, gdzie porządne ludzie, takie jak my urzędowały, nie za biedne i nie za bogate, z pracy rąk własnych żyjące. Ni i był port wtedy, w którym szumowiny sie osiedliły, a i marynarze ze statków różnorakich czesto gościli, co by się po wojażach rozerwać nieco. I czasem się rozrywali, i to dosłownie, jak ich jaka miejscowa banda napadła, albo inne szczury morskie napadły. Że co? Acha, że szczury to londowe som, a morskie to wilki. Nie wiem, ja sie tam na okrętach nie wyznaje. Nie jest to istotne zresztom, bo nie o tym historyja bedzie. Wspomnieć trza było, że dzielnica do plugawych się zaliczała, tom wspomniał. A ja tylko tego, no… kolorytu chciał żem dodać.

Ostwamy to, wienc. Ważne, co miasto biedne było, pracy mało a jegomościów dziwnego autoramentu sporo. Znaczy się maści różnej, nie autorstwa, bo jam im w metryki nie zaglądał. Wżdy zresztom metryk nie było, bo to czasy króla Nicholasa Trzeciego były. Ze co, że nie pamiętacie takiego? Abo i nie ma czego pamiętać, boć niczym specjalnym się ten nasz król nie wsławił, Caenur miał większych i zacniejszych i przed nim i po nim. Ale nie przeszkadzajcie mnie tu, bo z tematu żem zeszedł.

Jesienią to było, zaraz po gorącym lecie, które w roku tem, sześćset i sześćdziesiątym czwartym podle starego kalendarza, ziemie wypalało, to i zbiory nędzne były. Jesień przyszła jak to jesień, wiatry zimne od morza duły, a i deszcze sobie popadywały. I całe szczęście to, bo tego lata w mieście się z gorąca i suchości pare kamienic spaliło, szcześciem, że pożaru wielkiego nie było, ino się jeden cały kwadrant w niskiej dzielnicy spalił i pojedyncze inne domostwa. No i ludziska naprawiali i spalone kamienice wyburzali, coby nowe chałpy wybudować. Było takich brygad kilka, co po porzaże uprzątały. A w jednej zebrała się kompanija nasza.

Dziwna była to kompanija, oj dziwna. Elf tam był, czarnowłosy, co razem z drugim osiłkiem z pólnocy za ochroniarzy byli u kupca jednego, ale ten jakowychś malwersancji dokonał w podatkach królewskich, i tego, no… wyraźne ślady mataczenia zostawił. Tak, już wtedy poborcy tak rychliwi byli jak i tera i mocnym głowaczem trzeba było być, coby się z tych podatków i malwersancji wygłówkowac. Ale i tacy się zdarzali, wżdy jednaj kupiec com go wspomniał taki mądry nie był i cały majątek mu poborca zarekwirował, razem z żywym inwentarzem, znaczy ochronom. Jednak żołdu nie płacił, to mu się ochroniarze kazali w rzyć pocałować i pracy szukać poszli. No i tych dwóch, elf i woj z północy do brygad remontowych się najeli.

A w kompaniji był jeszcze czarownik jeden, co ledwie sie wyszkolił i go mistrz pożegnał, że niby ma sam świata obaczyć i te… no… eksperiencje zdobyć. On w tej brygadzie niziołka jednego, złodziejaszka pechowego miał pilnować. Ten mały nieludź w kufrze z dalekiego południa przypłynął, i postanowił sobie nasze północne kraje obaczyć, boć on śniegu jeszcze w życiu swem krótkim nawet nie widział.

No i pracowała razem kompanija, patrząc jeno coby gdzie uciec, albo najmniej na boku coś dorobić. Ale okazji nie było, choć dni pare tak se razem pracowały wszystkie cztery, pod majstrem wrednym, że chyba tylko moja teściowa, świec Eleanie nad jej duszą, abyć ci ona po śmierci snu spokojnego nie zaznała, wredniejsza była. Majster jak ten nietopyrz był – nic nie widział, wszystko słyszał i czepiał się czego popadło.

* * *

– Trzymaj tę cholerną belkę!!!
– Przeca trzymam, panie majster! – wrzasnął Sven. Na czole, z wysiłku perlił mu się pot. Potężna belka stropowa, uniesiona silnymi ramionami wojownika z północy wisiała dwie stopy nad podłogą. Z drugiej strony podtrzymywal tę samą belkę
– Kurdupel, dawaj te kołki. Ty też rusz swoje zacne dupsko, cherlaku! – te słowa majstra skierowane były do niziołka i stojącego nieopodal szczupłego młodzieńca, który wlaśnie w pośpiechu podkładali pod uniesioną belkę okrągłe kołki.
– Dobra, opuszczać! – zakomenderował majster, jegomość o tłustej, nalanej twarzy, który po prostu uwielbiał wrzeszczeć.
Wszeszczał zawsze, na wszystko i na wszystkich, a repertuar obelg, jakimi dysponował był całkiem pokaźny. Ta robota była dla niego idealna. Jako majster brygady remontowo oczyszczającej miał co chwila nowych podwładnych, przed którymi mógł się ciągle od nowa popisywać swoimi wymyślnymi przekleństwami. Ta czwórka, która właśnie usiłowała postawić grubą stropową belkę na kołki, aby ją wytoczyć ze zrujnowanej kamienicy, nie była wcale najgorszą ekipą, jaką miał okazję komenderować, Pracowali ledwie parę dni, ale był zadowolony z muskularnego blondyna, Svena i nadspodziewanie silnego elfa, o pokręconym imieniu. Mały niziołek, zręcznie biegający po chwiejących się i często ledwie trzymających się stropach i wielkich rumowiskach, oraz zręcznie potrafiący się wspiąć tam, gdzie żaden człowiek by się nie wcisnął, również był przydatny. Jedynie blond włosy chudzielec Martin, słaby jak baba, mu tu nie pasował. A na dodatek za bardzo lubił kombinować, aby uniknąć pracy. Niektóre z jego pomysłów faktycznie ułatwiały robotę, ale przecież nie o to majstrowi chodziło. Tłuścioch chciał sobie pokrzyczeć i lubił mieć po temu jak najwięcej okazji. Nie po to, jako emerytowany sierżant, najął sie do tej pracy, aby tylko sobie patrzeć jak składnie idzie robota.
Ciężka, osmalona belka drżała w zmęczonych już rękach elfa i blondyna. Pozostali dwaj sprawnie podkładali okrągłe kołki.
– No dobra, na trzy opuszczamy – powiedział sapiąc Sven – Raz, dwa …
Belka zaczęła powoli opadać, podtrzymywana sinymi ramionami.
– Moment! – krzyknął wysokim glosikiem niziołek, po czym przeturlał się pod belką i jednym ruchem poprawił ułożenie jednego z kołków.
– Ty porąbany… – zdołał wrzasnąć elf. Resztę zdania zagłuszył grzmot belki, która spadając z wysokości jednej stopu walnęła w leżące pod spodem kołki. Pokryta sadzą podłoda zatrzeszczała przeraźliwie, jakby w odruchu protestu. W powietrze wzniósł się zmieszany z sadzą pył.
– Życie ci niemiłe kurduplu!? – wrzasnął majster. Lubił wrzeszczeć.
– Ty to chyba masz nierówno pod tym karłowatym sufitem – westchnął spokojnie Sven.
– No co… – Kal, niziołek był zmartwiony i zdziwiony reakcją pozostałych.
– Co co?!! – wrzasnął znowu majster. Bardzo lubił wrzeszczeć. – Czy twój koci móżdżek nie pozwala ci wykoncypować, co by się stało, gdyby ta belka spadła na twój głupi łeb?
– Masz rację Sven. – powiedział elf – Małemu chyba brak piątej, a może i czwartej klepki.
– Ale, ale…
– No co ,,ale”. Mało brakowalo, żeby trzeba cię było zdrapywać z podłogi. Co ty se kurwa myslisz, popierdolony pokurczu, job twoju mać. – zagrzmiał majster zbliżając się do niziołka.
– Nie to, żeby szkoda nam było podłogi. – szepnął do elfa Sven uśmiechając się lekko.
– Ale…
– Jeszcze jeden taki numer, i nie będzie już żadnych ale! – wrzeszczał majster na niższego o połowę Kala, stając tuż przy nim. – czy ty koniecznie chcesz być pokarmem dla wron? Czy w twoim pustym łbie kołacze się choć czasem jakaś rozsądna myśl?
– Ale jak bym nie poprawił tego kołka to w życiu byście nie odtoczyli tej belki bo by sie kołek zakliszczył pomiedzy dechami podłogi, i zapewne ugrzązł tam na dobre i nikt by go nie wyciągnał, nawet Sven, choćby i wziął do pomocy Gojldrina i Martina, tak by głęboko siedział, o! – wyrzucił z siebie niziołek, mieląc językiem z zawrotną szybkością. Zaskoczonego majstra aż zatkało.
– Goeyl’drina… – westchnął zrezygnowany elf. Jeszcze chyba żaden nie-elf nie zdołał poprawnie wymuwić jego imienia.
– Przegrana sprawa… – sapnął Sven. – Ten niziołek kiedyś zginie marnie. Oj, marnie.
Martin, który stał do tej pory z przerażeniem w oczach (jego bujna wyobraźnia podsuwała mu obraz małego, niziołkowego mózgu wypływającego ze zgniecionej czaszki), otrząsnął sie wreszcie.
– Nie ma co dywagować. – powiedział bierzemy się za tą belkę i wytaczamy ją na ulicę.
Pozostali, łącznie z majstrem wzruszyli tylko ramionami.
Wytaczanie poszło łątwo. Otwór drzwiowy był ,,nieco” poszerzony – razem z framugą drzwi zawalający się strop wyrwał w czasie pożaru cału kawałek siciany. Posuwana po kołkach belka, pchana przez Svena i Goeyl’drina powoli przesuwała się w jego stronę. Stojący na jej końcu niziołek wyjmował kołki, z których się stoczyła i rzucał je Marinowi, który podkładał je od przodu. Szło im sprawnie, bądź co bądz robili to nie pierwszy raz. Majster tylko kierował – ,,w lewo”, ,,w prawo”, ,,teraz dawaj prosto”, ,,z krzyża ją, belkę bejcą chendorzoną, panowie”.
– Dobra, wytoczcie ją tylko na bruk. Jutro przyjadą z wozami, to je wszystkie zabiorą. – zakomenderował majster, gdy belka w połowie była już na zewnątrz. – Burton! – krzyknął po chwili do jegomościa o długich, zmierzwionych włosach i pomarszczonej twarzy, który wylegiwał się na wraku wyniesionego wcześniej z kamienicy łoża. – Ty znowu się opierdalasz!!! Załatwiłeś te stemple od Grubego Hansa?!
– Jasne, panie majster. Przywiozą je zara po obiedzie. – Burton nawet nie podniośł kapelusza nasuniętego na oczy. Najwyraźniej wygodnie mu było tak wylegiwać sie w ciepłym jesiennym słońcu.
– I rusz sie kurwa mać!!! Za co ci płacę? Zaperdalaj teraz na bazę i zapytaj o uzupełnienia. Jeden kretyn od Maksyma złamał se nogę dziś rano!!! – majster był w swoim żywiole.
– Sie robi, szefie…
Belka zrzucona z kołków chalpnęła w błotnistą kałużę, jedną z wielu, jakoch pełno było na ulicy po nocnym deszczu. Czwórka kompanów z zazdrością popatrzyła na Burtona, który zebrał się z barłogu i powolnym krokiem, pogwizdując cicho pod nosem, poszedł wgłąb wąskiej uliczki. Taki to miał dobrze. Również skazany na roboty publiczne, ale potrafił tak dobrze wejść komu trzeba w rzyć (bez wazeliny), że zawsze wiedział jak się ustawić. Na przykład jako goniec na posyłki, byleby tylko uniknąć cieżkiej roboty.
– A wy, kurwa, co?! Wracać do roboty! – wrzasnął majster do kompanów. – Dziś do wieczora ta chałupa ma być czysta! Ja idę zobaczyć pod czwórke, jak tam im idzie u szewca. Ale wrócę!
– Dobra, dobra – zgodnie mruknęli pod nosem, kierując się z powrotem do na wpół zawalonej kamienicy. W środku panował półmrok. Południowa ściana budynku stała jeszcze w całości, osłaniając jego wnętrze przed miłymi i ciepłymi promieniami wrześniowego słońca.
– Dobra, no to teraz ta – Martin wskazał kolejną belkę stropową, ostatnią jaka im została. Ta jeszcze trzymała się jednej ściany, na wysokości około trzech metrów nad drewnianą podłogą, jej drugi koniec leżał obok drzwi wejsciowych.
– Jak to jest, że jak jeden majster znika, to zaraz pojawia się nowy. – Westchnął Sven.
– Daj se spokój, zrobim sobie przerwe. – powiedział elf. Niziołek już był przy belce, sprawdzająć, czy będzie się w stanie na nią wdrapać.
– Dajcie toporek, odetnę ją tam u góry. – powiedział po chwili.
– Przerwa, powiedziałem. – mruknął zrezygnowany elf.
– Odetniemy ją tylko. A i tak zaraz przyjadą z obiadem, to sobie odsapniemy. – zaordynował Martin.
– Ta, obiad… – weschnął Sven. To, co im przywozili codziennie wczesnym popołudniem cieżko było nazwać obiadem. Zazwyczaj rozgotowana kasza bez dodatków, albo cienka zupka pachnąca jak pomyje, i z ,,wkładką mięsną” tak twardą, że pewnie i wilki miałyby problem z jej pogryzieniem.
– Dobra, wchodzę. – uśmiechnięty niziołek z toporkiem w ręku zgrabnie zaczął wspinać się na pochyłą belkę. Sven i Goeyl’drin usiedli wygodnie na podłodze – i tak nie mieli chwilowo nic do roboty. Kal dotarł do zamocowanego końca belki i usadowił się na wystającej resztce stropu, która wystawała ze ściany. Po chwili metodycznymi cięciami małego toporka zaczął odrąbywać ją od ściany. Po paru minutach rąbania belka zaczęła skrzypieć. Sven, Martin i Goeyl’din na wszelkki wypadek odsunęli się nieco od ewentualnego miejsca jej upadku. Belka trzeszczała i skrzypiała coraz mocniej. U jej wmurowanej w ścianę nasady zaczęły odpryskiwać drzazgi.
– No jeszce parę uderzeń, mały. – kibicował z doły Sven. – Muszę cię pożądnie nauczyć robić toporkiem, co by ci sprawniej to szło. Kal otarł pot z czoła. Nie lubił fizycznej pracy, zdecydowanie wolał inny sposób zarabiania na życie, ale co było robić? Toporek raz po raz zagłębiał się w zmiękczonej przez deszcz, osmalonej belce.
– No jeszcze raz. I raz. I raz..
Zgrzytnęło potężnie. Wielkie drzazgi wyprysnęły w powietrze na wszystkie strony. Najpierw powoli, ale z naraztającym impetem odcięty fragment potężnej belki zaczął się odrywać od nasady. Potem tylko gruchnęło. Spadając i szurając po ścianie belka zawadziła o coś, odbiła się i odskoczyła nieco w bok, spadając zdecydowanie bliżej stojącego nieopodal Martina, niżby ten sobie tego życzył. Gruchnęło potwornie, aż znowu zaskrzypiała podłoga.
– Dobra, Geldrin, bierem się za to – powiedział Sven do elfa. Ten już nie miał siły poprawiać wszystkich w kwestii wymowy swojego imienia. Podeszli do belki. Podłoga znowu zgrzytnęła.
– Ej co to… – Sven wyprostował się nagle, powstrzymyjąc Goeyl’drina.
– Co jest? – zainteresował się Martin.
– Nie podoba mi się to. – mruknął pod nosem elf po kolejnym zgrzytnięciu podłogi.
– Stój, kretynie! – wrzasnął Sven do Martina, gdy ten zrobił jeszcze dwa kroki w ich stronę. Podłoga znowu zaskrzypiała. Nadpalone, a później przemoczone ostatnimi deszczami dechy przestaly wydawać się tak pewnym podłżem jak wcześniej.
– Co się dzieje chłopaki? Pomóc wam? – zapytał z góry niziołek.
– Ni mi się waż złazić stamtąd! – wrzasnąl na niego Sven. – Zaraz cię ściągniemy. Jak tylko…
Nikt nie dowiedział się, co miał na myśli potężnie zbudowany wojownik. Zgzrytnęło znowu i to porządnie, pod ich stopami. A chwilę poźniej cała część podłogi w promieniu kilku metrów zapadła się razem ze stojącymi. Kal z przerażeniem patrzył z góry na opadający kurz i pył. W podłodze ziała szeroka na cztery metry, a długa na calą długość kamienicy dziura. Było w niej potwornie ciemno i wydobywał się stamtąd tuman kurzu.
– Ej, żyjecie jeszcze? – zapytał niepewnie.
Z dołu doszły go jęki. Najwyraźniej ktoś jeszcze żył. Zwinny nieziołek zeskoczył na podłogę, która jakby ugieła się pod nim lekko. Delikatnie na palcach podszedł do otworu w podłodze.
– Hej tam, cali jesteście? – zawołał.
– Chyba tak – z dołu doszedł nieco ochrypły, zapewne od kurzu głos Svena. – Nie marudź, tylko dawaj linę.
– Oooo… moja glowa… – jęczał na dole Martin.
– Uch, moja dupa. Ale zem przydzwonił odezwał się elf.
Stali na resztkach tego, co jeszcze przed chwila było podłogą. Znajdowali się w małej piwniczce, zamokłej i zasnutej pajęczynami. Martin ostatni podniósł się z kupy gruzu trzymając się za drobną ranę głowy, Sven rozcieral obolałe ramię a elf otrzepywał się z kurzu, pomieszanego z sadzą. Coś zamajaczyło nad nimi i po chwili z cichym trzaskiem wylądował obok nich nizołek.
– Masz – powiedział podając Svenowi line. – Ojej jak tu fajnie. Może to jakieś lochy. Myślicie, ze są tu jakieś potwory? A może znajdziemy skarb?
Sven go nie słuchał. Spojrzał na trzymaną w ręku linę, potem na oświetlony otwór trzy metry nad głową. I znowu na linę.
– Ty zakuta skarłowaciała pało – wrzasnął na niziołka i zamierzył się na niego wolną ręką. Uderzenie nie było mocne, Kal na czas się uchylił by uniknąć głownego impetu ciosu, za to Sven zawył z bólu – to była ta jego obolała ręka.
– Jak my teraz wejdziemy na góre, metrowy półgłówku. Trzeba to było gdzieś przywiązać – wrzasnął na niziołka. Ten profilaktycznie odsunął się trzy kroki w tył.
– No co, no co. Mówiłeś podaj linę, to ci ją podałem. – odparł zasmucony.
– Daj mi to – powiedział Martin, zabierając linę Svenowi. Odszedła dwa kroki i pogrążył się w skupieniu. Przykucnął i zaczął wodzić po linie palcami, jego druga dłoń wykonywała nad nią jakieś dziwne ruchy. Pozostała trójka zrozumiała, że rzuca zaklęcie. Jak ożywiony koniec liny wzniósł się po chwili pionowo w górę, aż sięgnął brzegu podłogi, przez którą wpadli. I tak znieruchomiał.
– Lepiej byłoby, gdybyś ją przywiązał do czegoś. – mruknął Goeyl’drin.
– Nie ma obawy, ne ruszy się ani na cal. Właźcie. – pewny siebie MArtin zrobił im wolne miejsce. Sven pierwszy skierował się do liny i złapał ją oboma rękami.
– Hej, znalazłem coś – doszedł ich z tyłu, z głębi piwniczki głos Kala. A tylko na chwilę stracili go z oczu. – pomóżcie mi odsunąc do cholerstwo.
Znaleźli go z oczami wlepionymi w ścianę, nad kawałkiem gruzuleżącego przy ścianie.
– Odsuńcie to. – powiedział.
– Co tam macie? – stojący z tyłu Martin niewiele widział.
Sven i Goeyl’drin unieśli bez problemów kawałek stropu – krótki kawałek belki z przybitymi do niego dechami. Kal podszedł do ściany i wodził po niej palcami. Po chwili coś wcisnął.
– Tadam! – ucieszył się. Oczom całej czwórki ukazała się mała nisza, ukryta wsześniej w ścianie, a w niej mała szkatułka.
– Ty, on miał rację, znależliśmy skarb – Sven szturchnął Goeyl’drina
– Może jakieś magiczne przedmioty, albo zwoje. – zamarzył się Martin. Obracali szkatyłkę w rękach przez chwilę.
– Weźmy to na góre. Tam mam narzędzia. Otworzymy, zobaczymy – powiedział nizołek.
– Racja, na górę – zawtórował mu Martin – nie wiem jak długo ta lina będzie jeszcze tak stać. Wczłapali się po kolei na górę. Niziołek ze szkatułką pod pachą pognał do swoich sakw, z których po chwili wyciągnął wytrychy. I zabrał się do otwierania. Pozostali przyglądali się z napięciem.
– Hej, co tam macie. – glos zza pleców ich zmroził. To był głos majstra. – Zachciało się cudzej własności, co? Oddawaj to zaraz.
– Ale…
– Oddawaj, bo zawołam straż miejską. A wtedy spędzicie w areszcie resztę swojej kary. Zrezygnowany Sven podał majstrowi szkatułkę.
– Cholera by go wzięłą. – Mruknęli jednocześnie pod nosem Marin z Goryl’drinem. Za plecami majstra stał uśmiechając się Burton. Patrzył dziwnym wzrokiem na kompanów. Odczekał parę chwil, aż majster ze szkatułką oddali się nieco.
– Widzę, że lubicie kasiorkę, co. – zapytał zawadiacko. – Mam dla was propozycję. Ale nie tutaj, nie przy świetle. Spotkajmy się wieczorem ,,Pod Białą Elfką”, OK? Można co nieco zarobic…
Smutni kompani pokiwali tylko głowami, nie mogąc odżałować swej straty…

magicswordwomen

Magiczne artefakty

W krainie Magii i Miecza można się natknąć na bardzo różne przedmioty. Część z nich – szczególnie te najpopularniejsze, można spotkać na bazarach i w sklepach. Czasami jednak, szczególnie na szlaku lub u przechodnich sprzedawców, natknąć się można na bardzo rzadkie i cenne artefakty.

magicswordwomen

W wielu rozgrwkach gracze mają możliwość również zakupu bardzo taniego przedmiotu który z pozoru nie jest tym czym się być wydaje. Dopiero po odczarowaniu lub połączeniu go z innym przedmiotem, oczom graczy przedstawia się potężny artefakt. Poniżej przedstawiam jedynie kilka pomysłów na ciekawe przedmioty. Reszta jest kreowana jedynie wyobraźnią mistrza gry (lub oczywiście kolejnymi książkowymi przykładami): Urzas Saga; Biały kielich; Miecz anioła;

wilkiwiedzmin

Zwierzęta

Zwierząt raczej nie uznajemy za osoby ale pomimo sprzeciwów ze strony niektórych członków drużyny umieszczam zwierzęta w kategorii ‚postacie’ aby zmniejszyć ich ilość (zmniejszyć ilość kategorii nie zwierząt :)

wilkiwiedzmin

Wilki – Wilk jaki jest każdy widzi… No może nie każdy widział, a wielu z tych co widziało – nie przeżyło. Groźne zwłaszcza w grupach. Nasi bohaterowie już kilkukrotnie spotkali się z wilkami, zazwyczaj wychodząc zwycięsko, choć czasami w opłakanym stanie – pazury wilków są ostre, a ich zęby silne.

Ścierwojad – Owad, przypominający wielką larwę na kilkunastu odnóżach. Paraliżuje swe ofiary za pomocą czułków, a potem zjada. Drużyna spotkała na razie jednego. Udało im się go pokonać , głównie dzięki ziołom, które od wiedźmy bagiennej dostali, a które spłoszyły robala. Sven i Goeyl’drin dorżnęli go potem, mszcząc się za to, że ich sparaliżował przy pierwszym spotkaniu.

Ryjowiec – Przypominające złowrogiego Ankhega, ale mniejsze owady, również ryjące w ziemi. Potrafią pluć klejowatą substancją, zdolną unieruchomić mniejsze istoty lub poważnie ograniczyć ruchy tych większych. Drużyna spotkała dwa takie okazy, które zaatakowały w labiryncie skałek , Jeden z nich padł, pod ciosami topora Svena i magicznego sztyletu Martina, drugi, ciężko raniony uciekł.

Wielka Ropucha – Ropucha, jak ropucha. Ta jednak była wielka na jakieś trzy metry. Większe rozmiary – to większe ofiary, choć sposób polowania ten sam – długi i lepki jęzor wystrzeliwany na odległość kilkunastu metrów. Drużyna spotkała jedną taką, na bagnach, gdy podążała śladem kultystów. Ropucha spętała językiem Martina, i gdyby nie pomoc elfa i Svena (pierwszy odciął część języka, drugi użył kuszy), to byłaby go pewnie połknęła. A tak, poraniona uciekła wgłąb bagien.

fantasyworld

Świat

Świat fantasy można opisywać na wiele różnych sposobów. Można by też o nim opowiadać przez wiele godzin a i tak by nie starczyło czasu. Wszystko sprowadza się do jego wielkości, różności i jak najbardziej: kreatywności.
Świat ten jest tworzony przez każdego pasjonata. I mimo iż większość z nas widzi go takim jaki został wykreowany przez pisarzy takich jak chociażby John Ronald Reuel Tolkien to przecież jest jeszcze wiele nieodkrytych jego zakątków…

fantasyworld

Przed każdą sesją RPG przygotowywujemy się – jako mistrzowie gry – samodzielnie, lub wraz z osobami które będą uczestniczyć w wyprawie (mimo to – zawsze mistrz gry przygotowywuje wiele niespodzianek o których gracze nie mogą dowiedzieć się wcześniej!) do wykreowania swojej własnej wizji świata. To jakim on będzie, zależy więc od każdego z nas.
Przedstawione na stronie mapy i plenery są głownie obrazami przygotowanymi przez wydawców – tak jest prościej. Zachęcam jednak do samodzielnych eksperymentów i próby stworzenia czegoś nowego – w końcu to od tego zależy przyjemność rozgrywki.

Prehistoria i historia Ennoru

Pradzieje: Panowanie smoków i nienazwanej rasy ich gadzich sług. Podobno smoki miały godnego przeciwnika – być może demony.

  • 4000-3000 PK (Przed Kataklizmem): Gnomy i krasnoludy walczą ze smokami, orkami, vranami, bobołakami i innymi ćwierć-cy-wi-li-zo-wa-nymi rasami. Lasy i góry pełne potworów powstałych u zarania świata
  • 3000 PK: Większość smoków wygnana lub uśpiona.
  • 2500 PK: Pierwsza wzmianka o elfach. Niektórzy twierdzą, że elfy przypłynęły z zachodu. Elfy osiedlają się w puszczach. Pierwsze miasta. Zaczyna się oczyszczanie lasów. Handel z krasnoludami.
  • 1800 PK: Wojny elfio – krasnoludzkie. Obecnie przyczyna nieznana. Walki nierozstrzygnięte.
  • 1748 PK: Wielki najazd orków ze wschodu. Krasnoludy zamykają się w swych górskich twierdzach, elfy kryją po lasach. Pierwsze informacje o Imperium Orków.
  • 1725 PK: Bitwa sprzymierzonych. Elfy w przymierzu z krasnoludami pokonują armie imperium orków. Kłótnie co do udziału w ostatecznym zwycięstwie znowu dzielą elfów i krasnoludy.
  • 1700 PK: Elfy docierają za Góry Orle, aż nad Morze Wewnętrzne, zakładając Quelinor.
  • 1700 PK: do 1050 PK: Lata spokoju. Złoty wiek krasnoludów. Bardzo mało zapisków historycznych z tego okresu.
  • 1000 PK: Potężny elfi czarnoksiężnik wszczyna wojnę domową. Po jego stronie, oprócz elfów (zwanych później mrocznymi) stają vrany i bobołaki. Elfy ze wschodu odmawiają pomocy. Wojna domowa trwa 15 lat. Mroczne elfy zostają wyparte, część na daleką północ, część znika w górach – mówi się, że zeszły pod ziemię.
  • 953 do 938 PK: Orki w znacznej sile pustoszą Góry Błękitne z pomocą magicznych stworów niszcząc wiele twierdz krasnoludzkich i gnomich miast. Odtąd góry te nazywane są Górami Cienia.>br> 930 PK: Pierwsza wzmianka o ludziach – Nordlingach na północy i Ostmenach na wschodzie. Nikt nie pamięta skąd się wzięli.
  • 890 PK: Orki z Forodwaith maszerują na południe i zachód, tym razem dobrze zorganizowane. Razem z nimi trolle, gobliny, vrany, bobołaki i podobno mroczne elfy.
  • 890 PK: – 807 PK: Wielka Wojna. Nieustanne walki Imperium Orków przeciw elfom, krasnoludom i gnomom. Orki opanowują połowę cywilizowanego świata – od Forodwaith do Illandurr, od Galthaur po Ringfas. Orkami rządzi wielki wódz, Katan, zwany Pólbogiem. Daje on zaczątek Imperium Północnego.
  • 807 PK: do 700 PK: Chwiejny pokój.
  • 698 PK: Armie Imperium Orków napadają wolne elfy – najazd na Quelinor. Do akcji na pomoc elfom wkraczają krasnoludy i ostmeni. Na pólnocy budzą się uciskani przez orków nordlingowie.
  • 685 PK: Upada Imperium Orków. Resztki ich armii kryją się po górach. Elfy zaczynają odbudowę swych miast w południowym Quelinorze.
  • 650 PK: ,,Sina Zaraza” wśród ostmenów w Galthaur i Archimad. Upadają ich królestwa. Dzieła dokańczają orki. Z ostmenów pozostają tylko nieliczne, rozproszone niedobitki.
  • 650 do 250 PK: Złoty wiek elfów. Rozwój imperium Quelinoru – elfy tam mieszkające zaczynają nazywać sie Świetlistymi. Rozwijają swoje państwa także elfy z Ennoru – zwane Szarymi. Część elfów przenosi się w góry, współistniejąc z krasnoludami – to Elfy Śnieżne, pogardzane przez swych Szarych i Świetlistych pobratymców.
  • 200 PK: Czarnoksiężnik Gulthar (prawdopodobnie był Elfem Świetlistym, ale elfy twierdzą, że Mrocznym) zaczyna budować swoją potęge w górnym biegu Sirionu.
  • 150 PK: Pierwsze walki z elfami i krasnoludami. Do Gulthara przyłącza się część nordlingów (ludzi), orki, trole i giganci. Powstaje znowu Imperium Orków.
  • 140 PK: W szeregach armii Gulthara pojawiają się Mroczne Elfy, wyróżniając się szczególnym okrucieństwem w stosunku do swoich naziemnych pobratymców. Mroczne elfy wspomagają armie Gulthara licznymi zastępami czarnoksiężników i kaplanów.
  • 130 PK: Ciemność i zimno panują na pólnocy. Krainy nordlingów padają pod naporem armii Gulthara. Na pólnocy Czarnoksiężnik budzi złe smoki – czerwone, zielone, błękitne i czarne.
  • 123 PK: Bitwa wśród jezior Fornenith (Mgliste Jeziora Północy). Gulthar po raz pierwszy używa martwiaków i wygrywa bitwę.
  • 100 PK: Armie Gulthara pustoszą dorzecze Sirionu. Krasnoludy opuszczają Ostre Góry. Część Szarych Elfów z Ennory przenosi się do Qualinoru. Elfy Świetliste przyjmują ich z niechęcią – ta część elfów nazywana będzie później Elfami Białymi.
  • 90 PK: Gulthar opanowuje Góry Cienia i Góry Ostre. Walki w dorzeczu Yarry – nierozstrzygnięte. Większość Czarnej Armii kieruje się w strone Qualinoru.
  • 75 do 51 PK: Rozejm z elfami. Gulthar Zbiera siły. Imperium Orków napada na Góry Białe, lecz krasnoludy się bronią – bez pomocy elfów, które takowej odmawiają. Okazuje się, że Gulthar} stał się potężnym Liczem.
  • 50 PK: Czarna Armia Buduje twierdze w Górach Żelaznych. Gulthar wzbudza w tych górach pięć wulkanów. W podziemiach rośnie armia martwiaków.
  • 49 PK: Zniszcenie elfiego miasta Glirhuin w centralnym Archimad.
  • 45 PK: Pierwsza wielka bitwa – Bitwa Przelanych Łez, w południowym Nurwandith. Elfy Świetliste i Białe wycofują się do Quelinoru i pólnocnego Nurwandith.
  • 42 PK: Bitwa Ogniestej Krwi, na połudnowym krańcu Orlich Gór. Oblężenie elfiego miasta Vinyamar, leżącego u stóp Orlich Gór.
  • 37 PK: Po pięciu latach oblężenia Vinyamar upada, orki i trole bezczeszczą miasto – nie ma w nim już nikogo żywego. Obrońcy sami odebrali sobie życie, co znane później będzie jako Noc Krwawego Księżyca.
  • 35 do 1 PK: Walki o Quelinor. Krasnoludy odpowiadają na wezwanie elfów.
  • 1 PK: Ostatnia Bitwa Sprzymierzonych u skalnych progów Taur-en-Faroth (obecnie Czarne Bagna). Elfy Szare i Świetliste wraz z krasnoludami, gnomami i niedobitkami ostmenów stawiają czoła znacznie silniejszym armiom Gulthara. Od potężnej magii Elfów Świetlistych i przeciwstawiających się im Mrocznych Elfów Gulthara zachwiana zostaje równowaga świata. Sprzymierzeni wygrywają bitwę. Zaczyna się czas kataklizmów, przemian – czas koniunkcji sfer i mieszania światów. Armia Gulthara zostaje rozproszona, on sam wedle niektórych podań zniszczony, wedle innych – jedynie wygnany z tego świata. Elfy Świetliste kryją się w Qualinorze, Elfy Szare w swoich miastach w Ennor, krasnoludy zaś w górach.
  • Kataklizm trwa kilkanaście lat. W tym czasie na świat dostaje się mnóstwo dziwnych istot i stworów, zaburzona zostaje magiczna równowaga. Świat zyskuje drugi księżyc – rudy w barwie Sellun. Na północy rozbudowują się lodowce, na południu powstają wielkie pustynie. Pod koniec tego okresu na zachodnich brzegach Annundain lądują ludzkie statki. Nikt nie wie skąd się wzięły, nawet sami ludzie. Niektórzy uważają, ze z ziem, znajdujących się daleko na zachodzie, inni, że ludzie przybyli z innego świata, który również przeszedł podobny kataklizm.

    Nowa era (NE)

  • 0 do 20 NE: Powstają pierwsze, nadbrzeżne miasta ludzi – w dzisiejszym Goedrin. Ludzie ekspandują na wschód. Wśród ludzi pojawiają się pierwsi magowie. Elfy ze zgrozą stwierdzają, że ci dobrze posługują się magią i bardzo szybko się jej uczą.
  • 32 NE: Ludzie zdobywają Yaep-Y-Larca (dzisiejsze Larche w Goedrin) – to pierwsza otwarta walka z elfami.
  • ok. 40 – 50 NE: osadnictwo na południowym brzegu Morza Błękitnego i wyspie Norris.
  • ok. 60 NE: ludzie na południu – na terenach dzisiejszych Battigii i Faradii.
  • ok 50 – 160 NE: Ludzie, po walkach z elfami, opanowują pas wybrzeża wokół Morza Błękitnego, do rzeki Yarry na północy i Gór Księżycowych na południu.
  • 155 – 159 NE: Pierwsza wojna z elfami. Ludzie zdobywają elfie miasta na wybrzeżu Morza Błękitnego – Yaer-Es-Aldan (dzisiejsze Yerres) i An Sol-Y-Mardan (Solymar).
  • 160 – 175 NE: Osadnicy ruszają w górę biegu Yarry i Gwynlech. Ci drudzy docierają do Gór Białych i siedzib krasnoludów.
  • 172 NE: Orki ruszają z Gór Ostrych, napadając na elfy. W tym samym czasie ludzie atakują i zdobywają jedną ze stolic elfów miasto Dar-Irian (dziś Irian w Garlandii). Z plemienia Szarych Elfów Irian przy życiu pozostają tylko Ci, którzy poszli na pomoc napadniętym przez orki kuzynom z północy.
  • 174 NE: Elfy, uporawszy się z orkami napadają miasta na brzegu Morza Błękitnego, pustosząc zupełnie wybrzeża obecnego Caenur, a także masakrując osadników w górnym biegu Yarry.
  • 180 NE: Elfy, po krwawych walkach odbijają Dar-Irian, najeżdżają Effer na południu i tereny obecnej Garlandii na północy.
  • 182-185 NE: Zatargi elfio – krasnoludzkie. Krasnoludy odmawiają elfom pomocy w walce z ludźmi. Orki z Gór Ostrych znowu ruszają na południe.
  • 182-190 NE: Ragnar I Garlandczyk jednoczy ludzkie księstewka. Koronuje się w roku 186 NE na króla, dając początek Wielkiej Garlandii.
  • 188-205 NE: ,,Wojna Siedemnastoletnia”. Wojska Ragnara odbijają w całości wybrzeże Morza Błękitnego. Ludzie zaczynają się osiedlać na północ od nigo. Podbite dorzecze Yarry, aż do ujścia Unai. Na południu Ragnar przyłącza księstwa leżące u podnóża Gór Białych i osady w górnym biegu Gwynlech.
  • 203 NE: Oblężenie i upadek Dar-Irian. Z miasta nie pozostaje kamień na kamieniu. Niedobitki elfów uciekają na tereny dzisiejszego Radwen i na północ.
  • 205 NE: Ragnar zostaje zamordowany podczas uroczystości 60-tych urodzin. Chaos w państwie.
  • 207-208 NE: Władzę stopniowo (przy użyciu podstępu) przejmuje Ulric I, zwany później Surowym. Ma wtedy 33 lata. Ostatnie tereny zdobywa dzięki zbrodni – książęta ze wschodniego Ennoru (dzisiejsze Caenur), zaproszeni na pokojowe rokowania zostają otruci. Niektórzy twierdzą, że to Ulric I zlecił morderstwo Ragnara.
  • 208 NE: Elfy napadają osiedla w Ennorze, na północ od Yarry, mordując niemal wszystkich ludzi aż po Khaal. Na południu palą gdody i mordują mieszkańców w płd.-zach. Illandurr.
  • 210-215 NE: ,,Wielka Krucjata”. Armie ,,Zjednoczonej Garlandii” niszczą wszelkie ślady elfów w Annundain i pustoszą elfie miasta w Illandurr.
  • 237 NE: Bunty książąt akwitańskich. Nowe państwo – zlepek pieciu księstw istnieje niecałe pół roku. Wkraczające we wrześniu tego roku wojska Ulrica, oddając katom członków zbuntowanych rodów książęcych – od starców po niemowlęta.
  • 239 NE: Umiera Ulric I Surowy. Na tron wstępuje jego syn Ulric II, zwany później Niemrawym.
  • 240-260 NE Korzystając z niemrawości króla i jego sklonności do zabaw raczej, niż do wojaczki, książęta akwitańscy powoli oddzielają swe ziemie od korony. Ludzie osiedlają sie w zachodnim i północnym Khaal. Elfy wynoszą sie z Illandurr pod naporem ludzkich osadników. Wallki z elfami w północnym Ennorze.
  • 261 NE: Umiera Ulric II Niemrawy. Władzę przejmuje jego wnuk, Markus I, gdyż pierworodny syn Ulrika II zginął w walce z elfami, zaś drugi został wydziedziczony i przeniósł sie do Akwitanii.
  • 265 NE: 14 letni Markus I zostaje zabity przez spiskowców we własnym łożu. Kilka stronnictw walczy o władzę.
  • 266 NE: Akwitania ostatecznie odrywa się jako wolne królestwo. Koronę otrzymuje wydziedziczony syn Ulrica II, Gregor I zwany Wielkim. Początek dynastii Ulryków w Akwitanii.
  • 266-270 NE: Wojna domowa w Garlandii. Pólnoc ogłasza niepodległość (267 NE).
  • 268 NE: Władzę w Garlandii przejmuje nieskoligacony z rodem Ulryków Jasper I, później zwany Starym, dając początek dynastii Durningów. Ma 41 lat.
  • 269 NE: Pólnoc odbita przez garlandczyków. Pada stolica buntu – Solymar.
  • 270-315 NE: Lata spokoju. Umacnia się podział administracyjny. Osadnicy zajmują ziemie aż po rzekę Gamtav na południu, wzdłuż Gwynlech aż do podnóża Gór Białych, około 100-200 kilometrowy pas ziemi wzdłuż wybrzeży Caenur, całość Khaal i tereny wzdłuż Yarry, aż po ujście rzeki Ar. Na południu miasta nad brzegiem Morza Sinego Oglaszają niezależność. Powstają wolne porty Argonne, Nout-Nout, Get-warr-gar i Isabella. Zajładają związek hanzeatycji i dobrze prosoperują dzięki handlowi z bliskim i dalekim południem.
  • 319-321 NE: Wielka zaraza – Czarny Mór. Ginie około 60% ludności ludzkiej w Garlandii, 40% na północ od Yarry i w Akwitanii, i tylko około 10% w Khaal.
  • 332 NE: Pierwszy wielki najazd Nordlingów – pustoszą Khaal, wyspę Norris i wybrzeża akwitańskie – obecny Goedrin.
  • 337 NE: Pierwsze oficjalne kontakty pólnocy ( Garlandii i \bf Akwitanii) z królestwami południa – Battigią, Faradią i Valleą.
  • 340-350 NE: Osadnicy docierają do Gór Cienia. Walki z elfami w środkowym biegu Yarry – pomiędzy ujściami Ar i Narduiny.
  • 352-354 NE: Mroźne Lata. Zimy zbierają duże pokłosie ludzkiego życia. Głód, susza, wewnętrzne niesnaski w Garlandii. Część ludzi icieka na południe.
  • 354 NE: Elfy, również zmęczone głodem i mroźnymi zimami atakują wybrzeża Morza Błękitnego. Zdobywają Konyar i Solymar.Wojska garlandzkie, nieliczne i wygłodzone zepchnięte zostają na południe, za rzekę Gwynlech.
  • 354/355 NE: Zimowe oblężenie Bolayir. Miasto upada wczesną wiosną – nie ma już go kto bronić, z głodu umiera 90% populacji. Elfy (około 70% z nich również ginie z głodu podczas oblężenia) zajmują miasto, ale znajdując puste spichlerze palą je doszczętnie. Wielu z nich zostaje w płonącym mieście, wybierając śmierć w ogniu nad śmierć głodową.
  • 356 NE: Elfy oblegają Yarnal. Jednocześnie z północy , przesmykiem pomiędzy Górami Cienia a Górami Norron wlewa się fala nordlingów.
  • 356-363 NE: ,,Druga wojna o Ennor”. Morzem płynie akwitańska flota na pomoc Yarnal i Foleyet i w górę Yarry do Aed Viscaal i F’axvallen. Jednocześnie elfy z Kellchimadu atakują z południa. Garlandia w kleszczach.
  • 359 NE: Elfy zdobywają południowy Illandurr, i najeżdżają równinę akwitańską. Wielka bitwa pod Recault. Wsławiają się w niej szczególnie rycerze zakonni Złotego Miecza i Szkarłatnej Róży. Czarodzieje, którzy jednogłośnie odmówili pomocy armii akwitańskiej zostają wygnani z kraju. Pozbawiona akwitańskiej pomocy północ chyli się ku upadkowi. Armia Garlandzka ledwie powstrzymuje elfów na południu na linii rzeki Gantav. Elfy niszczą F’axvallen.
  • 361 NE: Akwitańczycy wypierają elfy ze swoich ziem. Król Petar I Odważny rusza na pomoc garlandczykom. Nadaje też ziemie dla zakonów Złotego Miecza i Szkarłatnej Róży – poczatek współnego państwa obu zakonów – dzisiejsze Goedrin. Elfy w Garlandii zdobywają całe Illandurr aż po rzekę Illenę. Na północy książę Adalbert z Foleyet zwołuje naradę. Nordlingowie w zamian za pomoc otrzymiją ziemie na północ od Yarry, pomiędzy rzekami Unaią i Ar, a książę Evald Chador zwierchnictwo nad Khaal aż po Unaię. Zjednoczone siły ruszają na południe.
  • 362 NE: Odbite Konyar i Solymar. Spotkanie wojsk północy z armią garlandzką na rzece Gwynlech. Zjednoczona północ odmawia hołdu koronie garlandzkiej. Zaczątki królestw północnego Ennoru – Caenur, Chadorn, Roblev.
  • 363 NE: Wojska akwitańskie zdobywają kontrolę nad rzeką Gontar. Garlandczycy przekraczają Illenę i wybijają do nogi elfów aż po rzekę Sirion. Oficjalny koniec drugiej wojny.
  • 366 NE: Wojska Adalberta z Foleyet zdobywają opanowany przez elfów Bolayir, wcześniej bezskutecznie oblegany przez garlandczyków.
  • 367 NE: Ludzie odnajdują wśród jezior stolicę elfów – Caer-Y-Ril. Po trwającym pięć miesięcy oblężeniu miaso upada. Adalbert umacnia ,,Miasto Wśród Jesior”, akładając swoją stolicę – Carril. Elfy uciekają za Góry Wilcze.
  • 367-380 NE: Eksterminacja elfów aż po Narduinę Pierwsi osadnicy nad Yarrą na wschód od rzeki Ar. Narduina staje się wschodnią granicą nowego królestwa – Caenur. Na północy powstaje Chadorn. Ziemie oddane nordlingom jeszcze bezkrólewskie. Na południu garlandczycy i akwitańczycy ustalają granice na rzece Sirion. Nowa prowincja – Radwen, staje się wspólnym protektoratem.
  • 380 NE: Umiera Evald Chador. Khaal zostaje rozdzielony pomiędzy trzech synów – tak powstają Chadorn, Aldar i Loddirr.
  • 380-435 NE: Kolejne lata spokoju. Osadnicy bezz skutku próbują przekroczyć Narduinę – silny opór elfów. Elfy z Kelchimad nie pozwalają przejść Sirionu. W Radwen rodzi się ruch oporu przeciwko protektoratowi garlandzko – akwitańskiemu.
  • 437 NE: Garlandczycy atakują Caenur, przekraczając rzekę Gwynlech w okolicach Navarry. Walki w rejonie Bolayir i Aydin. Jesienią wojska akwitańskie pod wodzą króla Callesta wkraczają do Radwen bez zgody garlandczyków.
  • 440 NE: Pierwszy rozejm Navarski. Garlandczycy zgadzają sie na Gwynlech, jako granicę Caenur.
  • 441 NE: Wojska Garlandzkie, pod wodzą króla Jaspera IV Śmiałego wkraczają do Radwen – walki z akwitaczykami, bez formalnego wypowiedzenia wojny. Z wielkimi stratami wygrywają bitwę pod Ferke, doszczętnie rozbijając armie Akwitanii.
  • 443 NE: Callest, król Akwitanii zostaje obalony, ucieka z kraju wraz z rodziną.
  • 443-448 NE: Wojna domowa w Akwitanii. Moran i Norris ogłaszają niepodległość. Garlanczycy zobywają akwitańskie miasta Grassy i Laurier.
  • 447 NE: Diuk Brochard de Palliseaux ściąga na pomoc rycerzy zakonnych z Goedrin. W ciągu roku odbija wszystkie ziemie akwitańskie zdobyte przez garlandczyków i wypycha ich za Illenę. Znowu status-quo.
  • 465 NE: Powstanie w Radwen. Lud sprzeciwiający się rządom garlandczyków zdobywa Ferke i Denham. Wielki udział maja popierający powstańców czarodzieje.
  • 466 NE: Za podszeptami Roberta II, króla Caenur, książę Ruedy, Merchad wymawia lenno Garlandii. Nie składa jednak hołdu Caenur.
  • 468 NE: Radwen ogłasza niepodległość. Król garlandzki Jasper V zrzeka się praw do tych ziem, a także do Ruedy – jego pozycja w kraju jest zbyt niepewna, by zaczynać wojny z nowymi sąsiadami.
  • 470-550 NE: Okres względnego spokoju.
  • 484 NE: Nieudana próba akwitańskiej inwazji na Norris – rycerze zakonni odmawiają w niej udziału.
  • 497 NE: Najazd nordlingów, którzy pustoszą południowe brzegi Khaal – wybrzeża Aldar i Chadorn. Flota Caenur skutecznie broni swoich wybrzeży, ale nie udziela pomocy sąsiadom.
  • 498 NE: Wojna domowa w wynisczonym najazdami nordlingów Aldar, nazywana później ,,Buntem Czarodziejów”. Państwo dzieli się na dwie części – Yavandię (na południu) i Aldar Właściwy (obecnie po prostu Aldar).
  • 510-515 NE: Powstają wolne księstwa Granville i Drux – na początku zależne od Caenur, z czasem coraz bardziej suwerenne.
  • 531 NE: Miasto Foleyet ogłasza niezależność od Caenur. Ku zdziwieniu wszystkich król caenurski Robert VI nie reaguje – być może dlatego, że Foleyet zostaje poparte przez Hanzę (wolne miasta nad Morzem Sinym).
  • 545 NE: Armie królestwa Roblev Wkraczają do księstwa Granville. Dzieki nieoficjalnej pomocy Caenur małe księstewko wywalcza niepodległość jeszcze pod koniec tego samego roku.
  • 530-550 NE: Kolejna próba migracji osadników za Narduinę. Elfy stawiają zaciekły opór, ale osadnikom udaje się umocnić parę grodów po wschodniej stronie rzeki.
  • 551 NE: Spisek czarodziejów w Akwitanii. Vergil Ciemny zdobywa władzę zdominowawszy umysł króla akwitańskiego Callesta III Młodego.
  • 553 NE: Vergil Ciemny ogłasza się cesarzem. Wspomagane przez jego czarodziejów armie najeżdżają Moran, zdobywając kraj bez problemów.
  • 555 NE: armia akwitańska dokonuje inwazji na Norris – przebywa podobno cieśninę dzielącą wyspę od kontynentu po magicznym moście. Obrońcy wyspy są bez szans. pierwsze pogłoski o tym, że czarodzieje wspierający Vergila Ciemnego wspomagają jego armie istotami z innego świata. Jeszcze w tym samym roku armia akwitańska próbuje najechać Goedrin, ale rycerze zakonni bronią się w swoich twierdzach. Blokada handlowa (morks i lądowa) Goedrin.
  • 557 NE: Armie akwitańskie podbijają Effer i wypowiadają woję Garlandii.
  • team

    Sprzymierzeńcy

    Pewnego razu w świecie fantasy przecięły się ścieżki pięciu postaci różnych ras i profesji. Od tej chwili życie ich uległo całkowitej zmianie.

    team

    Serwis poświęcony jest grze rpg rozgrywanej w świecie fantasy przez kilka osób. Spotykamy się średnio raz w tygodniu aby móc przenieść się do świata rpg i przeżywać kolejne przygody. Teraz można śledzić on-line przygody jakie przeżywa nasza drużyna. Nasz świat fantasy obfituje w dynamiczną akcję, więc zapraszamy do lektury i życzymy miłych chwil oderwania się od rzeczywistości.

    malemiasto

    Linki

    Na stronie planujemy wprowadzenie działu linki, w którym znajdziecie zbiór najciekawszych (według nas) stron obejmujących zagadnienie fantasy.

    malemiasto

    Jeśli znacie jakieś ciekawe strony których tutaj nie przytoczyliśmy, prosimy o kontakt – na pewno się z nimi zaznajomimy a jeśli okażą się ciekawe – umieścimy je tutaj! Zachęcamy również do wymiany linkami i bannerami z naszą stroną. Jeśli jesteś webmasterem – pisz!

    barbbelt

    Przedmiot pas

    Pas powszechnie nosi się „na pasie”. To jednak bardzo świeża opinia. W odległych czasach pasy nosiło się przewieszone przez ramie a ich posiadanie było oznaką wielkiego majątku.

    barbbelt

    Osoby takie były bardzo nieprzyjemne i zbyt dumne by rozmawiać z mieszczaństwem. Także z mało znanym magiem…
    Ten zirytowany zaczarował pasy a osoby które go zakładały dosięgała klątwa: tracili włosy, robili się zieloni a ich majątek znikał. Z czasem mag zmarł a bogate osobistości znalazły sposób na okazanie swojej pozycji: połączyli przyjemne z pożytecznym i zaczęli nosić pasy przy spodniach.

    Aktualnie pasy noszone są zazwyczaj przez wojowników – jako element ochronny. Znajdują się pod kolczugą a nad wzmacnianymi spodniami. Pas może dodać od 2 do nawet (jeśli jest magiczny) 7 punktów ochrony.

    graal

    Artefakty urzas saga

    Nazwa tego artefaktu pochodzi od rodziny Urzy i jej potomków. Cała saga kolejnych członków posiadała go aż do momentu kiedy na zlecenie ówczesnego władcy została skradziona.

    graal

    Po tym wydarzeniu, rodzina Urzy zniknęła, jednak krążą legendy iż jej członkowie przemierzają świat w poszukiwaniu Artefaku o wdzięcznej nazwie Urwas Saga.

    Artefakt jest poszukiwany przez wielu a przez jeszcze więcej osób – uważany za odpowiednik Arkii Noego. Nikt tak naprawdę go nie widział a wielu opowiada coraz to wymyślniejsze legendy. Bardzo wiele rozgrywek opiera się właśnie o niego – celem wyprawy jest znalezienie (lub dowiedzenie się do czego służył) artefakt Urzy.