treningwojownik

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Svena

Cios z góry, krok w bok. Topór osunął się po tarczy przeciwnika, ale po jego grymasie dało się zauważyć, że uderzenie było silne. Już niedługo obijana tarcza zacznie drżeć, gdy trzymająca ją ręka będzie drętwiała od wysiłku i siły uderzeń.

treningwojownik

Zeman cofnął się o krok i uniósł miecz do ciosu. Cięcie w dół, po ukosie – pomyślał Sven. Blokowanie tarczą odpada – wiszący na jego przedramieniu drewniany krąg był zbyt mały i źle ustawiony po wykończeniu ciosu trzymanym oburącz toporem. Więc krok w lewo.

Ćwiczebny miecz świsnął przez powietrze. Sven widział, że jego przeciwnik próbował zmienić kierunek ciosu, ale nie był na tyle zręczny by trafić unikającego Svena. Za to po wykonaniu uniku Sven mógł wziąć większy zamach – topór, skierowany poprzednim ciosem na prawo był teraz dalej od ciała.

Szybkim ruchem Sven obrócił topór w dłoniach i wyprowadził potężne poziome cięcie w lewo. Ostrze ćwiczebnego topora zawadziło brzeg tarczy Zemana nim ten zdołał w pełni zasłonić się od ciosu, ale i tak trafienie było potężne. Stojący naprzeciw Svena wojownik zamiast szykować się do kolejnego ciosu wykorzystał siłę uderzenia i wykonał piruet cofając sie o krok. Niezły był.

- Dobrze, Zeman – padło z boku. – Zaczynasz łapać.

Sven tylko zerknął na opartego o ścianę komnaty nauczyciela. Thaddeo miał juz prawie pięćdziesiąt wiosen na karku, co odbijało się w jego twarzy licznymi zmarszczkami. Włosy miał szpakowate, dość długie i spięte z tyłu. Mimo swojego wieku ciągle trzymał formę, ciało zaprawione w licznych walkach, które odbył będąc najemnikiem, nie zatraciło jeszcze swojego wigoru. Pod jego mieczem padło wiele elfów, gdy jako zaciężny żołnierz walczył w Carcassońskich lasach w obronie osadników.

- Siła, Sven, siła! – krzyknął Thaddeo – Wgnieć go w ziemię. Wbij go aż po same uszy!

Sven złożył się do kolejnego ciosu. Nie przeszkodziło mu nawet to, że musiał wykonać unik by nie zostać trafionym przez nisko lecący miecz Zemana. Tarcza przyjęła znowu cały impet ciosu, przeciwnik zachwiał się, musiał zrobić krok do tyłu by nie upaść. Nie myślał nawet przy tym o kolejnym ataku – miecz majtał bezładnie w jego prawej dłoni.

Sven wykonał krok do przodu. Gdy zaczynał kolejny, zaczął wyprowadzać cios. Perfidny cios od dołu, którego ciągle nieco odchylony Zeman nie mógł zdążyć odbić.

- Dobrze, Sven. Atakuj. Masz w ręku topór. To można sparować tylko tarczą.

Cios zawadził o pancerz przeciwnika, który zmuszony do cofnięcia nie zdążył opuścić tarczy na czas. Było to tylko lekkie trafienie, które nie wyhamowało impetu lecącego w górę topora. Spóźniona, opadająca do bloku tarcza też nie była w stanie zatrzymać ostrza. Uderzona jak kafarem poleciała z powrotem do góry, zupełnie odsłaniając tors Zemana.

Następny cios…

Zanim to jednak nastąpiło Sven usłyszał gromki, basowy wrzask. I odgłos stukających o posadzkę komnaty stup, biegnących stóp. Stóp, które kończyły krótkie, przysadziste nogi krasnoluda.

Kątem oka zauważył czarnobrody pocisk, który ze wzniesionym do ataku toporem i bojowym okrzykiem na ustach wypadł z bocznego korytarza, prosto na niego.

Sven miał przed sobą niemal bezradnego przeciwnika, którego mógłby rozpłatać następnym ciosem – oczywiście gdyby to się działo naprawdę, a nie w sali treningowej w tajnej siedzibie Bractwa. Wtedy jednak odsłoniłby bok, a może i plecy przed szarżującym krasnoludem.

- Mała niespodzianka, Sven… – padło z boku.

Wojownik nie skomentował. Nie miał czasu. Cios toporem, wymierzony w Zemana nie miał go zranić, a tylko zmusić do jeszcze jednego kroku w tył. Po to, by Sven miał miejsce na unik.

Szalejący krasnolud o kruczo-czarnej brodzie, zwany przez wszystkich Szajbą, mierzył w nogi. Sven, wykonując krok w stronę swojego pierwszego przeciwnika wykonał piruet. Krasnoludzki topór przeleciał o kilka cali od jego kolan, po czym cały krasnolud, próbując pohamować swą szarżę, szurając po podłodze przejechał jeszcze kilka kroków.

W tym czasie Sven, wykorzystując impet nabrany w piruecie wyprowadził cios na odlew, celując w Zemana, ciągle próbującego stanąć równo na nogach. Cios trafił tym razem we wzniesioną na czas tarczę, co spowodowało, że Zeman znowu odrzucony został do tyłu. Tym razem upadł.

- Brawo! – krzyknął z boku Thaddeo. – Uważaj jednak na plecy.

Sven wiedział o co chodzi. Gdyby walczył teraz tylko z Zemanem, wystarczyłyby dwa kroki, by z potężnego zamachu wbić przeciwnika w kamienną posadzkę i zakończyć tą walkę. Jeśli nie pierwszym ciosem, to którymś z kolejnych. Ale był jeszcze Szajba…

Czarnobrody krasnolud ruszył do kolejnego natarcia…

Kolejnych kilka minut było dla Svena bardzo pracowite. Przeciwnicy nacierali razem, uzupełniając się wzajemnie. Unikanie ciosów krasnoludzkiego topora i długiego miecza ludzkiego przeciwnika zajmowało całą uwagę Svena, bardzo rzadko miał okazję wyprowadzić własne uderzenie. Czasem trafiał, o ile Zeman tracił po takim trafieniu ochotę do walki (przynajmniej na chwilę), to Szajba był chyba niezniszczalny. Ciosy, które – nawet zadane ćwiczebnym toporem – powaliłyby konia, u krasnoluda nie wywoływały innej reakcji niż lekkie skrzywienie ust.

Sven zaś był coraz bardziej obolały. Pojedynczo trafienia nie byłyby groźne, ale ich ilość sprawiała, że ręce, nogi i żebra miał już najprawdopodobniej w całości pokryte siniakami.

Zaczynało brakować tchu. Uniki i zasłony małą tarczą były coraz wolniejsze, spóźnione. Szczęśliwie Zeman opadał z sił chyba jeszcze szybciej – ledwie już wznosił miecz do ciosu, wreszcie, po kilku następnych atakach padł na kolana, miecz wypadł mu z ręki, z trudnością łapał oddech.

Sven poświęcił tylko mgnienie oka, by spojrzeć na wyczerpanego wojownika, zaraz bowiem musiał uskoczyć przed kolejnym ciosem krasnoludzkiego topora. Zadołał przeskoczyć nad nisko lecącym ostrzem… niemal. Upadając potknął się, zachował jeszcze jednak tyle sił i jasności umysłu, by spadając na kolano przeturlać się i zdołać wstać… Czarne plamy latały przed oczami…

Zaraz, zaraz, czy ta czarna plama nie przypomina brody szarżującego krasnoluda..?

Jak przez watę dobiegł go gardłowy krasnoludzki okrzyk. Odruchowo zszedł z linii ciosu, a przynajmniej tak mu się zdawało. Ostry ból w okolicy krzyża przekonał go, że było inaczej.

- Dość, wystarczy na dziś. – głos Thaddeo dochodził jakby zza grubej ściany.

Ból spowodowany ostatnim ciosem co prawda najpierw zamroczył Svena, ale po chwili sprawił, że wojownik szybko odzyskał orientację. Na czas, by spostrzec krasnoluda pędzącego ze wzniesionym toporem…

- Dość, powiedziałem. Szajba!!! – tym razem Thaddeo już wrzeszczał. Jednak krasnoluda, który już rozpoczął szarżę mało która rzecz na tym świecie była w stanie powstrzymać.

Sven wyczekał tym razem do ostatniej chwili. Gdy krasnolud był już wystarczająco blisko wojownik padł płasko na ziemię. Zawinął przy tym nogami tak, by podciąć krasnoluda. Udało się. Spadający do ciosu topór mierzony był zbyt wysoko, ledwie musnął nogawkę spodni. Górna część ciała krasnoluda, ciągnięta impetem zadanego ciosu, poleciała do przodu, podcięte nogi zostały jednak niemal w miejscu…

Krasnolud padł do przodu na twarz. I przejechał tak po posadzce przez kilkanaście stóp…

Sven nie miał siły się podnieść.

Gdy na powrót otworzył oczy zobaczył wiszącą tuż nad sobą wściekłą twarz krasnoluda. Jego czarna broda była teraz szarawa od piasku i pyłu zmiecionego z podłogi. Z zaciśniętych ust wydobywał się groźny pomruk…

- Szajba, daj spokój… – dobiegł z boku głos Thaddeo.

Groźny krasnolud warknął jeszcze raz na Svena, który po omacku próbował znaleźć leżący gdzieś obok topór.. Gdyby…

Czarnobrody krasnolud spojrzał w bok, na nauczyciela. Po chwili na powrót wlepił swój wzrok w Svena… Ale jego mina stopniowo zaczęła łagodnieć, aż wreszcie wybuchnął gromkim śmiechem.

- Ha, brawo, człowieczyno. Niezły numer – powiedział swym basem prostując się jednocześnie – Myślałżem, żeś już do szczętu ugotowany, a ty tu taki numer. Ha, zaprawdę wypiję dziś za twoje zdrowie. Potrzebni nam tacy ludzie!

To rzekłszy wyciągnął rękę do Svena. Ten niepewnie podał mu dłoń i zaraz stał na nogach, tuż obok sięgającego mu niewiele ponad sprzączkę od pasa krasnoluda.

Thaddeo i stojący obok niego, dyszący jeszcze ze zmęczenia Zeman wyraźnie odetchnęli z ulgą.

- Należy wam się po kuflu dobrego piwa – powiedział nauczyciel. – I jeśli tylko ten mały żarłok Kal coś zostawił, to być może i coś na ząb się znajdzie!

- Ba, ślinka już mi cieknie, jak pomyślę o tym baranku, co go Sammer sprawiał. – Powiedział krasnolud. – A i wam, jełopy nieco żarcia się przyda, co by kondycję poprawić. – zwrócił się do Svena i Zemana. – Wielcyście, ale krzepy w was tyle, co w elfiej kurwie.

Thaddeo uśmiechnął się pod nosem i skierował w stronę wyjścia z sali. Zeman za nim, a Sven zamykał pochód. Idący przed nim krasnolud rzucił mu jeszcze jedno spojrzenie. Niezbyt przyjemne spojrzenie…

Ale może tak się tylko Svenowi wydawało.

szkoleniamaga

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Martina

Kolejny bełt przeleciał tuż obok jego głowy. Czy ten Petr zwariował? Przecież to tylko próba, trening…

szkoleniamaga

Kątem oka Martin spojrzał na Mariangę, swego nauczyciela. Wysoki czarodziej, o wiecznie wzburzonych szaro-blond-czarno-siwych włosach i takiejże brodzie stał z boku, bacznie obserwując ćwiczenie. I chyba nieźle się przy tym bawił.

Strzała. Tym razem Martin odruchowo uchylił się, ale nie zburzyło to jego koncentracji. Palce wykonywały skomplikowane ruchy, słowa w starożytnym języku pradawnych smoków same płynęły z jego ust. Kwasowa strzała uformowała się między jego dłońmi i poleciała w stronę latającego po środku pomieszczenia mefita, którego Marianga przywołał jako ćwiczebny cel. Małej istotce nie bardzo się to podobało, co wyrażała głośnym skrzekiem, ale wola Mariangi była silniejsza. Mefit latał. Strzał Dolivandriela i bełtów Petra-Nic nie musiał się obawiać, nie były wycelowanie w niego. Kwasowych pocisków Martina – i owszem. I choć był mefitem szlamu i kwas nie wyrządzał mu zbytniej krzywdy, to każde trafienie było bolesne. Mefit miałby ochotę plunąć własnym kwasem we wrednego czarodzieja, ale wola jego pana nie pozwalała na to.

Mefit był zły, bo nie rozumiał co się działo. Wiedział tylko, że ma latać i unikać pocisków.

Kwasowa strzała, szczęśliwie dla niego chybiła.

- Skup się, Martin – głos Mariangi był donośny, ale spokojny. – Jeszcze raz.

Martin nie odpowiedział. Stojący po drugiej stronie Petr-Nic znowu zwolnił cięciwę w swej kuszy. Bełt leciał w stronę Martina, ale czarodziej już w mgnieniu oka wiedział, że chybi. Nie zważając na niego zaczął kolejną inkantację. Poczuł tylko podmuch powietrza na policzku, gdy bełt przeleciał jakieś dwa łokcie obok jego głowy, nie przerywając skupienia, ani pierwszej wstępnej sekwencji gestu. Kolejne słowa zaklęcia głośno i wyraźnie wydobyły się z jego ust.

Strzała Dolivandriela. Martin raczej wyczuł ją, niż zobaczył. Lekko wygiął się w prawo, przyciskając lewy łokieć do ciała. Palce, wykonujące właśnie skomplikowany ruch zadrżały nieco, środkowy nieco spóźniony. Czarodziej wiedział już, że nie jest idealnie, ale mimo to kontynuował. Czuł narastającą w nim magiczną energię. W myślach widział kolejne słowa zaklęcia, spalające się czerwonym płomieniem w miarę jak je wypowiadał. Uderzenie serca później wystrzelona przez Dolivandriela strzała musnęła lewy rękaw jego habitu. Martin był już gotów, czuł, że gromadzona energia zbliża się do apeksu. Rozszerzył dłonie, układając je w rodzaj tunelu. Pomiędzy nimi zaczęła formować się zielonkawo świecąca niematerialna strzała. Wypowiadając ostatnie słowo inkantacji wyrzucił ręce do przodu. Strzała poleciała.

A potem Martin szybko odchylił głowę w lewo. Bełt przeleciał niedaleko. Może to tylko wrażenie, że musnął małżowinę ucha? Spojrzał szybko na strzelca, stojącego przy przeciwległej ścianie komnaty ćwiczeń. Petr-Nic z uśmiechem sięgał już po następny bełt i już za chwilę układał go na łożysku kuszy.

Głośny skrzek mefita powiadomił Martina o tym, że tym razem jego kwasowy pocisk trafił.

- Przywołanie, Martin. Coś, co mogłoby dorwać tego fruwającego skurwiela – usłyszał głos Mariangi.

Martin tylko chwilę się zastanawiał. Czuł jak magia, która wezbrała się w nim podczas rzucania poprzedniego czaru opada. Mrowienie w palcach – ślad po resztkach nadmiarowej energii, nie zużytej podczas tworzenia kwasowej strzały – ustawało szybko. Czarodziej wiedział, że musi poczekać, by ta resztka nie zakłóciła jego aury, nie wpłynęła na kolejny rzucany czar, gdyż mogło się to źle skończyć…

Dolivandriel nie czekał. Wystrzelona przez niego strzała leciała nisko. Martin odruchowo zrobił mały kroczek w bok, choć w zasadzie nie musiał. I zaczął zaklęcie. Wiedział, że to zajmie mu więcej czasu niż stworzenie strzały kwasu. Dużo więcej.

Strzała przeleciała na wysokości jego uda kilka cali obok nogi czarodzieja, po czym z brzęczącym stukiem wbiła się w drewnianą ścianę za jego plecami. Zaklęcie jednak było już w toku. Sekundy mijały powoli, każde słowo musiało być wypowiedziane uważnie i z odpowiednim akcentem, każdy ruch palców dopracowany. Jeśli miał pojawić się przed nim przywoływany jastrząb wszystko musiało być perfekcyjne.

Bełt z kuszy przeleciał bezpiecznie nad głową, jedyną reakcją Martina było lekkie mrugnięcie powieki. Słowa inkantacji dalej plynęły niezmącenia. Czas mijał. Kątem oka młody czarodziej patrzył na Dolivandriela. Widział jak blond włosy elf zakłada strzałę na cięciwę, podnosi łuk, celuje.

Nim strzała opuściła łuk Martin wiedział już, że tym razem nie przeleci obok. Spanikował, ręce mu zadrżały, głos lekko się załamał. Uformowany wewnątrz półprzejrzystej sfery magicznie przywołany jastrząb był już prawie gotów. Po chwili z dźwięcznym trzaskiem sfera pękła, ptak znalazł się w całości w tym świecie.

Martin wiedział, że zbyt wcześnie. Że czar się nie udał.

Zamknął oczy. Ostatnim widokiem było światło pochodni odbijające się w wirującym powoli grocie strzały. Mimo zamkniętych oczu czarodziej widział niemal jak strzała zbliża się… Mówią, że w takich chwilach życie staje przed oczami… Wszystko jednak co mógł w tej wydłużającej się niemiłosiernie chwili przywołać jego umysł, to widok strzały wbijającej się w jego ciało. Gdzieś między drugie i trzecie żebro po lewej stronie. Zapowiedź bólu. Nieświadomie zacisnął zęby. W opadających w zwolnionym tempie dłoniach czuł, że nadmiar magii niewykorzystanej do nieukończonego czaru, wzbiera, ale nie mógł już tego opanować. Czekał tylko na…

Głośny trzask. Potem potworny ból w rękach, gdy magia eksplodowała. Zakręciło mu się w głowie, stracił równowagę, upadł. Gdy otworzył oczy zdołał jeszcze zobaczyć błękitnawy poblask magicznej eksplozji, jakby opadający, wirujący niebieski pył. I strzałę.

Strzałę, która wisiała w powietrzu dwie stopy przed nim. I płonęła.

A potem kamienna podłoga komnaty wyrżnęła go z impetem w miejsce poniżej pleców.

- Ty kretynie!!! – wrzeszczał Marianga, zbliżając się szybkim krokiem do elfa. – Ty pajacu! Idioto! O czym ty myślisz, jeśli w ogóle myślisz.

Przy swoim wzroście niemal siedmiu stóp Marianga pędząc na swą ,,ofiarę” robił zaprawdę przerażające wrażenie. Jego oczy promieniały wściekłością, wydawał się bardziej złowieszczy niż jakikolwiek człowiek mógłby, przynajmniej w naturalny sposób.

Martin, próbując dojść do siebie patrzył na swego mistrza i na blond włosego elfa. Znał Dolivandriela już dość długo, ale nigdy nie widział go tak przerażonego. Ten zazwyczaj pewny siebie, nonszalancki niemal elf bał się. Więcej nawet, był przerażony. Bardziej nawet niż gdyby stał na szafocie (tak do tej pory wyobrażał sobie swą śmieć), na chwilę przed egzekucją. Gniew czarodzieja mógł być groźniejszy od katowskiego topora…

- Prze… prze… – zdołał wyjąkać. Stojący obok niego Petr-Nic również skulił się mocno. Gotowa już niemal do strzału kusza dawno opadła.

- Chciałeś go zabić, kretynie? Pojebało cię zupełnie? O czym ty myślisz?!? – grzmiał Marianga.

Dolivandriel już się nie odezwał. Opuścił wzrok i czekał.

Martin podnosił się powoli. Kilka kroków przed nim na posadzce leżała dziwna, poskręcana, cuchnąca i tląca się masa mięsa i piór – przywołany jastrząb, który nie przeżył międzyplanowej podróży, źle przygotowanej przez niedokończony czar.

- Zapłacisz mi za to, elfie – Powiedział Marianga, już nieco spokojniej. – Koniec na dziś!

To ostatnie skierowane było do Martina. Młody czarodziej wstał. Bolały go dłonie – zaczerwienione, obolałe i swędzące od magicznej energii, bolała go głowa, a także zraniona przy upadku tylna część ciała.

- Idziemy – powiedział stanowczo nauczyciel, zawijając swym płaszczem tuż przed nosem Dolivandriela w szybkim zwrocie. – Sara ze Svenem już czekają pewnie z kolacją.

Martin otrzepał swój czarny, wężowy habit, poprawił pas z wiszącymi na nim sakiewkami. Petr-Nic potulnie rozładował swą kuszę i odłożył ją na stół. Dolivandriel także odłożył łuk i zaczął zabezpieczać kołczan…

- A ty gdzie? – wrzasnął na niego Marianga. – Ty zostajesz!

To mówiąc wykonał w stronę elfa kilka szybkich gestów, wypowiadając parę słów, których nawet Martin nie był w stanie rozpoznać. Dolivandriel stanął jak wryty, zamarł dosłownie w miejscu, z jedną ręką sięgająca na plecy by poprawić pas, na którym wisiał kołczan ze strzałami. Nie drżał mu nawet jeden mięśień… Tylko oczy nerwowo rozglądały się na boki.

- Poczekasz tu sobie do śniadania – mruknął czarodziej, znikając w korytarzu, co przy jego dłuuugich krokach odbyło się bardzo szybko.

* * *

Schody się dłużyły, kolczuga dzwoniła. Niedobrze, oj niedobrze. Gdyby jeszcze mógł cokolwiek zobaczyć… Nawet nie słyszał idącego dwa kroki przed nim niziołka. To znaczy miał ciągle nadzieje, że Kal idzie przed nim, ale nie mógł być tego pewien. Znając kurdupla…
Lewą ręką dotykając ciągle ściany Sven pokonywał kolejne stopnie. Coś zamajaczyło z przodu, najpierw niewyraźnie, ale po kilku kolejnych krokach był już pewien – drżąca, żółtawa poświata pochodni.
Następnego stopnia już nie było, nieomal się przez to potknął… Nieomal. Pozostali pewnie nic nie zauważyli.
Niziołek szedł trzy kroki z przodu. Teraz Sven widział go wyraźnie na tle światła z głębi korytarza.
Tunel miał kilkanaście kroków. Na wprost widoczna była dobrze oświetlona ściana – pochodnie musiały wisieć w bocznych odnogach, niedaleko od rozwidlenia.
Sven starał się iść cicho, na tyle, na ile pozwalała jego zbroja. W prawej ręce ściskał stylisko topora. Ciążyło już nieco – nic dziwnego, wszak była już późna noc, od ładnych kilku godzin biegali po mieście szukając śladów Savo Asane, zwanego Perkozem i porwanej Tatiany. Czy mogła być w tym lochu? Sven gorąco na to liczył. Miał już dość łażenia. Uważał się za człowieka czynu i lepiej czuł podczas walki, z toporem w ręku, niż ścigając jakieś ulotne cienie i ślady.
Obejrzał się do tyłu. Klaus, jeden z członków Bractwa, którego dostali do pomocy, był tuż za nim, z obnażonym mieczem. Za nim zapewne szedł Martin. Sven nie widział go, czarna szata pomagała czarodziejowi wtopić się w panujący w korytarzu mrok. Pochód zamykał drugi z dołączonych wojowników, Zeman. Jego Sven także nie zobaczył. Ale usłyszał. Wojownik potknął sie u podnóża schodów, stawiając nogę na stopień którego już nie było…
- Ciii…. – dobiegł z przodu szept niziołka.
Kal wysforował się nieco. Dochodził już niemal do rozwidlenia. Wychylił się za róg, aby przepatrzeć korytarze w obie strony. Po chwili już był przy Svenie.
- Czysto – szepnął.
Popatrzyli na siebie, ledwie rozróżniając swe twarze w ciemności.
- Dalej idziemy cicho? – zapytał Kal.
- Dopóki będzie można. Szyk niezmieniony. – powiedział czarodziej.
- No dobra, prawo, czy lewo? – dopytywał się Kal.
- Sven? – czarodziej zwrócił się do kompana.
- Wszystko jedno. Byle ten dzień w końcu się zakończył. Rzuć monetę…
- Tak, a potem już jej nie znajdę. – powiedział czarodziej patrząc wymownie na niziołka. Ten chyba jednak nie skapował.
- No więc??? niecierpliwił się Kal.
Svenowi było wszystko jedno. Jeszcze raz poprawił chwyt na stylisku topora. Głowę miał już zaprzątniętą czym innym. Czy w tych korytarzach topór będzie wystarczająco poręczny? Czy będzie mógł wykorzystać całą swą nadludzką już teraz (dzięki magicznemu pasowi) siłę, nie uważając by nie zawadzić o ścianę lub sufit?

szkolenie

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Kala

… i kolejny. Szum przelatującego wahadła, lekki powiew na twarzy. Och, gdyby nie ta opaska na oczach, to byłoby śmiesznie proste. Ale teraz. Znowu zatrzymanie. I nasłuchiwanie.

szkolenie

Gdzieś przed nim gruby dębowy bal bujał się zawieszony na zamocowanym w suficie haku. Nieco wolniej niż poprzedni, tego był pewien. Ile mu jeszcze zostało? Dolivandrel rozbujał chyba wszystkie dziesięć. Ten będzie ostatni? Stracił rachubę…

Malutki kroczek do przodu. Naoliwiony hak ledwie słyszalnie zgrzytał pod sufitem. Jeszcze ciszej niż to było przy poprzednim wahadle. Znowu powiew na twarzy. Silniejszy, ale wciąż leciutki. Więc jeszcze kroczek.

Opaska na oczach Już uwierała, mimo, że wykonana z miękkiego jedwabiu. Spocił się cały pod nią. Wiedział, że nic poważnego nie może mu się stać, nie tu, w sali treningowej bractwa, pod czujnym okiem Dolivandriela.

- No dalej, mały. – usłyszał nieco chrapliwy szept elfiego nauczyciela. – Już prawie.

Jeszcze kroczek. Tym razem niemal poczuł, jak wahadło musnęło mu kaftan, lecąc z prawej na lewo. Zaczął się skupiać. Jak grube ono mogło być? O ile musiał pójść do przodu by ominąć to, które miał przed sobą, a nie wpaść pod następne?

Gruby bal przeleciał w prawo. I z powrotem. Kal dostrajał się do jego rytmu. Prawo. Lewo. Prawo.

Donośny dźwięk uderzania cynowym dzbanem o ścianę. No tak, Dolivandriel znowu próbował zakłócić jego skupienie. Walił mocno i szybko. Metaliczny, dudniący odgłos zagłuszał prawie wszystko. Prawie… Trzy… Dwa… Dzban niemiłosiernie dudnił o ścianę. Jeden… Teraz. Dwa szybkie małe kroki. Następne wahnięcie bala odbyło się już parę cali za jego plecami. Metaliczne dudnienie ucichło, pozostawiając dźwięczny pogłos w uszach. Jeszcze kroczek do przodu. I jeszcze jeden… Przed nim nie było już nic. Cichuteńkie zgrzytanie bali słyszał tylko za sobą. Jeszcze krok. Żadnego dźwięku z przodu, żadnego powiewu powietrza. Tylko z tyły cichy szum. I z boku, niemal niesłyszalne trzaski…

Kal rzucił się do przodu i przekoziołkował. Po chwili stanął na nogach i zerwał opaskę. Niemal w tym samym momencie, gdy strzała z brzęczącym stukiem wbiła się w ciągle bujający się za jego plecami bal. Dolivandriel powoli odłożył łuk.

- No nieźle, nieźle – powiedział kiwając głową. – choć gdybym celował w ciebie już byłbyś martwy…

Kal nie skomentował. Wiedział, że jasnowłosy elf nie kłamał. Jeszcze kilkanaście dni temu, na początku szkolenia próbował się odszczekiwać. Dolivandriel szybko pokazał mu jednak miejsce w szyku. Był w stanie pobić niziołka niemal we wszystkim co ćwiczyli.

Gdzieś z tyłu sali dobiegły oklaski. To Sammer, opiekun całej siedziby; diabli wiedzą jak długo przyglądał się przedstawieniu. Po chwili raźnym jak na swój wiek krokiem podszedł do złodziejskiej pary.

- No, no… – rzekł – Jak oceniasz postępy naszego nowego przyjaciela, elfie?

Dolivandriel zmarszczył brwi, co sprawiło, że czerwona szrama nad jego prawym okiem wygięła się dziwnie.

- Jak wy to mówicie… ,,Chyba będą z niego ludzie”?

Kal uśmiechnął sie pod nosem. Rzadko słyszał pochwały od swojego nauczyciela. Zwłaszcza takie, po których nie pojawiało się jakieś ,,ale”.

- Skończyliście na dziś? – zapytał Sammer.

Niziołek spojrzał na dziarskiego, ale naznaczonego zębem czasu człowieka. Nie, to nie czas tak zmienił jego cerę, choć może i dołożył parę zmarszczek. Sammer był blady, bardzo blady. I nic dziwnego, od parunastu lat nie widział słońca – na skutek klątwy, która rzucona na niego została podczas załatwiania jednego z interesów Bractwa, żył niby jakiś wampir nie wychodząc na zewnątrz za dnia. Najsilniejsi magowie Bractwa nie byli w stanie zdjąć tej klątwy, rzuconej przez jedną z kapłanek Myrkula…

- Jeszcze nie. Musimy popracować nad runami. – odparł elf.

- Dałbyś spokój małemu – powiedział Sammer z uśmiechem podchodząc do niziołka – Ćwiczycie dziś od samego rana… Zaraz wpadnie Sara, wyciągniemy jakieś winko, Klaus już opieka baranka…

Oczy kala zaświeciły się na myśl o posiłku. Jego nauczyciel nigdy nie zważał na duży apetyt niziołka. Sam też chyba nic nie jadł.

- Nie. Runy. Musimy popracować nad rozróżnianiem osi w gazowych… Kal nie potrafi jeszcze odróżnić głównej od jej parabol i katastrali. A bez tego nie możemy zacząć punktów mocy…

- Dobra, dobra. Nie zaarzucaj mnie tym swoim fachowym blablaniem. Jakby co, czekamy w wypoczynkowym. Jak znam życie Sven z Szajbą już odszpuntowali antałek.

- Dojdziemy jak skończymy – powiedział elf z lekkim uśmiechem. – A teraz chodź kurduplu. Runy czekają…

Niziołek westchnął… Pieczony na rożnie baranek… Ślina pociekła mu po brodzie. I wino. Znając gust Sary zapewne jakiś przedni gatunek…

* * *

Sven wpatrywał się w schody. I starał się wsłuchiwać. Ale i tak nie usłyszał nadchodzącego niziołka, który wyrósł przed nim jak spod ziemi.
- I co? Czekają? – zapytał Martin.
- Cisza i pusto – relacjonował szeptem Kal. – Schody prowadzą jakieś dwadzieścia stóp w dół, dalej jest korytarz, z dziesięć kroków do rozwidlenia. Dalej nie szedłem.
- Światło?
- Pochodnie w ścianach. Nie musimy brać swoich. Przynajmniej w tej części, którą widziałem.
- A słyszałeś coś? – dopytywał się Sven.
- Taaa… Twój żołądek słychać pewnie aż do Bouvetty. A poza tym, to nie jestem pewien.
Z lewej chyba jakieś jęki, ale ten korytarz skręca potem, trudno powiedzieć jak daleko… Po prawej chyba chrapanie…
- Czyli ciągle nic nie wiedzą… Dobrze. – powiedział Martin. – Nie spodziewają się.
- Masz jeszcze coś w zanadrzu? – zapytał Sven.
- Wystarczy. Choć może być ciasno, musicie uważać jak się zacznie… I musicie mnie osłaniać. Porządnie.
- Dobra. Klaus, pilnujesz czarodzieja – Sven zwrócił się do stojącego nieco z tyłu wojownika. –
Zeeman, idziesz z tyłu. Ja z kurduplem przodem. Oczy szeroko otwarte, szukaj niespodzianek.
Niziołek ruszył pierwszy, Sven za nim. Dalej Klaus…
Martin poprawił swój wężowy habit. Jego szerokie rękawy nie utrudniały czarowania. Sprawdził raz jeszcze ulokowanie sakiewek z ingredientami do czarów na pasie. W czasie gorączki walki musiał dokładnie wiedzieć co gdzie jest. Do właściwej sakiewki musiał sięgnąć w ciemno – nie było zazwyczaj czasu na mozolne szukanie właściwego komponentu do zogniskowania czaru. Nie, gdy wokół brzęczała stal i świszczały strzały i bełty…