elfpride

Walka o minerał i (nie)oczekiwany sprzymierzeniec

Tak więc nasza kompanija uzbroiła się w broń drewnianą. Elf i niziołek wzięli po nodze od krzesła, co je tu razem z nimi przez bramę do tego świata wyssało, naostrzyli je, żeby broń mieć jakąkolwiek. A niezła to była w tych warunkach broń, boć przeca drzewo pod niebem różowym od stali twardsze się okazało.

elfpride

Czarodziej w swoją magię zbrojny, choć z obawą, bo magia figle tu różniste płatała. I druidka, ze swoją laską o wężowej głowni, tąż samą, którą naskalnego stwora wcześniej zatłukła. I uradzili, żeby do wioski ruszyć, co ją wcześniej z przełęczy Kal widział.

Droga spokojną była, aż na szczycie stanęli i wioskę zobaczyli. Dwadzieścia parę chałup, ziemianek kamieniem okrytych. I postacie bezgłowców się tam kręcące. I mgłę. Mgła z drugiej strony osady szła, na wszystkie strony się rozszerzając. Widzieli kompani, jak się bezgłowce po chałupach swych chowały. No to im we mgłę iść było nie chętno. Postanowili zjawisko to przeczekać.

Dziwicie się pewnie waszmościowie, dlaczegóż to kompanija mgły się przestraszyła. Zwykłej mgły, jak sie później okazać miało. Ja też nie rozumiałem z początku, ale mi to jeden magikus przy kufelku objaśnił. A tak przy okazji niejako; nalejcie mi tu karczmarzu piwska jakiegoś, byle nie tego sikacza, coście mnie na wstępie dziś uraczyć byli łaskawi. Więcej trunku szlachetnego, gospodarzu wody mniej. Mnie tam woda w piwie wstrętna. Co to za browar robił to piwsko? Teregovski, powiadacie? Ej, daleko Teregovianom do garlandczyków, daleko. Ja tych zasrańców z południa, to nie lubię, ale przyznać im trzeba, że piwo ważą najprzedniejsze wśród królestw Ennoru. A wiecie, że podobnież to właśnie piwo najprawdziwszym powodem zajazdu naszego króla Hieronimusa Drugiego, Baryłką zwanego było? Tak, piwo właśnie. Małym smykiem żem był, jak Hieronimus na Garlandię uderzył i pojęcia o tym żem nie miał. Nie bez kozery przeca Baryłką go nazwali, bo bebzun od piwska ogromny był u niego. A że nie smakowało mu nasze, to je z południa sprowadzać kazał. Ale mu garlandczyki, te no… łembargo ogłosili, toteż poszedł się o browary bić. Piwa nakradł, mówią, że było tego summa summarum tuzin tysięcy beczek. Wszyscy mówili, że tyle piwska to mu do śmierci wystarczy. A i rację mieli, bo król nasz Hieronim długo nie pożył, rok i pół później był sie przekręcił. W zamtuzie ,,Pod wygoloną kuciapką” to się stało, choć historyki fakt ten przemilczają i twierdzą, że król otruty został. A może i się struł, kto go tam wie, ale raczej piwskiem, którem czarny lotos i słynne błękitne pastylki popijał. Taka to i prawda, i tak ją znać nada. A z garlandzkiego skarbu, znaczy piwska, podobnież się w dzień śmierci tylko trzy beczułki zachowały…

Ale zbieżali my z tematu, dyć nasi kompani o Hieronimie wiedzieć nie mogli, bo to – ho, ho – wiela lat wcześniej się działo. O czym to ja… Ach tak, o mgle. Dyć jak powiadam ,,mgła”, to wam wszystkim waszmościowie przed oczyma zwykła mgła staje, taka znad jezior lub bagna podnosząca się. A przecież magiki różne mgły robią. Jedne kwasem wyżerają wszystko, inne ogniem żywym palą. Nie dziw więc, że kompani wystraszyli się byli, boć to obcy świat przeca, to i mgła może jakaś dziwaczna być.

Skryli się więc bohatyjerowie nasi za przełęczą. A że niziołek głodny się poczuł, to po owoce ruszył, te srebrne, słonawe co jeść je można było bez żadnych rewelacji żołądkowych. I o mało życiem tego nie przypłacił. Na głaz się wspiął, bo owoców z brzega kolczastego lasu nie było. Głaz wielki na trzech chłopa, długi na piętnastu i szeroki na dziesięciu. I jak niziołek owoce zrywał, to głaz się ruszył. Ot, hopsnął sobie do przodu troszkę. Bo to nie był żaden kamień, ni skała, ino istota żywa, co też się owocami raczyła.

Szczęściem złych ona zamiarów nie miała, ot żerowała sobie na srebrzysto-owocowych krzakach i świat zewnętrzny jej nic a nic nie obchodził. Toteż elf mógł spokojnie niziołka wydobyć, któren się w kolce wpakował i ruszyć nie mógł. Poza zadrapaniami nic mu się nie stało. Owoce zebrane zostały, kompanija pobiesiadowała i znowu na przełęcz ruszyła.

A tam mgła.

Co było robić? Nie kwapiło się w mgłę iść, ale trzeba było. Pierwszy czarodziej… i nic mu się złego nie stało. Toteż cała kompanija ruszyła.

Po godzinki połowie zejścia stromego do wioski, nagle kamienie zaczęły na nich lecieć. Znikąd zdałoby się, znaczy rzucających widać nie było. A mgła gęsta – na dwadzieścia kroków ino kształta rozróżnić się dały.

Jasnym się okazało, że to bezgłowce komitet powitalny tu zrobiły. No i za radą elfa ekipa się wycofała, bo przeciwników nie widzieli, a kamienie leciały.

A mgła nie ustępowała. Czekali.

Czekali.

I czekali.

Aż wreszcie Martin wymyślił, że się kształtem do bezgłowca upodobni i języków magicznie się nauczywszy negocjować pójdzie. I tak też zrobił.

Znalazł bezgłowców dwóch i gadać do nich począł. Ale coś chyba nie tak z czarem do gadania poszło, bo nijak nie kumali mowy jego. A do osady puścić nie chcieli. Cóż było robić? Z pomocą psa wyczarowanego czarodziej ubił obu – i ruszył dalej.

Do wioski w chwilę później wszedł. Tam chatę największą znalazł, a przed nią siedziska ustawione. I mu się narada szamana, w pamiętniku opisywana, przypomniała. Nie wiedząc, że językiem ichnim nie gada do ziemianki wejść próbował. Przez tunel mały, w którym skulić się musiał. I zobaczył szamana i sześciu podwładnych jego. Więc zagadał do nich przyjaźnie, nie świadom, że i tak go pojąć nie mogą. Potem ogniem z nimi chciał po negocjować. A potem…

Zobaczył wszystkie gwiazdy.

A kompanija czekała na przełęczy. I czekała. A Antoś Migdał nie wracał… Że co? Nie, nie wyjeżdżam tu z żadnym Antosiem, tak tylko mi się sentencyja ze sztuki jednej przypomniała, tom ją wplótł zręcznie. O wypraszam sobie, jak to ,,niezręcznie”. Waszmość kultury trochę się doucz i po teatrach chodzić zacznij, a nie ino po wyszynkach i zamtuzach, to waść wiedział będziesz kto zacz Antoś Migdał. Dyć to postać główna z dramatów naszego wieszcza największego, a waść nie znasz? Toż to obraza dla ojczyzny naszej. A idźże , idz… Uff, jak ja nie lubię takich nadętych szlachciurów, co myślą, że wszystkie rozumy pozjadali, bo pomiędzy postrzyżynami, a cnoty stratą do szkółki niedzielnej chodzili. A ten wyglądał mi na takiego, co ledwie trzy niedziele na nauki pochodził. Lepiej się stało, że poszedł sobie.

A po prawdzie, to poeta ów, co Antosia Migdała wymyślił, to ani sławny, ani jego sztuki znane, ale ja niekulturalnych słuchaczy nie ścierpię, co mi wątek zrywają… I tego ten… O czym to ja… Ach, już żem se przypomniał.

Wreszcie trójka pozostała za czarodziejem wyruszyć postanowiła. I do wioski, we mgłę zleźli.

Tam, przed chatą szamana narada jakaś trwała, a po środku, między bezgłowcami nieprzytomny czarodziej leżał. Trzeba go było odbić!

To też zrobili. Szaman przez paru bezgłowców do chałupy zaciągnion został, a tym czterem, co zostali kompanija odpór dała. I Martina uratowali. Sam niziołek z procy dwóch położył, Amber jednego laską zdzieliła, a elf czwartego wręcz położył – choć ten go ranić zdążył.

I wtedy zagrał bęben. W chacie szamana. To i się wraz kilkanaście bezgłowych zleciało. I kamieniami poczęło rzucać. Amber mgłę gęstszą dla ochrony przywołała, ale omdlała przy tym. To ją do wejścia do szamańskiej chaty przyciągnęli, gdzie już Martin ocucon do siebie dochodził. Elf do chaty wejść próbował, ale wejście długie i ciasne, a na drugim końcu bezgłowcy z pałami się przyczaili. Jednego elf położył, ale w ramię maczugą ranion łuk musiał odłożyć i rejterować stamtąd.

W tym samym czasie błyski dziwne kompani posłyszeli. A potem głosem ludzkim słowo niecenzuralne wykrzyczane, którym krzyczący znać dawał co o matkach wrogów swoich sądzi. I pojęli bohaterowie nasi, że to czarownik, pamiętnika twórca i właściciel. Żyw najwyraźniej.

Tymczasem przed chatą tłumek sie zebrał. Mgła przez driudkę przywołana rozwiewać się poczęła i wraz kamienie zaczęły lecieć. Siniaków się nabawili kompani wielu, ale najgorzej na elfa trafiło, co prosto w czoło dostał i zemdlon padł. Martin czar rzucić ochronny próbował, i zadziałało, i to jak! Kamienie zaczęły się od niego z podwojonym impetem odbijać i wkrótce rzucanie ustało. Nieszczęśliwie jednak ta sama chaotyczna magia co czar wzmocniła, sprawiła, że świecić czarodziej począł, niby to słoneczko na niebie, patrzeć się nie dało. A i on sam oczu otworzyć nie mógł.

Znowu poblaski dziwne niebo rozświetliły i paru bezgłowców w tamtą stronę pobieżało. I wykorzystał to niziołek. Goeyl’drin nieprzytomny leżał, Amber za czarodziejem, jak za tarczą się chowała.

I znalazł niziołek drugie z osady wyjście, gdzie bezgłowce kamienie ciskały w kogoś, kto na skalnej półce stał. Dwóch Kal położył, a dzieła gryf z piekła rodem dokończył, co z nieba zleciał. Pobiegł więc niziołek zgadując, że gryf ten magią przez czarownika był przywołan. Ale się i od niego – kształtu nie odróżniając – czarownik ścianą ognia odgrodził. I omdlał.

Gryf za to szalał dalej. Bezgłowce się przed nim pochowały i trójka pozostała do niziołka dołączyć mogła. Czarownika ocucili i za jego radą w góry zbieżali.

Tam kryjówkę Gaspara – bo tak się zwał ten czarodziej – znaleźli i wreszcie odpocząć mogli. A pytań dużo mieli.

Gaspar opowiedział im jak sukkuba sprowadził dla spraw własnych załatwienia. I jak żałował, że od razu jej nie odesłał, ino się zakochał – co pewnie Rianna (którą kompani jako Arienne znali) swymi urokami sprawiła. No i jak zdradziła go, czujność jego wprzódy usypiając. I wysłała go tutaj.

Dalej kompani znali już historyję z pamiętnika. Aż do momentu, gdy czarodziej do wioski po kryształ wyruszył. I pojman został. Miesiąc przesiedział w niewoli, aż nocy którejś uciekł – tylko że w drugą z wioski stronę i nijak do swej bazy w jaskini, gdzie się pamiętnik ostał, wrócić nie mógł.

Trzy razy próbował wioskę atakować i za każdym razem jego własna magia go powalała. Kompani więc zaoferowali, że mu pomogą, jeśli do zwykłego świata powrócić im pomoże i się z sukkubą sprawić. Gaspar przystał na to chętnie, boć też miał z bestyją porachunki. Stwierdził jeno, że spieszyć się trzeba. I pokazał im dlaczego. Okazało się, że ten świat to nie świat, ino wyspa w różowej przestrzeni zawieszona. I to taka nie większa, niźli Jezioro Książęce, co nad nim Carril, stolica nasza, leży. I pokazał im drugą taką wyspę, co na kurs kolizyjny szła. Zderzenie wkrótce nastąpić miało, potężne i dla kompaniji zgubne zapewne – bo druga wyspa większą była.

Odpoczęli więc kompani i rany im się zabliźniły – w tamtym świecie gojenie szybciej przychodziło. I do wsi ruszyli. Po kryształ. Uradzili, co Martin znowu się w bezgłowca zmieni i na gryfie poleci, prosto do ziemianki, w której grota z kryształem ukryta była. Reszta zaś do wioski piechotą przebić się miała, pod mgły osłoną.

Martin do ziemianki wszedł i do pomocy psy dwa przywołał. Kapryśna magia z jednego bestyję ogromną i wściekłą zrobiła, za to drugi chuderlawy się pojawił i mizerny. Jeden jednakowoż wystarczył. Dwóch bezgłowców położywszy przy wejściu, a potem dwóch jeszcze na schodach w skale wykutych, czarodziej w jaskinię się zagłębił i kryształ odnalazł.

Reszta kompaniji z czarodziejem Gasparem bez kłopotów do wioski weszła, nikogusieńko nie spotykając, bo cały czas gryf piekielny latał nad osadą i mieszkańców straszył.

I znaleźli Martina – w bezgłowca postaci, ale z dużym kawałkiem kryształu w rękach, po tym go poznali – przed wejściem do ziemianki co grotę kryła. A od Gaspara wiedzieli, że najlepiej by było, gdyby portal powrotny w tej samej jaskini, w której ich tu wyrzuciło, otworzyć. Czekała ich więc droga do jaskini. Kal, Amber, Goeyl’drin i Gaspar. I Martin, wciąż w bezgłowca postaci.

malemiasto

Powrót na zamek i hajda do…. Gdzie my do cholery jesteśmy???

Ach, szlachetni panowie i wielmożne panie. Ja cały Ennor już chyba zjeździłem, od Aldaru na wschodzie po dzikie i pełne wrażych elfów puszcze Carcassońskie na wschodzie.

malemiasto

Od wolnych miast co do Hanzy przynależą na południu, u podnóża Gór Nadbrzeżnych, aż po Góry Cienia na północy Robleva. Dziwne są w Ennorze miejsca, i różni dziwni ludzie te ziemie zamieszkują, a istoty po lasach i jaskiniach czają się na pograniczach takie, że wam, szanowni moi słuchacze do głowy by nie przyszło, że w ogóle istnieć mogą. Ale istnieją rzeczy jeszcze dziwniejsze i jeszcze bardziej okropne. Nie, waćpanowie nie w naszym świecie.

Jam nie czarownik i nie wyznaję się na innych światach. Raz tylko żem słuchał jednego czarodzieja, co o różnych sferach eksy… elzy… egzystencji prawił, ale taką się mową posługiwał, że ni w ząb nic nie pojmowałem. Objaśnił mi to dopiero jeden niedoszły czarodziej, co zachlał się na śmierć (jak się później zwiedziałem) w podłej tawernie w Foleyet. Powiedział mi on, że istnieją różne światy, z których nasz jest co prawda najważniejszy, ale nie jedyny. Takie na przykład piekło, co waszmościów nim kaznodzieje Eleana co niedziela straszą, to też tylko inna sfera egzystencji. Demony w niej żyją, co się ich dla potrzeb religiji diabłami zwie. Ale i żywe ludzie przeżyć tam mogą, choć gorąco tam, jak to w piekle, oparów trujących mnóstwo całe i bez specjalnych protekcyj magicznych wyżyć się faktycznie nie da.

Ale piekło to nie jedyna sfera…, no tej, egzystencyi, insza niźli nasz świat. Jest sfera ognia, gdzie płomienie sie palą bez ustanku. Jest też sfera wody, gdzie w rybę się zmienić trzeba, bo powietrza tam nie ma. Innych żywiołów też są sfery. Jest sfera cienia, sfera światła. Jest też Harmonium, co opozytne jest do piekła i tylko święte ludzie tam wejść mogą.

Innych światów jest bez liku. W jakim to świecie się nasza kompanija znalazła, to ja nie wiem. Podobnież nie była to sfera, tylko jak to mówili półsfera – choć jaka to różnica to się nie wyznaję. Że co, że niby tam jest tylko pół świata? A pies im mordy lizał, czarownikom chędożonym, zresztą nie jest to dla naszej historyi istotne. Ale od początku, przypomnę wszystkim, co mnie przed kolacją nie słuchali, co się po powrocie do zamku stało.

Kompanija pożegnała się ze Svenem i ruszyła do zamku de Agostinich coby hrabini zdać sprawę z ubicia wilkołaka. Wrócili do wsi Kolcze Sioło i w dziwnym stanie ją zastali. W karczmie paru miejscowych siedziało. Od gospodarza, krzywego Piotra dowiedzieli się, że coś niepokojącego się na zamku stało. Nie wróciła na przykład córka karczmarza, Milla, oraz kowal, co w zamkowej kuźni pracować poszedł. W karczmie siedział także młody drwal Zaven, co go kompani parę dni wcześniej do wsi z innym rannym drwalem przywieźli. Powiedział im on, że stary garbarz Alen był podobnież na zamku i wrócił.

Poszli więc kompani do starego Alena, co skóry dla zamku wyprawiał i znaleźli go zupełnie w sztok pijanego. Przespali się więc u niego w domu i nad ranem przepytali. I dowiedzieli się od chłopka, że na zamku był, ale go nie wpuścili, tylko istota jakowaś go dopadła i różne brzydkie rzeczy z nim zrobiła.

Cóż mieli kompani robić, na zamek im było iść wiec poszli. A po prawdzie to wozem podjechali. Przy bramie ich strażnik zatrzymał, ale dziw, bo nie z de Agostinich herbem, tylko hrabiostwa St. Jones wojak. To go Martin za jaja złapał (magicznym sposobem) i wojaka, co pijany był mocno, zemdliło. I tak weszła nasza kompanija do zamku. A tam… Zgroza. Trup na trupie. Górny zamek zakluczony, barak wojskowy spalony, kuźnia zdemolowana. I pojawili się na blankach kusznicy, więc się chować kompanom pod basztą przyszło. Na mury nijak nie było można wnijść, bo kuszniki strzelały, a wieże zakluczone i zabarykadowane od środka były. Potem jeszcze trzech dziwnych jegomościów na kompaniję napaść chciało, a było to wtedy, gdy niziołek do górnego zamku przez okno wleźć próbował. No i wlazł był (choć z kotła na murach się gorąca kasza polała) i wpakował sie wprost do komnaty Calahana, dowódcy straży. Niestety gospodarz był u siebie… Niziołek w każdym razie wyleciał ciężko ranion tym samym oknem, którym wszedł.

W międzyczasie owa trójka padła, gdyż Amber spętała nieboraków, a elf ich z łuku wykończył. Czarodziej był tylko dostał z deczka, ale nie śmiertelnie.

Wpadli wreszcie kompani do drugiego, w całości stojącego baraku, gdzie sala biesiadna od środka zatarasowana była. I znaleźli tam sierżanta Visariona, Wielką Łapą zwanego, co z dwoma żołnierzami i kilkoma rannymi się zabarykadował. Rannych drużyna postanowiła odwieźć do wsi, więc Amber z dwoma żołnierzami wozem do gospody pojechała, gdzie opatrzyła ich i zostawiła pod opieką karczmarza. I dowiedzieli się kompani co się na zamku działo, w czasie, gdy oni na potwora polowali. A już pierwszej nocy po wyjeździe kolejna zabawa była, ale straszna jakowaś – rozpusta, mordowanie i potworności inne. Podobno sama hrabina w tym prym wiodła. Następnego dnia Calahan z hrabiną do baraków poszli i dziwaczne tam rzeczy wyprawiali, mówili, że hrabina każdego wojaka napotkanego całowała… i nie tylko.

Po południu do zamku przyjechała rota królewskich kuszników… i wtedy stała się rzecz najdziwniejsza – Calahan kazał ich zaatakować! Jatki były straszne. Sporo kuszników się w jednym baraku schowało i długo się tam bronili, dopóki Calahan nie kazał go spalić. Wszyscy zginęli pod zawalonym dachem. Dowiedzieli się też nasi herosi, że górny zamek zakluczony jest, ale do niego przejście tajne prowadzi. Najpierw jednak poprosił Visarion o pomoc, by wozownię zbadać, gdzie mogą być jacyś normalni ludzie, a nie tylko ,,demony” – tak bowiem mówił na tych, co się w hrabiny mocy znajdowali.

W wozowni znaleźli trzech wojaków-demonów, co w kości grali, własne części ciała w zastaw dając. Cali zresztą pocięci byli – jak się później pokazało w ramach poświęcenia dla ich ,,pani”. W zamkniętym magazynku żywą, choć zmaltretowaną nieco i poturbowaną dwórkę Klarę znaleźli, Svena wybrankę. Uwolnili ją i w bezpiecznym miejscu ostawili.

W tym czasie Amber wróciła z dwoma wojakami Visariona ze wsi. Gdy pod bramą stanęli wóz został ostrzelany przez żołnierzy, co na bramie z kuszami stanęli. Jeden z wojaków Visariona padł, ale Amber z drugim, bezpiecznie pod osłoną blatu od stołu pod bramę weszli

Potem podziemnym przejściem weszli do zamku, a w zasadzie do zamkowych lochów. W szóstkę: Visarion z wojakiem jeszcze jednym żyjącym, Kal, Goeyl’drin, Martin i Amber.

Tam najpierw uwolnili Oriana McCormicka – zupełnie osiwiałego ochroniarza hrabiego Haddera, co zwariował był parę dni wcześniej, ale już mu lepiej było. Wyjścia z loszku czterech wojaków – demonicznych odmieńców pilnowało, ale szybko i sposobem kompanija ich załatwiła. Sam niziołek dwu zakuł, elf trzeciego zastrzelił z łuku, a Visarion ostatniego dobił – ten zdążył wszak żołnierza, Visarionowego podwładnego, cepem przejechać i do walki niezdatnym uczynić. Broń i rynsztunek trupom odebrany Orianowi posłużył, by się uzbroić mógł. Ranny wojak, co mu cep szczękę złamał, został, ale kompanów znowu szóstka była.

Na zamek z lochu weszli – a tam dziwności straszne. W łaźni trzech nagich wojaków elf zabił, co karczmarzową córkę obrabiali. U chirurga, gdzie wybrali się po leki jakoweś – samego gospodarza zastali, to go Martin z elfem zakłuli. Na piętrze jegomość jeden wprost na nich wyszedł – a niezły to był szermierz. Tutaj się doświadczenie Oriana i Visariona przydało.

Potem w dużej jadalni ośmiu demoniaków znaleźli, co tortury na jakichś trzech niewinnych duszach sprawiali – z zaskoczenia atakując kompani zarezali wszystkich wrogów. W komnacie nadwornego barda zaś kuchtę znaleźli, co się już prawie zupełnie w demona przemieniła. Bestia zdążyła jednak Oriana oślepić i z walki go wyłączyć…

Wreszcie piątka już teraz tylko do pokoju wypoczynkowego trafiła, a tam… Kotary czarne na oknach i przy wyjściach. Po środku stół ofiarny, na nim hrabina, nieżywa chyba, bo na posadzce misy pełne jej krwi stały. A nad nią, ze sztyletem w ręku… hrabina. Ale już nie prawdziwa.

Sukkuba to bowiem była, hrabiny pokojówka osobista, co Arienne kazała na siebie wołać. Dziwka wszeteczna z piekła otchłani najgłębszych, co rodu męskiego zgubą jest.

No i stanęli Martin, Kal i Visarion jak zaczarowani. Tylko elf się oparł i Amber, druidka, boć kobieta przecież i to orientacyi właściwej, więc na nią czar piekielnej zdziry nie podziałał.

Wtedy pojawił się Calahan, sukkuby pupilek. Visariona, co jak słup soli stał zarąbał jednym cięciem. Szczęściem druidka mgłę magiczną przywołała. Marina i Kala ocucić się dało, a elf we mgle z Calahanem ,,tańcował”. Wojak jednak z dowódcy straży przedni, więc wytrącił elfowi miecz i wtedy…

Wtedy Arienne, dziwka diabelska, wrota magiczne otworzyła. I wszystkich, z Calahanem włącznie tam wciągnęło. W jaskini wir ich wyrzucił. Calahan siły swe wytężając wrócić chciał, i pewnie byłoby mu się to udało, ale się brama zamkła. I żołnierza pół przeszło… a pół zostało.

Nie wiedzieli kompani gdzie się znaleźli. Zauważyli tylko, że wszystkie przedmioty magiczne świecić zaczęły. I wyszli na zewnątrz… pod różowe niebo, na zwieńczeniu kamiennej dolinki. U wylotu jaskini obozowisko znaleźli, kogoś, co przed nimi tu zlądował. Z pamiętnika dowiedzieli się, że czarodziejem ten ktoś był i też przez bramę wciągnięty został. O sukkubie zwanej Rianną mówił, co kompani bez trudu z Arienne skojarzyli.

W pamiętniku było o świecie tym, gdzie metal zdradliwy jest i o magii, co pod różowym niebem źle działa. I o bezgłowcach, istotach jakowychś, co świat ten zamieszkują. I co sposobu na powrót dostarczyć mogą.

Ruszyli więc kompani, pożywiając się słonymi, srebrnymi owocami i unikając czerwonej wody ze strumienia. Po wędrówki godzinach paru, za lasem kolczastym i przełęczą wioskę owych bezgłowców znaleźli. Stwór jakowyś ich zaatakował – a oni wszak bez broni byli, jedyna Amber drewnianą lagą stwora zatłukła – i zgadli nasi herosi, że w świecie tym drewno od żelaza twardsze. Wrócili więc do obozowiska, co by się uzbroić porządnie w broń drzewnianną. Tylko dręczyło ich jedno pytanie: czym krzaki i drzewa ciąć będą, jeśli tu się metal kruszy…

* * *

– Czy to już dzień? – zapytał niziołek. I ziewnął.
– A diabeł go tam wie. – odpowiedział głos Martina.
– Na pewno już dzień. Jestem głodny, zupełnie, jakbym nic nie jadł od wczoraj. – rezonował Kal.
– To jest myśl – sprzed jaskini doszedł również głos elfa. – Można by regulować czas według jego żołądka.
– Lepiej nie – odparł czarodziej. – Mogłoby się okazać, że nam czas zacznie przyspieszać. Hmmm… to byłoby ciekawe. Przyspieszanie czasu pod wpływem głodu. Czas płynie dla niziołków inaczej… taka Gastryczna Teoria Względności czasu.
Niziołek zmarszczył brwi i nos, próbując zrozumieć o co tak właściwie chodzi Martinowi. I nie mógł tego wykoncypować. Było czytać za młodu mądre książki. Nie to, żeby niziołek nie miał nigdy w ręku żadnej książki. Trzymał raz w dłoniach nawet słynne dzieło wielkiego poety Ante Dalighieriego ,,Nieboska tragedia”. Ot, przyczepiło mu się kiedyś do łapek. To dzięki tej książce nauczył się jednej, ważnej rzeczy: nie zabija się komarów wielkimi tomami oprawnymi w skórę i drewno. Może to spowodować złamanie nosów – zarówno tego, na którym komar siedział, jak i w konsekwencji własnego nosa – jeśli nie jest się wystarczająco szybkim, żeby uciec przed rozwścieczoną ofiarą komara. W owej kluczowej chwili się to Kalowi nie udało. A ten pamiętny komar siedział na nosie wice-szefa gildii złodziejskiej w Salabrenie…
Elf i czarodziej siedzieli przed jaskinią. Przed nimi żarzyło się ognisko. W zasadzie nie trzeba było go rozpalać, bo pod różowym niebem tego dziwnego świata w którym się znaleźli, było całkiem ciepło. Ot, po prostu przyzwyczajenie. Goeyl’drin próbował upiec na ogniu jeden ze srebrzystoskórych owoców, co skończyło się niestety marnie – owoc napęczniał i eksplodował. Lepiej poszło z trzema upolowanymi skóromyszami – sześciołape zwierzątka przypominały w smaku podlejsze gatunki rzepy, a w konsystencji zelówkę starej ciżmy. Czyli smakowały niemal jak żelazne rację żołnierskie z suszonego mięsa.
Niziołek wygramolił się z jaskini i stanął mając przed sobą widok rozciągający się na dolinkę. Gdzieś w dole szemrał strumyk. Po bokach wysoko piętrzyły się nagie skały. Kilkaset metrów od jaskini, na stoku nieco po lewej widać było kępę poskręcanych i rachitycznych kolczastych drzewek. Poza strumieniem i oddechami towarzyszy nie było słychać żadnych dźwięków. Ani szumu wiatru, ani śpiewu ptaków. dziwne uczucie. Niepokojące.
Goeyl’drin pół siedział – pół leżał, trzymając w ręku własną strzałę. Strzała nie miała grota, a jej szpic pokryty był zaschłą purpurową substancją. Krwią skóromyszy.
– Ci się stało? – zapytał niziołek.
– Grot roztrzaskał się, gdy strzała przebiła to obrzydlistwo i trafiła w kamień. – odpowiedział elf.
– Acha… i co z tego? – zapytał niziołek.
– Nic, na razie myślę.
– O czym?
– Musze stłuc groty z paru innych strzał. Nie będą wtedy tracić impetu na skruszenie metalowych ostrzy.
– Chcesz strzelać gołymi brzechwami? – zainteresował się Martin.
– Na to wychodzi. Myślę tylko jak by je tu zaostrzyć. Bo tępymi to te myszy mogę utłuc. Ale jak przyjdzie na tych bezłebców…
– Bezgłowców – poprawił Kal, sięgając po srebrzysty owoc leżący na stercie nieopodal.
– Jak ich zwał, tak zwał. – skwitował elf. – Tylko czym naostrzyć drewno? Wyszczerbiłem już na jednej strzale mój nożyk…
Ze stoku poniżej doszedł uszu całej trójki grzechot kamieni, więc wszyscy odruchowo spojrzeli w tamtą stronę. Wspinała się do nich Amber. Wyglądała nieco dziwnie. Lekka druidyczna szata oblepiała jej ciało i skórzaną bluzę, którą driudka nosiła pod wierzchnim ubraniem. Szata jakby nieco zmieniła kolor. Podobnie jej włosy – a szła wyciskając z nich wodę nie były już bursztynowe, ale miedziano-rude. I jej twarz… też była jakby czerwonawa.
– Co tak się gapicie? – zapytała, gdy podeszła bliżej. Wykręcała włosy zupełnie jakby je wyżymała.
– Masz… – Martin zachichotał pod nosem.
– Hmm… – zmieszał się elf.
– No co jest?
– Amber, dlaczego ty jesteś cała czerwona? – zapytał Kal. – Jak nie przymierzając świeżo wypucowany wieprzek?
– Ach, to od wody… Wiecie, wolę być nieco czerwona i nie cuchnąć, niż nie myć się przez… nie wiadomo jak długo.
– Aaaa… Jak nie chcesz cuchnąć jak wieprzek, to wyglądaj jak wieprzek… ciekawe muszę to zapamiętać. – skonstatował Kal.
Amber tylko westchnęła.
– Tak. Albo cuchnąć albo wyglądać. – Kal podrapał się po brodzie. – Można by to nieco poszerzyć. Jesteśmy w świecie, w którym ludzie dzielą się na cuchnących jak wieprzki, albo wyglądających jak wieprzki. Ciekawe do której kategorii trzeba by zaliczyć bezgłowców. Nie wyglądają mi na wieprzki,, to znaczy nie są tak różowiutcy jak Amber. Ale nie wyczułem, żeby cuchnęli. Z drugiej strony oni wyglądają dziwnie. Nie tak dziwnie, jak teraz Amber, to znaczy nie jak wieprzek…
– Kal, pohamuj się. – szepnął Martin.
– Hę? Że niby co? A ty jak Martin. Wolisz zaliczać się do wieprzko – cuchnących, czy wieprzko – wyglądających. To znaczy wolisz wyglądać jak Amber… To znaczy nie jak Amber, bo czegoś ci będzie zawsze brakowało, no sam rozumiesz, natura jest natura i jeszcze nie można tego zmienić. Ale mówiąc, że chcesz wyglądać jak Amber, miałem na myśli wyglądanie jak wieprzek. Czyli różową skórę. O spójrzcie na nią. Różowiutka jak… Zaraz, ona się robi coraz bardziej czerwona. Może to zaraźliwe? Chłopaki słuchajcie, ona nie wygląda już jak wieprzek. Wygląda jak czerwony wieprzek. No wiecie, taki co się zrobił czerwony. Co nie? Czerwony ze złości… Zaraz, Amber, czy ty czerwieniejesz ze złości? Zła jesteś na mnie? Przecież ja nic nie mówię. Zapytałem tylko Martina, czy chce wyglądać jak ty, to znaczy nie jak ty, tylko jak wieprzek. Ale to wcale nie znaczy, że ty wyglądasz jak wieprzek. Chociaż może trochę przypominasz go kolorem. No co ty Amber, chyba nie jesteś zła. Gniewasz się na mnie? Amber? Po co ci ten kamień? Amber…?
Nie było odpowiedzi. To znaczy była, ale nie ustna. W stronę niziołka poleciał kamień wielkości pięści. Ale niziołek był szybki uchylił się i przeturlał za wielki głaz, o który się do tej pory opierał. Rzucony przez druidkę kamień odbił się od tego głazu i z dużym impetem poleciał w stronę Goeyl’drina. Elf nie zdążył się uchylić, nawet nie zareagował. Na szczęście nie musiał. Kamień uderzył w głaz za plecami Goeyl’drina. I połamał kilka ze stojących tam strzał.
– Amber, mogłabyś uważać – powiedział elf. – Mam niewiele strzał, a ty mi je jeszcze łamiesz…
Elf zawiesił głos. Przez ostatnich parę godzin (chyba, bo trudno to ocenić pod różowym, jednostajnie świecącym niebem) usiłował w jakikolwiek sposób naruszyć twardsze teraz od stali brzechwy swych strzał. A teraz Amber je po prostu złamała. Rzucając najzwyklejszym kamieniem.

elflas

Polowanie – zwierzyna i myśliwi

Tak moi waćpanowie, ten kto w wojsku służył, ten wie, że czasami nie jest łatwo. Jam też w kamasze przyodzian był, choć dawne to były dzieje.

elflas

Pod starym Rogerem de Mornay, Szalonym Dzikiem zwanym służyłem w wojnach carcassońskich, tamże oko straciłem i kulasa lewego mi przetrącili, ledwiem wyżył. Pod Morwell wielka to bitwa była, oj wielka, jakeśmy się z wojskami Zygfryda Wąsacza, znaczy się von Garchdena po familii, starli. Dwakroć po dziesięć tysięcy luda było po naszej stronie, w tym nieomal trzy tysiące kopii ciężkiej jazdy z Caenur i Loddirru, a przeciw nam dziesięć tysięcy wściekłych carcassończykow, z ich Czerwoną Rotą ciężkiej jazdy, co nią sam Zygfryd dowodził – ze dwa tysiące konnych. Zygfryd – jak wiecie moi panowie – na odsiecz oblężonemu przez nas Morwell pospieszył. A że służby nasze tajne najzwyklej w świecie dupy dały, to i udało mu się nas zaskoczyć. Parę tysięcy chłopa, głównie z tych co na zapleczu stali, już w pierwszym natarciu padło, gdy Czerwona Rota na nasze magazyny i lazarety wpadła.

Potem żeśmy odparli atak i jatki sie zaczęły na pod-Morwellskim polu. Wtedy książę Rappick, co miasta bronił, ze zbrojnym wypadem na pomoc Zygfrydowi ruszył… i wtedy żem rohatynę na facjatę przyjął, szczęściem ino oko mi wybiło. A potem jeszcze cwałująca carcassońska kobyła kulasa mi zdeptała, nieprawda to bowiem moi panowie, że koń na człowieka nie nastąpi. A jak ma nie nastąpić,jak wszędzie ludziska pokotem leżą, i ni ma gdzie kopyta na gołej ziemi postawić. A po drugie przeca, konie Czerwonej Roty specjalnie uczone były, co by powalonych wrogów tratować…

Ale tak, macie rację mościapanno, od tematu odbiegłem troszku i na przechwałki żem zeszedł. A tu przecie historyja nie do końca opowiedziana. Ale żem nie bez kozery o wojowaniu wspomniał, choć przeca nasza kompanija nic o bitwie pod Morwell wiedzieć nie mogła, bo w ich czasach Zygfryd von Garchden jeszcze w pieluchy robił, Sebastian de Mornay, ojciec Rogera, zawzięcie żonkę chędożył i nie wiedział jeszcze, że wkrótce potomka się dorobi, zaś księcia Rappicka z Morwell nie było nawet w planach, a jego ojciec w naszym loszku w Lasamis za podburzanie chłopów przeciw królowi siedział.

Ale wojsko jest wojsko, a służba to służba. Może nawet gorsza ci służba w bractwie tajnym, niźli w armii. Jakeś woj, to rozkazom się nie sprzeciwisz, boć wiesz, że to mądrzejsi ludzie dowodzą (acz nie zawsze), no i dla dobra ojczyzny sie bijesz. W bractwach tajnych straszne misje powierzane są i sprzeciwiać się nie lza, bo wiesz, że ze sztyletem w plecach skończyć możesz i to bez dania pardonu, bez sądu i bez sprawy wyjaśnienia.

Tak też uszczupliła się nasza kompanija o Svena, gdy w Komarowie na nocleg stanęli. Spotkali oni bowiem niejakiego Michela Gibsona, starszego w bractwie, który w tejże samej karczmie się zatrzymał a misję tajną miał do wypełnienia. Stopniem wyższy, zażądał, by Sven z nim wyruszył i w misji mu dopomógł. I co mieli zrobić kompani? Rozkaz to rozkaz. A imć Gibson trzy diamenciki na swej winogronowej broszy nosił…

Tak więc z piątki kompanija znowu w czwórkę się zmieniła. Pokonawszy potwora, znaczy się wilkołaka mieli z powrotem do zamku de Agostinich ruszyć, do hrabiny Natalii, by sprawę jej zdać i list od niej odebrać. Bo od tego listu spełnienie misji zależało, a przez to życie ich.

Mościapanno, gardłować nie trzeba, przeca wiem, że panienka nie słyszała, boć wyszła z tym przystojnym oficyjerem… nie, nic nie imputuję, i nie moja to rzecz. Gwarantuję też, że nikt poza tu obecnymi o sprawie się nie dowie i szanownej matce waćpanny, wielmożnej Gertrudzie nie doniesie. Skąd ja tyle wiem? Dyć to mój zawód, mościapanno, dużo wiedzieć. Także i to, żeś z baronetem Leopoldem z Carricków zaręczona…

Dobrze, już dobrze. Opowiem co się działo od chwili, gdy Goey”drin wilkołaka zobaczył.

Srodze, oj srodze kompanija się przestraszyła. I uradziła, co by do świtania w jaskini przeczekać i ogniem się zabarykadować. Pierwszy raz napadł ich Hugon w wilkołaczej postaci zaraz gdy pierwszy ogień podłożyli i świerka, co go Sven ściął podpalili. Martin jednakoż na pomysł wpadł i linę zaczarował co kulasy stworowi spętała. Ten ucieczką na skały salwować się musiał, na samych łapach się na pionową ścianę wspiął i z życiem uszedł. I w samą porę, bo Sven nieomal ducha wyzionął.

Drugi raz wilkołak uderzył już późno w noc, gdy Kal z Goeyl’drinem ogień podsycali. Biedny niziołek omal głowy o skałę nie roztrzaskał, elf zaś w ogień rzucon poparzył się deczko. Wilkołak do jaskini wpadł, a tam mu Martin – co się niewidzialny zrobił – i Sven odpór dali. Martin to sztylet magiczny w plecy wilkołaka wraził, korzystając z okazyi, że potwór do nadbiegającego elfa się odwrócił i łapą go chlasnął. O mały włos czarodziej życiem tego nie przypłacił, bo go Sven po plecach toporem przejechał – szczęściem trzonkiem ino. Nie Svena to jednak wina, boć czarodzieja magicznym sposobem ukrytego widzieć nie mógł. Może nawet tym pchnięciem dopomógł Martinowi, siłę ciosu zwiększając tak, że wilkołak ranion mocno z jaskini zbiegł.

Do rana nic już kompanów nie niepokoiło. Nadzieję mieli, że Hugon za dnia się odmieni i pamiętać nic nie będzie – wyszli więc z jaskini. Ale tu ich niespodzianka spotkała. Hugona nigdzie widać nie było, za to wilków wszędzie pełno. No i zagoniły one kompanów spowrotem do jaskini, czego Goeyl’drin, mocno przez wilkołaka poturbowan, omal życiem nie przypłacił.

Zoczyli bohaterowie nasi wielkiego wilka, ze srebrzystą grzywą, co jakby pozostałymi dowodził. Martin swego wychowańca, kruka, wypuścił, co by się bliżej przyjrzeć i wtedy ranę na grzbiecie wilka zobaczył. I dowiedzieli się wszyscy, dlaczego Hugona nie znaleźli – w wilka on ci się przemienił!

Straszna to była nowina, ale już kompanija wiedziała, że wystarczy herszta, wilka srebrzystogrzywego ubić, by resztę watahy rozproszyć. Jak postanowili tak i zrobili, z pomocą magicznej wybuchającej mikstury, co ją w pracowni alchemika na zamku znaleźli. Zabić jednak herszta im się nie udało, przegonili go tylko. I Amber jego trop podjęła. Cały dzień go tropili przez lasy, aż do jeziora. Tam go na wyspie, z dala od brzegu zobaczyli i znalezioną łódką się na nią dostali (poza Svenem, co pierwszy wpław popłynął).

Na wyspie nic jednak nie znaleźli, jakby się Hugon pod ziemię zapadł (he, he, niemało w tym prawdy było, ale kompanija o tym wiedzieć jeszcze nie mogła). Noc była blisko, postanowili więc na wyspie do rana zostać.

Hugon był na wyspie, w jaskini zamaskowanej wyśmienicie, a nocą w świetle księżyca znów się przemienił. I łódkę zniszczył, by druhowie uciec przed nim nie mogli. Zoczył go jednak elf, gdy stwór ognisko obserwował i atak planował. I napadli go szybko. Amber pnącza z ziemi wywołała, co wilkołaka wszak nie spętały, ale ruchy mu nieco spowolniły. Uwolnił się on jednak i do kryjówki zbiegł. Nie zamknął jej dobrze za sobą i tym razem bohaterowie opowieści naszej wejście znaleźli.

Jaskinia to była nie za duża. W jednej z komnat skrzynię znaleźli, ale jej dziwna śluzowa istota pilnowała, co dotyk miała odrętwiający. Martin, znowu w niewidzialnej postaci, pierwszy pobiegł wilkołaka szukać, za nim Sven. Znaleźli stwora w legowisku, gdzie ołtarz straszny stał i skrzynia ze zrabowanymi dobrami, i tam go dobili – Martin znowu ze sztyletu magicznego korzystając, Sven zaś toporem łeb mu odrąbał, a potem ciało spalił. Taki to koniec spotkał Hugona myśliwego, co się lykantropią zaraził.

Zmęczeni i poturbowani bohaterowie postanowili nad ranem do Komarowa ruszyć. Dzień był obrzydliwy i deszczowy, jak to w październiku bywa, a jeszcze ze sobą rannego i oszalałego strażnika de Agostinich nieśli. Doszli do wsi już po zmierzchu, ale znani tam byli, więc ich straż wpuściła i w gospodzie ,,Pod Złotozębym Jesiotrem” na nocleg stanęli i tam właśnie ranem Sven ich opuścił.

Co mogli zrobić pozostali? Nic, nic zupełnie. Pożegnali więc kompana z nadzieją na rychłe spotkanie i poszli do Kolczego Sioła i Zamku, w którym hrabina Natalia ich czekała. Droga do wsi spokojnie im minęła…

* * *

– Już nie mogę – jęknął z bólem w głosie niziołek. – Nie dam rady. Musimy stanąć.
– Daj spokój kurduplu. Już niedaleko. – odezwał się Martin. Również zmęczony, nogi bolały go od całodziennego marszu. A zmierzch już był blisko. Nie uśmiechało mu się jednak zostać na noc w lesie. Wioska musiała być już niedaleko. A im bliżej tym lepiej. Na stopach już porobiły się odciski. Czarodzieje zdecydowanie nie powinni tyle chodzić. Ale co zrobić, ich wóz czekał sobie pewnie spokojnie we wiosce do której właśnie szli. I – Martin miał taką nadzieję – w bardzo blisko położonej wiosce.
– To już bardzo blisko. – stwierdziła Amber. – Jeszcze tylko na to wzniesienie. Stamtąd będzie już widać wieś i zamek.
– Skąd ta pewność? – zapytał Goeyl’drin.
– Jestem w okolicy o kilka tygodni dłużej niż wy. I poznałam ją dość dobrze. – odparła Amber.
- To na pewno to wzniesienie. Za nim będzie już kotlinka z wioską…
Druidka miała rację. Las kończył się na szczycie wzniesienia, droga dalej opadała zygzakiem po dość stromym zboczu wzgórza. Opadała do wioski, położonej w większości na samym dnie niewielkiej kotlinki. Za nią, na przeciwległym, jeszcze bardziej stromym wzgórzu szarzał zarys zamku de Agostinich. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Jego promienie różowiły brzegi postrzępionych chmur na zachodzie, oświetlały okolicę wyraźnie widocznymi czerwonawymi kolumnami światła. Na północy i wschodzie niebo było ciemno szare, niemal już czarne – wisiała tam majestatycznie gruba warstwa chmur. Nie było w ogóle wiatru, powietrze było chłodne i wilgotne.
– Aj!!! Aj aj! Aaaaajjjj! – wrzasnął nagle niziołek.
Pozostała trójka odwróciła się w jego stronę. Kal stał parę kroków za nimi, z jedną ręką w plecaku. Plecaku, który wyraźnie zmieniał barwę na ciemno czerwoną. Barwę krwi.
– Kurwa, coś ty zrobił? – Wrzasnął elf.
– Co ci, Kal? – zapytała niepewnie drżącym głosem Amber.
– Jeszcze tylko tego brakowalo… – westchnął Kal.
– Aj aj aj!!! – biadolił niziołek. Czerwona ciecz kapała już na ziemię przesączając się przez płótno plecaka.
– Co? Ręka? – druidka już przyklękła przy niziołku.
– Mówiłem mu, żeby zdjął te swoje karwasze – westchnął Martin. – Prędzej sobie łapy obetnie niż zrobi z nich użytek. No i masz, wykrakałem.
– Po co nam złodziej bez palców? – zapytał sarkastycznie Goeyl’drin.
– Spokojnie Kal. Tylko spokojnie. Teraz wyciągnij rękę z plecaka. – powiedziała Amber sięgając już do swej sakwy po bandaże. Niziołek powoli wyciągnął rękę z wnętrza torby. Ostrza karwaszy były wysunięte i wilgotne od czerwonej cieczy. cała niewielka dłoń niziołka też była czerwona. Z zaciśniętej pięści sterczało pęto wędzonej, suchej myśliwskiej kiełbasy. Również połyskujące czerwienią.
– Nie ruszaj dłonią, bo może być gorzej. – powiedziała druidka. Płótno do opatrunku miała już w ręku.
– Co ja narobiłem. Oj oj! Taka strata. Aj aj aj! – biadolił niziołek. Upuszczony plecak spadł na ziemię. I chlupnął.
– Było nie żreć! – warknął elf.
– Aj aj aj! Nie chciałem! Ostrza same się wysunęły. Jeszcze nie mam wprawy! Oj oj!
– Będziesz miał nauczkę. – powiedział Martin. Amber pociągnęła parę razy nosem. Potem zbliżyła twarz do dłoni niziołka, którą zaczynała właśnie opatrywać. I znowu ją powąchała.
– To jest…
– Aj aj aj! Tyle wina zmarnowanego! Oj oj! Cały bukłak. Po brzegi pełny. Sam go kazałem uzupełnić w Komarowie. Aj aj! Co teraz, taka strata!
Martin i Goeyl’drin popatrzyli na siebie. A potem wybuchnęli śmiechem. Amber też zaczęła się śmiać.
– No co! Co jest! Taka strata a wy rechoczecie! Co wy… myśleliście że ja sobie rękę…
– Masz szczęście. – wydukał Martin pomiędzy spazmami śmiechu – Masz szczęście, że Svena tu nie ma. On by ci dał nauczkę za zmarnowanie całego bukłaka wina!
– O tak, masz szczęście! – powiedział elf, śmiejąc się cały czas i podchodząc do niziołka.
- Duże szczęście. Sven wali mocniej niż ja. – i to mówiąc Goeyl’drin chlasnął niziołka dłonią przez czubek głowy.
– No co, no co!
– Zmarnowałeś wino. Kara musi być. A za bukłak i zawartość oddasz z własnej sakiewki. – powiedział elf.

corobicwmiescie

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – A teraz o tym, co się ze Svenem działo…

Sven, zwerbowany przez Michela Gibsona (kazał na siebie mówić ,,Miszel”, bo jego matka z Akwitanii pochodziła i na ,,Majkela” strasznie się obruszał) ruszył z nim do Agartali – miasta nad Morzem błękitnym, w którym cała historia się zaczęła.

corobicwmiescie

Michel ścigał pewnego jegomościa, nieznanego z imienia, który bractwu za skórę zalazł. Przewodnik Svena niewiele mówił o szczegółach, nie był bowiem pewien na ile Sven jest wtajemniczony. Na pytania odpowiedział tylko, że to przedstawiciel kultu tajnego, związanego z wyznawcami Nata-Kranty, bogini chaosu, zepsucia i wynaturzeń. Jej symbolem są czaszki zrośnięte potylicami, jak bliźnięta syjamskie, sama zaś bogini przedstawiana jest jako piękność o twarzach z obu stron głowy. Kult ten, zakazany we wszystkich cywilizowanych krajach północy przygotowuje coś naprawdę złego… i okropnego. Sam Michel niezbyt wiele wiedział, albo nie chciał powiedzieć Svenowi.

Jegomość, którego ścigali został namierzony kilka dni wcześniej w Bouvetcie i Michel ruszył jego tropem. Razem ze Svenem dognali go dopiero w Agartali, po trzech dniach drogi, forsownej jazdy konnej. I namierzyli go w jednej z karczm.

Wtedy Sven zobaczył tego kultystę po raz pierwszy. I rozpoznał go. Widział go już parę dni wcześniej na zamku de Agostinich, gdy nocą konno przyjechał i prosto do hrabiego de Agostiniego się udał. Blondyn, noszący się na ciemno – granatowy kubrak, czarna, gruba peleryna. Krótkie włosy, mała domieszka elfiej krwi – widoczna tylko w kształcie kości policzkowych i kolorze oczu – lawendowym fiolecie. Spod kubraka zawsze wystawał postawiony na sztorc śnieżnobiały kołnierz. Kultysta zawsze nosił przy sobie broń, zakrzywioną szablę pochodzącą zapewne z dalekiego południa, z rękojeścią zdobioną kamykami szlachetnymi.

Obserwowali kultystę cały czas. Ten zatrzymał się w jednej z przeciętnych karczm i nie wychodził za dnia. W nocy zaś ruszał w teren, spotykał się z kupcami, rzemieślnikami i wielmożami. Wszystko to było notowane przez Michela i na bieżąco przekazywane rezydentowi Bractwa w Agartali, jubilerowi imieniem Gonzaga.

Wolne chwile (czyli za dnia) Michel i Sven spędzali na odsypianiu nocy i ćwiczeniach – Michel przeszkolił Svena w walce, pokazał parę sztuczek i nawet mimo fakty, że sam nie władał toporem, to jego uwagi mocno się Svenowi przysłużyły.

Kultysta zabawił w Agartali ponad tydzień. I ruszył na południe, mało używanym traktem w stronę Solymaru, a Michel i Sven wkrótce za nim. Dwa dni drogi na południe skręcili – za wskazaniami miejscowych rybaków – na nikłą dróżkę w las, na wschód.

Po kolejnym dniu drogi dotarli do małej wioski, której mieszkańcy żyli głównie z bartnictwa, zbieractwa i polowań. Nieopodal wioski znajdował się mały kasztel – w zasadzie tylko jednopiętrowy drewniany pałacyk otoczony ostrokołem. Jak się dowiedzieli jego właścicielem był niezbyt bogaty szlachcic, Leland Burchill.

Nocą, ukrywając się Michel i Sven usiłowali zakraść się do kasztelu. Zanim jednak zdołali to zrobić, z pałacu wyszła dziwna procesja. Kilkanaście zakapturzonych osób z pochodniami udało się w las, niosąc jakieś skrzyneczki.

Sven i Michel śledzili ich przez godzinę. Procesja zatrzymała się na polance, wśród stojących w kręgu menhirów. I zaczął się dziwny rytuał. Na początku kultyści zarżnęli starszawego człowieka, zapewne druida opiekującego się tą częścią lasu, a potem (jak stwierdził Michel) zaczęli bezcześcić święte dla druidów miejsce, na koniec przywołując mglistą postać jakiejś poczwarnej istoty. Jeden z kultystów rozmawiał z tą marą, a biła od tego taka zła magia, że Sven o mało w portki nie narobił.

Rozmowa kultysty z istotą miała się zapewne ku końcowi, gdy istota ta wskazała jedną ze swoich kończyn w stronę zaczajonych w chaszczach na brzegu polanki Svena i Michela.

No i Ci zaczęli uciekać. Pogoń deptała im po piętach. I dopadli do wioski, by się w niej skryć. Michel włamał się do jakiejś chaty i przeczekać pogoń usiłował, ale na nic to się zdało. Kultyści dopadli ich, i choć Michel dzielnie stawał, padł pod ciosami sztyletów i mieczy. Sven magicznie ogłuszony został przez jednego z kultystów. Tak skutecznie, że inni uznali go za martwego i blondyn kazał go do wychodka wrzucić, po czym spalić całą wioskę.

Ledwie żywy Sven przeżył do rana, by obudzić się wśród zgliszczy – z dziesięciu chałup nie pozostała w całości ani jedna. Wyciągnęła go para nastolatków, którzy noc spędzili w lesie na słodkich zabawach, i to im życie uratowało.

Umywszy się w strumieniu, nie znalazłszy po kultystach śladu (kasztel został opuszczony i spalony, również tam trupów było co niemiara) Sven ruszył z powrotem do Agartali.

Tam skontaktował się z Gonzagą, rezydentem Bractwa, a ten przekazał mu, iż blond włosy kultysta wyruszył w stronę Bouvetty i to nie sam. No i pognał Sven, co koń wyskoczy.

26-go października około południa Sven był już w mieście. Tam skontaktował się s Simonem, z pozoru rzemieślnikiem rymarskim, a w rzeczywistości rezydentem Bractwa. Ten zasięgnął szybko języka i dowiedział się, że blondyn był faktycznie w mieście i wczoraj widziano go w karczmie ,,Bursztynowy Paw”.

Simon nie miał do zaoferowania zbyt wielkiej pomocy, bo ludzie Bractwa byli w większości w rozjazdach. Była dostępna jedynie mało doświadczona grupa, zwerbowana jakiś miesiąc temu. Z opisu Sven domyślił się o kogo chodzi. I ruszył w popołudniowym, październikowym słońcu do karczmy ,,Pod czarnym lisem”. Ruszył z zadaniem aby odnaleźć, a jeśli to możliwe złapać lub unieszkodliwić blond włosego kultystę i ujawnić wszystkich jego współpracowników.

elfbagna

Koniec występów i do lasu!

Tak więc nasi bohaterowie znaleźli list od hrabiny, w którym mówiła o starej, opuszczonej pracowni alchemicznej. Poszli tam więc elf z niziołkiem, bo oni najmniej poturbowani byli i najciszej mogli się poruszać.

elfbagna

No i znaleźli mikstur wszelakich całe mnóstwo, a także sztylet magiczny, ,,Zębem Nahala” zwany, oraz figurkę, co trzymającego mgłą mogła otoczyć. Uzdrowiła się cała czwórka i nowym wyzwaniom stawić mogła czoła, choć postanowili, że dalej przed innymi zamku mieszkańcami rannych udawać będą.

Rankiem dowiedzieli się, że kupiec Maven zabił grajka Alistair’a, i że zginęła jedna z dwórek, Claudia. Usłyszeli wszelakoż także o kolejnym mordzie w wiosce, i o myśliwym Hugonie, co z wojakami potwora po lesie poszedł szukać.

Potem ich artysta zamkowy Graham Williamson do swej pracowni zaprosił, gdzie bałagan straszny znaleźli. Malarz im portrety własnoręcznie wykonane pokazał, ale chyba niespełna rozumu był, bo straszliwie zmaszkarowane obrazy to były.

Później Martin, w samo południe z hrabiną się spotkał, do obstawy mając Goeyl’drina i Svena, ale rozmowa zbyt długa nie była, bo ludziska różnorakie się po stajni kręciły. Dowiedzieli się kompani jednakowoż, że mają pójść potwora znaleźć, co ludzi we wsi morduje. Hrabina Natalia bardzo się bowiem przejęła losem swych poddanych, bo była miękkiego serca, i dobra z wychowania. Dziś, zaprawdę powiadam wam, mało już takich wielmożów spotkasz. Wszyscy ino sobie chcą kabzę nabić, na naszej, pacholąt krzywdzie. Znałem ja kiedyś takiego jednego murgrabiego, z nazwiska go nie wymienię, boć to może jakiś waszmościów krewny. Wielmoża ten zamek miał wielki i cztery wsie pod sobą, ale pijaczyna był z niego straszliwy i wyduszone z poddańców grosze ostatnie na dziwki i zabawy huczne trwonił. Pewnej nocki chłopi ze wszystkich czterech wiosek, będzie w sumie ze cztery razy po sto dusz, się ugadali i w las poszli. Murgrabia podobnież przez cały miesiąc tego nie zauważył, bo cięgiem zachlany był i kuciapy były mu we łbie, a nie jego dziedziny interesy. Chlał, póki mu w skarbczyku złota starczyło. Aż wreszcie opuściły go wszelkie dziwki i kompani, gdy tylko źródełko wyschło. A parę dni później jeszcze poborca królewski się zjawił i zamek na koszt podatku zabrał. Ostał się więc wielmoża bez grosza i ziem, ale miast się z rozpaczy powiesić, jak każdemu szlachcicowi by przystało, to uciekł po prostu. Gdym go widział to po rynsztokach Foleyet sie włóczył i cięgi od oprychów zbierał. Tam mi swą historyję powiedział, i prawdziwa chyba była, bo jeszcze pieczęć herbową swą miał i wyświechtany papirus z pieczęcią królewską – ziemi nadanie dla jego pradziada. Co się z nim później stało – nie wiem. Pewnie pływa gdzieś po Morzu Błękitnym, z nożem w piersi. Ale wracajmy do historyji naszej.

Wieczorem ostatni występ się odbył, a gdy kompani do komnaty swej wracali, to im się na oczach chorąży hrabiego de Agostini powiesił. W komnacie kolejny list znaleźli, w którym hrabina nakazała rano ruszać, korzystając z okazji, że hrabiostwo Amster wyjeżdża. I szukać informatora kole ,,Złotawego Wodospadu”.

No i pojechali kompani z rana do wsi, gdzie się o drogę wywiedzieli. Wóz w gospodzie, pod opieką właściciela, Krzywego Piotra zostawili i ruszyli pieszo przez las. Najpierw do Adamowego Potoku, a potem w górę strumienia.

Wilki ich zaczęły obserwować, z dziwną postacią w płaszczu na przemian. Znaleźli trupa żołnierskiego, pewnikiem z drużyny co z myśliwym Hugonem poszła, a później i jegoż samego. Ten im historię opowiedział o tym, jak oddział w czasie popasu ostatniej nocy napadnięty przez wilki i satyra został. I do miejsca obozu zaprowadzić się zgodził. Po drodze, już za wodospadem ciemną postać znaleźli i w potrzasku, w krzakach zamkli. I okazało się, że to kobieta, półelfka, co po lesie dla hrabiny przepatrywała, Amber było jej na imię, chyba od włosów bursztynowych. I satyra wyśledziła, co się na skałkach chował.

Poszli więc za nią wszyscy, z Hugonem włącznie. Po drodze wojaka oszalałego znaleźli, co do szczeliny wpadł – i omal tego niziołek Kal i Amber życiem nie przypłacili, gdyż przez ogra wielkiego i obrzydliwego zaatakowani zostali. Szczęściem młoda druidka pnączami go spętała, a Kal tak szczęśliwie go ciął, że mu żyłę jakowąś w nodze rozerwał. Dzieła elf strzałami dokończył.

Ruszyli dalej i w labirynt skałek doszli, gdzie ich owady jakoweś ryjące zaatakowały, co klejącą mazią pluły – a substancyja to była klejąca bardziej niż gnomia guma, a na dodatek cuchnęła straszliwie. Szybko się z robalami sprawili, jeden ubity został, drugi zaś uciekł przez Svena raniony ciężko.

No i znaleźli jaskinię satyra, uszy sobie chlebem zatknąwszy by jego muzyki nie słyszeć. Satyr nie chciał gadać, i rozwścieczony tym, że na jego melodię napastnicy odporni są konfesjonalnie, jak to się mówi, czyli bykiem ich poturbować chciał. Ale życiem to przypłacił, dzięki elfa strzałom głównie. Jedna strzała zatruta była, ale im satyr we własnym języku, z deczka do elfiego podobnym, objaśnił, że to nie on chłopków mordował. No i mieli kompani zagwozdkę.

Ciemno się zrobiło, więc w jaskini obóz założyli. Posiłek zjedli i elf na ochotnika pierwszy na straży stanął. W nocy wiatr hulał i gwizdał po skałach, drzewa uginane pod naporem trzeszczały i zgrzytały przeraźliwie. Koło północy było, gdy…

* * *

Kal obudził się. Wokół było ciemno. Co go obudziło? Przez chwilę nie wiedział gdzie jest i co się dzieje. Dopiero po chwili sobie przypomniał. Jaskinia. Jaskinia satyra. Nad niziołkiem ktoś stał. Ktoś duży. Oczywiście dla niziołka wszyscy byli duzi, ale Kalowi serce podeszło do gardła.
– Przepraszam, nie chciałem. – powiedziała wysoka postać. Kal z ulgą rozpoznał głos. To Hugon, myśliwy. – Śpij spokojnie. Ja tylko idę się odlać.
Kal westchnął. Ciemny zarys postaci myśliwego kierował się ku wyjściu z jaskini, gdzie płonęło ognisko. Rozbudzony przez strach Kal już chciał wstać i pójść zobaczyć co słychać u elfa, siedzącego tam na straży, gdy jego uwagę zwrócił ciemny kształt obok. To była sakwa. Sakwa tej druidki Amber, która spała spokojnie, leżąc na boku na sienniku obok niziołka. Co ona mówiła o swojej sakwie? Ostrzegała przed czymś? Jeśli tak, to trzeba było sprawdzić przed czym. Kal usiadł starając się nie narobić hałasu. Delikatnie, tak jak tylko niziołki to potrafią złapał sakwę i powoli przyciągnął ją do siebie. Amber trzymała przez sen pasek sakwy, ale dla niziołka to nie był problem. Przecież chciał tylko zobaczyć co jest w środku, a nie zabierać sakwę. Wstrzymał na chwilę powietrze, by posłuchać oddechu śpiącej. Był spokojny, miarowy. Chyba faktycznie spała. Kal delikatnie odpiął sprzączkę i powolutku otworzył sakwę. Położył zamknięcie sakwy na swoich kolanach, tak, żeby sprzączka nie zabrzęczała i uniósł ściankę sakwy do góry. Zobaczył coś połyskującego w środku i od razu się uśmiechnął. Srebro? Złoto? Nie, to błyszczało jak jakieś klejnoty… Błyszczało i poruszało się.
Poruszało.
Poruszało? Zaraz, zaraz, przecież niziołek nie ruszał sakwą.
Z wnętrza skórzanej torby doszedł uszu niziołka syk. A po chwili wynurzyła się stamtąd nieduża wężowa główka. Kal zamarł. Wężowy język badał powietrze tuż obok jego dłoni.
– Ostrzegałam – usłyszał miękki kobiecy szept. Amber nie spała. W jej otwartych oczach odbijała się wpadająca przez wejście poświata ogniska.
– Ja tylko…
Kroki. Ktoś biegł. Słychać było terkot kamyków usuwających się spod nóg o toczących po dnie jaskini. W wejściu pojawił się zarys postaci. Postaci elfa. Goeyl’drin dyszał szybko. Oczy miał tak wielkie, że niemal wyszły mu na zewnątrz.
– Co tam, do cholery – mrukliwym głosem odezwał sie Sven, którego najwyraźniej obudził hałas.
Elf charczał tylko, jakby próbując opanować oddech. Zupełnie jakby właśnie zakończył bieg do Bouvetty i spowrotem. Ale to nie zmęczenia tak dyszał, tylko ze strachu. Cały się trząsł.
– Mówiłem wam, kurwa! – sapał pomiędzy kolejnymi oddechami. – Ostrzegałem, że coś z nim jest nie tak.
– Z kim? Mów jaśniej do cholery. – powiedział Sven siadając na swym barłogu.
– O ja pierdole… Ja chrzanię… Mamy przejebane…
Amber szybkim ruchem zamknęła sakwe i podniosła się. Kal zdezorientowany nawet nie wiedział kiedy cofnął rękę od sakwy. I też zaczął się bać. Goeyl’drin co chwilę nerwowo zerkał w stronę wejścia do jaskini.
– On tam jest – wysapał. – Przyjdzie zaraz. Mamy przejebane.
– Co do cholery! – wrzasnął Sven.
Martin też już siedział. Patrzył podejrzliwe na przerażonego elfa.
– Hugon – wyszeptał Goeyl’drin.
– Co Hugon?
– On jest… on jest…
– No! Mówże wreszcie.
Elf przełknął ślinę. W gardle czuł coś wielkiego i suchego, jakby motek wełny.
– Hugon jest wilkołakiem!
Zapadła cisza. Kal zdziwił się bardzo, że w tej ciszy nie usłyszał, jak opadła mu szczęka.

bigcity

Zabawa i dziwne zajścia na zamku

Tak, moi waćpanowie, z kuglarzami, to uważać trzeba, bo oni zazwyczaj w bandach, w zmowie z doliniarzami pracują. Oglądasz sobie spokojnie waćpan występy, a tu ci oprych sakiewkę cap-carap i złotka nie ma.

bigcity

Wystrzegać się zatem należy występów takich, szczególnie jak sztukmistrze na rynku, albo placu targowym występują, bo pewnikiem w koło się kilku jegomościów kręci co na gapiów sakiewki dybie… A im piękniejszy występ, tym pewniejsza strata, boć to wszyscy z rozdziawionymi gębami sztuczki czarodziejskie oglądają, i koń musiałby ich chyba trącić, co by się ockli.

No dobrze, ale wróćma do naszej historyi. Com przed wieczerzą powiedział po krótkiemu tera przypomnę. Jechała więc nasza kompanija samoczwór wozem kuglarskim do zamku de Agostinich, i stajanie im w znajomej karczmie ,,Pod Złotozębym Jesiotrem” wypadło, w Komarowie. Tamże się na noc zatrzymali. Sven z Kalem w kości porżnęli ze strażnikami do nocy, a Martin też porżnął, tyle że co innego, a raczej kogo innego. No, nie ma się co rumienić, mościapanno, wszak chędożenie to ludzka rzecz i tylko dewoty stare, co cięgiem do świątyń chodzą (bo im nikt dogodzić nie chce) na takie rzeczy powinny się obruszać. A to przecież normalna sprawa, w podróży często się zdarza, ale uważać trzeba, co by jakiegoś syfa nie złapać – radzę waćpanom tylko czyste i bogate dziewki brać, boć widzę, że towarzystwo tutaj kupieckie i szlacheckie głównie. Lepiej dać takiej białogłowie trzy razy więcej, niż potem dziesięciokroć na medykamenta różne wydać… A i wybierać tylko takie czyste i pachnące.

Tak, różnego tałatajstwa się po drogach i gospodach kręci. Radzę więc uważać z kim do łoża się idzie. Najpewniejsze są elfki, a za nimi połelfki, bo są na większość wstydliwych chorób odporne i zarazić sie nie można. Nie przepadam za starym ludem, co waćpanowie już wykoncypować mogli, ale w tym zawodzie pierwszeństwo im przypada. Znałem ja taką jedną, mistrzynię prawdziwą. I nic dziwnego, boć duuużo czasu na trening miała, i pra-pra-prababką moją mogłaby być. Aeleira na imię jej było, język można sobie połamać imię to wypowiadając, ale to nic w porównaniu z tym co ona języczkiem swoim potrafiła… No, ale odbiegamy od tematu.

Martin zwiedziony został przez piękną, rudo-brąz włosą kobietę, która również zadowolić umiała, a przy tym nienasycona była i do świtu bladego ,,zapasy” z czarodziejem uprawiała. Sven w międzyczasie złodziejaszka w swym pokoju złapał, co cuchnącą jakąś materię miał na obronę. Szczęściem złodziej niczego nie ukradł. Z rana kompanija do zamku ruszyła, nie bacząc, że się syn karczmarza, nieszczęśliwie zakochany powiesił, zresztą i sam gospodarz chyba za bardzo nie żałował. Dotarli nasi bohaterowie do wsi Kolcze Sioło popołudniem i na obiad w gospodzie stanęli, gdzie ich wieści o morderstwie starego leśniczego doszły, a potem do zamku ruszyli. Tam przez szambelana, Flavio Sandsona przyjęci zostali i w baraku gwardii zamkowej zakwaterowani. Pierwszego dnia odpoczęli ino po podróży i z marszałkiem dworu, Karolem Orbanem wstępnie występy ugadali.

Na zamku byli już wszyscy goście. Pięć rodzin szlacheckich, gospodarzy wliczając. Tak więc hrabia Hieronim i hrabina Natalia z de Agostinich, gospodarze, hrabia Hadder, którego już wcześniej spotkali, bez rodziny, za to z pokojówką, którą co noc zawzięcie chędożył. Był też hrabia Martin Amster z żoną Renate i synem Warrickiem. Bylo hrabiostwo St. Jones, Kaspar i Julietta, oraz syn ich Kevin. No i był dobry Goeyl’drina znajomy, baron Connor z synem Paulem i córką Lorettą, co młodemu St.Jonesowi przeznaczona była.

Z innych gości wspomnieć należy półelfiego kupca Salvadora Mavena, Richarda Omeroda, również kupca opasłego straszliwie, generała na emeryturze Wilhelma Gormana, Katanio Ascortiego, burmistrza Yarnal, oraz krasnoludzkich jubilerów, braci Craven.

Drugiego dnia kompanija przygotowania do występów zaczęła. Sven stał się ,,obiektem pożądania” pewnej dwórki, Klary, o długich blond włosach, zaś całej kompaniji dogryzał bard hrabiostwa Alistair Hogward. Spotkała się też drużyna z Calahanem, dowódcą straży zamkowej – niezbyt miłym oficyjerem. Widzieli też przelotnie hrabinę Natalię, z je dwórką Arienne, która się okazała tą samą kobietą co dwie noce wcześniej Martina wychędożyła.

Występy przebiegły ku zadowoleniu gości, hrabia w nagrodę przekwaterować sztukmistrzy do zamku nakazał. W nocy, przenosząc swoje manele kompani zobaczyli jeźdźca w czerni, co do hrabiego przyjechał. Noc minęła spokojnie, jeśli nie liczyć hałasów biesiadników i opojów i dziwnego zgrzytania na dachu.

Rankiem trzeciego dnia na zamku elf przez hrabiego de Agostini poproszony został i z baronem Connorem twarzą w twarz stanął. Baron szczęśliwie chyba nie był pewnym, że Goeyl’drin mu syna zabił i żadnych działań ,,w majestacie” podewziąć nie mógł. Ale zagiął parol na elfa i się z tym nie krył.

Potem z hrabiną się Martin i Sven spotkali, ale dziwnie się zachowywała na początku. Symbol bractwa jednak poznała i list odebrała. Powiedziała, że odpowiedź przygotuje, ale pierwej musi się dowiedzieć co to za gość w nocy hrabiego nawiedził. I się na wieczorne spotkanie umówiła. Tegoż samego dnia astrolog zamkowy, Francois Labreu kompanów naszedł i kosmyki włosów zabrał, bo podobno hrabia horoskopy uwielbia stawiać osobom spotkanym.

Przygotowując się do występu kompani się kolejnych plotek nasłuchali – o młodym hrabim Warricku Amsterze, co po nocy nago biegał po zamku, o Myśliwym Hugonie co z wojskiem poszedł do lasu potwora szukać, o burmistrzu Ascortim co kosza od Arienne dostał. I kilku innych, o których wspominać nie warto.

Występy przebiegły spokojnie, choć scysja pomiędzy krasnoludami a półelfim kupcem Mavenem była. Na koniec zaś rozniosło się, że młody hrabia St. Jones u jakiejś dwórki w łożu znaleziony został (pobiły się zresztą o niego dwie panny), no i baron Connor natychmiast zerwał zaręczyny swej córki Loretty z rzeczonym młodzikiem. Zwróciło jednak uwagę wszystkich, że astrolog Francois głównie z baronem własnie rozmawiał.

W nocy hrabina nie stawiła się na spotkanie, mimo iż Martin długo na nią czekał. Spotkał za to Calahana, dowódcę straży, który niemiłymi słowy odesłał go do komnaty. Tejże nocy Sven, od dwórki Klary wracający młodego Warricka Amstera spotkał, co jak lunatyk, półnagi łaził jakiejś niewiasty szukając, opisać jej jednak nie potrafił. Potem w nocy zbudziły wszystkich krzyki w sąsiednim pokoju – tamże Orian McCormick, przyboczny hrabiego Haddera zwariował – zupełnie osiwiały siedział i gaworzył jak dziecię dwuletnie. Martinowi zdało się, że widział hrabinę Natialię z tego pokoju wychodzącą chwilę wcześniej… Ale potem tylko ciemny kształt na dachu widział.

Kolejnego dnia goście wszyscy na polowanie ruszyli. Kompanom nie w smak było polować, więc się orszaku hrabiny Natalii uczepili, co by z nią pogadać. Po drodze rozjuszonego jelenia ubili, którego poroże generał Connor od nich odkupił. Z hrabiną porozmawiać zdążyli ale krótko, bo się oficer Calahan wmieszał i do zamku odesłał. Wracający napadnięci przez tajemniczego łucznika zostali, celem którego Goeyl’drin był, ale się i Martinowi dostało. Potem jeszcze odyniec na nich wyskoczył, przez orszak hrabiego Hadera rozjuszony – Sven z elfem ubili go, ale ten pierwszy pęknięciem rzepki w kolanie to przypłacił.

Po polowaniu zawody jeszcze urządzono, ale poturbowana kompanija ani w pogoni za lisem, ani w łuczniczym konkursie nie chciała wystąpić. Wieczorem też występów odmówiła, co goście z żalem przyjęli. I tak udał się Sven do dwórki Klary kurować, a Martin sobie pokojówkę, co jej Gabriela na imię było przygruchał. Nie za długo jednak sobie poużywali, oj nie za długo…

* * *

Martin szedł powoli galeryjka na drugim piętrze nad dziedzińcem. Zamek już niemal spał – z dołu dochodziły jeszcze odgłosy kuchennej krzątaniny. I stłumione krzyki jakiegoś pijanego gościa – to chyba chirurga, Stanislausa. Zaraz jednak ucichły. Czarodziej był niepocieszony. Bolała go noga, postrzelona z łuku przez tajemniczego asasyna. Jakby tego było mało pokojówka, którą uwiódł wieczorem zasnęła pijana w sztok zaledwie po jednym razie. A potem przyszła jej współlokatorka – obrzydliwa i gruba, jedna z zamkowych kucharek. Wolał więc wrócić do swojej komnaty – spacer nocnymi, ciemnymi i cichymi korytarzami wydał się milszą perspektywą niż przygniecenie przez stu kilowe cielsko podpitej, cuchnącej rybą baby. Martin zszedł z galeryjki w korytarz do komnaty, którą hrabia de Agostini łaskawie oddał do dyspozycji ,,sztukmistrzom”. W głębi usłyszał rytmiczne dźwięki, jakby stukanie. Kroki kuśtykającego człowieka. Wychodząc zza zakrętu korytarza zobaczył Svena, ciągnącego niemal za sobą lewą nogę. Sven odwrócił się usłyszawszy go.
– O widzę, ze się nie powiodło? – zagaił.
– Ano nie bardzo. Niewiasta mi się zalała w trupa, a nekrofilem nie jestem. A jakbyś zobaczył jej współlokatorkę, to też byś uciekł. A ty, tak wcześnie od tej blondwłosej piękności?
– No… Martin uśmiechnął się. Wskazał na nogę, Svena, którą ten trzymał sztucznie jakby wyprostowaną.
– To przez to? – zapytał.
– Acha…
– Co, źle się chędoży ze strzaskanym kolanem?
– No nie najlepiej, szczególnie na zbyt miękkim łóżku.
– Nawet na jeźdźca?
– Nawet…
Martin ze zrozumieniem pokiwał głową.
– A potem i tak zawołali Klarę do hrabiny Amster. Stare babsko ubzdurało sobie, że zaśnie tylko gdy Klara będzie czytać jej ,,do poduszki”. Od niej samej jednaj wiem, że chyba nie tylko o czytanie chodzi…
– Tfu, nawet nie kończ – czarodziej splunął z odrazą. Wyobraził sobie grubą i obleśną hrabinę z blondwłosą Klarą… Dwórka nie była w jego typie, ale mimo wszystko… Popatrzyli jeszcze na siebie obaj, po czym bez słowa skierowali do wspólnej komnaty… Drzwi były zamknięte, więc Sven zapukał parę razy. Po chwili otworzył im zaspany i marudzący niziołek. Według Svena zdecydowanie zbyt długo to trwało, gdyż na przywitanie przyłożył Kalowi w głowę otwartą dłonią.
– No co, no co – wzburzył się Kal. I ziewnął.
– Szybciej przebieraj nóżkami, matołku.
– Spałem już…
– To źle – włączył się Martin. – następnym razem nie śpij, dopóki nie wrócimy.
– Następnym razem zatkam sobie uszy, choćby chlebem. I będziecie mogli sobie walić do rana. W drzwi, ma się rozumieć… Sven zamierzył się na niego znowu, ale tym razem Kal był szybszy i uchylił się. Próbował jeszcze odskoczyć na większą odległość, ale w tym momencie pośliznął się na czymś i upadł. Tym przedmiotem był leżący na podłodze kawałek pergaminu.
– Ciszej tam, do kurwy nędzy. – odezwał się Goeyl’drin ze swojego łóżka. Najwyraźniej też został wybudzony ze swojej medytacji ,,pukaniem” Svena.
– Ciekawe, co to… – Martin pochylił się nad leżącym u jego stóp pergaminem. Była to złożona na pół kartka.
– List? – zapytał Sven. Wzrokiem wodził jednak za niziołkiem, który odbiegł w głąb pokoju, gdzie w panującym tam mroku zaczął wdrapywać się na wielką, bogato rzeźbioną szafę.
– Chyba tak – odpowiedział Martin. – Od kobiety – dodał po chwili, pociągnąwszy parę razy nosem. – wyraźnie czuję perfumy…
– Ciekawe której… – zapytał wojownik.
– Poszlibyście już spać. – marudził elf.
– Czekaj. A ty Martin czytaj.
– Światło. Potrzebuję światła.
Sven wszedł do pokoju, wziął świecę ze stołu, po czym wyszedł na korytarz i odpalił ją od jednej z pochodni. Razem z Martinem weszli do komnaty, zamykając za sobą drzwi. Kal siedząc na szafie usiłował się wychylić by dojrzeć cokolwiek, Goeyl’drin siadł na łóżku. Martin rozsiadł się na krześle przy stołem, na którym Sven postawił świecę. Przez chwilę wodził wzrokiem po pergaminie.
– No już, czytaj. – ponaglił go Sven.
– Dobra, czy zła wiadomość? – zapytał elf.
– To od hrabiny? – zainteresował się z szafy niziołek.
Martin westchnął.
– No dobra. Słuchajcie…