elfwspomnienia

Do zamku De Agostinich – wizja czarodzieja

Ból, potworny ból. Boli cię wszystko. Ręce, nogi, rany. Boli cię całe ciało. Leżysz na twardych kamieniach, boleśnie wgniatając sobie plecy i potylicę. i nie możesz się ruszyć, jakby przygniatał ciebie cały świat.

elfwspomnienia

Jakaś postać. Gdzieś z boku pali się świeca, lub kilka świec. Czujesz swąd spalenizny i widzisz cień rzucany na sufit przez małą, zgarbioną postać. A może nie małą… trudno powiedzieć. Nie możesz odwrócić głowy. Jak przez mgłę słyszysz, że mruczy coś do siebie pod nosem, ale nie rozpoznajesz słów. Jakiś obcy język, może magiczna inkantacja. A może po prostu twój umysł jest zbyt skołowany by rozpoznać poszczególne słowa.

Cień zaczyna poruszać się wokół ciebie, ale ty możesz tylko gapić się w sufit, nawet poruszanie gałkami ocznymi sprawia potworny ból. Oczy łzawią ci niemiłosiernie. Wokół roznosi się dziwny zapach. Słodki zapach. Perfumy? Kadzidła? Któż to wie. Łzy mimowolnie spływają ci po policzkach. Bardzo dziwny zapach. Kręci cię w nosie, gardło masz wyschnięte jak po tygodniu na pustyni.

Niewidoczna postać chodzi dookoła Ciebie. Słyszysz jej kroki, powolne i miarowe. Słyszysz słowa, ale nie rozpoznajesz żadnego z nich. Tylko ten zapach. Głos jest monotonny, i jednostajny, choć słowa się zmieniają. Chyba. Niczego już nie jesteś pewien.

Zawroty głowy. Wszystko zaczyna wirować, czujesz mdłości. Z boków napływają pasemka zielonej mgły. Zielonej, przeźroczystej i świecącej mgły. Coraz więcej pasemek, które zaczynają przed twoimi ledwie widzącymi oczami łączyć się ze sobą. Jest ich coraz więcej i więcej. W głowie ci się kręci, czujesz, że zaraz zwymiotujesz. Gdyby tylko było czym… Zielona, świecąca mgiełka rozrasta się nad twoją głową. To już nie pojedyncze pasemka, to już duży tuman świecącej, zielonkawej mgły. Czyżby… Mgła zdaje się przyjmować jakiś kształt. A może to tylko złudzenie. Już nie jest całkowicie przeźroczysta, nie widzisz przez nią kamiennego sufitu. Tylko mgła, zielona, świecąca coraz mocniej. Widzisz już głowę, tak wyraźnie… nie, znowu się rozmyło… A tam, po bokach, czy to ręce? Dziwne kształty z zielonej mgły majaczą ci przed oczami. Załzawionymi, bolącymi oczami. Tak, to na pewno głowa. Rozpoznajesz już nos, usta i oczy. Rozmazane i falujące – może dlatego, że zrobione z mgły, a może po prostu oszukuje cię twój rozedrgany wzrok.

Ciągle słyszysz dziwne słowa. Słowa istoty chodzącej wokół ciebie. Nie rozpoznajesz ich, ale wdzierają się do twojego umysłu. Każde z nich jest jak ukłucie szpilki. I każde następne coraz silniejsze. Postać z zielonej mgły unosi się nad tobą. Porusza ustami. Czy to ona powtarza te słowa? Słowa, które wbijają się w twoją jaźń jak sztylety. Sztylety, coraz dłuższe i ostrzejsze, wbijają się coraz głębiej sztylety słów. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Usta nie chcą się otworzyć, głos nie chce się z nich wydobyć. Potworny ból. Sztylety wbijające się w twoją głowę. Słowa docierające do samego środka twojej jaźni. Tak głęboko, że nie wiedziałeś, że to możliwe. Sztylety. Słowa. Sztylety – słowa. Sztylety zrobione ze słów. Potwornie ostre sztylety zrobione ze słów, świecących magicznych runów. Widzisz je, widzisz jak żarzą się potwornym, zielonkawym światłem, rozbłyskując oślepiająco, gdy wbijają się wgłąb ciebie. Sztylety ze słów. Nie chcesz. Nie możesz. Nie powiesz. Nie zdradzisz…

Postać z zielonej mgły chwyta cię za głowę rekami. Tak, to na pewno ręce, te zielone, świecące podłużne tumany. Czujesz chłód na skroniach. Twarz mgły zbliża się do twojej twarzy, cały czas powtarzając słowa. Magiczne sztylety słów jakby wydobywały się wprost z jej ust. Zielonkawa, świecąca twarz z mgły jest coraz bliżej, coraz niżej. Niemal cię dotyka. Czujesz jej chłód. Czujesz dziwny słodkawy zapach. Zielony zapach falującej tuż przed oczami mgły. Twoje usta otwierają się mimowolnie, jak w niemym krzyku. Czujesz w nich chłód, potworny chłód, od którego język staje ci kołkiem, a wargi pękają boleśnie. A po chwili czujesz smak. Zielony smak. Tak na pewno smakuje zielony kolor. Zielona mgła. Zielona istota. Chłód i smak są już w twoim przełyku. Przez łzy widzisz jak tuman mgły wlatuje do twoich otwartych ust, jakby wciągany przez coś. Czujesz zimno, rozlewające się po płucach i po całej głowie. Czujesz lodowate ukłucia w serce. Ból, potworny ból nie do wytrzymania. Ciemno robi ci się przed oczami. Chłód, zielony chłód dociera do najdalszych zakamarków twego ciała. Nic już nie widzisz. Tylko ciemność. Tylko ciemność.
Ból mija.
Ciemność.
Wszechogarniająca ciemność.
Ciemność, która ma zielony kolor.

* * *

W pokoju panuje półmrok, czerwonawy półmrok. I roznosi się zapach perfum, delikatnych i słodkich. Kobiecych perfum. Leżysz na wielkim łożu z baldachimem w kolorze zieleni, rozłożony na miękkiej jedwabnej pościeli. Jest chłodna w dotyku, taka miła i przyjemna. Jest ci wygodnie. Bardzo wygodnie.

Coś dotyka twoich ust. Coś chłodnego i wilgotnego. Patrzysz na wielką czerwoną truskawkę dotykającą twych warg. I na dłoń, która ją trzyma. Smukłą, zgrabną nieco śniadą. Dłoń kobiety. Siedzi obok ciebie, na krawędzi łóżka. I jest naga. Długie, rude włosy falą opadają na jej kształtne ramiona. Patrzy na ciebie głęboko zielonymi oczyma. I uśmiecha się. Ma duże, pełne usta, czerwone jak truskawka, którą ci właśnie podaje.

Łapiesz owoc zębami i gryziesz. Jest słodki i soczysty, krople soku ściekają ci po brodzie na nagi tors. Nagą pierś. Zupełnie nagą, tak jak i pierś kobiety. Ma duże, kształtne piersi. Na pewno jędrne i gładkie. Chcesz ich dotknąć. I dotykasz. Twoja ręka unosi się powoli i muskasz delikatnie jedwabistą skórę. Naciskasz mocniej. Kobieta nie odsuwa się. Tylko się uśmiecha. Jej piersi są jędrne, niemal twarde. I miłe w dotyku. Czujesz przyjemność, pobudzenie. Lewa pierś, prawa. Kształtne, jędrne półkule.

Kobieta sięga w bok i podaje ci kolejny owoc. Dużą, fioletową śliwkę. Gryziesz ją, cały czas patrząc prosto w oczy kobiety. W tych oczach jest coś… Coś takiego, że mógłbyś w nich utonąć. Są jak oceany. Morza głębokich, zielonych oczu. Ciężko oderwać od nich wzrok. Kobieta wyjmuje z twych ust pestkę. Czujesz jeszcze słodko-kwaśny smak śliwki w swych ustach. Kobieta odrzuca pestkę o zaczyna gładzić cię po twarzy. Po policzkach, ustach, brodzie. Po szyi. Jej ręka podąża niżej. Czujesz chłodny dotyk na swojej piersi. Na brzuchu. I niżej. Już niemal cię obejmuje.

Jej druga ręka znowu sięga na stojący obok stolik. Kątem oka widzisz leżącą tam wielką kiść winogron. Grona są olbrzymie, zielone. Opalizują tęczowo w słabym świetle. Odrywa jedno z nich, cały czas patrząc ci w oczy. I uśmiecha się nieprzerwanie. Jej druga dłoń błądzi u dołu twego brzucha. Wielkie zielone grono zbliża się do twoich ust. Jest piękne, pokryte kropelkami rosy, błyszczy wszystkimi kolorami tęczy. Takie piękne. Zbyt piękne, by je zjeść. Ale jest ci tak przyjemnie. Tak dobrze i błogo. Otwierasz usta. Czujesz chłodny dotyk na wargach. Winne grono jest słodkie i takie chłodne. Przyjemnie chłodne. Rozgryzasz je i delektujesz się jego słodko-kwaśnym smakiem. Takim przyjemnym, chłodnym, zielonym. Przełykasz ten sok. Chłód rozlewa się w twoim przełyku, żołądku. Przyjemny chłód. Bardzo przyjemny. Zbyt przyjemny. Druga dłoń kobiety obejmuje twą męskość. Przyjemnie. Chłodno i przyjemnie. Chłodno… Tak chłodno. Zimno. Lodowato. Marzniesz. Chłód przenika cię na wskroś. Jest ci zimno, bardzo zimno. Czujesz jak lodowacieją ci ręce i nogi. Nie możesz nimi ruszyć. Nie możesz drgnąć. jesteś jednym soplem lodu. Patrzysz przerażony na kobietę, a ona uśmiecha się tylko niezmiennie. Tak samo jak przedtem. Chcesz krzyknąć, wrzasnąć na nią, ale nie możesz – usta masz zamarznięte tak, ze nie chcą się otworzyć. Kobieta kładzie obie dłonie na twoim brzuchu. Gładzi go przez chwilę. Jej długie paznokcie wbijają się w twoją skórę. Paznokcie pomalowane na zielono, jasno zielono. Czujesz potworny ból, gdy rozcinają ci skórę. Dłonie, zgrabne i smukłe, jedwabiście gładkie dłonie zagłębiają się w twoim otwartym brzuchu, z którego cieknie krew. Kobieta uśmiecha się niezmiennie. Patrzy na ciebie głębokimi zielonymi oczami. Jej oczy się śmieją.

Ból, potworny ból rozerwanego brzucha. Kobieta wyciąga z niego ręce. Trzyma coś w ręku. To jelita. Twoje, ociekające krwią jelita. Zaczepia je o kolce. Kolce stojącej nad tobą konstrukcji, wyglądającej jak srebrno zielony rożen, ustawiony w poprzek twojego ciała na wysokości brzucha. Rożen o kolczastym pręcie. Ręka kobiety sięga do korby tej konstrukcji. Twoje jelita nabite na kolce zaczynają się nawijać na ten makabryczny rożen. Potworny ból. Z twojego rozdartego brzucha wylewa się czerwona krew, ciemna, w padającym zewsząd zielonkawym świetle. I ciepła, nieprzyjemnie ciepła krew, kapiąca spływająca po twoich bokach na zielone, jedwabne prześcieradła.

Ból jest nie do wytrzymania. Powoli, obrót za obrotem rudowłosa, zielonooka kobieta nawija kolejne zwoje twoich jelit na kolczasty rożen. Drżysz i krzyczysz, ale nie możesz się ruszyć. Przygniata cię ciężar zielonego światła. Czujesz się coraz słabszy, czujesz jak ucieka z ciebie życie przez otwarty brzuch. Kolejny zwój jelit nawinięty na rożen. Kolejna fala bólu wstrząsająca twymi trzewiami i całym ciałem. Odpływasz, tracisz przytomność. Przed oczami latają kolorowe plamy. Czerwone, żółte, fioletowe , czarne i zielone. Zielone. Zielone? Nie, to te oczy są zielone. Oczy pięknej, rudowłosej kobiety, której ręka obraca się monotonnie nawijając na kolczasty rożen ostatnie skrawki twojego życia. Głębokie, zielone oczy. Wielkie zielone oczy. Świecące zielone oczy. Światło, jasno zielone światło pada z jej oczu na ciebie. Tracisz przytomność. Kształt pięknego, nagiego ciała kobiety. Rozmywa ci się przed oczami. Rozmywa, rozpływa jak mgła. Zielona mgła. Postać z zielonej mgły, o świecących na zielono oczach. Uśmiecha się do ciebie.
Czemu zjadłeś to winogrono?
Potworny ból. Odpływasz…
Winogrono. Dlaczego…
Nie można. Nie wolno…
Umierasz.

druid

Do zamku De Agostinich – Wizja Druidki

Ból, potworny ból. Boli cię wszystko. Ręce, nogi, rany. Boli cię całe ciało. Leżysz na twardych kamieniach, boleśnie wgniatając sobie plecy i potylicę. i nie możesz się ruszyć, jakby przygniatał ciebie cały świat.

druid

Jakaś postać. Gdzieś z boku pali się świeca, lub kilka świec. Czujesz swąd spalenizny i widzisz cień rzucany na sufit przez małą, zgarbioną postać. A może nie małą… trudno powiedzieć. Nie możesz odwrócić głowy. Jak przez mgłę słyszysz, że mruczy coś do siebie pod nosem, ale nie rozpoznajesz słów. Jakiś obcy język, może magiczna inkantacja. A może po prostu twój umysł jest zbyt skołowany by rozpoznać poszczególne słowa.

Cień zaczyna poruszać się wokół ciebie, ale ty możesz tylko gapić się w sufit, nawet poruszanie gałkami ocznymi sprawia potworny ból. Oczy łzawią ci niemiłosiernie. Wokół roznosi się dziwny zapach. Słodki zapach. Perfumy? Kadzidła? Któż to wie. Łzy mimowolnie spływają ci po policzkach. Bardzo dziwny zapach. Kręci cię w nosie, gardło masz wyschnięte jak po tygodniu na pustyni.

Niewidoczna postać chodzi dookoła Ciebie. Słyszysz jej kroki, powolne i miarowe. Słyszysz słowa, ale nie rozpoznajesz żadnego z nich. Tylko ten zapach. Głos jest monotonny, i jednostajny, choć słowa się zmieniają. Chyba. Niczego już nie jesteś pewien.

Zawroty głowy. Wszystko zaczyna wirować, czujesz mdłości. Z boków napływają pasemka zielonej mgły. Zielonej, przeźroczystej i świecącej mgły. Coraz więcej pasemek, które zaczynają przed twoimi ledwie widzącymi oczami łączyć się ze sobą. Jest ich coraz więcej i więcej. W głowie ci się kręci, czujesz, ze zaraz zwymiotujesz. Gdyby tylko było czym… Zielona, świecąca mgiełka rozrasta się nad twoją głową. To już nie pojedyncze pasemka, to już duży tuman świecącej, zielonkawej mgły. Czyżby… Mgła zdaje się przyjmować jakiś kształt. A może to tylko złudzenie. Już nie jest całkowicie przeźroczysta, nie widzisz przez nią kamiennego sufitu. Tylko mgła, zielona, świecąca coraz mocniej. Widzisz już głowę, tak wyraźnie… nie, znowu się rozmyło… A tam, po bokach, czy to ręce? Dziwne kształty z zielonej mgły majaczą ci przed oczami. Załzawionymi, bolącymi oczami. Tak, to na pewno głowa. Rozpoznajesz już nos, usta i oczy. Rozmazane i falujące – może dlatego, że zrobione z mgły, a może po prostu oszukuje cię twój rozedrgany wzrok.

Ciągle słyszysz dziwne słowa. Słowa istoty chodzącej wokół ciebie. Nie rozpoznajesz ich, ale wdzierają się do twojego umysłu. Każde z nich jest jak ukłucie szpilki. I każde następne coraz silniejsze. Postać z zielonej mgły unosi się nad tobą. Porusza ustami. Czy to ona powtarza te słowa? Słowa, które wbijają się w twoją jaźń jak sztylety. Sztylety, coraz dłuższe i ostrzejsze, wbijają się coraz głębiej sztylety słów. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Usta nie chcą się otworzyć, głos nie chce się z nich wydobyć. Potworny ból. Sztylety wbijające się w twoją głowę. Słowa docierające do samego środka twojej jaźni. Tak głęboko, że nie wiedziałaś, że to możliwe. Sztylety. Słowa. Sztylety – słowa. Sztylety zrobione ze słów. Potwornie ostre sztylety zrobione ze słów, świecących magicznych runów. Widzisz je, widzisz jak żarzą się potwornym, zielonkawym światłem, rozbłyskując oślepiająco, gdy wbijają się wgłąb ciebie. Sztylety ze słów. Nie chcesz. Nie możesz. Nie powiesz. Nie zdradzisz…

Postać z zielonej mgły chwyta cię za głowę rekami. Tak, to na pewno ręce, te zielone, świecące podłużne tumany. Czujesz chłód na skroniach. Twarz mgły zbliża się do twojej twarzy, cały czas powtarzając słowa. Magiczne sztylety słów jakby wydobywały się wprost z jej ust. Zielonkawa, świecąca twarz z mgły jest coraz bliżej, coraz niżej. Niemal cię dotyka. Czujesz jej chłód. Czujesz dziwny słodkawy zapach. Zielony zapach falującej tuż przed oczami mgły. Twoje usta otwierają się mimowolnie, jak w niemym krzyku. Czujesz w nich chłód, potworny chłód, od którego język staje ci kołkiem, a wargi pękają boleśnie. A po chwili czujesz smak. Zielony smak. Tak na pewno smakuje zielony kolor. Zielona mgła. Zielona istota. Chłód i smak są już w twoim przełyku. Przez łzy widzisz jak tuman mgły wlatuje do twoich otwartych ust, jakby wciągany przez coś. Czujesz zimno, rozlewające się po płucach i po całej głowie. Czujesz lodowate ukłucia w serce. Ból, potworny ból nie do wytrzymania. Ciemno robi ci się przed oczami. Chłód, zielony chłód dociera do najdalszych zakamarków twego ciała. Nic już nie widzisz. Tylko ciemność. Tylko ciemność.
Ból mija.
Ciemność.
Wszechogarniająca ciemność.
Ciemność, która ma zielony kolor.
* * *

Jest chłodny rześki poranek. Miasto dopiero budzi się ze snu. Cisza. Miejska cisza – gdzieś miauczy kot, w oddali szczeka pies. Pierwsi kramarze terkocą swoimi wozami i wózkami, jadąc na rynek, by zająć jak najlepsze miejsca. Poranne słońce zaczyna rozgrzewać powietrze, otwierają się pierwsze okna w kamienicach.

Idziesz ulicą wdychając rześkie powietrze. Po niebie przesuwają się białe, kłębiaste chmurki, poruszane lekkim wiatrem. Ktoś podśpiewuje sobie wesoło wyglądając przez okno sypialni, kilka metrów nad twoją głową. Nie odwracasz się nawet. Idziesz przez siebie czystą, brukowaną ulicą.

Miasto budzi się ze snu.

Kolejna ulica. Paru przechodniów, jakaś baba wylewa przez okno pomyje – zgrabnie omijasz powstałą kałużę. Idziesz dalej. Po prawej bujny żywopłot – pewnie jakaś bogatsza posiadłość. Resztki porannej rosy błyszczą jeszcze na niektórych liściach.

Coś leży pod tym żywopłotem. Raczej ktoś. Widzisz opartego plecami o płot żebraka. Wygląda staro, jest przeraźliwie chudy. Na sobie ma podarte, brudne łachmany niewiadomego koloru. Jego twarz jest żółta, pocięta dziesiątkami głębokich zmarszczek. Oczy zapadnięte, podkrążone, aż sine. Jego ręka powoli wznosi się do ciebie. Drży, jakby z wysiłku. Zamglone oczy patrzą na ciebie.

Obok stoi pies. Duży, chyba owczarek. Trudno to poznać – sierść ma zmierzwioną, cały umorusany jest błotem. Też nie wygląda najlepiej. Można by powiedzieć skóra i kości. Bez problemu możesz policzyć jego żebra, słania się na łapach, długi, różowy jęzor wisi z lekko rozwartego pyska. Ogon drga mu spazmatycznie. Chyba chciałby do ciebie nim pomachać, ale nie ma tyle sił. Przysiada na tylnych łapach, a jedną z przednich podnosi do ciebie, w geście prośby.

Obaj, żebrak i pies przedstawiają makabryczny widok. Niemal widzisz cień śmierci głodowej unoszący się nad nimi. Zginą, jeżeli ktoś im nie pomoże. Tylko kto?

Rozglądasz się, ulica jest pusta. Znikąd pomocy. Patrzysz na nich znowu. Żebrak przymyka oczy, głowa opada mu do tyłu, opierając się o winorośl. Winorośl, nie żywopłot. Może jest jeszcze dla nich szansa. Oglądasz zwisające nad żebrakiem i jego psem gałęzie. Jest. Duża, ciężka kiść winogron, pod jej ciężarem ugina się młoda, giętka gałąź. Winogrono wygląda przepięknie. Około setki dużych, soczystych jasnozielonych gron połyskuje świeżą rosą, krzesząc na boki tęczowe iskry. To najpiękniejsza kiść winogron z tych, na których kiedykolwiek spoczęły twoje oczy. Wydaje się zbyt piękna, by ją zerwać. Ale patrzysz na żebraka i kiwającego się na łapach, osłabionego psa. Dlaczego oni jej nie zerwali? Może już nie mieli siły.

Sięgasz po wielką kiść i zrywasz ją bez namysłu. Jest ciężka, chłodna i wilgotna. Urywasz jedno grono – duże, wielkości chyba przepiórczego jaja. Przyklękasz przy żebraku i wsadzasz je do jego półotwartych ust. Wypychasz głębiej. Zaczyna je żuć. Sok wycieka mu kącikami ust, ścieka na brodę. Otwiera oczy. Patrzy na ciebie. Patrzy z przerażeniem. Zastanawia cię to przez chwilę, ale zaraz wciskasz mu do ust kolejne grono. I następne. Potem zaczynasz karmić psa. Próbuje odwrócić łeb, ale przytrzymujesz go bez problemu. Jest słaby. Wciskasz mu kilka gron do pyska. Gryzie je, a jasno zielonkawy sok pryska na boki.

Kolejne grono wkładasz sobie do ust. Rozgryzasz je. Jest słodkie, soczyste, wspaniałe. Delektujesz się jego smakiem, obracając je w ustach językiem. Czujesz chłodny, słodko-kwaśny smak soku, spływający ci do gardła i dalej, do przełyku i żołądka. Przyjemny, chłodny smak.

Spoglądasz na żebraka. Jego oczy ożyły, jakby poczuł nową energię. Wydaje ci się, że jego skóra nabiera rumieńców. Po chwili pies mruczy łagodnie. Już nie wygląda na takiego chudego. Jego ogon porusza się radośnie. Obaj patrzą jednak na ciebie dziwnie, jakby z wyrzutem. Nie rozumiesz tego. Przecież już ledwie żyli, trzeba było im pomóć…

Coś łapie cię za ramiona. Widzisz zielone rękawice, które cię przytrzymują. Dwie barczyste postacie z zielonymi, katowskimi kapturami na głowach podchodzą do żebraka i podnoszą go bez problemu. Po chwili rzucają go na kolana, jego głowa pada na duży okrwawiony pieniek – a przecież przed chwilą jeszcze go tu nie było. Przytrzymują go. Opada topór, krew tryska na wszystkie strony. Czyste cięcie. Bezgłowe ciało żebraka zostaje odrzucone. Głowa turla się pod twoje nogi, zatrzymuje się twarzą do góry. Niewidzące, zamglone oczy patrzą na ciebie z wyrzutem. Z na wpół otwartych ust wypada jasnozielone winne grono.

Patrzysz jak dwa draby łapią psa i jego głowę umieszczają na pieńku. Znowu opada ostrze topora. Pies wyje i skomle, jakby wiedział co się za chwilę stanie. I zaraz milknie, jego głowa ze stukotem spada na bruk.

Trzymające cię ramiona zaciskają się mocniej. Pchają w stronę pieńka. Próbujesz się opierać, ale na darmo. Ci, którzy cię trzymają są silniejsi. Uderzenie z tyłu w kolana i przyklękasz. Ręce w zielonych rękawicach dociskają głowę do pieńka. Twoja głowa leży na pieńku, widzisz zielone spodnie i wysokie, czarne buty kata. Widzisz cień jego topora na bruku, pod jego nogami. Zaczyna się, po czym płynnym ruchem zaczyna opadać.

Sekundy stają się wiecznością. Dlaczego? Dlaczego ja? Za co.

Widzisz błysk słońca w opadającym ostrzu.

Czemu zerwałaś to winogrono? Czemu je zniszczyłaś? Czemu je oddałaś??

Ból. Potworny ból rozsadza ci głowę. Po chwili świat zaczyna wirować. Bruk, niebo, winorośl. Kat. Patrzysz na niego z dołu. Robi się ciemno, nie widzisz wyraźnie. Czy to twój wzrok oszukuje, czy kat zaczyna się rozpływać w powietrzu. Jego oczy świecą spod kaptura. Zielono. Jest mgłą. Zieloną mgłą.
Świat przestaje wirować. Zatrzymujesz się z policzkiem na wilgotnym od krwi bruku. Kat – mgła przyklęka.
Nie wolno. Nie można.
Widzisz pieniek. Zakrwawiony pieniek.
Nie można. Wionogrono…
Z pieńka zsuwa się właśnie twoje bezgłowe ciało.
Nie wolno.
Umierasz.

femaletroll

Do zamku De Agostinich – wizja elfa

Ból, potworny ból. Boli cię wszystko. Ręce, nogi, rany. Boli cię całe ciało. Leżysz na twardych kamieniach, boleśnie wgniatając sobie plecy i potylicę. i nie możesz się ruszyć, jakby przygniatał ciebie cały świat.

femaletroll

Jakaś postać. Gdzieś z boku pali się świeca, lub kilka świec. Czujesz swąd spalenizny i widzisz cień rzucany na sufit przez małą, zgarbioną postać. A może nie małą… trudno powiedzieć. Nie możesz odwrócić głowy. Jak przez mgłę słyszysz, że mruczy coś do siebie pod nosem, ale nie rozpoznajesz słów. Jakiś obcy język, może magiczna inkantacja. A może po prostu twój umysł jest zbyt skołowany by rozpoznać poszczególne słowa.

Cień zaczyna poruszać się wokół ciebie, ale ty możesz tylko gapić się w sufit, nawet poruszanie gałkami ocznymi sprawia potworny ból. Oczy łzawią ci niemiłosiernie. Wokół roznosi się dziwny zapach. Słodki zapach. Perfumy? Kadzidła? Któż to wie. Łzy mimowolnie spływają ci po policzkach. Bardzo dziwny zapach. Kręci cię w nosie, gardło masz wyschnięte jak po tygodniu na pustyni.

Niewidoczna postać chodzi dookoła Ciebie. Słyszysz jej kroki, powolne i miarowe. Słyszysz słowa, ale nie rozpoznajesz żadnego z nich. Tylko ten zapach. Głos jest monotonny, i jednostajny, choć słowa się zmieniają. Chyba. Niczego już nie jesteś pewien.

Zawroty głowy. Wszystko zaczyna wirować, czujesz mdłości. Z boków napływają pasemka zielonej mgły. Zielonej, przeźroczystej i świecącej mgły. Coraz więcej pasemek, które zaczynają przed twoimi ledwie widzącymi oczami łączyć się ze sobą. Jest ich coraz więcej i więcej. W głowie ci się kręci, czujesz, ze zaraz zwymiotujesz. Gdyby tylko było czym… Zielona, świecąca mgiełka rozrasta się nad twoją głową. To już nie pojedyncze pasemka, to już duży tuman świecącej, zielonkawej mgły. Czyżby… Mgła zdaje się przyjmować jakiś kształt. A może to tylko złudzenie. Już nie jest całkowicie przeźroczysta, nie widzisz przez nią kamiennego sufitu. Tylko mgła, zielona, świecąca coraz mocniej. Widzisz już głowę, tak wyraźnie… nie, znowu się rozmyło… A tam, po bokach, czy to ręce? Dziwne kształty z zielonej mgły majaczą ci przed oczami. Załzawionymi, bolącymi oczami. Tak, to na pewno głowa. Rozpoznajesz już nos, usta i oczy. Rozmazane i falujące – może dlatego, że zrobione z mgły, a może po prostu oszukuje cię twój rozedrgany wzrok.

Ciągle słyszysz dziwne słowa. Słowa istoty chodzącej wokół ciebie. Nie rozpoznajesz ich, ale wdzierają się do twojego umysłu. Każde z nich jest jak ukłucie szpilki. I każde następne coraz silniejsze. Postać z zielonej mgły unosi się nad tobą. Porusza ustami. Czy to ona powtarza te słowa? Słowa, które wbijają się w twoją jaźń jak sztylety. Sztylety, coraz dłuższe i ostrzejsze, wbijają się coraz głębiej sztylety słów. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Usta nie chcą się otworzyć, głos nie chce się z nich wydobyć. Potworny ból. Sztylety wbijające się w twoją głowę. Słowa docierające do samego środka twojej jaźni. Tak głęboko, że nie wiedziałeś, że to możliwe. Sztylety. Słowa. Sztylety – słowa. Sztylety zrobione ze słów. Potwornie ostre sztylety zrobione ze słów, świecących magicznych runów. Widzisz je, widzisz jak żarzą się potwornym, zielonkawym światłem, rozbłyskując oślepiająco, gdy wbijają się wgłąb ciebie. Sztylety ze słów. Nie chcesz. Nie możesz. Nie powiesz. Nie zdradzisz…

Postać z zielonej mgły chwyta cię za głowę rekami. Tak, to na pewno ręce, te zielone, świecące podłużne tumany. Czujesz chłód na skroniach. Twarz mgły zbliża się do twojej twarzy, cały czas powtarzając słowa. Magiczne sztylety słów jakby wydobywały się wprost z jej ust. Zielonkawa, świecąca twarz z mgły jest coraz bliżej, coraz niżej. Niemal cię dotyka. Czujesz jej chłód. Czujesz dziwny słodkawy zapach. Zielony zapach falującej tuż przed oczami mgły. Twoje usta otwierają się mimowolnie, jak w niemym krzyku. Czujesz w nich chłód, potworny chłód, od którego język staje ci kołkiem, a wargi pękają boleśnie. A po chwili czujesz smak. Zielony smak. Tak na pewno smakuje zielony kolor. Zielona mgła. Zielona istota. Chłód i smak są już w twoim przełyku. Przez łzy widzisz jak tuman mgły wlatuje do twoich otwartych ust, jakby wciągany przez coś. Czujesz zimno, rozlewające się po płucach i po całej głowie. Czujesz lodowate ukłucia w serce. Ból, potworny ból nie do wytrzymania. Ciemno robi ci się przed oczami. Chłód, zielony chłód dociera do najdalszych zakamarków twego ciała. Nic już nie widzisz. Tylko ciemność. Tylko ciemność.
Ból mija.
Ciemność.
Wszechogarniająca ciemność.
Ciemność, która ma zielony kolor.
* * *

Żar leje się z nieba. Nogi zapadają się po łydki w rozżarzonym piasku. Krok za krokiem, z wysiłkiem podążasz przed siebie. Podążasz przez piaszczystą, spaloną słońcem pustynię. Pot ścieka po wszystkich częściach twojego ciała. Ścieka i paruje. Potwornie gorąco. Żar wypala skórę, wypala oczy. Usta dawno już ci wyschły, spękane wargi krwawią. Krew ścieka na twoją brodę i tam odparowuje, tworząc wielkie skrzepy. Potwornie gorąco. Stojące gdzieś wysoko słońce odbija się w każdym najmniejszym ziarenku piasku wypalając ci oczy.

Woda. Choć kropla wody. Pot wysycha zbyt szybko, by zdążyć go choćby posmakować, zwilżyć usta tą odrobiną wilgoci. Potworny żar. Ciężko ci się oddycha, jakbyś był w środku hutniczego pieca.

W oddali widzisz jakiś ciemny kształt. Oaza? Może chociaż skrawek cienia? Czy to aby nie miraż. Mimowolnie przyspieszasz kroku. Może to ratunek. Upragniony odpoczynek od lejącego się z nieba żaru. Potwornego, wszechobecnego gorąca wypalającego oczy, nos usta i skórę.

Cień. Wreszcie. Padasz na kolana i obsypujesz się chłodnym, lekko wilgotnym piaskiem. Masz nadzieję, że to nie majaki. Nie, naprawdę czujesz tą wilgoć. Życiodajną, chłodną wilgoć. Padasz na mokry piasek i zatapiasz się w nim. Tak przyjemnie. Chłodno. Oddychasz głęboko. Nawet powietrze jest tutaj chłodniejsze. Kładziesz się na plecach i oddychasz głęboko. Słońce już cię nie praży. Cień, życiodajny cień i chłód.

Nad tobą góruje winorośl. Duże, rozłożyste i ciemnozielone liście zasłaniają słońce. Liście są wilgotne, pokryte rosą. Po grubszych i cieńszych pędach płyną niemalże małe strumyki. Jak to możliwe w tym żarze wypalającym wszystko dookoła? Zastanawiasz się przez chwilę, ale tylko przez chwilę. Bogom dziękować, że ta winorośl tu jest.

Czujesz pragnienie. Wyschnięte usta, wyschnięte gardło. Język suchy jak wiór. Widzisz kiść winogrona, wisi nad tobą. Duża, ciężka, jasnozielona i błyszcząca. Wisi tuż nad tobą, wydaje ci się jakby to sama winorośl ci ją podawała. A może to tylko gałąź się ugina pod ciężarem około setki dużych gron. Wstajesz. Winogrono jest piękne. Błyszczy od rosy krzesząc dookoła tęczowe iskry. Sięgasz po nie ręką. Ucieka ci. Ucieka? Może to tylko twój spalony słońcem umysł podsuwa ci dziwne wizje. Przecież winogrona nie uciekają.

Łapiesz je gwałtownym ruchem i zrywasz. Stawia opór. Ale ty jesteś spragniony, głodny. Wyrywasz wreszcie całą kiść. Trzymasz ją w rekach. Ciężka, wilgotna i chłodna. I taka piękna. Widzisz swą postać odbijającą się w każdej kropelce rosy pokrywającej wielkie grona. Unosisz kiść do ust, otwierasz je. Wgryzasz się w winogrono, odgryzając na raz po parę gron. Są soczyste, chłodne. Czujesz błogi, kwaśno-słodki smak soku spływającego ci do gardła. Jeszcze jeden kęs, jeszcze jeden. Grona z trzaskiem pękają pod naciskiem twoich zębów, wypełniając twe usta sokiem. Jego strużki ściekają ci po brodzie i kapią na piasek. Takie słodkie. Dobre. Jest ci błogo. Od tej błogości kręci ci się w głowie. Nie wiesz jak długo nie jadłeś nic, ani nie piłeś. Tak dobrze… Zataczasz się. Lekko otumaniony rozkoszą wilgoci w ustach, w gardle, w żołądku i na skórze.

Zamykasz oczy i delektujesz się smakiem winogron.

Kręci ci się w głowie. Padasz na kolana. Otwierasz oczy. Nie trzymasz już pięknej srebrzącej się kiści. Jest wyschnięta, poskręcana, łamie ci się w dłoniach. Smakuje jak trociny. Czujesz je niemal w ustach. Czujesz jak połknięte ostre trociny ranią ci gardło, przełyk, żołądek. Ból. Rzucasz się na piasek. Coś cię oplątuje. Wilgotne zielone pędy pętają ci ręce, nogi i głowę, przytrzymując ciało na wznak. Krzyczysz z potwornego bólu w trzewiach. Otwierasz szeroko usta, wylatują z nich wyschnięte trociny. Patrzysz do góry. Wisi tam kiść winogron, wielka, wydaje się olbrzymia. Potężne błyszczące, zielonkawe grona. Świecą mdłym,zielonym blaskiem w otaczającej ciemności. Kiedy ona zapadła? Nie wiesz.

Jedno z gron powoli odrywa się od kiści. Jest ogromne, połyskuje kropelkami rosy. Wielkie jak twoja głowa. Spada. Prosto na ciebie. Czujesz potworny ból w roztrzaskanym udzie. Grono pęka, rozbryzgując na boki strumienie zielonkawego soku. Chcesz go złapać trochę w otwarte usta, ale nie możesz. Nie sięgasz, przywiązany do gruntu zaciskającymi się pędami. A usta masz pełne trocin.

Spadają następne grona. Wielkie, piękne. Gruchoczą ci bark, miednicę, wciskają w brzuch. Czujesz jakby twoje trzewia próbowały przecisnąć się przed gardło. Wokół pełno soku z rozbitych gron. Drobne jego kropelki unoszą się nad tobą.

Spadają następne pociski. Kropelki tworzą już zielonkawą mgiełkę wokół ciebie. Wielkie jak głowa grona gruchoczą ci pierś, ręce, kolana i stopy. Przy każdym uderzeniu usiłujesz zwinąć się z bólu, ale nie możesz, jesteś przywiązany. Mgiełka formuje się w jakiś kształt. Ludzki kształt zielonej postaci zrobionej z mgły. Uśmiecha się do ciebie. Ma zielone, świecące upiornie oczy. Uśmiecha się? A może coś mówi.

Kolejne grono odrywa się od wiszącej nad twoją głową kiści. Mglista postać trąca je lekko w locie. Widzisz wszystko jak w zwolnionym tempie. Piękne, jasnozielone winne grono połyskuje kropelkami rosy. Jest coraz bliżej. Coraz bliżej twojej głowy. Wiesz, że ją roztrzaska jak wydmuszkę.
Czemu zerwałeś to winogrono. czemu je zniszczyłeś?
Czemu? Winogrono.
Słyszysz trzask kości. Kości twojej czaszki.
Nie można. Nie wolno.
Umierasz.

wojownikwspomnienia

Do zamku De Agostinich – Wizja Człowieka

Ból, potworny ból. Boli cię wszystko. Ręce, nogi, rany. Boli cię całe ciało. Leżysz na twardych kamieniach, boleśnie wgniatając sobie plecy i potylicę. i nie możesz się ruszyć, jakby przygniatał ciebie cały świat.

wojownikwspomnienia

Jakaś postać. Gdzieś z boku pali się świeca, lub kilka świec. Czujesz swąd spalenizny i widzisz cień rzucany na sufit przez małą, zgarbioną postać. A może nie małą… trudno powiedzieć. Nie możesz odwrócić głowy. Jak przez mgłę słyszysz, że mruczy coś do siebie pod nosem, ale nie rozpoznajesz słów. Jakiś obcy język, może magiczna inkantacja. A może po prostu twój umysł jest zbyt skołowany by rozpoznać poszczególne słowa.

Cień zaczyna poruszać się wokół ciebie, ale ty możesz tylko gapić się w sufit, nawet poruszanie gałkami ocznymi sprawia potworny ból. Oczy łzawią ci niemiłosiernie. Wokół roznosi się dziwny zapach. Słodki zapach. Perfumy? Kadzidła? Któż to wie. Łzy mimowolnie spływają ci po policzkach. Bardzo dziwny zapach. Kręci cię w nosie, gardło masz wyschnięte jak po tygodniu na pustyni.

Niewidoczna postać chodzi dookoła Ciebie. Słyszysz jej kroki, powolne i miarowe. Słyszysz słowa, ale nie rozpoznajesz żadnego z nich. Tylko ten zapach. Głos jest monotonny, i jednostajny, choć słowa się zmieniają. Chyba. Niczego już nie jesteś pewien.

Zawroty głowy. Wszystko zaczyna wirować, czujesz mdłości. Z boków napływają pasemka zielonej mgły. Zielonej, przeźroczystej i świecącej mgły. Coraz więcej pasemek, które zaczynają przed twoimi ledwie widzącymi oczami łączyć się ze sobą. Jest ich coraz więcej i więcej. W głowie ci się kręci, czujesz, ze zaraz zwymiotujesz. Gdyby tylko było czym… Zielona, świecąca mgiełka rozrasta się nad twoją głową. To już nie pojedyncze pasemka, to już duży tuman świecącej, zielonkawej mgły. Czyżby… Mgła zdaje się przyjmować jakiś kształt. A może to tylko złudzenie. Już nie jest całkowicie przeźroczysta, nie widzisz przez nią kamiennego sufitu. Tylko mgła, zielona, świecąca coraz mocniej. Widzisz już głowę, tak wyraźnie… nie, znowu się rozmyło… A tam, po bokach, czy to ręce? Dziwne kształty z zielonej mgły majaczą ci przed oczami. Załzawionymi, bolącymi oczami. Tak, to na pewno głowa. Rozpoznajesz już nos, usta i oczy. Rozmazane i falujące – może dlatego, że zrobione z mgły, a może po prostu oszukuje cię twój rozedrgany wzrok.

Ciągle słyszysz dziwne słowa. Słowa istoty chodzącej wokół ciebie. Nie rozpoznajesz ich, ale wdzierają się do twojego umysłu. Każde z nich jest jak ukłucie szpilki. I każde następne coraz silniejsze. Postać z zielonej mgły unosi się nad tobą. Porusza ustami. Czy to ona powtarza te słowa? Słowa, które wbijają się w twoją jaźń jak sztylety. Sztylety, coraz dłuższe i ostrzejsze, wbijają się coraz głębiej sztylety słów. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Usta nie chcą się otworzyć, głos nie chce się z nich wydobyć. Potworny ból. Sztylety wbijające się w twoją głowę. Słowa docierające do samego środka twojej jaźni. Tak głęboko, że nie wiedziałeś, że to możliwe. Sztylety. Słowa. Sztylety – słowa. Sztylety zrobione ze słów. Potwornie ostre sztylety zrobione ze słów, świecących magicznych runów. Widzisz je, widzisz jak żarzą się potwornym, zielonkawym światłem, rozbłyskując oślepiająco, gdy wbijają się wgłąb ciebie. Sztylety ze słów. Nie chcesz. Nie możesz. Nie powiesz. Nie zdradzisz…

Postać z zielonej mgły chwyta cię za głowę rekami. Tak, to na pewno ręce, te zielone, świecące podłużne tumany. Czujesz chłód na skroniach. Twarz mgły zbliża się do twojej twarzy, cały czas powtarzając słowa. Magiczne sztylety słów jakby wydobywały się wprost z jej ust. Zielonkawa, świecąca twarz z mgły jest coraz bliżej, coraz niżej. Niemal cię dotyka. Czujesz jej chłód. Czujesz dziwny słodkawy zapach. Zielony zapach falującej tuż przed oczami mgły. Twoje usta otwierają się mimowolnie, jak w niemym krzyku. Czujesz w nich chłód, potworny chłód, od którego język staje ci kołkiem, a wargi pękają boleśnie. A po chwili czujesz smak. Zielony smak. Tak na pewno smakuje zielony kolor. Zielona mgła. Zielona istota. Chłód i smak są już w twoim przełyku. Przez łzy widzisz jak tuman mgły wlatuje do twoich otwartych ust, jakby wciągany przez coś. Czujesz zimno, rozlewające się po płucach i po całej głowie. Czujesz lodowate ukłucia w serce. Ból, potworny ból nie do wytrzymania. Ciemno robi ci się przed oczami. Chłód, zielony chłód dociera do najdalszych zakamarków twego ciała. Nic już nie widzisz. Tylko ciemność. Tylko ciemność.
Ból mija.
Ciemność.
Wszechogarniająca ciemność.
Ciemność, która ma zielony kolor.

* * *

Gwar, zapach jedzenia. Radosne głosy. Wielki stół uginający się pod ciężarem wielu potraw. Jest pieczony dzik, przepiórki z grzybami. Dalej dziczyzna – tors jelenia, albo sarny, pięknie przypieczony na żywym ogniu, chrupiący i soczysty. Jest cielę pieczone, obłożone warzywami, z których unoszą się wspaniałe zapachy. Są ryby – dwa wielkie sumy pławią się w fantastycznie pachnącym sosie. Są karpie, i są pstrągi w galarecie. Dalej półmisek pełen pieczonych węgorzy. I wszędzie pomiędzy półmiskami z konkretnym żarciem stoją misy z owocami. Są jabłka, gruszki i śliwki. Półmiski pełne pięknych, czerwonych i soczystych truskawek. Misy z czereśniami i agrestem. Ktoś zajada się porzeczkami, czerpiąc je całymi garściami z głębokich talerzy. Jakaś kobieta obżera się jagodami, fioletowy sok cieknie jej obficie po brodzie. Inna zanurza obie dłonie w misie z malinami. Unosi tyle ile może, obiema dłońmi, do ust. Maliny spadają na stół. Pożera je łapczywie.

Mężczyźni preferują mięsiwa. Jeden obgryza bażanta, drugi wpija się zębami w jagnięcy udziec. Nie pozostajesz gorszy. Na talerzu przed tobą leży piękna, soczysta golonka. Bierzesz ją w dłonie, unosisz do ust. Wgryzasz się w nią z rozkoszą, sok i sos pryskają ci a policzki kapią po brodzie. Wspaniałe, smakowite, wprost niebo w ustach. Delektujesz się tym smakiem, żując mięso powoli i dokładnie, by wyczuć każdą najdrobniejszą nawet smakową nutę.

Sięgasz po stojący obok puchar. Pełen jest perlistego białego wina. Inni też się delektują smakiem stojących na stole trunków. Wina białe, czerwone i różowe. Słodkie, wytrawne, półsłodkie i półwytrawne. Piwo wszelkich rodzajów – jasne, ciemne, mocne i słabe. Jest też wódka, spirytus i śliwowica, są likiery. Wielu alkoholi w ogóle nie rozpoznajesz. Czujesz tylko jak pachną. A pachną wspaniale.

Bierzesz łyk wina z trzymanego w dłoni pucharka. Wyśmienite. Półwytrawne, nieco cierpki kwaskowy smak idealnie zmywa tłuszcz z twoich ust i gardła. Wypijasz puchar do dna, czujesz jak perlisty, żółtawo-zielonkawy płyn ścieka ci do żołądka, przyjemnie go rozgrzewając. Po chwili znowu wgryzasz się w mięsiwo. Smakuje fantastycznie, jakby każdy kęs był tym pierwszym, nowym, jakbyś dopiero co poznał smak jedzonej potrawy.

Gwar wokół nasila się. Ludzie, mężczyźni i kobiety jedzą i piją upajając się wszystkim, co stoi na wielkim stole. Gdzieś z tyłu słychać muzykę – kapela przygrywa na lutni, fletni i skrzypcach. Tancerze podrygują z tamburynami w rękach.

Pojawiają się błaźni. Karłowate istotki w kolorowych strojach skaczą po stołach. Dzwonki dźwięczą na ich czapkach. W rękach większość z nich ma dzbany z winem, który obficie rozlewają do pucharów, nie zważając na to, że sporo wina rozchlapuje się na stole.

Jeden z nich podbiega do ciebie, zręcznie lawirując pomiędzy stojącymi na stole półmiskami, pucharami i dzbanami. W ręku nie ma dzbana. Tylko kiść winogron. Uderza cię, ze nie widziałeś żadnych na stole wcześniej. Ale czy to ważne? Kiść jest duża i piękna. Może setka dużych gron, wielkości przepiórczego jaja połyskuje przepięknie kropelkami rosy. Odbijają się w nich wszystkie kolory tęczy, krzesząc na boki różnobarwne iskry.

Błazen podaje ci całą kiść. Czujesz w dłoni jej ciężar. Czujesz twardość gron i ich jędrność. Jasnozielone, wilgotne od rosy. Chłodne, przyjemnie chłodne. Na pewno smaczne. Ale tak piękne, że niemal szkoda je zjeść. Wyglądają jednak tak smakowicie…

Wstajesz. Urywasz z kiści jedno grono i wkładasz je do ust. Pęka pod naciskiem twych zębów. Jest mięsiste, ma wspaniały słodko-kwaskowy smak. Czujesz jak tryska z niego sok, mile łechtając twoje podniebienie. Wspaniały smak.

Otwierasz oczy. Biesiadnicy patrzą na ciebie. Jedni z zazdrością, inni z powątpiewaniem. W oczach kilku osób widzisz autentyczne przerażenie. Ktoś kiwa głową ze zrezygnowania. Widzisz że coś szepczą, ale nie słyszysz słów. Uśmiechasz się, wyrywasz następne grono z kiści. Ruch twojej dłoni śledzą zazdrosne i przerażone oczy. Rozgryzasz grono. Znów ten wspaniały smak. Rozkosz. Zjadasz następne i następne. Wpijasz się zębami w kiść niemal połykając po kilka gron naraz, nie przejmując się, że perlisty, zielony sok tryska na wszystkie strony. Nie możesz się pohamować. Czujesz błogość rozchodzącą się po całym ciele. Przyjemne ciepło. Odgryzasz następne grona nie zwracając już uwagi na pozostałych biesiadników. Ciepło, przyjemne ciepło, od koniuszków palców u stóp po czubek głowy. Ciepło, ciepło rozpływające się po całym twoim ciele. Silne ciepło.

Zaczynasz się pocić. Ciepło jest coraz silniejsze. I przestaje być przyjemne. Upuszczasz na wpół obgryzioną kiść perlących sie winogron. To już nie ciepło cię ogarnia. To żar. Potworny żar w twoich żyłach. Płoniesz od środka. Ból, potworny ból. Od koniuszków palców, po czubek nosa, od pięt po czubek głowy. Potworny żar, od którego ściskają ci się wnętrzności. Czujesz, jakby jakiś potężny tłok próbował wycisnąć z ciebie cały zjedzony posiłek. Próbujesz to powstrzymać, ale nie możesz. Przez łzy bólu płynące ci z oczu widzisz pozostałych biesiadników. Odsuwają się od ciebie. I uśmiechają złowrogo, szyderczo i złośliwie. Masz za swoje – widzisz w ich oczach.

Zginasz się wpół i wymiotujesz. Struga wrzącego, zielonego płynu bucha z twych otwartych w bólu ust na stół. I druga. I następna. Potworny ból przewraca Ci trzewia, żar jakby chciał cię przenicować. Dalej wymiotujesz gorącym, zielonkawym płynem. Słodki mdły zapach. Czy to nie sok z winogron? Wymiociny są tak gorące, że tworzy się nad nimi para. Zielonkawa para, mgiełka o słodkim zapachu. Jest jej coraz więcej i więcej. Potworny ból wywracanych jelit i przenicowanego żołądka. Czujesz, jakbyś miał je zaraz wypluć. Płuca pękają ci w potwornym bólu, wymiotując nie możesz złapać powietrza. Pali ci je potworny żar. Przez łzy widzisz coraz gęstszą zielonkawą mgiełkę. Czyżby zaczęła formować jakiś kształt? Może to tylko złudzenie.

Serce wali ci jak młot, rozrywając niemal pierś. Wymiotujesz dalej. Postać z mgły patrzy na ciebie wielkimi, zielonkawo świecącymi oczyma. Uśmiecha się. Złowrogo.
Dlaczego zjadłeś to winogrono?
Czujesz jak coś wielkiego przeciska ci się przez gardło, rozrywając je. Wypełnia ci usta.
Nie wolno. Nie można…
Wypluwasz to i łapiesz w ręce. Ciepłe, wilgotne. Serce. Twoje własne serce. Jeszcze bije.
Winogrono. Dlaczego?
Nie można.
Serce przestaje bić w twoich dłoniach.
Nie wolno. Winogrono…
Umierasz.

caveswamp

Do zamku De Agostinich – Wizja Niziołka

Ból, potworny ból. Boli cię wszystko. Ręce, nogi, rany. Boli cię całe ciało. Leżysz na twardych kamieniach, boleśnie wgniatając sobie plecy i potylicę. I nie możesz się ruszyć, jakby przygniatał ciebie cały świat.

caveswamp

Jakaś postać. Gdzieś z boku pali się świeca, lub kilka świec. Czujesz swąd spalenizny i widzisz cień rzucany na sufit przez małą, zgarbioną postać. A może nie małą… trudno powiedzieć. Nie możesz odwrócić głowy. Jak przez mgłę słyszysz, że mruczy coś do siebie pod nosem, ale nie rozpoznajesz słów. Jakiś obcy język, może magiczna inkantacja. A może po prostu twój umysł jest zbyt skołowany by rozpoznać poszczególne słowa.

Cień zaczyna poruszać się wokół ciebie, ale ty możesz tylko gapić się w sufit, nawet poruszanie gałkami ocznymi sprawia potworny ból. Oczy łzawią ci niemiłosiernie. Wokół roznosi się dziwny zapach. Słodki zapach. Perfumy? Kadzidła? Któż to wie. Łzy mimowolnie spływają ci po policzkach. Bardzo dziwny zapach. Kręci cię w nosie, gardło masz wyschnięte jak po tygodniu na pustyni.

Niewidoczna postać chodzi dookoła Ciebie. Słyszysz jej kroki, powolne i miarowe. Słyszysz słowa, ale nie rozpoznajesz żadnego z nich. Tylko ten zapach. Głos jest monotonny, i jednostajny, choć słowa się zmieniają. Chyba. Niczego już nie jesteś pewien.

Zawroty głowy. Wszystko zaczyna wirować, czujesz mdłości. Z boków napływają pasemka zielonej mgły. Zielonej, przeźroczystej i świecącej mgły. Coraz więcej pasemek, które zaczynają przed twoimi ledwie widzącymi oczami łączyć się ze sobą. Jest ich coraz więcej i więcej. W głowie ci się kręci, czujesz, że zaraz zwymiotujesz. Gdyby tylko było czym… Zielona, świecąca mgiełka rozrasta się nad twoją głową. To już nie pojedyncze pasemka, to już duży tuman świecącej, zielonkawej mgły. Czyżby… Mgła zdaje się przyjmować jakiś kształt. A może to tylko złudzenie. Już nie jest całkowicie przeźroczysta, nie widzisz przez nią kamiennego sufitu. Tylko mgła, zielona, świecąca coraz mocniej. Widzisz już głowę, tak wyraźnie… nie, znowu się rozmyło… A tam, po bokach, czy to ręce? Dziwne kształty z zielonej mgły majaczą ci przed oczami. Załzawionymi, bolącymi oczami. Tak, to na pewno głowa. Rozpoznajesz już nos, usta i oczy. Rozmazane i falujące – może dlatego, że zrobione z mgły, a może po prostu oszukuje cię twój rozedrgany wzrok.

Ciągle słyszysz dziwne słowa. Słowa istoty chodzącej wokół ciebie. Nie rozpoznajesz ich, ale wdzierają się do twojego umysłu. Każde z nich jest jak ukłucie szpilki. I każde następne coraz silniejsze. Postać z zielonej mgły unosi się nad tobą. Porusza ustami. Czy to ona powtarza te słowa? Słowa, które wbijają się w twoją jaźń jak sztylety. Sztylety, coraz dłuższe i ostrzejsze, wbijają się coraz głębiej sztylety słów. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Usta nie chcą się otworzyć, głos nie chce się z nich wydobyć. Potworny ból. Sztylety wbijające się w twoją głowę. Słowa docierające do samego środka twojej jaźni. Tak głęboko, że nie wiedziałeś, że to możliwe. Sztylety. Słowa. Sztylety – słowa. Sztylety zrobione ze słów. Potwornie ostre sztylety zrobione ze słów, świecących magicznych runów. Widzisz je, widzisz jak żarzą się potwornym, zielonkawym światłem, rozbłyskując oślepiająco, gdy wbijają się wgłąb ciebie. Sztylety ze słów. Nie chcesz. Nie możesz. Nie powiesz. Nie zdradzisz…

Postać z zielonej mgły chwyta cię za głowę rekami. Tak, to na pewno ręce, te zielone, świecące podłużne tumany. Czujesz chłód na skroniach. Twarz mgły zbliża się do twojej twarzy, cały czas powtarzając słowa. Magiczne sztylety słów jakby wydobywały się wprost z jej ust. Zielonkawa, świecąca twarz z mgły jest coraz bliżej, coraz niżej. Niemal cię dotyka. Czujesz jej chłód. Czujesz dziwny słodkawy zapach. Zielony zapach falującej tuż przed oczami mgły. Twoje usta otwierają się mimowolnie, jak w niemym krzyku. Czujesz w nich chłód, potworny chłód, od którego język staje ci kołkiem, a wargi pękają boleśnie. A po chwili czujesz smak. Zielony smak. Tak na pewno smakuje zielony kolor. Zielona mgła. Zielona istota. Chłód i smak są już w twoim przełyku. Przez łzy widzisz jak tuman mgły wlatuje do twoich otwartych ust, jakby wciągany przez coś. Czujesz zimno, rozlewające się po płucach i po całej głowie. Czujesz lodowate ukłucia w serce. Ból, potworny ból nie do wytrzymania. Ciemno robi ci się przed oczami. Chłód, zielony chłód dociera do najdalszych zakamarków twego ciała. Nic już nie widzisz. Tylko ciemność. Tylko ciemność.
Ból mija.
Ciemność.
Wszechogarniająca ciemność.
Ciemność, która ma zielony kolor.

* * *

Wokół śpiewy i muzyka. Gwar zabawy. Ktoś uderza w tamburyn, ktoś gra na fletni. Słychać skrzypce i lutnię. Ludzie, odziani w proste, szaty tańczą i bawią się wokół ciebie. Mężczyźni krzyczą, kobiety piszczą radośnie. Drewniana podłoga drży i skrzypi pod nogami tańczących. Unosi się kurz i pył.

A tym masz mokre, bose stopy. Stoisz w wielkiej kadzi, po kostki w soku wyciskanym z wrzucanych do balii winogron. I zaczynasz tańczyć, tak jak ci na zewnątrz. Tańczysz, pod naciskiem twoich stóp pękają kolejne grona. Sok pryska na wszystkie strony, a ty zapominasz się w tańcu. Ugniatasz je. W uszach rozbrzmiewa ci muzyka, nogi same składają się do tańca. I z każdym krokiem, z każdym przytupem soku jest coraz więcej.

Taniec, szaleńczy taniec. Świat kręci się wokół. Twarze, osoby. Skrzypek, tancerka z tamburynem, mężczyzna grający na fletni, kobieta brzdąkająca na lutni, tancerze, dużo tancerzy. Świat wiruje wokół ciebie.

Ktoś trąca cię w ramię. Przystajesz, odwracasz się. Twój wzrok pada na podawaną kiść winogrona. Dlaczego on nie wrzucił jej po prostu do kadzi? Po chwili już wiesz. Grona są wielkie, jasnozielone. Połyskują od wilgoci. Pokrywające je małe kropelki krzeszą tęczowe iskry. Piękna jest ta kiść winogron. Bierzesz ją w rękę. Jest ciężka, może setka wielkich, połyskujących gron skrzy się na niej w padającym kolorowym świetle. Patrzysz na nią, z podziwem…

Ale wokół ludzie tańczą i grają. Nie wytrzymujesz, ciskasz kiść pod nogi, i znowu tańczysz. Czujesz, jak wielkie grona pękają pod naciskiem. Jest ich dużo, bardzo dużo i są bardzo soczyste. Dużo soku, jasno zielonego soku, który tryska spod twych bosych stóp całymi strugami. Coraz więcej się go zbiera w kadzi. Czyżby odpływ się zatkał? Nieważne. Tańczysz, tańczysz, tańczysz… Nogi same unoszą cię w rytm muzyki. A soku jest coraz więcej. Już sięga ci ponad kostki. Ale ty tańczysz. Sięga do łydek, kolan, ud, pasa… Coraz trudniej jest ci się poruszać, ale wciąż podrygujesz w rytm szaleńczej muzyki. Sok z winogron sięga ci już do piersi, szyi. A muzyka gra dookoła. Słyszysz dźwięk fletni, skrzypiec i lutni, dudnienie kroków tancerzy na deskach wokół balii.

Ale po chwili nie stoisz już w kadzi na winogrona. Tracisz grunt pod nogami i zalewa cię morze zielonkawego soku. Szamoczesz się, by wydostać się na powierzchnię, ale nie możesz. Widzisz tylko odblaski na powierzchni otaczającego cię zielonego morza. Cienie tańczących i grajków. Muzyka ciągle dociera do twoich uszu, ale jakby z wielkiej oddali. Zaczynasz tracić oddech, nie umiesz pływać w lepkim, kwaśnym, zielonym soku z winogron. Zbawcza powierzchnia oddala się coraz bardziej, zanurzasz się coraz głębiej w morzu zielonego soku. Morzu, które zdaje się świecić własnym światłem, zielonkawo-tęczowym, zupełnie jak ta przepiękna kiść winogron. Czemu ją wrzuciłeś do kadzi? Czemu nie oszczędziłeś jej piękna? Czemu…

Pierś pęka ci z braku powietrza. Próbujesz złapać oddech, ale nie możesz, czujesz jak sok wlewa ci się do płuc. Próbujesz krzyczeć ale nie ma jak. Ból, potworny ból… Dusisz się, przed oczami zaczynają latać kolorowe plamy. Czerwone, czarne, zielone. Zielone… Czy to rzeczywiście plamy? Ta jedna ma chyba kształt jakiejś postaci… Humanoidalnej, zielonej postaci. Zrobionej z mgły…
Czemu wrzuciłeś tę kiść winogron?
Wielki ból w płucach. Potworny, rozrywający ból…
Czemu? Winogrono…
Nie wolno. Nie można.
Umierasz.

enemy

Do zamku De Agostinich

A opowiadałem już waćpanom historię o zdobyciu Carril? Nie? No to pokrótce ją wspomnę. Było to w czasach Drugiej Wojny o Ennor, gdy północne kraje walczyły z elfami, a z południa nie było pomocy, gdyż elfy napadły również Akwitanię i Garlandię.

enemy

Wtedy jeszcze nie było naszego królestwa, Caenur miało dopiero powstać, a nasz pierwszy król, Adalbert z Foleyet był młodym księciem, co zjednoczył kraje północy. Dziwi was, że z Foleyet pochodził? Cóż, miasto to dopiero dwieście lat temu ,,wolnym” się ogłosiło i do hanzy weszło, a wcześniej przecież był to nasz największy port, strategicznie u ujścia rzeki Yarry położony…

Ale wróćmy do wojny z elfami, co się w roku 356-tym zaczęła. Nasz król Adalbert, co później go Mądrym nazwali zjednoczył ludy nad Yarrą mieszkające, a wiedzieć wam trza, że wtedy to dużo mniej ludzi mieszkało na północy, bo elfy liczne były i krwawo się z osadnikami rozprawiały. Po latach walk zaciekłych król nasz stolicę elfów znalazł, nasze dzisiejsze Carril, co się wtedy Caep-Y-Rill zwało. Pięć miesięcy walki trwały, bo wiecie, jak stolica nasza położona – wśród jezior bez liku, w lasach, gdzie się szpiczastouche hordy chowały i nękały zjednoczone wojska północy. Na łódkach małych podpływali nocą i tyły armii naszej napadali, zapasy niszcząc i szpitale wyżynając. Krwawa to była bitka, oj krwawa, mówią, że na niektórych jeziorach jeszcze do teraz plamy krwi ludzkiej i elfiej pływają, sam znam flisaka, co widział taką nie dalej jak miesiąc temu nazad. Wreszcie Adalbert jednak elfią stolicę zdobył, i tak mu się miasto spodobało, że swoją siedzibę kazał tam przenieść – bo pozycja przyznacie obronna jest, wśród jezior i lasów, podówczas bardziej dzikich i gęstych, na półwyspie na wielkim jeziorze. Obronne to miejsce, każdy przyzna, żeby je zdobyć trza flotę całą na jeziorach wybudować, co zresztą Adalbert właśnie zrobił, żeby elfy wyrżnąć…

Tak, wiem od tematu odbiegamy. Miał żem wam o czterech kompanach dalej pleść, bo na tym, co żem wczoraj powiedział historyja się jeszcze nie kończy. Ale przypomnę na czymśmy to wczoraj stanęli, bo nie wszyscy szanowni słuchacze do północka wczorajszego strzymali.

Tak więc zacznijmy od tego, jak kompanija w Komarowie na noc stanęła. I jak niziołek Nanny porwany został, mimo iż Goeyl’drin dzielnie stawał, ale z magikiem miał do czynienia i ogłuszony skończył. Pozostali znaleźli go, i drugiego niziołka Kala, magicznie uśpionego. I nie wiedzieli co robić. Za zgodą sierżanta miejscowej straży do Świątyni weszli, ale tylko nowicjusza martwego znaleźli, a po Michaile, który mógł czarnobrodego oskarżyć śladu nie było – pewnikiem go bandyty w jeziorze utopiły. Znaleźli za to jednego z bandytów, ale im uciekł, tylko magicznie przez Martina przywołany pies buta zdążył mu porwać. I kompani w kropce byli, ale wnet ich minstrel, Gurian Aston znalazł i mówił, że wie, gdzie czarnobrody (Guilermo Ortiz, jak się później kompani dowiedzieli na imię mu było) niziołka schował. Ale po prawdzie to trzech kompanów tylko w zasadzkę wprowadził, gdzie już czwarty z bandytów z kuszą przemyconą tajemnym sposobem czekał i Svena postrzelił. Marny był to jednak kusznik, bo źle wcelował i tylko go rozzłościł. W tym czasie Martin ze zwoju magicznego cuchnącą chmurę przywołał, i kusznika smród powalił. Barda zaś, co wcześniej elfa ogłuszył, Sven toporkiem potraktował. Grajek żył jeszcze, ale nic się od niego nie dowiedzieli, bo skonał gdy chciał im miejsce ukrycia Nanny’ego zdradzić. Zgadli jednak gdzie ów niziołek, po glinie czerwonej, co na butach bandytów została. I Sven z Kalem do piwniczki pod świątynią poszli i jednego z bandytów, tego bez buta, razem z Nannym znaleźli.

No więc przyszła pora by z Guilermem się rozprawić. Straże wioskową i hrabiego Haddera na niego nasłali, ale morderca na dach uciekł. I zbiec chciał skacząc z dachu na inny, ale w tym momencie Martin czar rzucił, co zupełnie Guilerma sparaliżował i biedaczek kark sobie skręcił spadając bezładnie. Jakby tego było mało, to go jeszcze Sven ogłuszyć chciał i chyba ciutek za mocno to zrobił…

Morderca zszedł był raczej niehonorowym dla wojownika sposobem, i kompani resztę nocy spokojnie przespać mogli. Rano do Bouvetty ruszyli z przygodnie poznanym kupcem Baltazarem półelfem, gadułą strasznym. Koło im po drodze pękło i naprawa nieco zajęła, więc do miasta po zmroku dopiero doszli i bramy już zamknięte były. Dowódca warty zgodził się jednak ich wpuścić za przysługę małą – trzeba było gacha, co się do małżonki strażnika przystawiał poturbować ciutkę, a niewiastę nastraszyć mocno. No i kamraci tak też zrobili, okazało się jednak, że gach ów to Nanny’ego znajomy, więc oszczędzili go, tym bardziej, że wiele ciekawych wieści osobnik ten niziołkowi zdradził. Niziołek zafrasował się strasznie i powiedział wreszcie kompanom dlaczego ściganym był.

Trzy miesiące wcześniej był podobnież zamach na następcę dworu królewskiego, 24-letniego Lorensa. Zamach nieudany, ale mocno tajne służby królewskie podkurwił. Wkrótce też osoby królowi wierne zaczęły ginąć, lub w dziwnych okolicznościach do lochu wtrącane były, głównie za spisek przeciw koronie. Nanny był u swego przyjaciela, barona McAuley’a, gdy ten mu zdradził, że i jemu ktoś papiery jakoweś chciał podrzucić. Baron włamywacza złapał w samą porę, dzień później już u barona przeszukanie było – tajne służby królewskie. Włamywacza jednak baron im nie wydał, bo sam ochotę przesłuchać go miał. Zebrało się wielmożów parę – jakiś burmistrz, stary generał, paru zacnych kupców i jeden mądry czarodziej. Magik ten stwierdził, że na włamywaczu klątwa ciąży i prędzej zemrze, niźli coś powie. Udało mu się jednak klątwę przełamać na tyle, że włamywacz ducha za szybko nie wyzionął i co nieco powiedzieć zdążył. I dowiedzieli się zebrani, że wszystkiemu jakieś Bractwo winne i jegomość Szarym Borsukiem zwany każe papiery wielmożom królowi wiernym podrzucać. Zeznania te spisane zostały i zebrani, w tym Nanny, po kopii listu dostali by królowi lub komuś zaufanemu dostarczyć. Część z posłańców zginęła jednak, a Nanny, przez zabójców ścigany kompaniję znalazł i ci pomogli mu do Bouvetty dotrzeć.

No i weszli do miasta, ale dom niziołka obstawiony był, więc za radą jednego z przyjaciół halfinga do kryjówki poszli. Ale nie dane im było dojść, bo w zasadzkę weszli. Elf z kuszy powalony został, reszta się w zaułku schroniła, ale ku swojej zgubie. Zaułek zamknięty był bowiem magicznym sposobem, a czarownik jakowyś resztę komapaniji oślepił najpierw, potem część uśpił, zaś Sven jako ostatni powalony bełtem z kuszy został.

Nie zginęli jednak kompani, ale majaki straszne mieli, że nad nimi jakowyś rytuał się odprawia. A potem, koszmarne sny, w których za zjedzenie albo zniszczenie winogrona kara ich spotkała. Nie wiedzieli jednak czemu.

Obudzili się w piwniczce jakowejś, gdzie strawa ciepła na nich czekała, wszyscy z gronami winnymi w ustach. Rany ich były opatrzone, a niektóre wręcz wygojone. I nie wiedzieli co się dzieje, do czasu, gdy szpakowaty brunet z brodą krótko przyciętą się zjawił.

Okazało się, że to zapewne herszt tej bandy, co Nanny’ego ścigała, bo niziołka z nimi nie było. Jegomość ten stwierdził, że na kompaniję klątwa Geas rzucona została i że muszą zrobić co im sie każe, i że stali się członkami Bractwa Winnego, bo się temu hersztowi spodobało, jak się z Guilermem sprawili.

A klątwa Geas straszna jest, i wiedzieć wam trzeba, że złamać ją mogą tylko najpotężniejsi czarodzieje i kapłani. Kto klątwą tą obłożony został, zdradzić przykazanych rzeczy nie może i zadanie zlecone przez określoną osobę wypełnić musi. Jeśli komukolwiek, choćby i matce rodzonej chciałby cośkolwiek powiedzieć, to umrze natychmiast, jeśli zadania zleconego nie wypełni, na chorobę straszną zapadnie i też wkrótce skona w męczarniach.

I dostali kompani pierwsze zadanie. Trza im było do zamku de Agostinich się udać, gdzie zabawa z okazji urodzin hrabiowskiego syna trwała. Tam z hrabiną Natalią mieli się spotkać i list tajemny jej przekazać – bo hrabina także w Bractwie była, ale się od dłuższego czasu nie kontaktowała.

Jak kompanija miała na zamek wejść, zapytacie? Otóż za wędrowną trupę sztukmistrzów mieli się podać. Bractwo przechwyciło taką trupę na zabawę zaproszoną, niestety poturbowana została ona ciutek za mocno, by można ją był wykorzystać. A jak mieli kompani cyrkowców udawać? Dzięki sprzętom magicznym, co przy trupie znalezione zostały. A były tam sztaby i podkowy, co łatwo łamać można, były monety co strzały przyciągały, i były łańcuchy nie do zerwania, co prostym trikiem otwierać się dały. I różne inne dziwy…

Tak więc rankiem, dnia 28 września roku pańskiego 664-go wyruszyła kompanija wozem cyrkowców w stronę Komarowa, skąd już tylko dzień drogi do zamku de Agostinich był. A dzień to był ponury i deszczowy, woda lała się z nieba strumieniami i wiatr zimny zacinał…

* * *

Wiatr zimny zacinał deszczem w twarz Goeyl’drina. Siedział na koźle, prowadząc ciężki i oporny wóz cyrkowców błotnistą i pełną kałuż drogą przez las. Byli jeszcze o parę godzin drogi od Komarowa, a nieprzyjemna to była droga. Dwa konie zaprzężone do wozu grzęzły powyżej pęcin w głębokim błocie, ale brnęły mozolnie naprzód. Elf otulił się mocniej przeciwdeszczową peleryną o poprawił kaptur na głowie. I tak kropelki deszczu ciekły mu na kark, bo kaptur już przemókł zupełnie. Zaszczękał z zimna zębami i zazdrościł. Zazdrościł trzem pozostałym kompanów, siedzących w ciepłym, suchym i osłoniętym od wiatru wnętrzu drewnianego cyrkowego wozu…

* * *

Brzytwa ześliznęła się po gardle Svena. Strumieniem pociekła krew… No, może i nie strumieniem. Ale i tak Sven zaklął siarczyście. I zanurzył okrwawioną i przyozdobioną pianą brzytwę w misce z wodą.
– Cholera, mówiłem mu, żeby jechał ostrożniej, bo się będę golił. – powiedział w powietrze, wyraźnie w stronę przodu wozu, gdzie za drewnianą ścianką siedział Goeyl’drin.
– Mógłbyś po prostu poczekać do wieczora. Staniemy ,,Pod Jesiotrem” w Komarowie, to się spokojnie ogolisz. – stwierdził Martin. I ziewnął. Leżał na wyłożonej poduchami ławie przy bocznej ścianie wozu, niemal naprzeciw Svena.
– E tam, wolę się teraz ogolić. Kto wie co nas spotka…
Martin podniósł głowę i spojrzał na Svena podejrzliwie.
– Kal, czy ty wiesz o co mu chodzi? – zapytał po chwili, w stronę siedzącego na tyłach wozu niziołka.
– Kal ty znowu żresz! I faktycznie niziołek pospiesznie przełykał kromkę chleba, który sam osobiście zwinął ze straganu w Bouvetcie. W ręku miał jeszcze jednak drugi dowód zbrodni – pęto kiełbasy, wspaniale pachnącej jałowcem.
– Ty się nigdy nie opanujesz. Gdzie ty to wszystko pchasz…
– No co, no co? – oburzył się Kal, przełknąwszy szczególnie duży kęs. – Jestem głodny to jem. Dawno minęła pora obiadowa… Martin popatrzył na niziołka z politowaniem. Potem wyszeptał parę słów i szybko, ale w bardzo skomplikowany sposób poruszył palcami w stronę Kala. Po chwili rozległ sie przeraźliwy krzyk niziołka. Zamiast pachnącej pięknie i smakowicie wyglądającej kiełbasy trzymał w ręku potwornego robala. Niemal dokładną, choć zminiaturyzowaną kopię ścierwojada , którego spotkali parę dni temu w jaskini. I to bardzo żywotną kopię. Kal z obrzydzeniem i przerażeniem w oczach rzucił ją przed siebie. Pech chciał, że trafił prosto w rękę Svena, i ten znowu się zaciął.
– No nie… – powiedział po chwili – Jak ja się teraz jej pokażę… – dodał po chwili ścierając krew z rozciętego policzka.
– Ach, to o to chodzi – zorientował się Martin, podnosząc wijącego się robala z podłogi. – Masz nadzieje, że znowu będzie tam ta panienka, co?
– Może… – Sven próbował być tajemniczy.
– No tak, sierżant z tej wiochy mówił, że ona się często tam pojawia. – Martin otrząsnął robala z piachu, otrzepał, włożył do ust i ugryzł. Sven spojrzał na niego dziwnie, a siedzący w głębi Kal omal nie zwymiotował. Po brodzie Martina pociekła zielonkawa maź. Martin zgryzał kolejne kawałki robala, który drgał konwulsyjnie. Sven patrzył na niego z obrzydzeniem, wycierając resztki piany z twarzy w jakąś szmatę. Kal odwrócił się tyłem do czarodzieja, żeby nie widzieć jak Martin kontynuuje posiłek.
– No co, nie podoba wam się? – zapytał Martin z wyrzutem – Za mało realistyczne? No mówcie.
– Jak dla mnie to nawet za bardzo. – powiedział Sven. – tylko nie sądzę, żeby spodobało się gościom na zamku.
– Nie, dla nich to mam co innego… ale to niespodzianka. – powiedział czarodziej, a na jego twarzy zagościł szelmowski uśmieszek. – A wy też moglibyście coś poćwiczyć. Jeśli mamy dostać ekstra zapłatę, to występy muszą być odjechane.
– Nie martw się o to, już ja coś wymyślę… Na przykład podmienię niziołkowi łańcuchy, i niech próbuje wyleźć spod wody… Kal odwrócił się i spojrzał prze ramię.
– A jakby tak mu podmienić misktury… I dać coś zamiast tej do oddychania pod wodą… – dodał Martin, przełykając ostatni kęs robala. Po chwili magiczna iluzja ściekającej po brodzie zielonej krwi ścierwojada zniknęła.
– No tak, to byłoby niezłe. – przyznał Sven. Właśnie otarł z twarzy ostatnie resztki piany. – Ale teraz zrobimy coś innego… W oczach Svena zaiskrzył się dziwny błysk. Kalowi się on zdecydowanie nie podobał.
– No co, nawet najeść się nie można. Przecież od ust wam nie odejmuję…. Sven wstał. W ręku trzymał cały czas bardzo ostrą brzytwę. — Chodź mi pomóc Martin – powiedział do czarodzieja. – Ogolimy kurdupla. Martin uśmiechnął się. I też zaczął się podnosić.
– Racja. Należy mu się. Choćby za tamte onuce…
– I za to – powiedział Sven ocierając krew z policzka zranionego podczas golenia. Podchodzili do niziołka powoli. Ten zaś skulił się w rogu wozu i mamrotał coś pod nosem.
– No tak. – zastanowił się Sven. – Ale co chcesz mu ogolić? Na przerażonej twarzy niziołka faktycznie nie było żadnego zarostu.
– Ogolimy mu stopy – z szelmowskim uśmiechem na twarzy powiedział wojownik.
– Nieeeeeeeeeeee!!!!!!! Tylko nie stopy, błagam…. Woź szarpnął nagle i stanął. Tak gwałtownie, że Marin zachwiał się, i przewrócił na plecy. Sven też omal nie upadł, zdążył przytrzymać się jednak stojącej przy ścianie szafki. Obaj popatrzyli na siebie zdziwieni. Po chwili otworzyły się umieszczone z boku wozu drzwi. Do środka wdarł się ziąb i i deszcz. W drzwiach stanął przemoczony do suchej nitki elf.
– Co się stało? – zapytali niemal jednocześnie Sven i Martin.
– Nic, kurwa. Mam dość i serdecznie to wszystko pierdolę. Niech któryś z was idzie teraz powozić.
– Ja pójdę – krzyknął Kal, i zanim się zorientowali wyskoczył pędem na zewnątrz.. Po chwili wóz szarpnął i ruszył. Goeyl’drin zatrzasnął drzwi, w środku zrobiło się cicho i przytulnie. Tylko pod nogami elfa szybko rosła kałuża ściekająca z jego peleryny.
– Co się stało? – zapytał tym razem elf, patrząc na Svena, leżącego jeszcze ciągle na podłodze z brzytwą w ręku.
– A, nic. Chcieliśmy Kalowi ogolić stopy. Ale mu uratowałeś dupsko – powiedział Martin.
– Nie na długo. Przynajmniej ten deszcz trochę umyje mu nogi. Golenie będzie mniej obrzydliwe… – powiedział Sven z błyskiem w oku…

malemiasto

Noc w Komarowie

Tak więc stali nasi bohaterowie w karczmie ,,Pod Złotozębym Jesiotrem” i próbowali przekonać wioskowego kapłana, żeby im świątynię otworzył… ale dobrze, dobrze, przypomnę co było wcześniej, bo widzę, że nowi goście się pokazali co bajędy słuchać chcą.

malemiasto

Tak więc parę dni wcześniej cała kompanija do groty zmyślnym sposobem zeszła, co ją wśród elfich katakumb znaleźli. A stare to katakumby były, oj stare, jeszcze z czasów wojen elfów z krasnoludami, gdy nas, ludzi na tym świecie jeszcze nie było, boć to tysiąc z górą lat przed kataklizmem się te dwa ludy ze sobą biły. Mówią krasnoludzkie kroniki, że krwawsze to były boje, niźli ludzi z elfami wojenki, choć wierzyć się nie chce. Ale znając zawziętość małego ludu, i w to uwierzyć można. Ale do rzeczy, do rzeczy.

Zlazła więc nasza kompanija po to, aby łatwiejsze wejście znaleźć – ale wszak o tym wcześniej wiedzieć nie mogli. No i łazić po jaskiniach zaczęli. Każdy wszak wie, że zgroza straszna może w takich podziemiach najść człowieka. No i naszła kompaniję, szczęściem tylko łowczego, co z nimi szedł, Levecque’a dopadła – ścierwojad pełzający co z sufitu zszedł głowę mu urwał i okazało się, któremu wiedźma bagienna to wywróżyła. Potem, robal wielki, jakich tamtymi czasy więcej niźli teraz było, Svena i Goeyl’drina sparaliżował i za pozostałymi pogonił. Zwinny niziołek Kal umknąć mu zdołał, więc się robal na Martina, czarodzieja zasadził – ale zwątpił był, bo zioła od wiedźmy zwęszył. Na to mu jeszcze czarodziej strugą ognia wypalił raniąc go potężnie, a potem niziołek sztylecikami jeszcze połaskotał – i uciekł robal przebrzydły. Potem go Sven z Martinem dopadli jeszcze i zakończyli jego żywot marny.

Kompanija groty zwiedziła i jeszcze parę grobowców naszła. Pułapki udało im się obejść albo unieszkodliwić, jedną na hasło, co błyskawicą zabezpieczona była, inna z kolcami. Szczęściem w jednej ogień, co spalić miał wszystko wokół, paliwo stracił i pułapka tylko żółtym proszkiem wokół posiała. Znaleźli parę przedmiotów ciekawych i magicznych jak się później okazało. Czarodziejski kapelusz i pierścień, kolczyk myśliwego i chroniącą bransoletkę. Wszystko przeszukawszy dalej w las, już bez przewodnika ruszyli. Na południowy wschód, do Bouvetty.

Już pierwszej nocy wilki ich napadły, ale na szczęście przytomnie kompani ogień mieli rozpalony i bestie odgonili – tylko niziołek nieco poharatany w ramie został. Następnego dnia w las straszny weszli, gdzie Mula obrzydliwa mieszkała. Nie wiecie waszmościowie co to mula? Ech, nasi bracia z Akwitanii (tfu na psa urok, niech im stwórca nasz Elean wybaczy ich głupotę) ostrygi tak zwą tymi czasy. Ale wtedy słowo to także wąpierza pomniejszego nazywało, co nie tylko kły miał straszne i zaczarować mężów, nawet najzacniejszych mógł, ale także krzykiem przeraźliwym raził. Gdy wąpierz ten krzyknął – a miał zazwyczaj postać młodej dziewki – to ludzie wokół głuchli, albo padali zemdleni. Krzyk to był, że ho ho! czasem myślę sobie, że moja teściowa – świeć Eleanie nad jej duszą, coby prostą drogę do siedmiu piekieł znalazła – u jakiejś muli ze swym krzykiem terminować musiała. Tak, wąpierzy takich już teraz nie znajdziesz, prawda ci to mój panie, ale moja teściowa wiekowa była, w roku wynalezienia hubki i krzesiwa urodzić się musiała, jeśli nie wcześniej.

No ale wróćmy do naszej komaniji. Mula czarowała ich i zwodziła, by strachem ich dusze napełnić, bo wtedy łatwiej ich oczarować i oszołomić było. Wreszcie w swej pełnej postaci wystąpiła – a głodna była i krwi spragniona. Szczęściem Martin przytomność umysłu zachował i eliksiru przeciw złemu wypił – i jak wąpierzyca krzyknęła na niego to sama swoim głosem porażona została. Potem jeszcze jej elf strzały srebrną i ognistą w kałdun wraził – bo tylko srebrem, ogniem i magią stwora zranić można było. W końcu dopadli wąpierzycę, co do końca walczyła, bo tak jej głód nakazywał i ciało spalili.

Kolejny nocleg pod skałą im wypadł, gdzie pustelnika chorego spotkali. Lało jak z cebra, ale oni spokojnie sobie pod nawisem w karty grali. Pustelnik chory śmiertelnie, ale nie zaraźliwie, ale za to oszpecony strasznie, przyjaznym być sie okazał i wdzięczny był, że po paru latach wygnania pogadać z kimś mógł. Rano w drogę wyruszyli. Jar głęboki ze strumieniem przeszli, co w nim wije jadowite się zalęgły, ale szczęściem nikt pogryziony nie został. A po południu na teren rusałek weszli. A rusałki te wredne były, choć piękne. Kompani zaś wyposzczeni, to im w głowach zawirowało, gdy zgrabne ciałka zaczęły in przed oczami biegać. Jeden elf się ostał, ale sam kompanów w gromadzie utrzymać nie mógł, wreszcie i jego nimfy wredne osaczyły i ogłuszyły bardziej konfesjonalnym sposobem.

Obudzili się wszyscy w klatce z żywych gałęzi, zamknięci i bez sprzętu i nijak wynijść nie mogli. Wspomnienia im zostały tyleż miłe, co nieprzyjemne – wszyscy wszak wiedzą, że rusałki w sztuce miłości z najlepszymi kurtyzanami konkurować mogą. Tylko że te akurat istocie jakiejś straszliwej, co w jeziorze mieszkała służyły i wyssać życiową energię z kompanów zamierzały. Wtedy Sven w myślach zaczął głos obcy, ale pomocny słyszeć. Z jego pomocą wpadli kompani, że tylko ręka rusałki klatkę ich mogła otworzyć. I uwolnili się, a także właściciela tego telepatycznego głosu – lisa srebrnego, a właściwie duszka lasu, co taką postać przybrał. Ten w zamian zaoferował się kompaniję z lasu wyprowadzić. Uciekli rusałkom w ciemnościach, z lisa pomocą. I dalej z nowym przewodnikiem w drogę ruszyli. Lis ich różnymi drogami prowadził, przez skałki i jaskinie. Grzyby purchawkowate spotkali, ale je ogniem wypalili, zdołali też kolonię żuków śmierdzących ominąć, a w nocy duszek leśny obóz chronił przed wilków napaścią. Kolejnego dnia pełzającą kupę spalili, co elfowi buty zjadła, aż wreszcie na tereny skrzatów pukaczy doszli. Tam okup musieli dać, co by bezpiecznie przejść, bo skrzaty wredne są, złośliwe i tajemnic swoich strzegą. Wreszcie na trakt wyszli, nieopodal Komarowa, o dzień drogi od Bouvetty. Wtedy to jeszcze mała wioska była, nad jeziorem położona. Jeszcze w lesie poharatanego chłopka znaleźli i jego żonę martwą. Chłop, Michaił było mu na imię, ranny był straszliwie, ale wydukał, że jego i żonę czarnobrody z wąsikiem, samotrzeć napadł i o kompaniję pytał. Z lasu wóz kupiecki nadjechał i rannego wraz z kompaniją do wsi zabrał. A tam akurat hrabia Vincent Hadder – tak, tak , pra-pra-pradziadek tego niecnoty Haddera – akurat się zatrzymał. A że zamachu na swoje życie się bał (to chyba u tej rodziny dziedziczne) to w całej wiosce nikt poza strażą broni nosić nie mógł. Pewnie straż lokalną też by rozbroić kazał, ale do tego edykt królewski jest potrzebny.

Kompani przed bramą Komarowa minstrela Guriana Astona spotkali, co ich w sytuację wprowadził nieco. Hrabia akurat do zamku baronostwa de Agostinich na imprezę jakąś jechał. Grajek pomógł też księgę magiczną Martina wnieść do wioski, ten zaś uprzednio topór Martina zmniejszył, z pomocą czaru na zwoju znalezionego.

Kompani weszli do wsi i Michaiła do domu donieśli. Tam szwagier jego, Burtym było mu na imię, poprosił, by rannego do świątyni zanieść, więc mu Sven pomógł. Pozostali do karczmy ,,Pod Złotozębym Jesiotrem” poszli, gdzie hrabia Hadder nocował, i jak się okazało czarnobrody wąsacz również. Zoczyli się nawzajem, ale zabójca tylko się uśmiechnął i nic nie zrobił. Rozmawiał z jednym ze swoich kompanów – ostrzyżonym na jeża i siwowłosym jegomościem, który, jak sobie kompani przypomnieli, również przy bramie wjazdowej siedział.

No więc zrezygnowali z posiłku w tejże gospodzie. Gurian, grajek, który im tu towarzyszył drugą karczmę znał – spelunę dla miejscowych, ale kompani wyboru nie mając tam na wieczerzę stanęli i radzić zaczęli. Z mordercą we wsi, zamkniętej na noc do głowy im przyszło, że towarzysze czarnobrodego z Michaiłem ich widzieli. A tylko ten chłopina mógł zabójcę oskarżyć i straż lokalną na niego ściągnąć. Uradzili więc, że trzeba do świątyni iść i chłopka ochronić, bo zbóje go na pewno widzieli i dybać na jego życie mogą.

Ale święty przybytek zamknięty był. Wielmożny kapłan na uczcie z hrabią był, a nowicjusz znaków życia nie dawał, co strasznie kompanów zmartwiło. Martin ze Svenem patrol straży królewskiej zagadnęli i do oficyjera poszli, sytuację mu wyłuszczając. Niziołek Kal wokół świątyni węszył i zejście do piwniczki jakiejś znalazł, ale ciemno tam było więc dalej nie polazł.

Z sierżantem straży Sven i Martin poszli ,,Pod Złotozębego Jesiotra”, aby im kapłan świątynię otworzył, ale perswazje nic nie dawały – wielmożny świętego przybytku mieszkaniec ucztował w najlepsze i nie zamiarował się z karczmy ruszać. Martin i Sven stali więc tak główkując jakby tu kapłana przekonać, gdyż życie Michaiła na włosku wisiało – w samej rzeczy mogło już być za późno dla biedaka. Kal i Goeyl’drin, razem z niziołkiem Nannym pod świątynią czekali w głowę zachodząc jak tu się do środka dostać. I nic wynaleźć nie mogli.

* * *

Zimny i wilgotny wiatr wiał od jeziora. Od zachodu słońca musiało już upłynąć parę godzin. Noc zapowiadała się ciemna i zimna, pachniało w powietrtzu deszczem. Nieprzyjemnym, jesiennym deszczem, choć do końca września roku 664 Po Katakliźmie zostało jescze parę dni. Wilgotny chłód wciskał się wszędzie. Pod płaszcze, pod zbroje. Goeyl’drinowi marzły dodatkowo stopy – teraz żałował, że nie wziął jakichś choć najprostszych chodaków od rodziny Michaiła. Stał na wilgotnej ubitej drodze przed świątynią. Stał i marzł.
– Jak długo może ich nie być? Ile mogą przekonywać tego opasłego kapłana? – to był głos niziołka Nanny’ego. Tego, który wpakował ich we wszystkie kłopoty paru ostatnich dni. Najęli się do jego ochrony za marne grosze. Elf zastanawiał się. W lesie było źle – mokro, strasznie, puszcze pełne są jeszcze różnorakich stworów, które zostały z czasów kataklizmu. Wrócili do cywilizacji z radością, marząc o ciepłej kąpieli, wygodnym łóżku i misce gorącej strawy. Na razie spełniło się tylko to ostatnie… a i to nie najlepszej jakości, bo w wioskowej spelunie.
– Spokojnie. – westchnął elf po chwili – To musi potrwać. Wyrwać obżartucha z uczty na koszt hrabiego, to nie takie proste. My przypilnujmy, żeby przynajmniej teraz nikt do świątyni nie wlazł.
– Kal, jesteś tu? – zapytał Nanny.
Elf spojrzał w stronę wejścia do świątyni. Mała, skulona postać siedziała na najwyższym stopniu schodów, parę metrów od Nanny’ego. Elf widział oba niziołki wyraźnie – dzięki swemu elfiemu wzrokowi. Ale było wokół tak ciemno, że ci nie widzieli się nawzajem.
– Jestem, jestem.
– Co robisz?
– Marznę. Goeyl’drin uśmiechnął się. Sam marzł, choć przeżył już ponad sto zim w tym chłodnym kraju. A co musiał czuć mały niziołek, który ledwie parę tygodni temu przypłynął z dalekiego południa? Z kraju, gdzie nie znano zim, ani nawet chłodniejszych odmian jesieni.
– Może byś sprawdził jeszcze raz, czy da się wejść… – zapytał Nanny.
– A wypchaj się. Wejść i wyjść, to ja bym mógł już pięćdziesiąt razy, odkąd oni poszli. Zamek we wrotach jest tak stary, że mój pra-pradziadek by go otworzył. Ale nie kazali, to nie otwieram.
– Ale mogłbyś…
– … włamać się do świątyni? – dokończył elf. – Nie, nie mógłby.
– Klatwy się jakiejś boicie, czy co?
– A chrzanić tego ich bożka. Taki z niego stwórca jak ze mnie niziołek. – powiedział Goeyl’drin – Ale ze strażą chyba ne chcemy mieć na pieńku? Nie, dopóki jest inna możliwość.
– To długo będziemy tak czekać? – Nanny był najwyraźniej znudzony.
– Do usranej… – elf nie dokończył. W obliczu krążącego gdzieś w okolicy przeciwnika nie uważał tego za stosowne. Cisza, tylko lekkie zawodzenie wiatru. Gdzieś w oddali kroki strażnika przechadzającego się po palisadzie. Jeszcze dalej mocno przytłumione odgłosy muzyki. To z karczmy ,,Pod Złotozębym Jesiotrem”, gdzie bawił się hrabia Vincent Hadder ze swoją świtą. I kapłanem.
– A Sven i Martin teraz się pewnie zajadają. Kurczaki z rożna, baranina, winko grzane do tego… – rozmarzył się Kal. – Może coś przyniosą. A może pojdziemy do nich.
– Ja nie idę. – zaoponował gwałtownie Nanny. Wiedzieli dlaczego. W karczmie zatrzymał się również czarnobrody. – Ale może pójdziemy do tej drugiej… Kasza ze skwarkami była całkiem zjadliwa. A i cieplej tam…
– Nigdzie się stąd nie ruszymy. Poczekamy aż wrócą. – powiedział elf. – Pewnie długo to juz im nie zajmie…

* * *

W karczmie było głośno. I cieplo. W kominku trzaskał ogień, wokół unosiły się zapachy wielu potraw mieszając się w trudny do zniesienia pojedynczy zapach. Trudny do zniesienia dla kogoś, kto ostatnie parę dni spędził w lesie żywiąc się głównie żelaznymi racjami. Tak jak Sven i Martin. W głębi po lewej przygrywała jakaś kapela. Karczma była pełna – paru kupców, kilku żołnierzy. Ale najważniejszym gościem był tu hrabia Vincent Hadder. Siedział przy stole w glębi, razem z kapłanem, opasłym tłuściochem i wójtem – niewiele ustępującym mu gabarytami. Przy nich hrabia wyglądał jak chucherko – drobny, szczupły, wręcz chudy – ale to on skupial największą uwagę i wokół niego kręciło się najwięcej słuzby – i jego własnej, w czerwono-białych barwach, i karczemne dziewki i posługacze.
– Nic już się chyba nie da zrobić, panowie. – sierżant miał nieco chrapliwy głos. Patrzył na stolik hrabiego z wyrzutem. Był niewysokim, ale postawnym mężczyzną z bujnym ciemnym wąsem, na jego głowie ledwie pojawiały się pierwsze oznaki siwizny.
– Jaśnie wielmożny kapłan powiedział, że nie może przerwać posiłku, a i hrabia się trochę wkurzył. A nie chcę go bardziej denerwować, bo to on tu teraz rządzi, psia jego mać…
Sierżant zamilkł gwałtownie i spojrzał na żołnieża w czerwonym plastronie zarzuconym na łuskową zbroję. Na piersi widniał herb hrabiego – biała gwiazda nad podkową. Żołnież widać jednak nie usłyszał przekleństwa pod adresem matki jaśnie wielmożnego hrabiego, bo dalej pogrążony był w rozmowie z jakimiś kupcami.
– To może poczekamy. Elf z Kalem pilnują świątyni…. – zapytał Martin.
– Eee tam, kapłana to stąd prędzej wyniosą, albo i zamkną go tu na noc w jakimś pokoju, co by otrzeźwiał do rana. Nie pierwszy to raz by był. Że też hierarcha Massan z Bouvetty jeszcze nie wyklął tego opoja… Toż to hańba dla Eleana Stwórcy!
Martinowi pociekła ślina – jeden z pachołków wniósł włąśnie pięknie zrumienionego, oblożonego warzywami baranka, upieczonego w całości. Zapach był zniewalający. A i wygląd niczego sobie…
– No to co robimy, Sven? Sven?!
Postawny wojownik nie patrzył ani na baranka, ani na hrabiego, a tymbardziej nie na Martina. Ale też mu ciekła ślina. Martin podążył za jego wzrokiem. I również spojrzał na kobietę siedzącą przy stoliku na prawo od wejścia. Zauważyli ją już wkrótce po wejściu do karczmy. Niewysoka, ubrana w ciemno fioletową, bogato wyglądająca suknię z dużym dekoltem. Bardzo dużym dekoltem. Dużym i pięknie wypełnionym dekoltem. Na rudo-brązowych, nieco bezładnych (ale to ten miły dla oka rodzaj bezładu) włosach miała jakąś opaskę. Duże, ciemno-szare oczy, niewielki nos i pełne usta. Usta, które uśmiechały się do Svena, a był to uśmiech figlarny i jakby zachęcający. Wyglądała na dwadzieścia parę lat… Naprzeciw niej siedział siwowłosy jegomość ostrzyżony na jeża – znali go, to jeden z kompanów czarnobrodego. Jeszcze parę chwil temu flirtował z tą kobietą, ale najwyraźniej straciła zainteresowanie jego osobą – siedział teraz posępny, popijał wino z blaszanego pucharka strzelając wzrokiem w stronę kompanów. A niemiłe to było spojrzenie.
– Sven… – Martin szturchnął go łokciem w bok. Barczysty wojownik dopiero po tym zwrócił na niego uwagę. – Opanuj się.
– Mrugnęła do mnie. Mówie ci, ona mnie chce.
– Daj spokój. Nie ma teraz czasu. Poza tym na pewno ci się zdawało.
– Głowę dam, że mrugnęłą. A teraz patrz, o! Ja wiem co to znaczy jak baba patrzy na faceta i się oblizuje. Ech, ten języczek..
Martin też to zobaczył. Bez wątpienia ta kobieta i jemu się podobała. I też nagle poczuł się wyposzczony. Co prawda parę dni temu dobrały się do nich rusałki, ale nie mieli w tym zbyt świadomego udziału i te wspomnienia wydały się mgliste i niewyraźne. Kobieta w fiolecie posłała im całusa i zatrzepotała rzęsami. Siedzący obok niej siwowłosy wstal gwałtownie i z impetem wszedł w znajdujące się po prawej drzwi – zobaczyli go jeszcze pędzącego na górę po schodach – ale nie usłyszeli w gwarze rozmów i brzmiącej dość głośno muzyki.
– Sven opanuj się. Kal i elf siedzą tam pod świątynią i czekają… – Martin próbował zachować resztki zdrowego rozsądku.
– Niech czekają. Nic im nie będzie, jak torchę się ponudzą.
– Ale wiesz, że oni może już….
– Daj spokój. Kto jak kto, ale nasz kurdupel ma nosa do unikania niebezpieczeństw. Jakby co to dadzą w długą…
– Ale ma też talent do pakowania się w kłopoty. A Nanny wydaje się w tym nie gorszy.
– Daj spokój, jeszcze chwila…
Kobieta wstała. Była dość wysoka – jak na kobietę, wzrostem dowrównywała Martinowi. Powolnym, ale dość zamaszystym krokiem zaczęła się zbliżać. Okazało się, że jej długa, ciemnofioletowa suknia ma glębokie wcięcia po bokach. Pozwoliło to podziwiać kompanom przepiękny widok zgrabnej i smukłej nogi, aż po połowę uda… Stali jak zamurowani, gdy przeszła obok. Delikatnie dłonią musnęła policzek Svena, posyłając mu kolejnego całusa. I skierowała się do drzwi, nieco po lewej w glębi sali. Przystanęła jeszcze na chwilę w drzwiach i odwróciła głowę. Znowu się uśmiechnęłą.
– No nie… przepuścić taką okazję… – Sven już drgnął, aby ruszyć za kobietą, która zniknęła za drzwiami, ale Martin przytrzymał go za ramię.
– Pozcekaj, kretynie. Teraz nie ma czasy.
Sven spojrzał na niego z pogardą. Westchnął.
– Znacie ją, sierżancie? – zapytał Martin.
– Ano pojawia się tu od jakiegoś czasu. Szlachcianka chyba jaka, może dwórka u ktoregoś z wielmożów z okolicy.
– I co?
– Co co?
– Co tutaj robi?
– A naciąga kupców i różnych takich na wieczerze. I wspólne noce, zapewne, choć sam żem nie widział.
– Kurwiszon znaczy się? – zagadnął Martin
– Nawet jeśli, to mało w którym zamtuzie taką znajdziesz. – powiedział Sven.
– Eee… chyba nie. Podobnież płaci za siebie i za wynajem pokoju. – odparł sierżant.
– Acha, znaczy się po prostu lubi te zabawy. To super! – ucieszył się Sven
– Daj spokój idioto. W karczmie jest morderca z dwoma kompanami. Biedny chłopek już pewnie nie żyje, jak sie nie opanujesz, to Nanny zginie jeszcze dziś w nocy. A tobie tylko dupy w głowie. Sven zmarszczył czoło. Chyba argumenty do niego trafiły. Spojrzał tlko tęsknie na drzwi za ktorymi zinknęła kobieta.
– Co jest za tymi drzwiami, sierżancie? – zapytał.
– Tamój? Łaźnia. Sven westchnął.
– No dobra, to co robimy?

* * *

– Co oni tam robią? – zapytał nanny dzwoniąc zębami z zimna.
– Spokojnie, zaraz przyjdą. – Odparł elf.
Wiatr od jeziora jakby się nasilił. A może po prostu od długiego stania wydawał się silniejszy i chłodniejszy.
– Dobra, mam to w dupie. Idę stąd. – stwierdził Nanny po chwili, wstając z zimnych i wilgotnych schodów świątyni.
– To idź do diabła. Sam…
Nanny zatrzymał się. Do diabła… Zobaczył tego diabła oczami wyobraźni. Diabeł miał czarne włosy, krótko przystrzyżoną brodę i zawadiacki wąsik. Wiatr zawył gdzieś na dzonnicy świątyni. Księżyc na chwilę wychynął zza ciemnych chmur, które szybko przetaczały się po niebie.
– Widzieliście to? – zapytał szeptem Kal.
– Co? – to był szapt Nanny’ego.
– Za płotem tej chaty po prawej… Coś… albo ktoś…
– Ciiii… – szepnął Goeyl’drin. Też zauważył to coś, dużo wyraźniej niż oba niziołki. Odruchowo sięgnął na plecy – ale nie było tam łuku. Przy pasie nie miał miecza. Ciemna postać, jakies 30-40 kroków od nich. Księżyc znowu chował się za chmurami. Elf wytężał wzrok, ale niewiele widział. Jakiś ciemny kształt, jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że się poruszył. Ale teraz widział go zbyt słabo. Czuł się bezbronny i odsłonięty na środku wioskowej uliczki. Kal był już tuż przy nim. Również próbował wytężyć wzrok.
– Co robimy, Gejldrin?