elfbagna

Niezapomniana przygoda elfa

Elf siedział niedaleko ogniska i z uwagą przegladał swoje strzały. – Zostało tylko 20 – mruknął – i 5 zatrutych.
Delikatnie zebrał 5 strzał umoczonych wcześniej w trującej maści.

elfbagna

Włożył je ostrożnie w specjalne miejsce przygotowane w kołczanie. Sam je wyodrębnił w taki sposób aby móc je szybko i bezpiecznie wyciągnąć bez szukania. Już nieraz posłużyły mu dobrze. Tak jak wtedy….

Tropiliśmy wtedy potwora na zlecenie hrabiny Natali którego ubić mielim. Po drodze spotkaliśmy druidkę Amber, która pomogła nam potwora wyśledzić. Z relacji wydawało się, że ów potworem Satyr jest. Druidka doprowadziła nas do jaskiń Satyra ale nie chciała go ubijać tylko rozmawiać.
- Ech … kobiety – mruknął Goeyl’drin. – Nic tylko gadać by chciały. No – może nie wszystkie – uśmiechnął się ponuro.
Mnie się tam gadać z nim nie chciał i zapowiedziałem reszcie, że jak tylko się ruszy to go ubiję. Zatkaliśmy sobie uszy chlebem i do jaskini. Amber i Martin próbowali rozmawiać z Satyrem, ale ten niebardzo ochotny był. Przygotowałem sobie miejsce z boku tak aby Svena i Kala mieć na oku i czekałem. Cztery strzały położyłem wcześniej na ziemi. Jedna zatruta, reszta zwykłe.
No i tak jak myślałem. Satyr ruszył do ataku. Natarł na Svena. Sven uskoczył a Satyr z rozpędu pobiegł dalej. Ja wtedy już mierzyłem z zatrutej.
W momencie kiedy nawracał dostał pierwszą strzałą w pierś. Lekko go to zachwiało co dało mi czas na drugą strzałę. Satyr ponownie zaszarżował ale wtedy dostał drugą strzałę prosto w pierś tuż obok pierwszej. W tym czasie trucizna zaczęł już działać. Kolejna próba szarży nie była już taka żwawa. Podpuściłem go bliżej i dostał trzecią strzałę. Piekne skupienie – trzy strzały jedna obok drugiej wystawały mu z piersi kiedy padał na ziemię. Czwartą strzałę schowałem do kołczanu. Nie było potrzeby. Jeszcze nigdy nie wyszły mi tak świetne trzy sztrzały, jedna za drugą i wszystkie w cel. A odległość też mała nie była, ze 20 metrów, pomiędzy drzewami.
Goryl’drin z czułością klepnął delikatnie przechodzącego Kala w plecy. iziołek tylko cudem uniknął wpadnięcia w ognisko i wylądował na spiącym Svenie.
- Ciekawe co dla małego byłoby gorsze: ognisko czy obudzony Sven – Elf z radości wyszczerzył zęby.