corobicwmiescie

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście

Wiosna już przyszła, słuchacze moi mili, wiosna całą gębą. No, może jeszcze wieczory, tak jak i ten dzisiejszy zimne, a i słońca więcej by sie zdało… Ale może to i lepiej, bo to co dziś wam opowiedzieć zamiaruję zimą się przecież działo, toteż chłody są tu na miejscu.

corobicwmiescie

Nie, nie gospodarzu, oczywiście, że ten pięknie parujący i pachnący gulasz przyjmą, choćby i bez kaszy, ino mi kromkę chleba skombinujcie, bom nie zwykł mięsiwa nie zagryzać… Że czerstwe? A nic to, nie takie rzeczy żem jadł. Jak się tyle podróżuje, to w różnych miejscach się bywa i różniste spożywa posiłki. Jedliście kiedy, waszmościowie i waćpanny ropuchy? Nie, widzę, ze was na samą myśl wzdraga, mnie takoż obrzydliwe się to wydaje, ale cóż zrobić. Wszak to akwitański przysmak, i kiedym paręnaście wiosen nazad w cesarstwie bywał, to raz mi się za przeproszeniem zdarzyło… Nie wiem, jakem to przełknął, ale po miesiącu obracania się po miejskich rynsztokach człek wszystko, co ino od zębów miększe do pyska kładzie. Tfu, na wspomnienie same ciarki mnie przechodzą i na wymiot się zbiera.

Uuuu… gorący ten gulasz, niczym ognie piekielne. Niech sobie tu z deczko postoi, a ja w tym czasie co było ostatnio przypomnę…

Działo się to więc zimą, w grudniu roku 664-go Po Kataklizmie. Bohatyjerowie nasi, pod osłoną bractwa w stolicy stanęli. Zima do tej pory nie była ani szczególnie mroźna, ani śnieżna. Sama zaś stolica jak na ówczesne czasy całkiem sporym miastem była. Ba, wszak nie równać się jej do wielkich portów, takich jak Foleyet, Sonyar, czy Kolymar, aleć nasi królowie to miejsce sobie upodobali. W lasach, wśród jezior, wysoce miejsce obronne. Już elfy o tym wiedziały i tamże stolicę swą pobudowały. Caep-Y-Rill ją zwali, co książę Adalbert z Foleyet, zdobywca miasta i pierwszy Caenur władca do Carrill skrócił i tak zostało, stolicę swą postanowił on bowiem na elfich ruinach postawić.

Ale to we szkółkach już teraz uczą, każdy bakałarz dziecinom to wykłada, więc się rozwodzić zbytnio nie będę. Ważnym jest, że już wtedy duże to było miasto. Duże i niespokojne.

Zimą jak to zimą ludność głównie się nudzi, toteż plotki szerzyły się na potęgę. Mówiło się głośno w mieście, że na wiosnę wojna z Garlandią się szykuje. Pamiętać musicie bowiem, że czas to był, gdy w Garlandii rządziła rada regencyjna, w dużej mierze z generałów złożona, gdyż mały Roger, Burzycielem później zwany, miał lat zaledwie jedenaście. A spory między ojczyzną naszą a tymi garlandzkimi psami (aż dziw bierze, że ichnie piwo takie dobre) wtedy jedno z nasileń przechodziły, szło oczywiście o miasto Bolayir, co na obu stronach rzeki Gwynlech leży, ale przeca od zarania było to caenurskie miasto.

No i zwęszyły regencyjne garlandzkie wieprzki, że król nasz inne ma kłopoty – chłopi, pod przywództwem paru podupadłych szlachciurów ciągle się wokół Teregovii burzyły i po wzgórzach chowały. Na północy potajemne rozgrywki w wolnych księstwach się odbywały, gdzie z karkassończykami nasze dyplomaty boje o wpływy toczyły.

Szumiało więc w mieście od wojennych plotek, ale nie tylko. Następca tronu – Lorens, pierworodny króla Nicholasa Trzeciego nogę podobno złamał na polowaniu. Podobno też jakaś bestia latająca cały zamtuz ,,Pod Różaną Kotką” wystraszyła. A ktoś wykupił podupadającą tłoczarnię oleju kupca Riscontiego, i to za dużą kasę…

Wiele takich wieści po miejskich karczmach krążyło, wiele. Ale i Bractwo Winne wiedziało swoje, choć nikt jeszcze nie mógł planów kultu – który już na pewno w stolicy działał – przejrzeć i im zapobiec.

Bohaterowie nasi siedzieli więc spokojnie wieczoru pewnego, w karczmie ,,Pod Czerwonym Byczkiem”, gdzie za wykidajłów przez pośrednictwo Bractwa się najęli. Siedzieli i czekali na umówione spotkanie z Sarą, elfią łączniczką Bractwa i zarazem zwierzchnikiem swoim. Popijali piwo, podjadali i w zwykłe ochroniarskie biznesa wplątywani byli – a tu kurewkę wypieprzyć na bruk, a to gawiedź podpitą nieco uspokoić, a to bandytom, co w swej głupocie karczmę zdemolować chcieli, mocno skórę przetrzepać.

Sara przyszła na umówione spotkanie, ale nie sama. Ze sobą bowiem tajemniczego Carricka przyprowadziła, ani chybi arystokratę ważnego, który z istotnym problemem o pomoc do bractwa się zwrócił. Chodziło bowiem o to, że Tatiana, carrickowego serca wybranka porwana została. I nie byłoby w tym nic dziwnego – do dziś wszakże kidnapingowactwo dla okupu uprawiane jest, gdyby nie fakt, że ślady prowadziły do znanego już Bractwu – i kompaniji w szczególności – kultu Nata-Kranty.

Zadanie więc było jasne. Sara i jej pomocnicy wyśledzili, że zamieszany w porwanie jest półelf Savo Asane, zwany Perkozem. Do niedawna kupiec o związkach ze złodziejską Gildią Lazurowej Klingi – która, jak wiedzieli bohaterowie nasi z kultystami konszachty miała. Tygodni temu parę Perkoz porzucił jednak swój interes i czymś innym był sie zajął, mocno się przy tym bogacąc, jak głosiła plotka.

Jedynym sposobem na dotarcie i namierzenie delikwenta, jaki znała Sara, było wypytanie starego kumpla Perkoza, znanego w światku miejskim karciarza Svaarda. Trzymał się on z Perkozem od dawien dawna i dużo mógł wiedzieć. Pozostało tylko znaleźć szulera.

Szczęśliwym losu zbiegiem w karczmie ,,Pod Czerwonym Byczkiem” czekał na swych współgraczy inny szuler, niejaki Lassear, który za niewielką opłatą (którą Martin pokrył z sakiewki oddanej przez Sarę na ,,koszta manipulacyjne”) zdradził, iż poszukiwany umówił się tegoż wieczoru na dużą grę w gospodzie ,,Fiołkowy Bukiet”.

Tam też skierowali się nasi kompani, ale figuranta nie znaleźli. Okazało się bowiem, że razem ze swym wspólnikiem ograli dwu bogatych leszczów i w tango poszli; jedyne czego się dowiedzieli, to że wspólnikiem Svaarda był kupiec Rottenvein, do niego się więc udali.

Wieczór już był późny, ciche miasto i ludzi mało, bo mróz panował trzaskający; zdziwili się też więc gdy w jednym z zaułków znaleźli dwa szczurołaki, pożywiające się trupem jakiegoś mieszczucha. Jednego Sven ze swej magicznej kuszy ustrzelił (co ją w ,,spadku” po Elwirze dostał), drugi zaś w kanały uciekł. Kupiec Rottenvein okazał się wielce pomocny, mimo, że bohaterowie nasi do sklepu i domostwa się mu włamali, porozmawiać z nimi zechciał – i wnet się wyjaśniło czemu. Razem ze Svaardem, po ograniu swych bogatych rywali do zamtuza madame Sirocco sie udali; kupczynie bardzo zależało, żeby się o tym jego małżonka nie dowiedziała.

Zamtuz wspomniany podówczas znany był w całym mieście, ale tylko dla wybrańców był przeznaczony, bawiła tam bowiem arystokracja z półek najwyższych. Kompanom po uiszczeniu kolejnej niemałej opłaty wejść się udało i Martin zdołał ze Svardem porozmawiać.

Szuler od razu przyznał się do znajomości, i wysuszywszy daną przez Sarę sakiewkę do końca zdradził, iż Savo Asane został niedawno właścicielem browaru ,,Moser \& Ruttherford”. Tam też kompanija postanowiła się udać.

Po drodze niepokojące spotkanie z nieumarłym mieli – co niebywałe w samym środku miasta, zombie smrodem jakowymś parujący dwu mieszczan wystraszył, Sven magicznie przyspieszony czarem Martina go utłukł.

Wstąpiwszy na chwilę do tajnej siedziby Bractwa dwóch pomocników kompanija wzięła – Klausa i Zemana, wojaków z miastem obznajomionych. I w piątkę do rzeczonego browaru ruszyli.

Przybytek produkcji piwa murem był otoczon i z kilku dużych budynków złożon. Martin parę strażników co po dziedzińcu chodzili uśpił; Sven z Klausem i Zemanem pobili zaś tych co przy bramie, w ciepełku strażnicy w kości rżnęli. Od nich to kompanija dowiedziała się, który to budynek głównym jest i gdzie Perkoza szukać.

Że spętane strażniki nie łgały wnet się okazało, w dużym gmachu warzelni piwa bohaterowie nasi drzwi zamknięte, pułapkami i magią zabezpieczone, znaleźli – ślad, że się za nimi co ważnego znajduje. Niziołek drzwi otworzył i pułapki rozbroił, dwa z trzech runów zabezpieczających także udało mi się zniszczyć. Trzeci run jednak się nie dawał, więc kompanija musiała języka zaciągnąć; dowódca straży o życie swe się bojąc hasło im podał.

Stanęli więc u szczytu prowadzących w ciemność kręconych schodów…
* * *

- No to jak. Schodzimy? – zapytał szeptem Kal.
Stali w małym pomieszczeniu, wewnątrz głównego budynku browaru, warzelni piwa. Znajdujące się w rogu budynku pomieszczenie nie miało więcej niż pięć na pięć kroków. Jedynym wyróżniającym się elementem tego pomieszczenia były schody, kamienne, kręcone schody ułożone z szarych, grubo ciosanych bloków, zawijające się wokół centralnej kolumny. Schody prowadzące w dół.
- To chyba tu, co? – zapytał Sven
- Nie widzę innego powodu, dla którego mieliby zamykać dostęp do tych schodów dwiema pułapkami w drzwiach i jeszcze na dodatek trzema magicznymi runami. – powiedział Martin, ściszonym głosem. – A decydować się trzeba szybko, ten ostatni run jest zdezaktywowany zapewne tylko na kilka minut.
- Dobra – westchnął Sven. – Idę.
- Poczekaj – Kal złapał go za rękaw. – Ja pójdę. Nie wiemy, czy twój chód nie zaalarmuje kogoś na dole.
- Ale tam jest ciemno… a ja mam hełm… – Sven zmarszczył nos. A jak ty…?
- Spoko, spoko. Jesteście w rękach fachowca. – odparł niziołek. – Zejdę na dół, posłucham. Jeśli będzie czysto, dam znać. Jeśli nie…
Kal zawiesił głos. Taaaak… Jeśli ktoś będzie na dole… Szybko jednak odzyskał rezon.
- Jeśli ktoś będzie na dole, to i tak pewnie będą mieli światło. A pułapek na ciemnych, używanych często schodach się raczej nie spodziewam. – powiedział po chwili tonem specjalisty znającego swój fach.
- Dobra. Złaź. – powiedział Martin.
Niziołek poprawił strój, podciągnął buty. Wolałby iść boso, jak to zwykle mają w zwyczaju niziołki, ale te buty były zbyt cenne, by z nich zrezygnować. Potrafił w nich chodzić jeszcze ciszej niż normalnie.
Lewą ręką lekko opierając się o ścianę postawił nogę na pierwszym z prowadzących w dół stopni. Schody były strome, trójkątne w kształcie i ostro zawinięte w prawo. Ściana – zimna, lekko wilgotna.
Drugi krok. Trzeci. Czwarty…
- Tiaaaa… fachowiec się znalazł. – usłyszał za sobą szept Svena. W odpowiedzi Martin tylko cicho westchnął..
Kal schodził niżej. Było ciemno. Gdy tylko schody zawinęły się tak, że nie widział już światła trzymanej przez Svena pochodni, przestał cokolwiek widzieć. Teraz jego jedynym sprzymierzeńcem był słuch. A ten wyostrzał się z każdym krokiem. I to bardzo. Niemal słyszał jak paręnaście metrów w górę schodów Svenowi burczy w brzuchu.
W myślach modlił się do Yondalli. W tych ciemnościach nie był juz tak pewien swoich możliwości. A co, jeśli któryś ze stopni uruchamia pułapkę? Schodzący normalnie, ze światłem mogą go odróżnić, na przykład po kolorze. A on biedny niziołek samotny w ciemnościach? Czy usłyszy pułapkę na czas? Czy zdąży odskoczyć? Czy w ogóle będzie miał szansę…
Krok. I kolejny. I jeszcze jeden. Niemal słyszał odgłos podeszwy na kamiennych stopniach. Niemal… Ale może mu się tylko zdawało?
Krok za krokiem, w dół. I słuch wyczulony na najmniejsze dźwięki. Krok. Do przodu. W dół, do przodu.Do przodu. Krok… I kolejny…