piramid

Wężowa piramida

A więc, słuchacze moi szanowni… że co? Że się nie zaczyna zdania od ,,a więc”? A niby poczemu? Dyć ja już będzie ze trzy lat dziesiątki historyje różnorakie opowiadam i jeszcze mi nikt na to uwagi nie zwrócił… Waszmość chyba literaturę studiował na Hadrwarskim uniwersytecie, co?

piramid

Pięknego gadania tam uczą i wierszów czytania, a i pisania zda się, ino, że później się z takimi oświeconymi ciężko dogadać, bo słów używają przedziwnych i po ludzku mówić zapominają. Znałem ci ja kiedyś takiego wierszokletę, głos u niego prima-sort był, a i strofy zręczne układał i poważanie wśród ludu miał, a i na możnych balach i przyjęciach występował często. Nieszczęśliwy był ci on jednakowoż, bo cięgiem wierszem gadał i słów takowych używał, że przeciętna mózgownica za mała, by je pomieścić. Po mordzie brał regularnie, bo jak się ozwał, to część mężów wolała przyłożyć mu na wszelki wypadek, bo nie zrozumiawszy co powiedział, pewni nie byli czy jakiegoś afrontu im nie sprawił. Zawżdy to wszak lepiej – dla honornego mężczyzny – niewinnego skatować, niźli słuchać potem, że obrazie płazem ujść się dało.

Wierszokleta także i u niewiast powodzenia nie miał, bo choć łase one na komplementa i strofy miłosne, co z ust jego schodziły, to jak przyszło co do czego to z wrzaskiem od niego uciekały, że zboczeniec niby, bo zamiast normalnie chędożyć, to penetracje jakichś sromów we łbie mu były. No i sromów, to on miał przez to niemało.

Smutno kończy się ta jego historia, bo kiedyś jeden z garlandzkich szlachciurów się na jego talencie nie poznał, i sztych miecza między żebra wraził, za to, że wierszokleta małżonkę owego szlachcica kuratorką sztuki nazwał. I nie ma za co winić zabójcy, bo gdybym nie wiedział co słowo kurator znaczy, też by mi się z kurwieniem najbardziej kojarzyło, a dla nie wtajemniczonego kuratela sztuki od sztuki kurwienia mało się różnić może. Tak więc, prośże waszmości uważać należy co się mówi i do kogo się mówi, i słów zbytnio skomplikowanych nie używać.

A więc… na czym to ja żem wczoraj skończył… Ach, kompanija nasza w lesie śladami kultystów podążała. Było to zimnego, acz słonecznego dnia 2 listopada roku 664-go po katakliźmie. Wyruszywszy po śladach karety podążali nasi bohaterowie na północny zachód, ze wsi Poddębowiec w kierunku wioski niziołków przyczajonej za lasem.

Jadąc tak przez las kompanija natknęła się na karocę z koni wyprzężoną, której dwóch kultystów pilnowało. Raźno się z nimi drużyna sprawiła, głównie elf, co z łuku szył, no i Sven z toporkiem. Okazało się, że jeden z kultystów klerykiem był i czary jakoweś zaczął uskuteczniać, ale na niewiele się to zdało. Jeńce nic nie powiedziały, mimo, że Goeyl’drin wziął ich w swoje obroty. Fanatycznie byli bowiem nastawieni i zdradzić niczego nie chcieli, cały czas modły jakoweś do bogini swej, Nata-Kranty szeptali. Dorżnąć ich więc trzeba było i tak też uczyniwszy, kompanija dalej w las ruszyła, przez myśliwego Ramona prowadzona.

Potem, w lesie przy opuszczonej leśniczówce, jatkę bohaterowie zbystrzyli – dwa trupy ludzkie i kilka trucheł zwierzęcych, strzałami naszpikowanych i pociętych. Przy leśniczówce pająk wielki się na jednym z padłych wilków posilał, a wnętrza wielki rosomak pilnował, więc bohaterowie ominęli ją z dala. Domyślać się tylko mogli, że to zwierzęta, na rozkaz oszalałej druidki Ilthare (o której kompanija słyszała już w Poddębowcu) kultystów zaatakowały, ale ci najwyraźniej odparli tenże atak.

Dalej już bez przeszkód kompanija do wioski niziołków dotarła, a że wieczór już nadchodził, to postanowili pod dachem przenocować. Niziołki to ludek skryty i z rezerwą do nas, dużych ludzi podchodzący, ale wszak drużyna miała w swych szeregach takoż i niziołka miała – Kal rozmówił się z miejscowymi i we młynie bohaterowie nasi przespać się mogli. Dowiedzieli się też, że dzień wcześniej kilkunastu konnych przez wioskę przejeżdżało, konie napoiło i dalej na północ ruszyło. Nawiedził też kompaniję młody niziołek Raro, którego brat Dalamir z obcymi jako przewodnik ruszył. I dowiedzieli się kompani, że kultyści na bagna jadą, do świątyni jakowejś starożytnej, którą Dalamir z ojcem swoim parę roków wcześniej na bagnach znaleźli.

Rankiem, zostawiwszy konie w jednej z zagród u niziołków, drużyna – wraz z Ramonem i Raro – pieszo w stronę bagien ruszyła. Do mokradeł były jeszcze trzy godziny marszu, które dziarsko przemierzyli, a tam na brzegu czekała ich niespodzianka – miejsce w którym poszukiwani konie zostawili, pilnowane przez dwóch kultystów. Dzięki łukowi Goeyl’drina, czarom Amber i Martina kompanija sprawiła się z tymi dwoma – którzy też zbyt rozmowni nie byli. Dalej droga wiodła na bagna. Ramon, przewodnik, odmówił wejścia na nie, więc został, aby zdobycznych koni przypilnować i poczekać na drużynę, gdy będą wracać – wszak miał ich do wsi Zawady doprowadzić.

Droga przez bagna była długa i męcząca. Po kolana, czasem po kostki w błocie, czasami idąc po porośniętych trawą i trzciną twardych wysepkach, czasami przepływając bagnisko wpław – moczary, moi panowie, to nie żarty. Nie dość, że kroku żadnego pewien być nie możesz, to jeszcze monstra różne na bagnach czyhają na zdobycz. I spotkali nasi bohaterowie pająka wielkiego, co sieć rozpiął na ich drodze czyhając na ofiary – ale się przeliczył nieborak, bo go Sven z elfem z daleka ustrzelili. Była też ropucha ogromna, co swym jęzorem Martina omotała i tylko kuszy Svena i mieczowi Goeyl’drina czarodziej zawdzięcza, że nie został w całości połknięty. Był też dusiciel ogromny, co na Svena z drzewa spadł. Był też mech usypiający, ale znaleźli też bohaterowie grzybów kolonię, z których soku Amber odtrutkę sporządziła.

Pod wieczór już było, gdy wśród mgieł kompani dostrzegli świątynię – a miała ona kształt piramidy, stojącej na niewysokim pagórku. Pod piramidą zaś obozowisko – trzy namioty wokół ogniska. Dwóch strażników przechadzało się z dala od obozu, dwóch drzemało przy ogniu, a piąty – o czym bohaterowie na razie nie wiedzieli – siedział w jednym z namiotów.

Pierwszy ruszył do akcji Martin – uśpił strażników przy ognisku, a potem niewidzialny zakradł się za plecy kolejnego strażnika – i byłby mu gardło podciął… gdyby wprawy miał więcej. Ciężko ranionego kultystę elf z łuku trafił, a druidka laską swą powaliła. Drugi ze strażników zauważył to jednak po chwili i z krzykiem na drużynę pognał – czym piątego, dotąd w namiocie ukrytego zaalarmował. Ten wylazł i jął uśpionych magicznie towarzyszy zaczął budzić. To widząc Sven z Kalem co sił pognali do niego, a druidka na krzyczącego chmurę insektów przywołała.

Niziołek ze Svenem z trójką w obozie się sprawili – jeden jeszcze spał, gdy mu Sven po łbie toporem przejechał i ogłuszył, drugiego – co nogę miał złamaną – Kal dobił. Trzeci, ten co nie zasnął na początku, opór największy stawił – ale po chwili Sven ciął go przez żebra, ze skutkiem śmiertelnym.

Elf dobił z łuku ostatniego, co przed chmarą owadów nie mógł się opędzić. I zapadła cisza. Od ogłuszonego dowiedzieli się, że sześciu ludzi do piramidy weszło, ale gdy próbowali dowiedzieć się, czy był wśród nich Darreus – kultysta zamilkł nagle i wzrok miał przerażony – widać Darreusa bardziej się bał niźli kompaniji naszej, mimo, że to oni na sztychu go trzymali. Nie długo zresztą – elf ulżył jego rozterkom i cierpieniom kończąc jego żywot jednym cieciem.

Bohaterowie zbadali też kilka zrujnowanych budynków stojących wokół piramidy. W zasadzie tylko w jednym z nich znaleźli coś ciekawego – a mianowicie w jednej z amfor, oblazłych przez robactwo natknęli się na zawiniątko, które kryło pięknie wykonany krótki miecz o czarnym ostrzu, oraz ażurowy, wykonany ze złota amulet – obie rzeczy były magiczne…

Odpocząwszy nieco drużyna ruszyła na podbój piramidy. Aby zejść na dół, trzeba było najpierw wejść na górę po bardzo stromych schodach. Tam, niewielki budynek krył szczyt spiralnie zagłębiających sie w dół piramidy schodów.

Pierwsze pomieszczenie do którego zeszli było puste – jeśli nie liczyć kolumn pod ścianami. Schodząc dalej, kilkadziesiąt metrów niżej natknęli się na salę na planie krzyża – w trzech jego ramionach stały ofiarne ołtarze, czwarty zaś krył wgłębienie otoczone kolcami i pełne kości – zapewne coś w rodzaju małego loszku.

Przy jednym z ołtarzy kompanija znalazła świeżego trupa z rozdartym gardłem. W inny ołtarz wbity był bogato zdobiony nóż – jak się okazało przeklęty. Svenowi udało się go wyciągnąć, ale oszalały rzucił się na kompanów – szczęściem Martin z Goeyl’drinem powalili go i obezwładnili, w czym udział miał także niziołek, który rzucając się pod nogi Svena podciął go.

Sven jednak nie doszedł do siebie; pogrążony w dziwnym stanie zaczął zachowywać się tak, jakby nikogo i nic nie poznawał i nic nie mówił, reagował tylko na najprostsze polecenia – klątwa zupełnie odebrała mu wolę. Wyprowadziła więc kompanija otumanionego wojownika na zewnątrz i zostawiła pod opieką niziołka Raro, który czekał nieopodal piramidy.

Wróciwszy do komnaty kompani zostali zaatakowani przez zombie – nieumarłego elfa w resztkach kolczugi, powolnego ani silnego. Tak moi waćpanowie, złe miejsca powodują czasem, że umarli powstają i atakują wszystko co żywe, gdyż nienawidzą żyjących. Zombie akurat, podobnie jak zwykłe szkielety, są zupełnie bezmyślnymi istotami, dość powolnymi i łatwymi do utłuczenia – o ile wie się jak się do tego zabrać. Jeśli tylko powstrzyma się strach to zombie najlepiej pociąć – kłująca broń, ani strzały nie czynią mu bowiem szkody, podobnie jak i maczugi, takiego nieumarlaka trzeba rozczłonkować. Ze szkieletami inaczej jest, je trzeba pogruchotać, najlepiej wekierą jakowąś, albo cepem, bo ostrza mieczy i groty strzał, czy bełtów ześlizną się jeno po kościach, krzywdy takiemu umarlakowi nie czyniąc.

Sprawili się bohaterowie z truposzem raczej łatwo i uczyniwszy zagłębili się dalej do wnętrza piramidy. Schody sprowadziły ich do wielkiej sali, na parędziesiąt metrów wysokiej i chyba ze sto długiej i szerokiej. Z hali tej prowadziło kilka wyjść – drużyna podążając za pozostawionymi w kurzu śladami kultystów weszła w jeden z tuneli.

Drużyna znalazła stare koszary, gdzie ślady walki świeżej były i trup kultysty. I tu o mało co znowu nie narobili w gacie, gdy im się duch zatłuczonego kultysty objawił i próbował z nimi rozmawiać, biorąc ich za kogoś innego. Dusza ta nieszczęsna nie wiedziała nawet, że umarła, gdyż magia opuszczonej świątyni nie pozwoliła jej oddalić się od miejsca śmierci. Jednakowoż Martin nieopatrznie wspomniał o tym i duch udręczony tak sie tym przeraził, ze rozwiał się, nim kompani zdołali cokolwiek z niego wyciągnąć.

Potem w zawalonym korytarzu czwórka starła się z czaszką latającą, co od przywalonego szkieletu odpadła. A później znaleźli należące do czarodzieja jakowegoś kwatery, w tym ostatnią, która magicznymi runami zabezpieczona była.

I byli by pewnie wleźli do środka, gdyby nie imp, mała istotka, co w środku od wielu wieków zamknięta była, samemu uciec nie mogąc w kompaniji szansę na wybawienie z tego więzienia zoczyła.

Impy to zazwyczaj wredne istoty, co z Otchłani pochodzą i często złym czarnoksiężnikom pomocą służą. Ten akurat przywołan był przez świątynnego czarnoksiężnika, podobnież bardzo potężnego. Dowiedzieli się od niego nasi bohaterowie, jak to z górą tysiąc lat temu działała ta świątynia, poświęcona Setesh’owi, bóstwu węży. Krwawe to było bóstwo i moc ludzi przez setki lat zapewne tutaj w krwawych ofiarach zginęła, aż wreszcie przyszły elfy i świątynię splądrowały, wszystkich wyznawców boga węży wyrżnąwszy. I od tej pory zapomniana stoi świątynia. Imp, nieborak, zamknięty w magicznie chronionej komnacie przez swego mistrza, sam nie znając hasła co runy wyłączało, wyjść nie mógł.

Rapp – bo tak kazał do siebie mówić – powiedział jeszcze o gościach niedawnych – czyli ściganych kultystach, jak się bohaterowie nasi domyślili, ci jednak nie chcieli pomóc. Martin się zaoferował odesłać impa za pomocą magicznego pentagramu, zaś Kal zaczął instruować go jak runy magiczne zdezaktywować – były one bowiem zapisane od wewnętrznej strony, gdzie kompani wejść nie mogli, nie będąc spalonymi przez błyskawice. Nie udało się to jednak, kilka z tych runów nieznanych było niziołkowi i nie można było ich wyłączyć… Wściekł się na to elf, gdyż ze słów impa wynikało, że w komnacie tej liczne artefakty pochowane przez czarodzieja sie znajdowały…

Ale co mieli dalej robić. Sprawę z impem musieli odłożyć. I dalej, po wyraźnie widocznych w kurzu śladach podążyli za kultystami. Już niedługo potem starli się ze szkieletami w komnacie z zawalonym sufitem – i wyszli z tego zwycięsko, tylko Amber lekko raniona została. Dalej ich drogi zawiodły, przez zalany do wysokości kolan korytarz do lochów.

Tam znowu ślady kultystów znaleźli, ale i natknęli sie na kolejne chodzące trupy – wszak w lochach takowej świątyni niczego innego spodziewać się nie można. Dwa zombie przypalone jednak zostały przez Martina, a Goeyl’drin je mieczem dokończył…

bigcity

Jestem z miasta, to widać…

Pamiętajcie państwo szanowni, że Bouvetta była wtedy kilka razy mniejsza niż teraz, i te dzielnice, co je Świńskim Polem i Burym Błoniem zwą leżały za miejskimi murami.

bigcity

Strasznie tam było po nocy i niebezpiecznie, mało kto z zamiejscowych bez broni się zapuszczał, albo bez obstawy jakiejś, a i autochtony łacno po gębie mogły dostać od oprychów co na gościnne występa przyjechali. Patrolu straży to tam ze świecą szukać, bo choć pilnować porządku mieli, to wszystkiem życie było miłe i się w błotniste uliczki nie zapuszczali, czas cały w gospodach, albo pod bramą miejską siedząc, spędzawszy.

A i wewnątrz murów tak zupełnie bezpiecznie nie było. Książę Albrecht de Bouve wolał na imprezy huczne na cześć króla Nicholasa kasę wydawać, a nie na swojej gwardii szkolenie, toteż najczęstszą kontuzją miejskich strażników były połamane nogi – potykały się głąby o swe własne halabardy, w czasie ucieczki głównie. Za dnia to oni hardzi byli, ale nocą…

Zresztą sam książę to też niezłe ziółko. Czterdzieści roków wcześniej wszak rodzinka Mechlenbergów władzę w Bouvetcie i okolicach przejęła, cały ród de Bouve w pień wycinając. I z górą lat trzydzieści miastem rządzili – i chociaż szafoty krwią spływały, a na murach miejskich czasem miejsca na szubieniczników brakowało, to ludziska wspominali te czasy z rozrzewnieniem, bo spokój bynajmniej był.

Ale się potem Albrecht de Bouve objawił, po z górą trzydziestu latach rządów Mechlenbergów. I u króla posłuchanie dostał i pomoc jego w rzeźników swego rodu zniszczeniu i ojcowizny odebraniu. I choć głosy się podnosiły, że siepacze Mechlenbergów przeca całą rodzinę de Bouve wyrżnęły, wraz z niewiastami i niemowlętami, musi więc to być impostor jakowyś, król nie zważał i pomocy udzielił. Ludziska powiadali, że to służąca dzieciaka jako swojego przechowała i z jatki z nim, znaczy z Albrechtem zbiegła. Ale ja wam powiem, ze ten Albrecht, to pewnie koło prawdziwego szlachcica de Bouve nawet nie leżał. Mojem zdaniem służąca ta swojemu dzieciakowi szlachetną krew wmówiła, a ze kurtyzaną była, to przekonała wielmożów paru do swej racji. A historyk Wacław z Teregovii, co zdechła będzie ze trzy roki nazad napisał, że to sam król Nicholas se Albrechta wymyślił, bo mu krwawe rządy Mechlenbergów nie w smak były i chciał się z nimi rozprawić. Ale nie dawajcie wiary temu, Nicholas aż tak inteligentny to nie był, żeby tej chytrości plan w życie wprowadzić.

No i ruszyły kurewskie, tfu, królewskie znaczy wojska i w 658-mym pod Bouvettą stanęli, w sile ze dwóch tysięcy chłopa (więcej król dać się bojał ze swego własnego regimentu, a władyki inne i generały na sprawę całą się wypięły). Ale do bitki nie doszło, bo Albrecht swoimi sposobami sprawę przez asasynów załatwił, którzy całą rodzinkę Mechlenbegów wytruli a resztę nożami zadźgali. I tak pokojowo, można by powiedzieć, a przynajmniej bez rozlania kropli krwi niewinnej Albrecht władzę przejął. Kupcom i szlachciurom miejskim przywileje dał, więc głów nie podnosili i za nim murem stanęli. Rok w tych przywilejach żyli tylko, bo gdy kasa na zamku pustkami świecić zaczęła Albrecht do ich kieszeni sięgnął… ale to już inna historia.

Wróćmy do kompaniji naszej, która właśnie w Bouvetcie na dłużej się zatrzymała. Na czym to ja skończyłem swą opowieść? Ach tak, wyspali się nasi bohaterowie (niektórzy przynajmniej) i w drzwiach kwatery… Martina, czarownika swojego spotkali. To znaczy Sven i Goeyl’drin spotkali, bo Amber o świcie wstała, wzięła niziołka za frak i do piekarni ruszyła, gdzie do pracy się najęła jako pomoc do sprzątania. Był chłodny, pochmurny poranek, 28-go października roku 664-go Po Kataklizmie, gdy kierowali się zabłoconymi ulicami Bouvetty w stronę karczmy ,,Pod Trzema Baryłkami”. Tam bowiem wyznaczyli sobie wczoraj miejsce na spotkanie…

* * *

– No dobra, może wreszcie mi powiecie co się w ogóle dzieje. Dwa dni mnie nie ma a wy zaraz wplątujecie się w jakąś aferę. – niecierpliwił się Martin. Na ulicy ruch był mały. Nawet przekupki pochowały się ze swoimi straganami. Całą noc lało jak z cebra, a w powietrzu wisiał kolejny deszcz. Mijali tylko ponurych mieszczan, którzy – co widać było – nagleni własnymi interesami szybko przemykali się błotnistymi uliczkami, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłych wnętrzach swych mieszkań, warsztatów, lub też cuchnących piwem, ale suchych i przytulnych salach miejskich gospód.
– Cierpliwości, magiku. Ja już sam się gubię. Nie na mój łeb te miejskie intrygi, szpiegi i inne takie. – odpowiedział Sven.
– A ty, Gejldrin, może ty mi coś powiesz? – nalegał Martin. – Skąd w ogóle Sven tu się wziął?
– Przyjechał. Konno. – odparł ponuro elf, ucinając wszelką rozmowę.
– Ty, co on taki? – Martin szturchnął Svena.
– Dawno nikogo nie zarżnął. – odparł blond włosy wojownik. – ot, co.
Goeyl’drin zgrabnie z elfią gracją przeskoczył pełną pomyj kałużę. Sven lazł przez błoto bez takiej finezji – buty i tak miał już zabłocone.
– Daleko jeszcze? – dopytywał się czarodziej.
– Nie – odpowiedź Goeyl’drina była krótka.
Faktycznie zbliżali się już do celu. Wyraźnie widoczne już było, nawet przez lekką mgiełkę, 40-metrowe urwisko, którego szczyt porośnięty był drzewami. Zamku księcia nie mogli stąd widzieć, ale wiedzieli, że był tam dalej, na rozciągającym się za urwiskiem wzgórzu. Sven i elf zatrzymali się przed wejściem do karczmy. Tuż nad ich głowami wisiał szyld – trzy związane liną baryłki. Obaj rozejrzeli się po ulicy, jakby upewniając się, czy nikt ich nie śledzi. Martin, lekko zdziwiony tym co robią, wzruszył tylko ramionami.
– Amber i kurdupel już pewnie są w środku. Oni ci wszystko opowiedzą. – stwierdził Sven.
Weszli.
Wnętrze było ciepłe i przytulne, choć może niezbyt czyste. Przed samym wejściem zrobiła się już duża, błotnista kałuża – widać odwiedziło już dzisiaj gospodę paru klientów. Cała trójka niespecjalnie się tym przejęła. Martin rozejrzał się po karczmie, szukając pozostałych kompanów. Gospoda najlepsze dni miała zapewne daleko za sobą. O ile oczywiście jakiekolwiek miała. Ściany odrapane, w niektórych miejscach przykryte jakimiś resztkami tkanin, które kiedyś dawno temu były pewnie kolorowe i wesołe. A może wcale nie? Proste, dębowe stoły, nie zmieniane tak długo, że ich powierzchnia lśniła od nieustannego polerowania kuflami, łokciami i innymi częściami ciała. Po prawej kominek, w którym leniwie trzaskało kilka szczap drewna. Na wprost odrapany, niegdyś pewnie bordowy szynkwas, za którym widniały na wpół otwarte drzwi do kuchni. Kręciła się tam jakaś gruba baba, zapewne kucharka. A może właścicielka? Po lewej zniszczone schody na górę prowadzące do… pokojów gościnnych? A może do mieszkania właściciela? Karczma zajmowała wszak tylko parter brudnej i odrapanej trzypiętrowej kamienicy. Pod schodami, plecami oparta o ścianę siedziała Amber, popijając coś z glinianego kufla. Niziołek spał wyciągnięty na ławeczce do siedzenia. Poza tym jednym stolikiem w karczmie zajęte były jeszcze tylko dwa inne – pod oknem siedziało dwóch skromnie odzianych jegomościów – rozmawiali o czymś szeptem – zaś po drugiej stronie, obok kominka sączył jakiś trunek nieco lepiej odziany mężczyzna około 40-stki. Martinowi wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zacząć współczuć temu biedakowi – gość najwyraźniej walczył z potwornym kacem.
Amber nie drgnęła nawet, gdy podeszli do jej stolika. Uśmiechnęła się tylko niewyraźnie do Martina, ale był to wymuszony uśmiech. Oczy miała podkrążone, ruchy powolne – na pierwszy rzut oka widać było, że walczy ze snem. Za to zapach jaki roztaczał się wokół niej przyprawił trójkę przybyłych o ślinotok – druidka popijała fachowo przygotowanego grzańca.
– To ja zamówię trzy razy to samo – powiedział Sven i w te pędy udał się w stronę kuchni.
Elf popatrzył przez chwilę na śpiącego niziołka, po czym przechylił ławę. Kal zleciał z hukiem i wrzasnął. Po chwili wygramolił się spod stołu i przetarł zaspane oczy.
– Co jest, do kurwy nędzy. – powiedział po chwili.
– Pobudka. – odparł elf.
– Masz szczęście, że nie chce mi się zdejmować butów, bo obudziłbyś się z onucami w pysku – dodał Martin.
– No, no, bez takich… Martin? – wykrzyknął niziołek. – Martin, gdzieś ty bywał czarny baranie. Nauczyłeś się jakichś nowych sztuczek. A pokaż coś potrafiłbyś zamienić elfa w żabę? A może sprawisz, żeby Svenowi z dupy trawa wyrosła. Albo zamień Amber w wieprzka.
– Noo!!! – wyrywało się jednocześnie z gardeł elfa, Amber i wracającego z trzema pełnymi kuflami Svena.
– Na bogów, uciszcie tego kurdupla – doszło ich spod kominka. Siedzący tam mężczyzna zatykał dłońmi uszy.
– Zamilcz na razie. – powiedział Martin siadając. – Najpierw to ja chciałbym się dowiedzieć co się właściwie dzieje, bo te dwa smutasy nie były łaskawe mnie poinformować…
– No więc to było tak. Przyszedł Sven, i powiedział, że musimy iść do ,,Pawia”. No i poszliśmy, a tam było tych dwóch. Więc ja do tego Pompona grzecznie, a on mi, kurwa, spierdalaj, wyobrażasz sobie? Ale to nic, bo i tak żeśmy go dorwali, tylko, że nie można było go zabić bo…
Sven zatkał usta niziołkowi. – Amber ty opowiedz. – rzekł.
Druidka wzięła łyk grzańca i odchrząknęła.
– No dobrze. Przedwczoraj po południu przyjechał Sven. I to od razu z zadaniem od Simona, wiesz, rezydenta bractwa – zaczęła ściszonym głosem opowieść. – Mamy wyśledzić jednego takiego blondasa, kultystę…zaraz jak to się zwało… acha, Nata-Kranty. Zgadza się, Sven?
– No.
– Ale co to za kultysta, skąd… – dopytywał się czarodziej.
– Zaraz, spokojnie. Sven śledził go z tym Michelem Gibsonem, wiesz, tym co w Komarowie nas spotkał i Svena ze sobą zabrał. Pojechali do Agartali, a potem na południe, do jakiejś wioski. I tam Sven z Michelem byli świadkami jakiegoś rytuału… Niezbyt, zdaje mi się, dobrego. Tak to było Sven?
– No.
– Tylko, że zostali odkryci – ciągnęła dalej Amber. – Pogonili ich kultyści do wioski i tam dopadli. Michel zginął, a Svena jakiś kultysta czarami potraktował…
– … skurwysyn pierdolony… – mruknął Sven
– I uznając za martwego do kloaki go wrzucili. Ale Sven wylazł z tego i tu, do Bouvetty przyjechał, po śladach blondyna. No i Simon gościa namierzył, ,,Pod Bursztynowym Pawiem”. Tam więc poszliśmy wszyscy.
– I tam był ten niziołek, Pompon. Mówię ci, jebaka, jak on skakał i sztyletem wywijał… – wtrącił się Kal.
– Elfie, z łaski swojej, ucisz kurdupla – przerwał mu Martin.
– Na zawsze? – w oczach Goeyl’drina pojawił się ślad jakby błysku. Niezbyt dobrze wróżącego błysku.
– Hmmm… kusząca perspektywa…. ale nie. Niech się zamknie. Bo jak nie wytrzymam to faktycznie zamienię go w żabę.
– W żabę? Fajnie. A może w jednorożca, możesz? Widziałem jednego takiego kiedyś na obrazku. Ale to dawno było i unghhh… – dłoń elfa skutecznie zamknęła usta niziołkowi.
– No dobrze. Słuchaj dalej. – Amber podjęła opowieść. – Blondyna w karczmie nie było, ale popytaliśmy służbę i kelnerki i dowiedzieliśmy się, że spotkał się z Raymondem, przedstawicielem gildii złodziejskiej. Sven w swoim poświęceniu dla zdobycia informacji pokojówkę jedną przeleciał…
– A ładna była chociaż? – zainteresował się Martrin.
– No… miła była. – odparł Sven
– No ale czy ładna?
– Hmmm… zgrabna.
– No ale czy ładna?
– … fajne cycki miała.
– Acha, znaczy brzydka.
– Skończcie temat, panowie. Do rzeczy. Poradziliśmy się Simona i okazało się, że dwaj z gości, cośmy ich spotkali w tej samej karczmie, właśnie Pompon, niziołek…
– Pompon? Co to za imię?
– Nie przerywaj. Pompon to pewnie ksywa, bo kurdupel ma włosy prawie pomarańczowe i nastroszone i faktycznie jak pompon wygląda. Z kompanem był, człowiekiem, chyba jakimś oprychem, Oren mu było na imię. I Simon stwierdził, że Ci dwaj faktycznie z gildią pracują i hasło mogą znać, żeby wejść można było po dobroci. No tośmy się zasadzili na tego Orena…
Amber zaczerwieniła się trochę.
– Jak?
– Weszła mu nasza driudka do wyra. Potem my żeśmy wpadli i po głowie mu nastukali. Związanemu czarny lotos żeśmy dali… – powiedział elf.
– Lotos? Skąd macie ten staff? – Martin rozpromienił się wyraźnie.
– Spokojnie, do rzeczy. – powiedziała Amber. – chłopaki paluszki Orenowi połamali, ale hasła nie zdradził, bo nie znał. Powiedział jednak, że Pompon je zna. No to zasadziliśmy się na tego kurdupla, w tym samym pokoju – bo oni razem mieszkali.
– No, niezły był z niego akrobata. Ciął nas parę razy, ale w końcu z bańki dostał i żeśmy hasło z niego wyciągnęli. – powiedział Sven.
– A potem obu związaliśmy i nafaszerowaliśmy czarnym lotosem. No i było nam iść do gildy, tych, jak im tam… Błękitnych noży. Simon miał tam swojego człowieka, półelfa imieniem Roncatto, więc od razu do niego ruszyliśmy. I ten poszedł z nami do owego Raymonda.
– Znaczy do tego gościa, co z blondynem gadał… – wtrącił Sven.
– Nie przerywaj. Właśnie tak. I ten za niewielką opłatą zdradził nam, że gildia wykonała dla blondyna małą robótkę. Porwała jakiegoś bachora, dzieciaka jednego z lepiej ustawionych kupców. Chodziło o przetarg na broń i zaopatrzenie dla straży miejskiej. Ten kupiec, pod groźbą utraty latorośli miał swoją ofertę wycofać.
– I co wycofał?
– Nie wiem, jutro dopiero się sprawa rozstrzygnie. W każdym razie dwa oprychy, co robotę wykonały dziewczynkę na barkę odstawiły. Złotego Pelikana. Nazajutrz na przystani dowiedzieliśmy się, że Jej już w porcie nie ma, ale jest ,,Srebrna czapla”, co do tej samej kompani przewozowej należy. I tam pierwszy raz widzieliśmy Bastiana…
– Kto zacz?
– Taki brunet, metalem obity. Brwi ma zrośnięte i na kasztanowy…unghh – dłoń elfa znowu zatkała usta Kalowi. Pozostali popatrzyli na elfa z wyrzutem.
– No co, grzańca chciałem łyknąć. – odparł ten zmieszany.
– No dobra, to któż to ten Bastian.
– Spokojnie. Wszystko po kolei. Bo widzisz, od kapitana dowiedziałam się, że ta kompania przewozowa, co się Szmaragdowa Bryza zwie, handluje głównie z kupcem Waldemirem Finlay’em, za pośrednictwem składu Franco Moore i Syn. I ten Bastian, to był właśnie od Waldemira, przydupas jakiś. Tegośmy się później dowiedzieli, gdyśmy poszli rozpytywać w okolicy hacjendy kupca. Jeden starszawy szewc, po drobnej opłacie rozmownym się stał. I powiedział nam o tym, jak to się u Finlay’ów poodmieniało parę miesięcy temu, właśnie gdy Bastian przybył. Podejrzliwi zrobili się i po nocy często pracują. W piekarni, co ją przez mur mają, co parę dni podkopów szukają i takie tam. No i powiedział nam szewc o jednym ze strażników, co parę lat temu sprawę miał, bo niby kobiety maltretował, a może i co gorszego. I namierzyliśmy gościa w ,,Pubie Malachaia”…
– Malajkata. – wtrącił się Sven.
– Malachaia, głąbie. Ten niziołek Malachai się nazywa.
– A ja Ci mówię, że Malajkat.
– Dajcie spokój. rację ma Amber. Malaj…kat. Zresztą nie ważne. – przerwał im elf. Niziołek też chciał coś dodać, ale nie zdołał, wyjęczał tylko coś niezrozumiałego przez dłoń elfa, zakrywającą mu usta.
– No dobra. Fajna knajpa, u tego Malachaia, cięgiem występy muzyczne. Tam znaleźliśmy tego strażnika, Telforda. I Sven chciał mu kurewkę podsunąć, ale wybrał taką, że… szkoda gadać. Ondreę, tę przechodzoną lafiryndę, co w naszej kamienicy mieszka. Pamiętasz ją, nie? No, szczęsciem elf zauważył, że Telford, ten strażnik strasznie się zmartwił, jak występ jednej minstrelki, Sary Brightblade, odwołali. Znalazłam ją na tyłach karczmy, biedaczka gardło miała chore, więc ziółek jej zaparzyłam. No i zgadałyśmy się, że przysługa za przysłygę. Ona Telforda do siebie zaprosi, a potem krzyczeć zacznie. My wpadliśmy, gacha dorwaliśmy. Ja minstrelkę wyprowadziłam, a chłopcy za gościa się ‚wzięli. Jak go postraszyli, że do straży doniosą, a straż pewnikiem znanej śpiewaczce uwierzy, a nie łachudrze jakiemuś, to gość zmiękł. Za coś takiego czapa przecież, tym razem już by go kupiec Finlay nie wybronił. I mamy gościa na widelcu. Jak trzeba, to nas do kamienicy kupca wprowadzi. A wygląda na to, że będzie trzeba, bo Telford powiedział, że blondyn tam bywał, i z Bastianem i kupcem często rozmawiał, ale tegośmy się dopiero wczoraj wieczorem dowiedzieli. Simon zaoferował pomoc i…
– Jest jeszcze ta czarodziejka. – wtrącił Sven.
– Czarodziejka? Co za czarodziejka? – zdziwił się Martin.
– No, jakby to… znajoma – powiedział elf. – Pamiętasz, jeszcze z Agartali, tę iluzjonistkę, co przed karczmą raban robiła i co jej Sven z główki przyłożył?
– Ach, ta…
– No. Na szczęście chyba nas nie poznała. – powiedział Sven – I tym razem żeśmy jej pomogli. Amber jej kochanka wyciągnęła z karczmy, i ta czarodziejka… Jak jej było…
– Milla – powiedziała Amber. – Milla Star… cośtam. I ona temu kochasiowi jaja obcięła, razem z… wiesz czym.
Martin nieomal się zakrztusił grzańcem.
– .. ale to tylko iluzja była. Gość winien jej był jakąś kasę. I teraz ona jest winna nam przysługę. Jakby co, to możemy na nią liczyć. Zatrzymała się ,,Pod Bursztynowym Pawiem”.
– Ale jaka iluzja – odezwał się niziołek. – Mówię ci, krew siknęła na ściany, na bruk, wszędzie jej było pełno. Całą suknię sobie ubrudziła. A ja myślałem, że sie wyrzygam jak to.. unghhhh.
– Przepraszam – powiedział skruszony elf.
Martin podrapał się po brodzie.
– Przysługa, taaak… A co z tą przysługą dla minstrelki, tej, no, Sary? – zapytał Martin.
– Ach, musimy dorwać tylko Raymonda. Tego człowieka gildii, tego, z którym blondyn sie spotykał, a któregośmy przekupili. – odpowiedziała Amber.
– Dorwać i co?
– Wykastrować.
Tym razem Martin nie zdzierżył i zakrztusił się grzanym winem. Sven poklepał go po plecach.
– No dobra. Niezły galimatias żeście zrobili. – stwierdził Martin opanowawszy kaszel – Czyli co my właściwie robimy?
– Macie wyśledzić i złapać, a jeśli to nie będzie możliwe zabić blondyna – odezwał się zza ich pleców głos. To był Simon. – I ujawnić wszystkie jego kontakty tutaj. No, to ostatnie jest właściwie zrobione. Teraz musicie tylko ukryć w posiadłości Waldemira to – powiedział kładąc na stole pęk kilku zwojów pergaminu. – Oj, młodziaki, jeszcze musicie się dużo uczyć. Konspira to jeszcze nie dla was. Wyśledziła by was ślepa krowa. Ale nie ważne. Na szczęście przypadkiem wybraliście właściwą karczmę.
– Właściwą?
– Należy do mnie. Ale przez podstawioną kuzynkę, tę co się tam po kuchni kręci. No, postawcie grzańca, musimy jeszcze parę rzeczy obgadać.

femaletroll

Pożegnanie z Bouvettą

Witajcie moi mili, witajcie. Zbierzcie się tu wszyscy, ino przy kominku jak najbliżej, bo wieczór dziś chłodny i ziąb ciągnie ode drzwi. Nie ma co, jesień mamy tego roku pierońsko zimną.

femaletroll

Ale nadzieja jest, że dzięki temu zima będzie łagodniejsza. Tak jak i ostatnimi laty, zimy już nie takie jak kiedyś, oj nie. A pamiętacie opowieść o oblężeniu Bolayir? Było to z górą czterysta roków temu, w czasach, gdy elfy jeszcze rządziły większością naszych ziem tu, na północy. Bolayir, już wówczas całkiem spore miasto nad rzeką Gwynlech, a w roku 354-tym po kataklizmie było straszliwie suche lato, po którym bardzo szybko przyszła straszliwie mroźna zima. No i ruszyły elfy ze swych lasów w poszukiwaniu żywności i spyży dla koni. I Bolayir oblegać zaczęły.

Ciężkie to było oblężenie i długie, bo obrońcy, pod wodzą diuka Petera de Clovis mężnie stawali, a elfy do oblężenia warownego grodu przygotowane za dobrze nie były. Pięć miesięcy oblężenie trwało, znikąd pomocy, bo książęta z sąsiednich prowincji swoje kłopoty mieli. Już po nowym roku miasto zaczęło głodem przymierać, zdarzało się, że żołnierze na murach umierali z głodu w samym środku walki. Cywile również przymierali, zdarzało się, że na dzień cały dostawali jeno kromkę chleba. Ciężkie to były czasy, ludzie nocą w amoku z miasta wychodzili, po to tylko, żeby z ręki elfów śmierci szybkiej zaznać, gdyż woleli to od powolnego w grodzie umierania. Elfom, choć za ich rodem nie przepadam, też ciężko było, bo nie dość, że głodowali, to i z mrozu umierali. Padło ich pod miastem kilka tysięcy, z czego może nie cały tysiąc padł z ręki obrońców.

W końcu pod koniec lutego miasto padło. Broniło go wówczas już tylko kilkudziesięciu wojaków, bo reszta nie była zdolna podnieść broni. Elfy wdarły się przez mury i wyrżnęły wszystkich do reszty, kobiet i dzieci nie szczędząc, a chorym i z głodu umierającym łagodząc cierpienia. Na nic to się jednak zdało, gdyż elfy spichlerze miejskie pustymi znalazły. Powiadają, że z rozpaczy nad pustymi składami kilkaset elfów na miejscu trupem padło – bo tylko myśl o strawie jakiejkolwiek przy życiu ich trzymała. reszta opuściła miasto i jeszcze tej samej zimy w lasach z głodu zdechła.

Mówią, że jak Princ Moran z Solymaru na pierwsze roztopy do miasta wjechał z pomocą, to jeszcze zamarznięte trupy na ulicach znajdował – ludzkie, jako i elfie – wojowników z głodu padłych, mieszczan w domach, na łożach swoich. Niektórzy powiadają, że duch diuka Peter de Clovis się księciu Moranowi objawił tego marcowego zimnego poranka, gdy książę do miasta wjeżdżał, i powiedział tylko: ,,Gdybym wiedział…”. Duch ten zresztą pono do dziś w ostatniej godzinie przedświtu na murach miejskich pojawia i odsieczy wypatruje, tej co przyszła zbyt późno…

Ale, co my tu o czasach jakichś zamierzchłych, przeca historyję mam do powiedzenia wam, bajdę o piątce naszych bohatyjerów, co… ale nie zdradzajmy zakończenia. Na czym ja to żem stanął… Ach tak, już wiem. Była to jesień roku 664-go, dokładnie października dzień ostatni, gdy nasi kompani, poturbowani nieco przez niziołka Pomponem zwanego w starym warsztacie stolarskim, w którym melina Bractwa była ulokowana, na Simona czekali. No i się doczekali, rezydent Bractwa bowiem rozkazy przyniósł. Sven – jako najlepszy jeździec z drużyny i najmniej poturbowany list dostał, aby go do zamku Arenburg dostarczyć, do Dariela, dowódcy straży barona Maksyma Hammerbuscha. Zamek ów ledwie trzy godziny od Bouvetty był położon i droga Svenowi szybko zeszła, ale nim wrócił, pozostali nie próżnowali. Mieli bowiem do załatwienia dwie sprawy: przede wszystkim złapać lub ukatrupić Bastiana, członka kultu jakiegoś, co u kupca Waldemira Finlaya rezydował. Kupiec został już skompromitowany i aresztowany, ale wydało się, że tylko marionetką był Bastianowi, a ten przed strażą miejską i służbami tajnymi zbiegł. Dowiedzieli się jednak nasi kompani, że Bastian spotkanie ma umówione w karczmie ,,Wilgotny Bóbr”, na Burym Błoniu, jednym z przedmieść Bouvetty. Po drugie dług wdzięczności mieli względem minstrelki Sary Brighthelm, a mogła się mścić niewiasta, bo poważanie w mieście miała. W zamian za przysługę, jaką dla nich zrobiła mieli złapać i wykastrować Raymonda, członka gildii Błękitnych Noży, któren nieobyczajne propozycje minstrelce składał i natarczywy był przy tem nie do ścierpienia.

I tu znowu się Simon przydał ze swoimi wtykami, gdyż Raymonda namierzył w karczmie ,,Szczupak i Sum”, na przystani poza murami miasta.

Poszła więc nasza kompanija do tejże karczmy. Po drodze Martin, czarodziej pomysła złapał i rozwiązanie dwóch spraw naraz wykoncypował. Magicznym sposobem wygląd swój zmienił, tak aby wyglądać jak Pompon, niziołek, który za skórę kompanom zaszedł. W takiej postaci Martin Raymonda na oczach wszystkich gości zabił, po czym z karczmy uciekł i odmienił się. Wrócił nawet na miejsce zbrodni w swej normalnej postaci, aby się upewnić, że ludziska świadczyć będą, że to Pompon członka gildii zabił – a wszystko to po to, by złodziejska gildia za kompanów problem z pokurczem rozwiązała.

Reszta kompanii na czarodzieja pod ,,Wilgotnym Bobrem” czekała. Tam jednak śladu po Bastianie nie było. Karczma ta, a raczej zamtuz pełna gości była, toteż się cała czwórka posiliła do syta. Martin znalazł okazję by lędźwiom swoim ulżyć z kurtyzaną, półelfką, pozostali zaś czekali. I zdarzyło się, że młodzian jeden dziwkę nieco poturbował – zoczywszy okazję do zaciągnięcia języka Amber na pomoc ruszyła, aby niewiaście rany opatrzyć. I dowiedziała się, że Bastian był tu, ale wcześniej i z jakimś pryszczatym gadał. Ów jegomość, jak sie później od kelnerek kompani dowiedzieli niedaleko karczmy mieszkał. Poszli więc do niego niziołek, elf i druidka ,,z wizytą”. Wynik wizyty – trzy trupy, kompanów pryszczatego, co z nim w kości grali, sam zaś pryszczaty ranny i przesłuchaniu poddany. Dowiedziała się kompania, że Bastian przewodnika na cmentarz szukał, bo grób rodziny Amsterów splądrować chciał, celem znalezienia fantu jakiegoś. Jeden z kumpli pryszczatego z nim poszedł.

Zabrawszy więc Martina (który w zamtuzie został, żeby dalej dziwkę obracać), poszli na cmentarz i grobowiec znaleźli, co go im pryszczaty opisał. I tu się zaczął pech. Najpierw elf w pułapkę wlazł – kolce co z posadzki wyskoczyły, mimo, ze zmyślnie niziołka przodem puścił. W samym grobowcu kompani trupa świeżego znaleźli – jegomościa co Bastianowi przewodnikował, ze sztyletem w plecy wbitym. Potem Goeyl’drin w drugą pułapkę wlazł – tym razem bełt z kuszy kostkę mu strzaskał. A wszystko to przez ciekawość, bo chciał zobaczyć co się kryje w dziurze po odsuniętej jednej z płyt podłogi.

Reszta zlazła do dziury, do podziemnej części grobowca. Tam Bastiana znaleźli, ale nie samego – z dwoma jeszcze kultystami.

Walka się wywiązała, gdy trójce (bo elf ciężko okulawion z tyłu został) zasadzka nie ze wszystkim wyszła. Martin głowa w ścianę grobowca przyłożył, za Bastiana zasługą, wcześniej jednak jednego z kultystów z walki wyłączywszy. Drugim się niziołek zajął i pociął go nasmierć. Bastian jednak umknął, najpierw nokautując druidkę, a potem w korytarzu elfa poturbowawszy. Pognała za nim druidka z niziołkiem, poza grobowcem go ścigając, ale Bastian nawet z pnączy magicznie przywołanych się wyswobodził. I zbiegł.

Zgadli jednak kompani gdzie pobieżał – wcześniej bowiem zwiedzieli się, że pod ,,Wilgotnym Bobrem” w stajni konia zostawił. Poszli więc za nim Martin i Kal – druidka z elfem zostali, żeby jeńca – jednego z kultystów, co dychał jeszcze – przesłuchać. Nie za dużo się jednak od fanatyka dowiedzieli, gdyż ten ich tylko w imieniu Nata Kranty, bogini chaosu, zepsucia i mutacji przeklinał.

Tymczasem czarodziej i niziołek w stajni się zaczaili i na Bastiana czekali. No i się doczekali, ale nie sam on z karczmy wyszedł. Razem z nim rozmawiając właściciel zamtuza, Giorgio i jego ochroniarz, osiłek wyszli, w rozmowie pogrążeni. Bastian konia dosiadł – i wtedy Martin zaatakował.

Osiłka za jaja magicznym sposobem złapał i za Bastianem pognał – walczyli byli na dziedzińcu karczmy w błocie i deszczu padającym, ale uciekł Bastian, konia dosiadłszy. W tym samym czasie Kal osiłka, niemal bezbronnego dorżnął, z tyłu go złodziejskim sposobem zachodząc, a Giorgia pokiereszował mocno, może nawet śmiertelnie.

Znowu więc zbieżał Bastian kompanom. Ci zebrali się do kupy i juz do miasta wejść chcieli – przez bramę portową, gdzie umówionego mieli straży dowódcę, by ich wpuścił po zmierzchu. I szczęście się do nich uśmiechnęło, gdyż niedaleko bramy, przy karczmie ,,Szczupak i Sum” uwiązanego Bastianowego konia znaleźli.

Jeszcze bardziej szczęśliwymi się poczuli, gdy Sven nadjechał – też miał bowiem przez tę samą bramę do miasta wrócić, a właśnie ze swojej krótkiej podróży kurierskiej wracał. Zebrali się więc w komplecie i uradzili, co by Bastiana z karczmy wywabić. Poszedł więc Sven na przeszpiegi i gdy zdrożon po kilku godzinach konnej jazdy piwo sobie popijał – bijatyka się w karczmie zaczęła. Wszystko przez to, że z galeryjki na pięterku spadła elfka, Elwira jak się później kompani dowiedzieli.

W zamieszaniu bohaterowie nasi zaczęli dyskretnie (tzn. wrzeszcząc ,,pożar”, albo ,,naszych biją”) przeszukiwać pokoje gościnne w karczmie, licząc, że się Bastian w jednym z nich ukrywał. I tak też było, ale się złoczyńca w pokoju zabarykadował. Pokój zaś właściwy Elwira im wskazała, gdyż okazało się, że to Bastian ją z galeryjki zrzucił. Elfka żądna zemsty razem z kompanami do pokoju się dobijała, ale w tym czasie Bastian przez okno zbiegł był.

Wytropiła go jednak elfka, która jak się okazała podoficyjerem na barce ,,Srebrna Czapla” była. Tym łatwiej jej poszło, że Bastian właśnie na barkę zbiegł, boż to barka należała do kompanii ,,Szmaragdowa Bryza” co z kupcem Finlayem handlowała.

Pognali więc kompani za elfką, i w komnacie kapitańskiej Bastiana znaleźli. Walka się wywiązała, Bastian ranion był Goeyl’drina strzałą i Svena ciosem, ale uciekł okno wybiwszy sobie krzesłem.

W wodzie go jednak Elwira dopadła i sztyletem dorżnęła. I tak zakończyło się ściganie Bastiana. martwy kultysta nie mógł jednak zdradzić co się z jeszcze ważniejszym członkiem kultu, a mianowicie blondwłosym Darreusem stało. Na szczęście w papierach w kapitańskiej komnacie Martin pogrzebał i w dzienniku kapitana barki notatkę znalazł: ,,Spotkanie z Darreusem, Carril, piąty listopada. Może się spóźnić, bo podróżuje lądem”.

Wiedzieli więc kompani gdzie Darreus zmierza i – za Simona poleceniem – ruszyli w pościg. Ale to dopiero następnego dnia.

Przespali się nasi kompani po burzliwym wieczorze i rano zakupów dokonali. Kupili konie (wcześniej swój wóz i ciągnące go chabety sprzedawszy), oraz zapasy na drogę i kole południa, pierwszego listopada ruszyli w drogę. I ta ich pod wieczór zawiodła do wsi Poddębowiec, gdzie w karczmie ,,U Mariusza Rębacza”, którą prowadziła mariuszowa córka Tonja, zatrzymali się na noc. Tam dowiedzieli się, że Darreus i jego kompania, w karetę i kilka luźnych koni zatrzymali się tu poprzedniej nocy. Pobawili się bohaterowie nasi i podjedli, z właścicielką ciekawą wieści ze świata pogadali (i nie tylko, boć Martin okazji takowej przepuścić nie mógł i rozmowę z Tonją w łożnicy zakończył).

W nocy niziołek przez chrobotanie zamka obudzon został. On to ze Svenem w pokoju spał, gdyż Martin jeszcze u Tonji bawił, a Amber z Goeyl’drinem na sianie w stodole spali. Zbudzony Sven drzwi otworzył – a tam Tonja! Ale szybko zdało się, że to tylko morderca przez Darreusa wynajęty (aby wszystkich co się o kultystów wypytywali zabić), co postać właścicielki przyjął. Zbrodzień ciemność magiczną przywołał i ,,tańcować” ze Svenem i niziołkiem zaczął, ale swe umiejętności przecenił był, bo choć Kalowi sztylet zatruty w plecy wraził, to Sven go powalił i ,,z bańki” twarz mu poharatał.

Niziołkowi szczęśliwie nic się nie stało, bo trucizna tylko paraliżująca była. Od obezwładnionego zabójcy wiele się kompani nie dowiedzieli, jeno tego co żem juz wspomniał. I byliby ruszyli dalej w stronę stolicy, gdyby rankiem traperów rozmowy nie posłuchali, co o karecie w lesie mówili.

Okazało się bowiem, że orszak z Darreusem, miast dalej gościńcem do Carril, to w las ruszył, na północ, w stronę wioski niziołków. Wzięli więc kompani jednego z traperów, Ramonem zwanego, za przewodnika i śladem karety i orszaku ruszyli.

Dowiedzieli się jeszcze kompani od miejscowych o Ilthare druidce groźnej co w lokalnych lasach rządziła i drwalom pracować nie dała. Mocno wieśniacy na nią psioczyli, bo podobno paru mocno poturbowała. Niewesoło więc mogło kompaniji spotkanie z nią wyglądać, jeśli by się w lesie nieobyczajnie zachowywali.

Ruszyli nasi bohaterowie śladem kompaniji Darreusa, a ślad był świeży, przez przymrozek nocny utrwalony. Po drodze harpię ubili, co ją na ucztowaniu zaskoczyli; bestyja wściekła posiłku swego bowiem broniła i jęła konno jadącą kompaniję atakować, na szczęście elf ją postrzelił był z łuku, a Sven dzieła dokończył.

Po kilku godzinach w lesie, popołudniem wczesnym przewodnik Ramon kompaniję wstrzymał – przed nimi porzucona kareta kole ścieżki stała. Przy karecie dwóch – jak się domyślili kultystów – straż pełniło. Jeden z nich wewnątrz, księgę jakowąś czytał, drugi na ziemi, o koło karocy oparty pół-leżał, drzemał może. I zaczęli się kompani zastanawiać jak sprawę rozwiązać…

home

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Zbiegła więc nasza kompanija z wioski bezgłowców, z kawałkiem różowego kryształu. Autochtoni gonili ich trochę, ale magia Martina i Gaspara ich powstrzymała – ten pierwszy potwornego jastrzębia przywołał, co wielki niby człowiek, dzięki chaotycznej magii się zjawił, ten drugi błyskawicą straszliwą wrogów poraził, co od jednego do drugiego skakała gromem ich rażąc.

home

Nie niepokojeni dotarli po dwóch godzinach marszu do jaskini, gdzie przygotowania do otwarcia portalu zaczęli. Martin pod okiem Gaspara proszek magiczny przygotował, a sam Gaspar runami i pentagramami ściany jaskini obmalował. W rytuale otwarcia wszyscy udział wzięli – Gaspar, kryształ trzymając inkantacje wypowiadał, zaś pozostali za łączników z magicznymi rysunkami posłużyli. I wczas sam portal się otworzył, choć niziołek Kal dwa razy ten ludzki łańcuch zerwał (co nim magiczna energia od Gaspara do portalu płynęła), bo trząść się zaczęło, widać wyspa latająca z tą drugą już się zderzać poczęła.

I wskoczyli w portal. I wylądowali. W wojskowym namiocie. Portal eksplodował i namiot im na głowy zawalił. A gdy się wykaraskali, to w jeńce ich wzięto – okazało się bowiem, że w samym środku obozu królewskich kuszników wylądowali. Sierżant dryblasowaty i po ospie dziobaty związać ich kazał i w namiocie zamknąć, gdzie na powrót dowódcy czekać mieli.

Dniem i nocą pilnowani kompani nasi radzili jakby tu uciec. Ale się nie dało. Zdziwili się za to, gdy wojacy im posiłek przynieśli – bo jednego z nich już znali, choć on ich nie rozpoznał – a znali go z zamku opanowanego przez sukkuba, gdzie wojak nieomal oskalpowany był i ciężko rannemu życie uratowali. A tu po ranie ani śladu, i wojak ich nie poznaje…

I wtedy wpadli na pomysł, że w innym czasie ich wyrzuciło, jeszcze przed walką z sukkubem na zamku. I zanim królewscy kusznicy na zamku wymordowani zostali. Gaspar przyznał, że może tak być; wszak wszyscy aktywny udział w otwieraniu portalu brali. I wyrzuciło ich pomiędzy czasem, kiedy Gaspara sukkuba pod różowe niebo wysłała, a czasem, gdy kompanija tam została wessana. Nie wiedzieli jeszcze dokładnie kiedy, no i gdzie do normalnego świata wrócili. Ale i to się wkrótce wyjaśniło. Na spotkaniu z oficyjerem.

A pana porucznik dopiero drugiego dnia ich przyjął. I rozpoznał, bo ich wczoraj widział na polowaniu. Wczoraj? Znaczyło to, że gdy rozmawiali, to był 4 października, dzień przed tym jak z zamku wyjechali potwora po lesie szukać, a cztery dni przed tym jak ich sukkuba w zaświaty wyprawiła.

Porucznik z początku brał ich za szpiegów garlandzkich, co magicznymi sztuczkami się posługują. Gaspar miał i na to radę. Zażądał swego pierścienia (który kompani znaleźli razem z pamiętnikiem), za wielmożę się podając i konsekwencjami grożąc. Porucznik przystał na to, nie wiedząc, że ów pierścień magiczny był i moc rzucenia uroku miał. No i znalazł się pan porucznik w czarodzieja mocy.

Długo potem radzili kompani z Gasparem co robić. Martin bał się straszliwie, że jeśli sukkuba zabiją zanim on ich pod różowe niebo wyśle to on sam i kompanija cała zniknie, a Gaspar wróci do tego dziwnego świata z którego był uwolnion – bo wszak nie będzie miał mu kto w ucieczce dopomóc. Zwyciężyła jednak rozsądna część, za którą Gaspar, Kal i Amber optowali – zaatakować Arienne teraz, zanim jeszcze cały zamek w swej mocy mieć będzie, w ten sposób życie mieszkańcom i kusznikom ratując – od śmierci i opętania ich chroniąc. Elf też optował za tym rozwiązaniem, z innych z deczka powodów – z zemsty mianowicie. Wreszcie przekonali Martina.

Dalej poszło gładko. Bohaterowie nasi swój ekwipunek odzyskali, dozbroili się i rankiem ruszyli do zamku de Agostinich, który jak się okazało ledwie o parę godzin drogi był od obozu. Dotarli tam kole południa i porucznik – Gaspara polecenia wykonując – z hrabią miał się spotkać by Arienne o szpiegostwo oskarżyć i kazać ją w lochu zamknąć.

Wcześniej jednak Arienne, która wszak Gaspara znała, Calahana na drużynę nasłała, a ten czarodzieja aresztować kazał, ze niby nekromanta listami gończymi poszukiwany. I tak się stało.

Co mieli robić kompani? Jak nic trzeba im było Gaspara uwolnić. Na szczęście pamiętali o przejściu tajemnym do lochów, którym wcześniej (a właściwie później) sie na zamek dostali. poszli więc nim, wyczekując momentu gdy nikt przejścia nie pilnował i uwolnili czarodzieja. Ten zaś z Martinem uradził, że drużyna najpierw sukkuba znajdzie, a potem on z lochu ucieknie – by ktoś postronny nie mógł go zauważyć.

No i naszli sukkuba, co właśnie się w starej jadalni z Calahanem naradzała. Kal zbiegł szybko do loszku i znak dał Gasparowi. Ten tylko na to czekał, ciemność magiczną przywołał i pomiędzy strażnikami uciekł. I zaatakowali Arienne. Magią i konfesjonalnie. Gaspar psa piekielnego, cerberusa ogniem ziejącego przywołał, który Calahana powalił i przypiekł mocno, Goeyl’drin zemsty dokonując dorżnął dowódcę straży. Gaspar sukkuba w sam czas magicznie unieruchomił, potem zaś czarami przypalił, do czego się także Martin dołączył.

I wtedy… świat zawirował, gdy Arienne ducha wyzionęła. To znaczy gdy jej dusza do otchłani wróciła. Zniknęli kompani ze świata naszego. W nicość… ale nie na zawsze. Wrócili dokładnie w tym czasie i miejscu, gdzie brama przez sukkuba otwarta ich wessała. To znaczy ósmego października, wczesnym popołudniem.

I czekał na nich Gaspar. Uśmiechnięty, wino popijając czarodziej przywitał ich miło, widać się na zamku zadomowił. Sprawę całą kompanom objaśnił – jak to z porucznikiem wszystko hrabiemu i hrabinie Natalii wyjaśnili. Hrabiostwo całkiem wdzięczni byli, a Natalia, która zupełnie odżyła, wyrwana spod wpływu demonicy, w szczególności. I wdzięczność ta się zmaterializowała, w postaci 200 złotych koron (bez podatku, co Natalia wyperswadowała poborcy zamkowemu).

Kompani odpoczęli i dwa dni jeszcze na zamku się bawili, posiłki sute jadając i obficie winem popijając. Dostali też list od Natalii dla Gordona, szefa Bractwa w Bouvetcie. I ruszyli do miasta, by w umówionej karczmie ,,Pod Czarnym Lisem” z kontaktem swoim się spotkać.

List został przekazany, a bohaterowie za poleceniem łącznika z jednym z rezydentów Bractwa się spotkali. Zwał się on Simon, prowadził zakład rymarsko-kuśnierski na mieście – ale to była tylko przykrywka. Simon był bowiem całkiem ważną w Bractwie figurą, na medalionie, który pod chałatem nosił trzy diamenciki w gronach się iskrzyły i zwierzchność mu nad kompaniją była dana.

Bohaterowie nasi mieli czas na wypoczynek i dla siebie, bo zadania żadnego do wypełnienia nie było. Podjęli więc szkolenia, by lepiej w swoich profesjach się sprawiać. I tak Kal przez samego Simona był szkolony w sztukach złodziejskich. Elf Goeyl’drin na nauki do Eryka Passagalen trafił, gdzie we władaniu mieczem i łukiem się doskonalił. Amber trafiła do druida Hasperusa, który swą siedzibę miał daleko za miastem – co zresztą jej na rękę było, bo nie lubiła miejskiego gwaru i brudu. Martin sam znalazł sobie nauczyciela – Gaspar także się w mieście zatrzymał, a ponieważ przyobiecał to wcześniej, to jedynie za skromne utrzymanie młodego adepta podszkolił.

Mieszkali bohaterowie nasi na kwaterze, naprzeciw gospody ,,Pod czarnym lisem”, gdzie się stołowali. Kwatera była przez bractwo opłacana, i choć nie było luksusów (zwykła kamienica, w której biedota raczej mieszkała po społu z typkami różnego autoramentu), to było dość spokojnie – jeśli nie liczyć popijaw urządzanych przez trzech żaków z sąsiedztwa i krzyków pani Ondrei, ladacznicy, która na tymże samym piętrze mieszkała.

I tak się złożyło, że w piątek, dnia 26 października, 664-go roku, wczesnym popołudniem, gdy niezbyt ciepłe październikowe słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, spożywali właśnie obiad w karczmie ,,Pod czarnym lisem”. Kal, Amber i Goeyl’drin zastanawiali się co począć z wolnym wieczorem. Dla elfa był to pierwszy dzień po zakończeniu szkolenia, Amber nad ranem wróciła do miasta z terminu u mistrza Hasperusa. Kal już od paru dni miał wolne i nudziło mu się strasznie. Czarodzieja Martina, nie było z nimi, gdyż razem ze swoim nauczycielem dzień wcześniej za miasto wyjechał, by kilka czarów poćwiczyć z dala od oczu wścibskich mieszczuchów.

I wtedy… w to spokojne aż do nudy popołudnie, gdy po obiedzie człowiek jest leniwy tak, że nawet muchy łażącej po brzegu puchara z winem nie chce się zabić, właśnie wtedy stanął w drzwiach nieoczekiwany gość. Nieoczekiwany, aczkolwiek znajomy…

enemy

Nie ma to, jak narobić sobie wrogów…

Ej, długo mnie w tymże przybytku nie było, oj długo. I zatęskniłżem do tej kaszy ze skwarkami, co mi ją szanowna Beladonna Chrapko łaskawa była podać bez opłaty żadnej.

enemy

Wielkaż jest jej dobroć i złote ma serce nasza gospodyni, niech jej Elean po wsze czasy sprzyja, ażeby zawżdy kaszą tą złaknionego, biednego wędrowca poratować mogła. Teraz żem się najadł do syta, to i zdałby się napitek jakowyś, coby gardło przepłukać, abym historyję mógł dalej wieść dla moich słuchaczy zacnych. No, gospodarzu, serce i was przecie wielkie, odżałujcie jeden kufelek, wszak tej nocy tychże parę miedziaków, co na mnie stratni będziecie po wielokroć się wam zwróci, dzięki opowieści mojej. Taaak… to rozumiem. A garlandzkiego, złotego żeście nie mieli? Co, znowu embargo ogłosiły kutwy jedne? A niech im to piwsko wszystkimi otworami ciała wyjdzie.

Hmmm… nawet niezłe, czyżby się browar z Foleyet tak poprawił? Dawno żem tak dobrego piwa nie smakował. Po prawdzie, to żadnego żem piwa nie smakował, będzie z miesiąc. Gdzie żem był, pytacie. Ach daleko, moi panowie i waćpanny, daleko żem podróżował i cuda różne żem widział, ale nie czas teraz na tę opowieść choć wielce ciekawa by ona była, bom przecież miał historyję piątki naszych bohatyjerów dalej wam opowiadać.

Dawno żem w progi tej gościnnej karczmy nie zawitał, a i opowieść moja z głów słuchaczy moich szanownych pewnie wywietrzała nieco, więc przypomnę dziś nieco szerzej zdarzenia jakie miały miejsce w Bouvetcie, pod koniec października roku 664-go Po Kataklizmie. Tak… Jak by tu…
czytaj dalej… ->

Bohaterowie nasi, we czwórkie (bo Svena z nimi podówczas nie było) w Bouvetcie, pod skrzydłami bractwa przycupnęli i nauki pobierać zaczęli, co by swe eksperiencje, szczególnie z ostatniej rozprawy z Sukkubem, na użyteczne umiejętności zamienić. Bouvetta była już podówczas dość dużym miastem, kole tuzina tysięcy dusz pod sobą miał książę Albrech de Bouve, wszetecznik i hulaka, co na zabawy i zamtuz swój prywatny więcej zwykł wydawać niż na straż miejską i poddanych bezpieczeństwo. Nie było to więc bezpieczne miasto, oj nie. Nie tam, że od razu bezprawie na ulicach panowało, co to to nie. Ale strażnicy, słabo opłacani będąc i słabo wyszkoleni serca w swą robotę nie wkładali. Szczególnie za murami miejskimi rzadko ich spostrzec można było, toteż na Świńskim Polu, na Burym Błoniu, czy też na Przystani, po zmierzchu łotrzyki rządziły. Patrole straży, nawet jeśli się tam już znalazły to unikały interwencji, co by po łbach nie dostać, li też z nurtem rzeki Dwyne do morza nie spłynąć na skutek zasłabnięcia nagłego, spowodowanego przez sztylet pomiędzy łopatki wbity.

Nie, Bouvetta, a szczególnie przedmieścia nie były nocą bezpiecznym miejscem.

Ale wróćmy do naszej kompaniji. Pewnego nudnego popołudnia w karczmie ,,Pod Czarnym Lisem” trójka z naszej kompaniji biesiadowała, zastanawiając się co począć kolejnego wieczora. Martina, czarodzieja z nimi nie było, wraz ze swym mistrzem, Gasparem wyjechał swe czarodziejskie umiejętności doskonalić. I wtedy zjawiła się piąty z kompanów, Sven.

Sven – będzie miesiąc wcześniej – przez niejakiego Michela Gibsona na misję tajną był zabran. Z tymże Michelem śledzili blondwłosego jegomościa, co konszachty z zakazanym kultem Nata-Kranty miał. Pojechali za nim do Agartali i dalej na południe, do wioski jakowejś, gdzie nocą, w lesie głębokim, kultyści tajemny rytuał wykonali i potwora jakowegoś, czy też demona, w starożytnym kręgu kamiennym przywołali. Sven i Michel, prawdopodobnie dzięki demonim mocom przywołanego monstrum wykryci zostali i we wiosce próbowali się skryć, na co kultyści wszystkie chałupy spalili i wieśniaków wyrżnęli. Dopadli też Svena i kompana jego. Michel spotkanie to życiem przypłacił, zaś Sven, czarem jakowymś porażon za martwego był uznany i w kloace się znalazł. Odżył jednak rankiem i do Agartali pognał, stamtąd zaś do Bouvetty, za blondyna śladem. W Bouvetcie miejscowy rezydent bractwa, Simon, blondyna wywęszył, z pomocą swych informatorów wielu, w karczmie ,,Pod Bursztynowym Pawiem”. Co by zaś Sven sam nie szedł – wysłał go po resztę kompaniji, co bez zajęcia w karczmie na rozkazy czekała.

No i ruszyli kompani w czwórkę – Sven, druidka Amber, niziołek Kal i elf Goeyl’drin – do wspomnianej karczmy. Ale blondyna tam nie znaleźli. Porozpytywali trochę i dowiedzieli się, że owszem, gość takowy był tu poprzedniego wieczora, i rozmawiał z niejakim Raymondem – jak się okazało członkiem złodziejskiej gildii ,,Błękitnych Noży”. No i się problem zrobił, bo do gildii byle kogo nie wpuszczają, hasło trzeba znać. Kucharka jedna wskazała kompanom jedno ze źródeł takiego hasła – w karczmie siedzieli właśnie, czekając na kogoś dwaj jegomoście – blondwłosy zawadiaka Oren i rudowłosy niziołek Pompon, co z gildią interesy robili.

Popchnęli więc kompani Amber, co by Orena zwiodła i było się to udało. Gdy driudka z Orenem w komnacie się zamkli pozostała trójka tam wpadła i wojaka zbiła. Ale pech chciał, że Oren, nie będąc zbyt wielkiego rozumu, hasła nie pamiętał – takie sprawy swemu kompanowi – niziołkowi zostawiał.

Ale się też niziołek wkrótce w pokoju zjawił, to go Sven z Goeyl’drinem capnęli, czarnym lotosem nakarmili, palce połamali – to im hasło wyśpiewał.

Za radą Simona bohaterowie nasi do gildii poszli, by się z tajnym członkiem Bractwa Winnego, zakamuflowanym w gildii, spotkać. Osobnik ten, niejaki Roncatto był w gildii wielce poważany, jako spec od czarnej roboty. Co to znaczy? To znaczy, że gardła ludziom za pieniądze podrzynał, a że niezły w tym był, to i nieźle na tym zarabiał.

No i spotkali się kompani z Roncattem, ten symbol winnego grona rozpoznawszy do Raymonda ich zaprowadził.

Raymond był rozsądnym człowiekiem i ukrywać prawdy przed naszą kompaniją nie zamiarował. Za niewielką opłatą zdradził, że gildia dla poszukiwanego blondyna robotę wykonała, mianowicie porwała córkę jakiegoś kupieckiego rodu. Dlaczegoż, zapytacie? A no dlatego, że królewski przetarg był, na wyekwipowanie straży miejskiej w kilku miastach, i ktoś wyraźnie sobie nie życzył, by Quentin Danevos w przetargu startował. Raymond jednakowoż nie wiedział kto robotę zlecił, wiedział tylko, że bachor dostarczony był na barkę, stojącą w porcie.

Nazajutrz udali się wiec kompani do portu, gdzie w kapitanacie się dowiedzieli, że wspomnianej barki, ,,Złotego Pelikana” już nie ma, ale jest inna barka, należąca do tejże samej kompanii przewozowej, co się ,,Srebrna Bryza” zwała. I dowiedzieli się, że wyłączność na handel z tąże kompanią ma kupiec Waldemir Finlay.

Simon poradził co by kupca wybadać i wtyczkę jakowąś znaleźć. Rozpytali bohaterowie nasi po okolicy i namierzyli ewentualne źródło informacji – Telforda, strażnika w domu kupca Waldemira. Tenże Telford miał już co nieco na sumieniu – kilka roków wcześniej za gwałty na czci niewieściej był sądzon, ale wtedy kupiec za niego poręczył.

Poszli więc kompani do karczmy, w której Telford i inni strażnicy kupca Finlaya lubili przesiadywać – do ,,Pubu Malachaia”, gospody, gdzie słynne niemal na cały kraj koncerta minstreli sie odbywały. Tam też znaleźli jegomościa i tam też plan się zrodził, by mu dziewkę jakowąś podsunąć, potem krzyku narobić i zaszantażować jegomościa. Tak też zrobili, choć ze zwykłą dziwką nie poszło, to i wnet sposób się znalazł. Spostrzegli nasi bohaterowie, że Telford szczególnym afektem jedną ze śpiewaczek, Sarę Brighthelm, darzy. A biedaczka akurat śpiewać nie mogła, bo ją gardło rozbolało.

Zaoferowała się więc driudka Amber z pomocą, ziółek naparzyła, ale po prawdzie to użycie Sary w planie szantażu wybadać chciała. No i się minstrelka o dziwo zgodziła – ale przysługa za przysługę. W zamian zażądała wykastrowania lub zlikwidowania Raymonda – tegoż samego Raymonda, członka gildii, któremu bohaterowie płacili za informacje o blondynie. Cóż mieli nasi bohaterowie zrobić? Zgodzili się.

Plan poszedł jak po maśle, kompani nastraszyli Telforda poważnie – i juz mieli wtykę u kupca. Dowiedzieli się przy okazji o niejakim Bastianie, który kilka miesięcy wcześniej się na służbę u Waldemira zaciągnął. A dziwny to był ponoć jegomość i wiele spraw tajnych z kupcem od razu miał, w kwestiach niektórych jakby zwierzchność nad nim mając. Kupiec zaczął jakieś tajemne zlecenia wykonywać, towary dziwne sprowadzać i podejrzliwy stał się bardzo.

Pojawiał się także w domu kupca blondyn, przez bohaterów naszych poszukiwań – jemu obaj, i Waldemir i Bastian wielkie poważanie okazywali. Tajne narady we trójkę prowadzili często, nikogo, poza lokajem do pokoju nie wpuszczając. Ostatnią taką naradę mieli kilka dni temu, potem blondyn zniknął.

Kolejnego dnia, tegoż samego gdy Martin wrócił był ze swoich ćwiczeń magicznych, nowy rozkaz od Simona dostali. Mus im było do posiadłości kupca wejść i dokumenta kompromitujące podłożyć. Szybko więc musieli wtyczki swojej użyć. Zakupili wina dobrego i trucizną usypiającą je zatruli, po czym Telfordowi kazali straże w nocy napoić – i tak też się stało. Weszli niezauważeni do posiadłości kupca, Kal dokumenta podłożył. Jeszcze tylko języka musieli zaciągnąć. Wybór padł na lokaja – bo Bastiana w posiadłości nie było. Uśpili tegoż osobistego sługę Waldemira, związali i wynieśli – o włos alarmu w całym domu unikając. Simon wziął biedaka na tortury – a kompani wrócili na swą kwaterę by się wyspać.

Rankiem, gdy na śniadanie ,,Pod Czarnego Lisa” poszli spotkali znajomka – w karczmie rudowłosy niziołek, Pomponem zwany, na nich czekał.

Jaki był jego zamiar – tego nigdy dowiedzieć się nie było im dane. Rozsierdził sie Pompon, gdy mu elf pogrozić próbował. Złapał bowiem elfa za włosy i nóż do gardła mu przyłożył… I okazało się, że Pompon nie jest sam – miał do obstawy czterech oprychów. I jeden z nich Kala złapał i też mu nóż do krtani przystawił.

Dalej wypadki potoczyły się szybko. Martin próbował rzucić czar, na co Pompon dźgnął bezbronnego elfa, a oprych przejechał nożem po gardle Kala. Sven skoczył na oprychów – w sumie trzech powalił, a Amber magiczną mgłę przywołała. Martin ledwie był uciekł Pomponowi spod ostrza. Przywołany chwilę później przez niego pies z niziołkiem we mgle się szarpał – ale też na sztylet się nadział, bo zaskomlał tylko i zniknął. Nie dłużej niż dwadzieścia uderzeń serca to trwało – a gdy się mgła rozwiała Kal i Goeyl’drin, opatrzeni przez Amber ledwie żyli, leżąc w kałużach krwi, podobnie jak czterej bandyci co Pomponowi w sukurs przyszli. Kompanija rannych wynosząc z powrotem na kwaterę zbiegła.

Tam dzięki miksturom magicznym, własnym i od Simona, nieco się podleczyli. Ale jakby tych kłopotów z Pomponem było mało nawiedził ich też posłaniec od Sary Brighthelm – minstrelki, co jej przysługę obiecali. Posłaniec konsekwencjami pogroził, dając kompaniji naszej jeden dzień na uporanie się z Raymondem.

Po południu Simon wrócił do nich i w starym warsztacie stolarskim, w kryjówce tajnej całą piątkę ulokował, by przez nikogo nie niepokojona nieco wykurować się mogła. Bo robota ich czekała jeszcze tego wieczoru – co prawda kupiec Waldemir nie był już problemem, bo tajne służby, podłożone listy znalazłszy do lochu go wtrąciły, ale pozostał jeszcze Bastian, który o blondynie – teraz już kompani wiedzieli, że ma na imię Darreus – mógł sporo wiedzieć. A Bastian miał być wieczorem, w nieznanym celu w karczmie ,,Wilgotny Bóbr”, na Burym Błoniu, jednym z przedmieść Bouvetty.

Czekali więc kompani wieczora. Kal i Goeyl’drin drzemali (jeśli u Elfa można mówić o drzemce), aby lepiej swe rany zabliźnić, zaś pozostała trójka siedziała w niezbyt przestronnej komnacie, na zapleczy nie używanego i zapomnianego przez wszystkich warsztatu stolarskiego, w zupełnej ciszy, patrząc jak na zewnątrz zapada coraz głębszy mrok. Zbliżał się zmierzch, który tu, na podwórcu pomiędzy kilkupiętrowymi kamienicami, obserwowany przez mocno przydymioną i zasmarowaną brudem szybę, wydawał się jeszcze bardziej mroczny…