elflas

Ciekawość czasami popłaca czyli Spotkanie Elfa w lesie i co z tego wyniknęło

Po lesie rozniósł się przeraźliwy wrzask niziołka. Martin wraz z Amber rzucili chrust mozolnie zbierany na noc i pędem puścili się w kierunku obozowiska. Wrzaski niziołka zaczęły się urywać przechodząc w charkot aż wkońcu w lesie zapanowała martwa cisza.

elflas

U obojga krew zamieniła się w lód. W biegu Martin wyciągnął magiczny sztylet a Amber tak zacisnęła palce na drewnianej różdżce aż pobielały jej kostki.

Wpadli na polanę szykując się do walki i…. Staneli jak wryci. Stali tak ciężko dysząc, nie mogąc wyksztusić z siebie nawet słowa. Pierwszy doszedł do siebie Martin. Padł ciężko na ziemi i zaczął się smiać. Reakcja Druidki była zgoła odmienna
- Co Wy wałkonie jedne robicie. Już całkowicie padło wam na mózgi – twarz druidki powoli robiła się coraz bardziej czerwona.
- Eee tam od razu robicie. – Sven z elegancją splunął pod nogi
- Kurdupel sie wyrywał i trzeba go było jakoś przytrzymać.
Amber z wolna podchodziła do drzewa obok którego stał lekko podparty o topór Sven. Martin leżał na ziemi zanosząc się od śmiechu. A widok jaki przedstawiał się na polanie był nad wyraz zabawny.
Sven stał obok drzewa do którego przywiązany był grubą liną Kal. Wił sie jak piskorz i najwyraźniej próbował coś powiedzieć. Jednakże biedak nie mógł ponieważ z jego otwartych ust wystawały resztki zwinietych onucy. Niziołek bynajmniej jednak nie stał spokojnie oparty o drzewo…..
Przywiązany owszem był, ale … głową w dół. Pomiedzy nogi na wysokosci kolan wetkniety miał gruby kij tworzący coś na kształt półki. Na drągu leżała czaszka królika. Pomiedzy nogami niziołka wystawały dwie strzały – najwyraźniej nie trafiły celu.
- Sven – przywiąż małemu ręce do konara bo jak bedzie sie tak wił to go jeszcze postrzelę w to małe coś i nigdy juz nie zazna przyjemności – Elf, odległy o jakieś 20 metrów wyciągał kolejną strzałę z kołczanu.
Kal usłyszawszy ostatnie zdanie zamarł. Nie wiedzieć czemu zaczął robić sie coraz bledszy spoglądająć od spodu na szykującego się do strzału Elfa. Z jego gardła począł wydobywać się cichutki, zdławiony pisk, przechodząc w coraz niższe tony.
- Koniec tej zabawy – Amber była wyraźnie poirytowana. – Odetnij niziołka od drzewa
- Ale… – Swen próbował coś powiedzieć
- A chcesz spotkać się z małymi, wrednymi muszkami – Amber podniosła jedną rękę i delikatnie uniosła brwi do góry. Svenowi drugiej zachety nie było trzeba. Podszedł do drzewa i odciął niziołka. Kal zwalił sie na ziemię. Na szczęście wysoko nie miał. Podniósł się obolały i wyciągnął związane ręce w kierunku Svena. Z jego oczu ział lodowaty chłód. Wolno wyciągnął onuce z ust. Splunął, odcharnął i splunął jeszcze raz pod nogi Svenowi
- Ja Wam jeszcze ….
- Zawrzyć ryje – Amber najwyraźniej nie starała sie już ukryc rozdrażnienia. – Sven do lasu po drzewo. – Jej głos był chłodny. – A Ty przestań się głupkowato usmiechać. Kombinuj coś do żarcia. Zapasy sie kończa.
Goryl’drin widząc co sie dzieje, pozbierał strzały i bez słowa oddalił sie w przeciwnym kierunku do tego w którym udał sie Sven. Martin chichocząc w dalszym ciągu udał sie za Svenem. Kal siedział koło ogniska coś mrucząc pod nosem…..

Goryl’drin oddalił się od obozowiska. Minę miał zasępioną. Był rozeźlony. Dawno już nie miał okazji postrzelać ani pobawić się nożem z małomównym gagatkiem. Od tygodnia brnęli przez knieję w pościgu za tajemniczym „Czarnym Kapturem”. Bractwo koniecznie chciało go żywcem, ale Goryl’drin miał to w życi. Niech tylko nadaży się okazja… Niech Kaptur, jak go w myslach nazywał, da mu tylko pretekst. Nazywali go tak, ponieważ o dziwo nikt nie znał jego twarz. Pojawiał się osłoniety czarną peleryną i naciągniętym kapturem, mordował ludzi Bractwa bądź wykradał informacje. Bractwo miało już dość takich afrontów i wysłało ich. Zdobyli informacje, że Czarny ostatnio był widziany w wiosce oddalonej o 2 dni drogi stąd. Od tej pory podążali jego tropem. A przynajmniej tak im się wydawało. Rozumiał rozdrażnienie Amber. Niziołek tak się darł, że wypłoszył zwierza w promieniu 500 kroków. A co dopiero człowieka. Ale cóż było robić, kiedy chęć rozprostowania cięciwy wzięła górę a kurdupel znowu podpadł i była okazja. Stanął….. Coś poruszyło się po lewej. Ostrożnie przytulił się do drzewa obok którego się znajdował. Nasłuchiwał. Po chwili….znowu. Dźwięk był chropowaty, niski, jakby kto drewnianą piłą próbował ciąć bale drwa. Ostrożnie wyjrzał zza konara. Robiło się szarawo. Próbował coś dostrzec poprzez zapadającą ciemność. Ciemność? Przecież do zachodu pozostało jeszcze dużo czasu. Więc co to do kurwy nędzy było? Po plecach Elfa spłynęła strużka potu. Jak daleko był od obozu? Jakieś 5 minut konno. Wołanie nic nie da. nie zdążą. Musi albo się wycofać albo zobaczyć co to jest. Ciekawośc nad rozsądkiem wzięła górę. Ponownie wychylił się zza drzewa i zaczał wpatrywać się przed siebie. Długo nic nie dostrzegał. Jego czułe uszy łowiły dobiegający dźwięk więc mógł zlokalizować kierunek. W końcu dostrzegł niewyraźny kształt. Jeden? Nie – przynajmniej trzy kształty. Niewyraźne. Jakieś 30 metrów z przodu. Coś robiły miarowo podnosząc się i opadając. Ludzi? Zwierzeta? Z tej odległości wydawały się olbrzymie.

Goryl’drin ostrożnie położył sie na ziemi i zaczął isię czołgać w kierunku z którego dochodziły dźwieki. Dobiegające dźwieki stawiały elfowi włosy na głowie. Czołgał sie ostrożnie starając się zawsze być w cieniu drzew. Chociaż w tej ciemnej mgle ciężko było mówić o cieniu. Po pewnym czasie dotarł na skraj polanki. Serce mu zarło na widok tego co zobaczył….