Wszystkie wpisy, których autorem jest Fairy Tamer

Nazywam się Daven Ford ale przyjaciele nazywają mnie Treserem Wróżek. Wybaczcie ale nie wyjaśnię przyczyny nadania mi tego głupiego przezwiska. Zważcie zawżdy na to, że jest to krępująca historia!
elflas

Ciekawość czasami popłaca czyli Spotkanie Elfa w lesie i co z tego wyniknęło

Po lesie rozniósł się przeraźliwy wrzask niziołka. Martin wraz z Amber rzucili chrust mozolnie zbierany na noc i pędem puścili się w kierunku obozowiska. Wrzaski niziołka zaczęły się urywać przechodząc w charkot aż wkońcu w lesie zapanowała martwa cisza.

elflas

U obojga krew zamieniła się w lód. W biegu Martin wyciągnął magiczny sztylet a Amber tak zacisnęła palce na drewnianej różdżce aż pobielały jej kostki.

Wpadli na polanę szykując się do walki i…. Staneli jak wryci. Stali tak ciężko dysząc, nie mogąc wyksztusić z siebie nawet słowa. Pierwszy doszedł do siebie Martin. Padł ciężko na ziemi i zaczął się smiać. Reakcja Druidki była zgoła odmienna
- Co Wy wałkonie jedne robicie. Już całkowicie padło wam na mózgi – twarz druidki powoli robiła się coraz bardziej czerwona.
- Eee tam od razu robicie. – Sven z elegancją splunął pod nogi
- Kurdupel sie wyrywał i trzeba go było jakoś przytrzymać.
Amber z wolna podchodziła do drzewa obok którego stał lekko podparty o topór Sven. Martin leżał na ziemi zanosząc się od śmiechu. A widok jaki przedstawiał się na polanie był nad wyraz zabawny.
Sven stał obok drzewa do którego przywiązany był grubą liną Kal. Wił sie jak piskorz i najwyraźniej próbował coś powiedzieć. Jednakże biedak nie mógł ponieważ z jego otwartych ust wystawały resztki zwinietych onucy. Niziołek bynajmniej jednak nie stał spokojnie oparty o drzewo…..
Przywiązany owszem był, ale … głową w dół. Pomiedzy nogi na wysokosci kolan wetkniety miał gruby kij tworzący coś na kształt półki. Na drągu leżała czaszka królika. Pomiedzy nogami niziołka wystawały dwie strzały – najwyraźniej nie trafiły celu.
- Sven – przywiąż małemu ręce do konara bo jak bedzie sie tak wił to go jeszcze postrzelę w to małe coś i nigdy juz nie zazna przyjemności – Elf, odległy o jakieś 20 metrów wyciągał kolejną strzałę z kołczanu.
Kal usłyszawszy ostatnie zdanie zamarł. Nie wiedzieć czemu zaczął robić sie coraz bledszy spoglądająć od spodu na szykującego się do strzału Elfa. Z jego gardła począł wydobywać się cichutki, zdławiony pisk, przechodząc w coraz niższe tony.
- Koniec tej zabawy – Amber była wyraźnie poirytowana. – Odetnij niziołka od drzewa
- Ale… – Swen próbował coś powiedzieć
- A chcesz spotkać się z małymi, wrednymi muszkami – Amber podniosła jedną rękę i delikatnie uniosła brwi do góry. Svenowi drugiej zachety nie było trzeba. Podszedł do drzewa i odciął niziołka. Kal zwalił sie na ziemię. Na szczęście wysoko nie miał. Podniósł się obolały i wyciągnął związane ręce w kierunku Svena. Z jego oczu ział lodowaty chłód. Wolno wyciągnął onuce z ust. Splunął, odcharnął i splunął jeszcze raz pod nogi Svenowi
- Ja Wam jeszcze ….
- Zawrzyć ryje – Amber najwyraźniej nie starała sie już ukryc rozdrażnienia. – Sven do lasu po drzewo. – Jej głos był chłodny. – A Ty przestań się głupkowato usmiechać. Kombinuj coś do żarcia. Zapasy sie kończa.
Goryl’drin widząc co sie dzieje, pozbierał strzały i bez słowa oddalił sie w przeciwnym kierunku do tego w którym udał sie Sven. Martin chichocząc w dalszym ciągu udał sie za Svenem. Kal siedział koło ogniska coś mrucząc pod nosem…..

Goryl’drin oddalił się od obozowiska. Minę miał zasępioną. Był rozeźlony. Dawno już nie miał okazji postrzelać ani pobawić się nożem z małomównym gagatkiem. Od tygodnia brnęli przez knieję w pościgu za tajemniczym „Czarnym Kapturem”. Bractwo koniecznie chciało go żywcem, ale Goryl’drin miał to w życi. Niech tylko nadaży się okazja… Niech Kaptur, jak go w myslach nazywał, da mu tylko pretekst. Nazywali go tak, ponieważ o dziwo nikt nie znał jego twarz. Pojawiał się osłoniety czarną peleryną i naciągniętym kapturem, mordował ludzi Bractwa bądź wykradał informacje. Bractwo miało już dość takich afrontów i wysłało ich. Zdobyli informacje, że Czarny ostatnio był widziany w wiosce oddalonej o 2 dni drogi stąd. Od tej pory podążali jego tropem. A przynajmniej tak im się wydawało. Rozumiał rozdrażnienie Amber. Niziołek tak się darł, że wypłoszył zwierza w promieniu 500 kroków. A co dopiero człowieka. Ale cóż było robić, kiedy chęć rozprostowania cięciwy wzięła górę a kurdupel znowu podpadł i była okazja. Stanął….. Coś poruszyło się po lewej. Ostrożnie przytulił się do drzewa obok którego się znajdował. Nasłuchiwał. Po chwili….znowu. Dźwięk był chropowaty, niski, jakby kto drewnianą piłą próbował ciąć bale drwa. Ostrożnie wyjrzał zza konara. Robiło się szarawo. Próbował coś dostrzec poprzez zapadającą ciemność. Ciemność? Przecież do zachodu pozostało jeszcze dużo czasu. Więc co to do kurwy nędzy było? Po plecach Elfa spłynęła strużka potu. Jak daleko był od obozu? Jakieś 5 minut konno. Wołanie nic nie da. nie zdążą. Musi albo się wycofać albo zobaczyć co to jest. Ciekawośc nad rozsądkiem wzięła górę. Ponownie wychylił się zza drzewa i zaczał wpatrywać się przed siebie. Długo nic nie dostrzegał. Jego czułe uszy łowiły dobiegający dźwięk więc mógł zlokalizować kierunek. W końcu dostrzegł niewyraźny kształt. Jeden? Nie – przynajmniej trzy kształty. Niewyraźne. Jakieś 30 metrów z przodu. Coś robiły miarowo podnosząc się i opadając. Ludzi? Zwierzeta? Z tej odległości wydawały się olbrzymie.

Goryl’drin ostrożnie położył sie na ziemi i zaczął isię czołgać w kierunku z którego dochodziły dźwieki. Dobiegające dźwieki stawiały elfowi włosy na głowie. Czołgał sie ostrożnie starając się zawsze być w cieniu drzew. Chociaż w tej ciemnej mgle ciężko było mówić o cieniu. Po pewnym czasie dotarł na skraj polanki. Serce mu zarło na widok tego co zobaczył….

elfbagna

Niezapomniana przygoda elfa

Elf siedział niedaleko ogniska i z uwagą przegladał swoje strzały. – Zostało tylko 20 – mruknął – i 5 zatrutych.
Delikatnie zebrał 5 strzał umoczonych wcześniej w trującej maści.

elfbagna

Włożył je ostrożnie w specjalne miejsce przygotowane w kołczanie. Sam je wyodrębnił w taki sposób aby móc je szybko i bezpiecznie wyciągnąć bez szukania. Już nieraz posłużyły mu dobrze. Tak jak wtedy….

Tropiliśmy wtedy potwora na zlecenie hrabiny Natali którego ubić mielim. Po drodze spotkaliśmy druidkę Amber, która pomogła nam potwora wyśledzić. Z relacji wydawało się, że ów potworem Satyr jest. Druidka doprowadziła nas do jaskiń Satyra ale nie chciała go ubijać tylko rozmawiać.
- Ech … kobiety – mruknął Goeyl’drin. – Nic tylko gadać by chciały. No – może nie wszystkie – uśmiechnął się ponuro.
Mnie się tam gadać z nim nie chciał i zapowiedziałem reszcie, że jak tylko się ruszy to go ubiję. Zatkaliśmy sobie uszy chlebem i do jaskini. Amber i Martin próbowali rozmawiać z Satyrem, ale ten niebardzo ochotny był. Przygotowałem sobie miejsce z boku tak aby Svena i Kala mieć na oku i czekałem. Cztery strzały położyłem wcześniej na ziemi. Jedna zatruta, reszta zwykłe.
No i tak jak myślałem. Satyr ruszył do ataku. Natarł na Svena. Sven uskoczył a Satyr z rozpędu pobiegł dalej. Ja wtedy już mierzyłem z zatrutej.
W momencie kiedy nawracał dostał pierwszą strzałą w pierś. Lekko go to zachwiało co dało mi czas na drugą strzałę. Satyr ponownie zaszarżował ale wtedy dostał drugą strzałę prosto w pierś tuż obok pierwszej. W tym czasie trucizna zaczęł już działać. Kolejna próba szarży nie była już taka żwawa. Podpuściłem go bliżej i dostał trzecią strzałę. Piekne skupienie – trzy strzały jedna obok drugiej wystawały mu z piersi kiedy padał na ziemię. Czwartą strzałę schowałem do kołczanu. Nie było potrzeby. Jeszcze nigdy nie wyszły mi tak świetne trzy sztrzały, jedna za drugą i wszystkie w cel. A odległość też mała nie była, ze 20 metrów, pomiędzy drzewami.
Goryl’drin z czułością klepnął delikatnie przechodzącego Kala w plecy. iziołek tylko cudem uniknął wpadnięcia w ognisko i wylądował na spiącym Svenie.
- Ciekawe co dla małego byłoby gorsze: ognisko czy obudzony Sven – Elf z radości wyszczerzył zęby.

elfpryzgoda

Jak zaskoczyć elfa

- Aleś się dał podejść – Jęknął Sven rozcierając bolące ramię
- Coś Ty do nędzy kurwy chciał zrobić? – spojrzał groźnie na elfa, który po zabiegach Amber i leczniczych miksturach zaczynał jako tako dochodzić do siebie.

elfpryzgoda

- Ghrrm, hrry ugh tfu – odkaszlnął elf. Splunął krwią i skrzywił się z bólu.
- A skąd mogłem wiedzieć, że ten kurdupel taki nerwowy.
- Nie no jasne – wściekł się Martin – Najpierw łapiesz go w zasadzce, potem związujesz, łamiesz palce aby wyciągnąć informacje i on ma Ci być jeszcze wdzięczny !?! – Martina mało krew nie zalała.
- No niby racja – wyjęczał elf – zaskoczył mnie
- A coś Ty właściwie zrobił – zapytał Kal o ile można było się domyślić z dźwięków jakie zdołał wydobyć. Wszak również dostał, tak jak elf, nożem po gardle.
Elf przez chwilę zbierał siły aby odpowiedzieć. Był wściekły, serce waliło i gardło paliło jak ogień.
- Poszlismy na śniadanie – wystękał – i jak zobaczyłem tego parszywego kurdupla to chciałem się z nim ugadać …
- A po jaką ciężką cholerę – warknął Sven
- Mamy na głowie inne zadanie i niepotrzebne waśnie z bandą złodziejaszków – stęknął Elf – chciałem mu delikatnie dać do zrozumienia, że to tylko biznes i żeby nie czuł urazy, ale…
- Ale co? – Amber podniosła głowę znad opatrywanego Kala
- Coś mi chyba źle słowa wyszły i kurdupel się wściekł – zacharczał zmęczony Goryl’drin
- To że się wściekł to widziałem – zauważył Martin – ale jakim cudem niziołek zdołał przystawić Ci nóż do gardła ???
- Ech… Kurdupel był tak mały, że się nachyliłem nad nim aby dobrze mnie zrozumiał no i mnie zaskoczył. Nie sądziłem, że jest taki szybki – Elf dotknął zabandażowanej rany na szyi.
- Zaskoczył Cię ?!?!? – Martin nie krył zdumienia – Ciebie??
- A Ty kurwa nie umiesz szybciej rzucać czarów – wściekł się elf. Z rany na szyi pociekła mu krew – może nie zdążyłby wsadzić mi noża w gardło
- A co właściwe zrobił? – Zapytała Amber przytrzymując kolanem wierzgającego Kala na ziemi
- Co, co – Goryl’drina zaczynała ogarniać coraz większa wściekłość – nachyliłem się nad nim i ani się spostrzegłem jak kurdupel złapał mnie za włosy, obrócił i przystawił nóż do gardła. Co niby miałem zrobić.
- A trzeba było go olać – westchnął Martin
- Ano trzebabyło – powtórzył zbolale elf – ele mnie po prostu zaskoczył. Nie spodziewałem się….

Puenta – od tej pory Elf nie zostawia przy życiu gości, których bierze na tortury aby wydobyć z nich informacje. A jest w tym coraz lepszy.

elfwspomnienia

Wstyd elfa

- Jak Twój hełm? – zainteresował się Martin

Goryl’drin popatrzył na poobijany hełm. Miał lekkie wgniecenie mniej więcej na wysokości ucha. Pamiątka po uderzeniu w ścianę kiedy dostał w pierś od wilkołaka.

elfwspomnienia

- Ujdzie – mruknął zły czemuś. – Wiesz Martin, że odkąd go mam to nigdy nie dostałem w łeb tak jak wtedy
- Ta? Kiedy – Martin wykazał pewne zainteresowanie
- Ja wiem, ja wiem – zapalił się Kal – to było wtedy….
- …kiedy nasz dzielny elf po łbie brał od każdego i w każdej chwili – wtrącił się Sven
- Eee … – mruknął Elf – dwa razy raptem. No ale jeden to czarodziej był i jak zajęty byłem walką to mnie ktoś od tyłu podszedł
- taaa jasne – a jak w czerep zgarnąłeś od grajka? Też walką zajęty byłeś? – zawołał radośnie Kal po czym uskoczył błyskawicznie widząc jak Goryl’drin ciska weń na łokieć długim drągiem którym grzebał w ognisku. Drąg ze stukotem odbił się od pnia.
- Niby racja – westchnął ponuro – dałem się wtedy podejść jak dziecko. Dwa razy w ciągu jednej nocy. Jak dziecko. Aż wstyd pomyśleć. A najgorszy był fakt, że podszedł mnie grajek, zwykły grajek który mnie ogłuszył.
Mina elfa była ciutke zasępiona. W pewnym momencie delikatnie drgnęły mu usta tak jakby w uśmiechu
- Ale przynajmniej później sobie użyłem jak go na tortury wziąłem

wojownikwspomnienia

Wstyd wojownika

- Sven wpadł w gówno, Sven wpadł w gówno – od strumienia słychać było piskliwy śmiech niziołka. Zaraz potem rozległ się dziki ryk jakby rozwścieczonego bawołu. Po chwili zza krzaków wyskoczył niziołek.

wojownikwspomnienia

Jeszcze chyba nigdy tak szybko nie biegł. Dopadł do ogniska. Zerwał ruszt z nogą zająca i pobiegł na przeciwległą stronę polany.

- Sven wpadł w gówno całą gębą tak jak wtedy – rzucił przez ramię i już go nie było. W tym samym czasie od strony rzeczki rozległ się głośny plusk. Po pewnym czasie zza krzaków wyszedł Sven. Jego mina wskazywała, że nie ma ochoty do żartów.
- Taki czysty to ty chyba jeszcze nigdy nie byłeś – rzeczowo zauważył Martin. Sven spojrzał spode łba na czarodzieja.
- A za uszami umyłeś – Elf miał twarz jak z kamienia – coby nam żadnego zwiera na kark nie sprowadzić
Sven odwrócił się w kierunku Goryl’drina. Postał chwilę po czym zrezygnowany podszedł do ogniska.
- Już raz był taki czysty – Kal chciał wziąć kolejną porcję zająca ale natknął się na różdżkę druidki
- No wtedy kiedy kultyści go do kloaki wrzucili – Kal cofnął rękę pod groźnym okiem Amber
- A, wtedy – zachichotał Martin
- A jak to właściwie było? – zaciekawiła się Amber
- Właśnie – Goryl’drin – praktycznie nic o tamtych wydarzeniach nie mówiłeś
- A bo czym tu się chwalić – odezwał się Sven przełykając kawał odgryzionego mięsa
- Śledziliśmy wtedy z Miszelem tych kultystów. Jak wyszli z kasztelu i poszli w las to poszliśmy za nimi. Ukryliśmy się w zaroślach i śledziliśmy co się dzieje. To wiecie, że zarżnęli jakiegoś staruszka a potem przywołali zjawę. I właśnie ta zjawa nas wykryła. Wialiśmy najszybciej jak się dało, ale dopadli nas w wiosce. Miszel całkiem nieźle walczył a i ja nie ostawałem z tyłu. Ale nas było tylko dwóch a ich kilkunastu. Miszel zabił ze trzech zanim go ubili. Mi udało się chyba położyć jednego ale potem pojawił się ten cholerny czarodziej. Ogłuszył mnie czymś. Więcej nie pamiętam. Jak się ocknąłem to leżałem w kloace. Smród jak cholera. Próbowałem stamtąd wyleźć. Dwa razy zleciałem ponownie w dół. Dopiero jakieś chłystki pomogli mi wyleźć. Cały byłem w odchodach. Myłem się chyba ze dwie godziny.
- Ale dzięki temu przeżyłeś – zauważył elf
- Ale jaka potwarz – wojownik pokonany przez bandę kultystów i znaleziony w gównie przez dwójkę chłystków
- Ale .. – Kal próbował coś powiedzieć
- Jeszcze słowo! – złowrogo powiedział Sven – tego wstydu nigdy nie zapomnę.

elfpride

Duma elfa

Goryl’drin siedział oparty pod drzewem. Z ogniska biło przyjemne ciepło. Reszta drużyny smacznie spała. Odpoczynek był im potrzebny po ostatnich przejściach. Dochodziła północ. Warta elfa pomału dobiegała końca.

elfpride

- Ech, to była walka
Elf wrócił wspomnieniami do zamku de Agostinich.
- Nieźle mnie wtedy Calahan wkurzył. Wszędzie się wtrącał i utrudniał naze działanie. A kiedy doszło między nami do starcia to ledwo się obroniłem. W sumie gdyby nie sukkuba, która wrzuciała nas w portal to nie wiem jak ta walka by się dla mnie skończyła.
W lesie z oddali dobiegło wycie wilka. Elf spojrzał w tamtym kierunku pilnie nasłuchując. Nic jednak niepokojącego się nie działo. Otulił się szczelnie kocem bo noc była chłodna.
- Trzeba było jednak wrócić na zamek a z Calahanem miałem porachunki. Już wcześniej patrzył na mnie „wilkiem”. Gaspar zgodził się pomóc. Jak wpadliśmy do komnaty to Gaspar poszczuł go psem ognistym. Pomimo obrażeń Calahan stawiał zaciekły opór (jakby nie patrzeć był dowódcą straży zamkowej i w bijatykach zaprawiony). Jednak tym razem to ja byłem górą
Na twarzy Elfa zagościł grymas, który towarzysze pewnie uznali by za uśmiech
- Nieźle dostał. Ripostował każdy cios jednak popełnił błąd i dostał najpierw w ramię a potem cięcie od dołu przez klatę. Reszta to już tylko formalność
Na twarzy Elfa ponownie zagościł grymas przypominający wilczy uśmiech – Goryl’drin nie lubił jak ktoś z nim zadarł. A ta walka była jego jedną z najlepszych.
- Dobra. Już czas. Pora budzić Svena na zmianę

nizolek

Duma niziołka

Ty kurduplu jeden – wrzeszczał Sven – niech ja Cię tylko dorwę.

nizolek

Kal wyskoczył z gospody jak kamień z procy. Elf złapał wojownika za ramię

- Spokojnie, piwo rozlewasz. Co Ci znowu zrobił?
- Ten mały pokurcz twierdzi, że jest lepszy ode mnie ! – Svenowi mało żyły z wściekłości na szyi nie popękały. – Niech ja no go tylko dorwę to zobaczy co to znaczy prawdziwa walka !
- Siadaj – zarządziła Amber – siadaj i mów o co poszło
- Kurdupel twierdzi, że w walce większe znaczenie ma spryt niż siła – wysapał wściekle Sven. Złapał za kufel i wypił do połowy.
- Jakby nie patrzeć coś w tym jest – zadumał się Martin
- A w mordę chcesz?!? – Sven w dalszym ciągu wściekle łypał okiem. Widać dawno nikomu nie przylał a niziołek bardzo taktownie oddalił się z miejsca zwady.
- Dobra, dobra – rzekł pojednawczo Martin podsuwając Svenowi kolejny kufel piwa – a niby kiedy to Kal wykazał się takim sprytem ?
- Jak to kiedy – niepewnie zawołał Kal bezpiecznie schowany za drzwiami frontowymi – no wtedy kiedy sam powaliłem tego wielkiego ogra kiedy Sven nie mógł poradzić sobie z drabiną
Sven znowu próbował poderwać się ale tym razem osadziły go na miejscu silne ręce elfa i czarodzieja
- Jakiego ogra? Kiedy? – dopytywał się Martin
- A pamiętacie – rzekła Kal ostrożnie wysuwając się zza drzwi (dobrze, że o tej porze gospoda była prawie pusta i nikogo nie interesowały głośne rozmowy przy stole kompani) – jak szliśmy szukać potwora, który potem okazał się wilkołakiem?
- No niby pamiętamy – Goryl’drin spojrzał niespokojnie na Svena
- No to właśnie wtedy – Kal jak to miał w zwyczaju szybko zapominał o „niebezpieczeństwie”. Zasiadł za stołem i zaczął wyżerać kaszę z misy
- To bfło ftyedy chd ..
- przełknij – elf klepnął delikatnie niziołka w plecy, który mało nie zarył twarzą w misę – przełknij i gadaj
- no przecież mówię. To było wtedy, kiedy szliśmy na Satyra. Znaleźliśmy w jaskini na dole rannego żołnierza. Amber zeszła aby zobaczyć co z nim chociaż Ty – wskazał głową na elfa – chciałeś go zostawić.
- Coś pamiętam. Pamiętam też, że miałem zamiar go ukatrupić przy każdej okazji ale nasza piękna druidka ma jakoś takie miękkie serce – roześmiał się elf
- No właśnie – powiedział Kal przysuwając sobie na nowo misę – właśnie wtedy kiedy zeszliśmy na dół okazało się, że jest to legowisko ogra.
- No i co – rzucił dalej zły Sven – utłukliśmy go
- nie my, nie my tylko ja ! – zawołał Kal czym sprawił ponowne poruszenie Svena – no ja przy małej pomocy Amber – spokojnie usiadł na ławie niziołek
- Ale co to była za akcja – Kal znowu się rozkręcił – najpierw próbowałem go sięgnąć moimi sztyletami w bebechy ale tak machał łapskami, że musiałem cały czas odskakiwać. Udało mi się go kilka razy trafić. Wściekł się nieźle. Gdyby nie moje próby Amber miała by poważne kłopoty
- Masz rację – Amber wytarła usta chusteczką – opatrywałam tego żołnierza
- No właśnie, właśnie – Kal aż podskakiwał na zydlu – Ale rzuciłaś mu oplątanie. Trochę go to spowolniło.
- Ale ja już byłem na dole i gdyby nie to oplątanie to pewnie bym rozniósł w pył tego, tfu jego mać, ogra – Sven oderwał się na chwilę od gapienia się za służącą.
- Ano jasne – Kal błyskawicznie połknął trzy łyżki kaszy – ale trzeba najpierw pomyśleć a nie jak głupi leźć prosto w rzucone przez Amber pnącza
Sven sięgnął przez stół i złapał niziołka za kaftan.
- No co, no co – zaczął się wić Kal – nie mam racji? No nie mam? Przecież wlazłeś prosto w pnącza
Sven puścił niziołka ale nie dlatego, że mu się go żal zrobiło ale akurat obok przechodziła całkiem ponętna kuchareczka Kal otrzepał kubrak
- No to jak Svena pnącza unieruchomiły to w pierwszej chwili nie wiedziałem co zrobić. Ty Goryl’drin dopiero zlazłeś z drabiny. Ale nasz osiłek zwalił się jak długi na ziemię. I to tak szczęśliwie, że zrobiła się przerwa pomiędzy pnaczami.
Kal łyknąl obfity jak na niziołka łyk piwa z kufla Svena, który zajety był urabianiem kuchareczki. I może na szczęście niziołka dobrze bo nie słyszał ostatniej jego wypowiedzi.
- Wziąłem rozpęd i przebiegłem po wierzgającym Svenie. Ogr zamachnął się a ja wtedy na ziemię. Cios ogra trafił Svena w plecy a ja przeleciałem pomiędzy jego nogami i ciąłem w tętnice – Kal zaczął opychać się kaszą
- Praktycznie nie mieliście już nic do roboty. Zanim nasz osiłek wykaraskał się z pnączy już było po ogrze. Nieźle go załatwiłem. To było mistrzostwo. Nie to co topór Svena – Kal zdawał się nie dostrzegać czerwieniejącej twarzy wojownika, który akurat usłyszał ostatnie zdania.
- Ty Goryl’drin też nie musiałeś walić w niego strzałami. Było za późno. Tak moi druhowie – Kal jakby nie zdawał się zauważać „zagrożenia” ponieważ twarz elfa również zaczynała przybierać inny kolor – topór i strzały to nie wszystko. Trzeba jeszcze myśleć, myśleć i mieć spryt a Wy tylko…..
- O żesz Ty…. – Goryl’drin i Sven jednocześnie poderwali się od stołu przewracając ławę na której siedzieli
Ale Kala już przy stole nie było….
- Jakby nie patrzeć – powiedziała spokojnie Amber popijając z kufla piwo – to była popisowa akcja niziołka. Według mnie pięknie załatwił tego ogra
- No – odezwał się Martin – to była jego jedna z lepszych walk.

zacmienie

Dane nam było słońca zaćmienie…

Ech, waćpanowie i waszmośćpanny, zbierajcie się zbierajcie. Słoneczko nasze skłoniło się już ku zachodowi w ten ciepły, letni wieczór, ale to, o czym mi prawić dzisiaj przyszło krew wam zmrozi zapewne. I to nie tylko dlatego, że rzecz się zimą działa, w grudniu roku 664-go po kataklizmie.

zacmienie

A więc zapomnijcie o wygrzewaniu się na słoneczku i o żarze, co się za dnia z nieba leje. Kompanija nasza takowych wygód zaznać nie mogła. I choć nie marźli strasznie, bo większość czasu w zaciszu karczmy ,,Pod Czerwonym Byczkiem” spędzali, przy kominku się grzejąc, lubo też w siedzibie Bractwa Winnego, poty przy treningu wylewając, to rzeczy, z którymi spotkać im się przyszło o dreszcze przyprawić mogły.

Stolica nasza niespokojna była tej zimy. Wszyscy gadali o garlandzkich szpiegach i o wojnie, co to na wiosnę miała ruszyć. Cła podnoszone były, ceny oręża rosły, oddziały najemników ze swych warowni ruszyły, bo powoli na ich usługi popyt się zaczął robić.

Ale bohaterowie nasi wiedzieli, ze to nie plotki i widmo nadchodzącej wojny zagrożenie dla miasta stanowią…

Zanim jeszcze jesienią do Carril przybyli, wiedzieli już – z listów i rozmów kultysty Darreusa – że coś się na zimę kroi w stolicy. Kultyści bowiem o ,,dniu khash” mówili, że jakoby cosik ma się stać, że jakieś działania większe podejmą. In nikt nie wiedział kiedy to ów dzień dokładnie będzie…

Wypocząwszy po długich przygodach, niemal sześć tygodni kompanija nasza w mieście, we wspomnianej karczmie za wykidajłów (przez Bractwo) się najęła, nim przyszło zlecenie. Ichnia zwierzchniczka, elfka imieniem Sara (bo jej prawdziwe imię ciężko ludzkiemu językowi wypowiedzieć) przyprowadziła młodego arystokratę imieniem Carrick. Biedaczek stracił swą ukochaną Tatianę i nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że ślady prowadziły do znanego już kompaniji kultu Nata-Kranty. I z tego właśnie powodu Bractwo mocno zainteresowane było.

Za poleceniem Sary kompani musieli namierzyć i ,,przesłuchać” pewnego półelfa, Savo Asane, znanego pod mianem ,,Perkoza”, który jak do tej pory się wymykał. Jedynym śladem był dawny przyjaciel półelfa, niejaki Svaard – karciarz i szuler. Cały wieczór kompaniji znalazło odszukanie Svaarda – w szczegóły wdawać się nie będę, bom już wcześniej o tym prawił. W każdym razie dowiedzieli się bohaterowie nasi, że Perkoz został niedawno właścicielem niewielkiego Browaru ,,Moser i Ruttherford” w dzielnicy Czarna Przystań. I tam się też jeszcze tej samej nocy udali, wraz z Klausem i Zemanem – dwoma innymi członkami Bractwa. Sprawiwszy się ze strażnikami – z których większość kultystami się okazała – znaleźli zejście do lochów pod głównym budynkiem warzelni. Pomyłki być nie mogło, bo przejście wymyślnymi pułapkami, zarówno magicznymi, jak i konfesjonalnymi zabezpieczone było.

Na dole okazało się, że na niewielką siedzibę kultu natrafili. A dokładnie pod miejscem, gdzie w budynku piwo w kadziach się warzyło, pod ziemią duża sala wykuta została; w niej zaś wyrysowany dziwny pentagram a na nim misy z gęstą, parującą i bulgoczącą mazią, przy których kapłani kultystów gusła jakoweś odprawiali. Wyżąwszy kultystów bohaterowie nasi do ostatniej komnaty w lochach dotarli, gdzie w magicznie zamkniętej skrzyni, poza kilkoma błyskotkami, szatami i paroma magicznymi zabawkami (które Martin za pomocą swego szkiełka wraz rozpoznał) znaleźli też listy.

Kilka z nich było opieczętowanymi deklaracjami lojalności kultowi, napisanymi przez co znaczniejszych ludzi w mieście. Z kolejnych dowiedzieli się, że piwo, za pomocą czarnoksięskich rytuałów zmienione trafia głównie do garnizonów miejskiej straży i regimentów królewskich. Z ostatniego listu zaś, po głębszej analizie dowiedzieli się, że Poszukiwana przez nich Tatiana trzymana jest w klasztorze ,,Braci Cichych”, niedaleko wioski Piwowary, o niecały dzień drogi od stolicy.

Ucieszeni tym, że ślad znaleźli, ale jednocześnie zmartwieni, że ich w zimowych warunkach droga, czeka wyjść już mieli z loszku, gdy spotkali właściciela, wraz z obstawą. Perkoz bowiem, który wrócił właśnie do browaru, rozwiązał spętanych przez kompaniję strażników i wiedząc co się święci zasadzkę ustawił.

I byłaby się zasadzka udała – w przestronnej hali warzelni, przez którą bohaterowie musieli przejść ulokowało się bowiem kilku łuczników. Kultyści nie znali jednak możliwości kompaniji. Martin, używszy magicznej figurki mgłę przywołał, co pozwoliło piątce całej przez niebezpieczny budynek przejść. Walka wywiązała się już na zewnątrz – poszedł w ruch topór Svena, sztylety Kala, oraz miecze Klausa i Zemana. Sam Perkoz też do walki stanął, ale i on musiał tyły podać, gdy Sven ranił go, a Martinowi w zgiełku udało się magicznie psa potężnego przywołać.

Nie zdołali kompani półelfa złapać, zbiegł im lepiej okolicę znając i w zaułkach Czarnej Przystani zniknął. Kompani wrócili zaś do siedziby bractwa, gdzie z Sarą i czarodziejem Mariangą uradzili, że trzeba z samego rana wyruszyć do Piwowarów.

Podróż zimą to nie przelewki, toteż z samego rana Sven, Martin i Kal na zakupy ruszyli.

Łażąc po mieście w celu nabycia ciepłych płaszczy, żarcia dla siebie i obroku dla koni kompani natknęli się na spotkaną dzień wcześniej Katję – oficera straży miejskiej. Pani kapitan odwiedziła poprzedniego wieczoru, razem z Henką, pułkownikiem i dowódcą garnizonu Pikinierów Królewskich, karczmę ,,Pod Czerwonym Byczkiem”, wyraźnie kogoś poszukując. Według Sary celem był Carrick, który bractwu zlecił odnalezienie Tatiany…

Jak na złość okazało się, że Katja szła prosto na spotkanie z Perkozem, który czekał nieopodal i zdążył zauważyć bohaterów i rozpoznać w nich sprawców nocnej zadymy… Pokazał ich strażniczce. Czyżby zapowiadały się kłopoty z miejską strażą?

Kompani inne sprawy mieli na głowie. Odebrawszy konie z miejskich stajni ruszyli na północ, brzegiem jeziora, który miał ich wprost do Piwowarów zawieść. A razem z nimi wysłani przez Bractwo Zeman i Petr-Nic.

Starłszy się po drodze z trójką trolli (które przytomnie ogniem pokonali) i ze sforą zgłodniałych wilków, z których większość Martin magiczną pajęczyną spętał – dotarli wieczorem do karczmy ,,Pod Srebrnym Żaglem”, gdzie się zamierzali zatrzymać. Posiliwszy się i ogrzawszy ruszyli do pokojów, ale po to tylko, aby po cichu wymknąć się i do klasztory, milę od wsi leżącego, dotrzeć. W tym potajemnym wymknięciu pomóc miał im śnieg, który właśnie tego wieczora zaczął raźnie sypać z nieba.

Północek już się zbliżał i mnisi w klasztorze już spali, nie licząc oczywiście furtiana. Stary opój (o czym wiedzieli z listów do Perkoza znalezionych w browarze) wpuścił ich i ugościł, przyjąwszy uprzednio antałek markowego wina. Poprosili kompani o sprowadzenie braciszka Kleofasa, o którym – również z listów – wiedzieli, iż podszywa się tylko pod mnicha, a w rzeczywistości jest kultystą Nata-Kranty.

Gdy się wydało, że bohaterowie nasi nie byli zapowiedzianym łącznikami z kultu Kleofas zamilkł, pogrążył się w swej bluźnierczej modlitwie i mimo straszenia i tortur nic nie udało się z niego wyciągnąć. W kropce byli więc kompani, ale pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony. Grubaśny furtian, zwiedziawszy się o co chodzi przypomniał sobie iż widział dwa dni nazad, jak Kleofas z górą żarcia na cmentarz szedł. Domyślili się kompani, że żarcie nie dla samego Kleofasa było, ino dla trzymanej gdzieś na cmentarzu Tatiany i oprychów co jej pilnowali.

Na przyklasztornym cmentarzu nogi zaniosły bohaterów do największej z krypt, gdzie też tajemne przejście do katakumb podziemnych znaleźli. Tam przy wejściu jeden z oprychów czekał, ale z zaskoczenia łacno się z nim sprawili. Ominąwszy pułapki przygotowane na grobo-robowców i znalazłszy tajną komnatę uwolnili dziewczynę z rąk trzech jeszcze kultystów odbili i niemal nietkniętą z krypty, a potem klasztoru wydostali.

Resztę nocy spędzili w zaciszu karczmy… Aczkolwiek przebudzenie okazało się głośne. Krzyk jednej z córek barmana oznajmił, że w wychodku leży trup. I okazało się, że to Zeman, członek bractwa, który z kompanami przybył. Biedaczek zasztyletowany został.

A ponieważ od poprzedniego wieczora śnieg sypał cały czas i wyjazd był niemożliwy mieli czas kompani, by prawdy dojść i wkrótce się wyjaśniło. Sprawcą okazała się młoda niewiasta, Anika, którą wieczorem spotkali gdy do karczmy równocześnie z kompaniją przybyła. Zeman widać po nocnej wyprawie rozochocił się i popił jeszcze nieco, no i zaczął ją molestować. Pecha miał niestety, gdyż dziewczyna okazała się ze sztyletem obeznana i widać dała radę podpitemu drabowi…

Jej to jednak kompanija zawdzięcza, że wcześniej się z wioski wydostali. Następnego dnia bowiem śniegi ustały, ale przez dwie noce i caluśki dzionek tyle białego świństwa napadało, że gościńce całkiem zasypało, a konna jazda przez śniegi na trzy łokcie mogła się tylko źle dla zwierząt skończyć. A że przy tym rozpogodziło się i wiatr z północy zawiał, to jeden z miejscowych postanowił barką swoją, mimo mrozów, do miasta popłynąć i zwiedziała się o tym właśnie Anika, a od niej kompani.

Dzień był słoneczny, i choć wiatr z północy niósł zapowiedź mrozy, podróż minęła bez przeszkód. Tylko pode sam koniec ujrzeli wszyscy podróżujący stwora jakowegoś dziwnego na niebie, czarnego niby wcielenie nocy, co do miasta zmierzał…

Wysiadłszy w mieście kompani nasi rozstali się z Aniką. Opatuliwszy Tatianę zaś, tak, aby żaden z ewentualnych szpicli w mieście jej nie rozpoznał, zaprowadzili ją do tajnej siedziby Bractwa. Tam znaleźli swa zwierzchniczkę Sarę, która nakazała im umieścić odnalezioną niewiastę w karczmie ,,Pod Czerwonym Byczkiem” dopóki sama Sara nie skontaktuje się z Carrickiem.

Gospoda przyjęła ich znajomym ciepłem. Od właściciela, Velliarda zwanego Bródką, i od krasnoludzkiego szewca Kangrima dowiedzieli się, że podczas nieobecności w mieście zaczynały się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Straż miejska robiła nagonkę na garlandzkich szpiegów, a rozsierdzona tłuszcza zlinczowała już pary podejrzanych. Podobno też przez kilka ostatnich nocy na zamku królewskim zdarzały się dziwne morderstwa. A rankiem do miasta wjechał cały kontyngent królewskiej kawalerii z niedalekiej Megardy.

Jakby tego było mało jakiś posłaniec przyniósł list od szulera Svaarda – ten domagał się od kompanów 200 koron za milczenie w sprawie demolki w browarze…

Ale najdziwniejsze dopiero miało się stać. Na dwie godziny przed zmierzchem w mieście podniósł się krzyk. Słońce… znikało. Tak, waćpanowie i waćpanny. Wiemy teraz przeca, że to było ino zaćmienie, bo księżyc wędrując pomiędzy gwiazdami słoneczko jeno przesłonił. Ale podówczas lud był mniej kształcony, a że krzykaczy w mieście było sporo (zapewne przez kultystów opłacanych), to i się lament zaczął. Ludziska chowali się, albo uciekali, często po świątyniach Eleana się kryjąc, gdzie kapłani – albo z głupoty, albo chcąc wykorzystać sytuację – koniec świata zwiastowali i potrzebę prawdziwego nawrócenia głosili.

A zaćmienie – jak zaćmienie. Ze dwa tuziny pacierzy i po sprawie.

Ale miasto było już po tym inne. Ciche i spokojne. Jakby wszyscy na coś czekali.

I ten nastrój przypomniał staremu krasnoludzkiemu szewcowi historię dawną i z odległego południa pochodzącą – o wielkim i bogatym mieście Al-Khasham, którego uopadek również od zaćmienia słońca się zaczął.

Nazwa miasta wydała się kompanom znajoma. I nic dziwnego, bo gdy przypomnieli sobie o wymienianych przez kultystów listach, które przechwycili, i o tym jak większość z nich zapowiadała, że coś się stanie w ,,dniu khash”… Tylko jedno mogło być rozwiązanie. Dzień khash to właśnie dzień zaćmienia. Coś się zacznie. Tylko co? Gdzie? Kiedy dokładnie?

Nie mieli się jednak bohaterowie nasi długo zastanawiać. Kultyści zaczęli już działać – a w szczególności nasłany przez nich zabójca, którego celem było zapewne unieszkodliwienie Tatiany.

Wywiązała się w karczmie walka. Przeciwnika kompani mieli jednak godnego – asasyn niewidzialności i innych sztuczek używał, oraz dmuchawki z usypiającymi strzałkami, ale udało się go odpędzić. Kal próbował gonić napastnika, ale gdy ten zagłębił się w zaułki coraz bardziej wzburzonego miasta – odpuścił.

Grubo po zmierzchu już było, więc kompani wzmożyli czujność i czekali na Sarę niepokojąc się coraz bardziej. Wpadający do gospody by się ogrzać przechodnie przynosili wieści z niespokojnego miasta. Podobno spaliła się świątynia Świętego Rudolfa na Czarnej Przystani. Podobno na placu Rybnym oddział straży miejskiej pobił się z królewskimi łucznikami – padło z pół setki chłopa. Podobno płoną zabudowania na zamkowym majdanie.

A nieco później do karczmy wpadł Carrick. Po czułym powitaniu ze swą ukochaną Tatianą powiedział kompanom coś, co zmroziło im krew żyłach.

Sara nie stawiła się na umówione spotkanie.

Tysiąc myśli przebiegło przez myśli kompanów. Znali dotąd Sarę jako elfkę słowną i rzetelną.

Odpowiedź mogła być tylko jedna: coś musiało się stać. Nie było więc innej rady, jak udać się do tajnej siedziby bractwa i spróbować się czegoś dowiedzieć…

treningwojownik

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Svena

Cios z góry, krok w bok. Topór osunął się po tarczy przeciwnika, ale po jego grymasie dało się zauważyć, że uderzenie było silne. Już niedługo obijana tarcza zacznie drżeć, gdy trzymająca ją ręka będzie drętwiała od wysiłku i siły uderzeń.

treningwojownik

Zeman cofnął się o krok i uniósł miecz do ciosu. Cięcie w dół, po ukosie – pomyślał Sven. Blokowanie tarczą odpada – wiszący na jego przedramieniu drewniany krąg był zbyt mały i źle ustawiony po wykończeniu ciosu trzymanym oburącz toporem. Więc krok w lewo.

Ćwiczebny miecz świsnął przez powietrze. Sven widział, że jego przeciwnik próbował zmienić kierunek ciosu, ale nie był na tyle zręczny by trafić unikającego Svena. Za to po wykonaniu uniku Sven mógł wziąć większy zamach – topór, skierowany poprzednim ciosem na prawo był teraz dalej od ciała.

Szybkim ruchem Sven obrócił topór w dłoniach i wyprowadził potężne poziome cięcie w lewo. Ostrze ćwiczebnego topora zawadziło brzeg tarczy Zemana nim ten zdołał w pełni zasłonić się od ciosu, ale i tak trafienie było potężne. Stojący naprzeciw Svena wojownik zamiast szykować się do kolejnego ciosu wykorzystał siłę uderzenia i wykonał piruet cofając sie o krok. Niezły był.

- Dobrze, Zeman – padło z boku. – Zaczynasz łapać.

Sven tylko zerknął na opartego o ścianę komnaty nauczyciela. Thaddeo miał juz prawie pięćdziesiąt wiosen na karku, co odbijało się w jego twarzy licznymi zmarszczkami. Włosy miał szpakowate, dość długie i spięte z tyłu. Mimo swojego wieku ciągle trzymał formę, ciało zaprawione w licznych walkach, które odbył będąc najemnikiem, nie zatraciło jeszcze swojego wigoru. Pod jego mieczem padło wiele elfów, gdy jako zaciężny żołnierz walczył w Carcassońskich lasach w obronie osadników.

- Siła, Sven, siła! – krzyknął Thaddeo – Wgnieć go w ziemię. Wbij go aż po same uszy!

Sven złożył się do kolejnego ciosu. Nie przeszkodziło mu nawet to, że musiał wykonać unik by nie zostać trafionym przez nisko lecący miecz Zemana. Tarcza przyjęła znowu cały impet ciosu, przeciwnik zachwiał się, musiał zrobić krok do tyłu by nie upaść. Nie myślał nawet przy tym o kolejnym ataku – miecz majtał bezładnie w jego prawej dłoni.

Sven wykonał krok do przodu. Gdy zaczynał kolejny, zaczął wyprowadzać cios. Perfidny cios od dołu, którego ciągle nieco odchylony Zeman nie mógł zdążyć odbić.

- Dobrze, Sven. Atakuj. Masz w ręku topór. To można sparować tylko tarczą.

Cios zawadził o pancerz przeciwnika, który zmuszony do cofnięcia nie zdążył opuścić tarczy na czas. Było to tylko lekkie trafienie, które nie wyhamowało impetu lecącego w górę topora. Spóźniona, opadająca do bloku tarcza też nie była w stanie zatrzymać ostrza. Uderzona jak kafarem poleciała z powrotem do góry, zupełnie odsłaniając tors Zemana.

Następny cios…

Zanim to jednak nastąpiło Sven usłyszał gromki, basowy wrzask. I odgłos stukających o posadzkę komnaty stup, biegnących stóp. Stóp, które kończyły krótkie, przysadziste nogi krasnoluda.

Kątem oka zauważył czarnobrody pocisk, który ze wzniesionym do ataku toporem i bojowym okrzykiem na ustach wypadł z bocznego korytarza, prosto na niego.

Sven miał przed sobą niemal bezradnego przeciwnika, którego mógłby rozpłatać następnym ciosem – oczywiście gdyby to się działo naprawdę, a nie w sali treningowej w tajnej siedzibie Bractwa. Wtedy jednak odsłoniłby bok, a może i plecy przed szarżującym krasnoludem.

- Mała niespodzianka, Sven… – padło z boku.

Wojownik nie skomentował. Nie miał czasu. Cios toporem, wymierzony w Zemana nie miał go zranić, a tylko zmusić do jeszcze jednego kroku w tył. Po to, by Sven miał miejsce na unik.

Szalejący krasnolud o kruczo-czarnej brodzie, zwany przez wszystkich Szajbą, mierzył w nogi. Sven, wykonując krok w stronę swojego pierwszego przeciwnika wykonał piruet. Krasnoludzki topór przeleciał o kilka cali od jego kolan, po czym cały krasnolud, próbując pohamować swą szarżę, szurając po podłodze przejechał jeszcze kilka kroków.

W tym czasie Sven, wykorzystując impet nabrany w piruecie wyprowadził cios na odlew, celując w Zemana, ciągle próbującego stanąć równo na nogach. Cios trafił tym razem we wzniesioną na czas tarczę, co spowodowało, że Zeman znowu odrzucony został do tyłu. Tym razem upadł.

- Brawo! – krzyknął z boku Thaddeo. – Uważaj jednak na plecy.

Sven wiedział o co chodzi. Gdyby walczył teraz tylko z Zemanem, wystarczyłyby dwa kroki, by z potężnego zamachu wbić przeciwnika w kamienną posadzkę i zakończyć tą walkę. Jeśli nie pierwszym ciosem, to którymś z kolejnych. Ale był jeszcze Szajba…

Czarnobrody krasnolud ruszył do kolejnego natarcia…

Kolejnych kilka minut było dla Svena bardzo pracowite. Przeciwnicy nacierali razem, uzupełniając się wzajemnie. Unikanie ciosów krasnoludzkiego topora i długiego miecza ludzkiego przeciwnika zajmowało całą uwagę Svena, bardzo rzadko miał okazję wyprowadzić własne uderzenie. Czasem trafiał, o ile Zeman tracił po takim trafieniu ochotę do walki (przynajmniej na chwilę), to Szajba był chyba niezniszczalny. Ciosy, które – nawet zadane ćwiczebnym toporem – powaliłyby konia, u krasnoluda nie wywoływały innej reakcji niż lekkie skrzywienie ust.

Sven zaś był coraz bardziej obolały. Pojedynczo trafienia nie byłyby groźne, ale ich ilość sprawiała, że ręce, nogi i żebra miał już najprawdopodobniej w całości pokryte siniakami.

Zaczynało brakować tchu. Uniki i zasłony małą tarczą były coraz wolniejsze, spóźnione. Szczęśliwie Zeman opadał z sił chyba jeszcze szybciej – ledwie już wznosił miecz do ciosu, wreszcie, po kilku następnych atakach padł na kolana, miecz wypadł mu z ręki, z trudnością łapał oddech.

Sven poświęcił tylko mgnienie oka, by spojrzeć na wyczerpanego wojownika, zaraz bowiem musiał uskoczyć przed kolejnym ciosem krasnoludzkiego topora. Zadołał przeskoczyć nad nisko lecącym ostrzem… niemal. Upadając potknął się, zachował jeszcze jednak tyle sił i jasności umysłu, by spadając na kolano przeturlać się i zdołać wstać… Czarne plamy latały przed oczami…

Zaraz, zaraz, czy ta czarna plama nie przypomina brody szarżującego krasnoluda..?

Jak przez watę dobiegł go gardłowy krasnoludzki okrzyk. Odruchowo zszedł z linii ciosu, a przynajmniej tak mu się zdawało. Ostry ból w okolicy krzyża przekonał go, że było inaczej.

- Dość, wystarczy na dziś. – głos Thaddeo dochodził jakby zza grubej ściany.

Ból spowodowany ostatnim ciosem co prawda najpierw zamroczył Svena, ale po chwili sprawił, że wojownik szybko odzyskał orientację. Na czas, by spostrzec krasnoluda pędzącego ze wzniesionym toporem…

- Dość, powiedziałem. Szajba!!! – tym razem Thaddeo już wrzeszczał. Jednak krasnoluda, który już rozpoczął szarżę mało która rzecz na tym świecie była w stanie powstrzymać.

Sven wyczekał tym razem do ostatniej chwili. Gdy krasnolud był już wystarczająco blisko wojownik padł płasko na ziemię. Zawinął przy tym nogami tak, by podciąć krasnoluda. Udało się. Spadający do ciosu topór mierzony był zbyt wysoko, ledwie musnął nogawkę spodni. Górna część ciała krasnoluda, ciągnięta impetem zadanego ciosu, poleciała do przodu, podcięte nogi zostały jednak niemal w miejscu…

Krasnolud padł do przodu na twarz. I przejechał tak po posadzce przez kilkanaście stóp…

Sven nie miał siły się podnieść.

Gdy na powrót otworzył oczy zobaczył wiszącą tuż nad sobą wściekłą twarz krasnoluda. Jego czarna broda była teraz szarawa od piasku i pyłu zmiecionego z podłogi. Z zaciśniętych ust wydobywał się groźny pomruk…

- Szajba, daj spokój… – dobiegł z boku głos Thaddeo.

Groźny krasnolud warknął jeszcze raz na Svena, który po omacku próbował znaleźć leżący gdzieś obok topór.. Gdyby…

Czarnobrody krasnolud spojrzał w bok, na nauczyciela. Po chwili na powrót wlepił swój wzrok w Svena… Ale jego mina stopniowo zaczęła łagodnieć, aż wreszcie wybuchnął gromkim śmiechem.

- Ha, brawo, człowieczyno. Niezły numer – powiedział swym basem prostując się jednocześnie – Myślałżem, żeś już do szczętu ugotowany, a ty tu taki numer. Ha, zaprawdę wypiję dziś za twoje zdrowie. Potrzebni nam tacy ludzie!

To rzekłszy wyciągnął rękę do Svena. Ten niepewnie podał mu dłoń i zaraz stał na nogach, tuż obok sięgającego mu niewiele ponad sprzączkę od pasa krasnoluda.

Thaddeo i stojący obok niego, dyszący jeszcze ze zmęczenia Zeman wyraźnie odetchnęli z ulgą.

- Należy wam się po kuflu dobrego piwa – powiedział nauczyciel. – I jeśli tylko ten mały żarłok Kal coś zostawił, to być może i coś na ząb się znajdzie!

- Ba, ślinka już mi cieknie, jak pomyślę o tym baranku, co go Sammer sprawiał. – Powiedział krasnolud. – A i wam, jełopy nieco żarcia się przyda, co by kondycję poprawić. – zwrócił się do Svena i Zemana. – Wielcyście, ale krzepy w was tyle, co w elfiej kurwie.

Thaddeo uśmiechnął się pod nosem i skierował w stronę wyjścia z sali. Zeman za nim, a Sven zamykał pochód. Idący przed nim krasnolud rzucił mu jeszcze jedno spojrzenie. Niezbyt przyjemne spojrzenie…

Ale może tak się tylko Svenowi wydawało.

szkoleniamaga

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Martina

Kolejny bełt przeleciał tuż obok jego głowy. Czy ten Petr zwariował? Przecież to tylko próba, trening…

szkoleniamaga

Kątem oka Martin spojrzał na Mariangę, swego nauczyciela. Wysoki czarodziej, o wiecznie wzburzonych szaro-blond-czarno-siwych włosach i takiejże brodzie stał z boku, bacznie obserwując ćwiczenie. I chyba nieźle się przy tym bawił.

Strzała. Tym razem Martin odruchowo uchylił się, ale nie zburzyło to jego koncentracji. Palce wykonywały skomplikowane ruchy, słowa w starożytnym języku pradawnych smoków same płynęły z jego ust. Kwasowa strzała uformowała się między jego dłońmi i poleciała w stronę latającego po środku pomieszczenia mefita, którego Marianga przywołał jako ćwiczebny cel. Małej istotce nie bardzo się to podobało, co wyrażała głośnym skrzekiem, ale wola Mariangi była silniejsza. Mefit latał. Strzał Dolivandriela i bełtów Petra-Nic nie musiał się obawiać, nie były wycelowanie w niego. Kwasowych pocisków Martina – i owszem. I choć był mefitem szlamu i kwas nie wyrządzał mu zbytniej krzywdy, to każde trafienie było bolesne. Mefit miałby ochotę plunąć własnym kwasem we wrednego czarodzieja, ale wola jego pana nie pozwalała na to.

Mefit był zły, bo nie rozumiał co się działo. Wiedział tylko, że ma latać i unikać pocisków.

Kwasowa strzała, szczęśliwie dla niego chybiła.

- Skup się, Martin – głos Mariangi był donośny, ale spokojny. – Jeszcze raz.

Martin nie odpowiedział. Stojący po drugiej stronie Petr-Nic znowu zwolnił cięciwę w swej kuszy. Bełt leciał w stronę Martina, ale czarodziej już w mgnieniu oka wiedział, że chybi. Nie zważając na niego zaczął kolejną inkantację. Poczuł tylko podmuch powietrza na policzku, gdy bełt przeleciał jakieś dwa łokcie obok jego głowy, nie przerywając skupienia, ani pierwszej wstępnej sekwencji gestu. Kolejne słowa zaklęcia głośno i wyraźnie wydobyły się z jego ust.

Strzała Dolivandriela. Martin raczej wyczuł ją, niż zobaczył. Lekko wygiął się w prawo, przyciskając lewy łokieć do ciała. Palce, wykonujące właśnie skomplikowany ruch zadrżały nieco, środkowy nieco spóźniony. Czarodziej wiedział już, że nie jest idealnie, ale mimo to kontynuował. Czuł narastającą w nim magiczną energię. W myślach widział kolejne słowa zaklęcia, spalające się czerwonym płomieniem w miarę jak je wypowiadał. Uderzenie serca później wystrzelona przez Dolivandriela strzała musnęła lewy rękaw jego habitu. Martin był już gotów, czuł, że gromadzona energia zbliża się do apeksu. Rozszerzył dłonie, układając je w rodzaj tunelu. Pomiędzy nimi zaczęła formować się zielonkawo świecąca niematerialna strzała. Wypowiadając ostatnie słowo inkantacji wyrzucił ręce do przodu. Strzała poleciała.

A potem Martin szybko odchylił głowę w lewo. Bełt przeleciał niedaleko. Może to tylko wrażenie, że musnął małżowinę ucha? Spojrzał szybko na strzelca, stojącego przy przeciwległej ścianie komnaty ćwiczeń. Petr-Nic z uśmiechem sięgał już po następny bełt i już za chwilę układał go na łożysku kuszy.

Głośny skrzek mefita powiadomił Martina o tym, że tym razem jego kwasowy pocisk trafił.

- Przywołanie, Martin. Coś, co mogłoby dorwać tego fruwającego skurwiela – usłyszał głos Mariangi.

Martin tylko chwilę się zastanawiał. Czuł jak magia, która wezbrała się w nim podczas rzucania poprzedniego czaru opada. Mrowienie w palcach – ślad po resztkach nadmiarowej energii, nie zużytej podczas tworzenia kwasowej strzały – ustawało szybko. Czarodziej wiedział, że musi poczekać, by ta resztka nie zakłóciła jego aury, nie wpłynęła na kolejny rzucany czar, gdyż mogło się to źle skończyć…

Dolivandriel nie czekał. Wystrzelona przez niego strzała leciała nisko. Martin odruchowo zrobił mały kroczek w bok, choć w zasadzie nie musiał. I zaczął zaklęcie. Wiedział, że to zajmie mu więcej czasu niż stworzenie strzały kwasu. Dużo więcej.

Strzała przeleciała na wysokości jego uda kilka cali obok nogi czarodzieja, po czym z brzęczącym stukiem wbiła się w drewnianą ścianę za jego plecami. Zaklęcie jednak było już w toku. Sekundy mijały powoli, każde słowo musiało być wypowiedziane uważnie i z odpowiednim akcentem, każdy ruch palców dopracowany. Jeśli miał pojawić się przed nim przywoływany jastrząb wszystko musiało być perfekcyjne.

Bełt z kuszy przeleciał bezpiecznie nad głową, jedyną reakcją Martina było lekkie mrugnięcie powieki. Słowa inkantacji dalej plynęły niezmącenia. Czas mijał. Kątem oka młody czarodziej patrzył na Dolivandriela. Widział jak blond włosy elf zakłada strzałę na cięciwę, podnosi łuk, celuje.

Nim strzała opuściła łuk Martin wiedział już, że tym razem nie przeleci obok. Spanikował, ręce mu zadrżały, głos lekko się załamał. Uformowany wewnątrz półprzejrzystej sfery magicznie przywołany jastrząb był już prawie gotów. Po chwili z dźwięcznym trzaskiem sfera pękła, ptak znalazł się w całości w tym świecie.

Martin wiedział, że zbyt wcześnie. Że czar się nie udał.

Zamknął oczy. Ostatnim widokiem było światło pochodni odbijające się w wirującym powoli grocie strzały. Mimo zamkniętych oczu czarodziej widział niemal jak strzała zbliża się… Mówią, że w takich chwilach życie staje przed oczami… Wszystko jednak co mógł w tej wydłużającej się niemiłosiernie chwili przywołać jego umysł, to widok strzały wbijającej się w jego ciało. Gdzieś między drugie i trzecie żebro po lewej stronie. Zapowiedź bólu. Nieświadomie zacisnął zęby. W opadających w zwolnionym tempie dłoniach czuł, że nadmiar magii niewykorzystanej do nieukończonego czaru, wzbiera, ale nie mógł już tego opanować. Czekał tylko na…

Głośny trzask. Potem potworny ból w rękach, gdy magia eksplodowała. Zakręciło mu się w głowie, stracił równowagę, upadł. Gdy otworzył oczy zdołał jeszcze zobaczyć błękitnawy poblask magicznej eksplozji, jakby opadający, wirujący niebieski pył. I strzałę.

Strzałę, która wisiała w powietrzu dwie stopy przed nim. I płonęła.

A potem kamienna podłoga komnaty wyrżnęła go z impetem w miejsce poniżej pleców.

- Ty kretynie!!! – wrzeszczał Marianga, zbliżając się szybkim krokiem do elfa. – Ty pajacu! Idioto! O czym ty myślisz, jeśli w ogóle myślisz.

Przy swoim wzroście niemal siedmiu stóp Marianga pędząc na swą ,,ofiarę” robił zaprawdę przerażające wrażenie. Jego oczy promieniały wściekłością, wydawał się bardziej złowieszczy niż jakikolwiek człowiek mógłby, przynajmniej w naturalny sposób.

Martin, próbując dojść do siebie patrzył na swego mistrza i na blond włosego elfa. Znał Dolivandriela już dość długo, ale nigdy nie widział go tak przerażonego. Ten zazwyczaj pewny siebie, nonszalancki niemal elf bał się. Więcej nawet, był przerażony. Bardziej nawet niż gdyby stał na szafocie (tak do tej pory wyobrażał sobie swą śmieć), na chwilę przed egzekucją. Gniew czarodzieja mógł być groźniejszy od katowskiego topora…

- Prze… prze… – zdołał wyjąkać. Stojący obok niego Petr-Nic również skulił się mocno. Gotowa już niemal do strzału kusza dawno opadła.

- Chciałeś go zabić, kretynie? Pojebało cię zupełnie? O czym ty myślisz?!? – grzmiał Marianga.

Dolivandriel już się nie odezwał. Opuścił wzrok i czekał.

Martin podnosił się powoli. Kilka kroków przed nim na posadzce leżała dziwna, poskręcana, cuchnąca i tląca się masa mięsa i piór – przywołany jastrząb, który nie przeżył międzyplanowej podróży, źle przygotowanej przez niedokończony czar.

- Zapłacisz mi za to, elfie – Powiedział Marianga, już nieco spokojniej. – Koniec na dziś!

To ostatnie skierowane było do Martina. Młody czarodziej wstał. Bolały go dłonie – zaczerwienione, obolałe i swędzące od magicznej energii, bolała go głowa, a także zraniona przy upadku tylna część ciała.

- Idziemy – powiedział stanowczo nauczyciel, zawijając swym płaszczem tuż przed nosem Dolivandriela w szybkim zwrocie. – Sara ze Svenem już czekają pewnie z kolacją.

Martin otrzepał swój czarny, wężowy habit, poprawił pas z wiszącymi na nim sakiewkami. Petr-Nic potulnie rozładował swą kuszę i odłożył ją na stół. Dolivandriel także odłożył łuk i zaczął zabezpieczać kołczan…

- A ty gdzie? – wrzasnął na niego Marianga. – Ty zostajesz!

To mówiąc wykonał w stronę elfa kilka szybkich gestów, wypowiadając parę słów, których nawet Martin nie był w stanie rozpoznać. Dolivandriel stanął jak wryty, zamarł dosłownie w miejscu, z jedną ręką sięgająca na plecy by poprawić pas, na którym wisiał kołczan ze strzałami. Nie drżał mu nawet jeden mięśień… Tylko oczy nerwowo rozglądały się na boki.

- Poczekasz tu sobie do śniadania – mruknął czarodziej, znikając w korytarzu, co przy jego dłuuugich krokach odbyło się bardzo szybko.

* * *

Schody się dłużyły, kolczuga dzwoniła. Niedobrze, oj niedobrze. Gdyby jeszcze mógł cokolwiek zobaczyć… Nawet nie słyszał idącego dwa kroki przed nim niziołka. To znaczy miał ciągle nadzieje, że Kal idzie przed nim, ale nie mógł być tego pewien. Znając kurdupla…
Lewą ręką dotykając ciągle ściany Sven pokonywał kolejne stopnie. Coś zamajaczyło z przodu, najpierw niewyraźnie, ale po kilku kolejnych krokach był już pewien – drżąca, żółtawa poświata pochodni.
Następnego stopnia już nie było, nieomal się przez to potknął… Nieomal. Pozostali pewnie nic nie zauważyli.
Niziołek szedł trzy kroki z przodu. Teraz Sven widział go wyraźnie na tle światła z głębi korytarza.
Tunel miał kilkanaście kroków. Na wprost widoczna była dobrze oświetlona ściana – pochodnie musiały wisieć w bocznych odnogach, niedaleko od rozwidlenia.
Sven starał się iść cicho, na tyle, na ile pozwalała jego zbroja. W prawej ręce ściskał stylisko topora. Ciążyło już nieco – nic dziwnego, wszak była już późna noc, od ładnych kilku godzin biegali po mieście szukając śladów Savo Asane, zwanego Perkozem i porwanej Tatiany. Czy mogła być w tym lochu? Sven gorąco na to liczył. Miał już dość łażenia. Uważał się za człowieka czynu i lepiej czuł podczas walki, z toporem w ręku, niż ścigając jakieś ulotne cienie i ślady.
Obejrzał się do tyłu. Klaus, jeden z członków Bractwa, którego dostali do pomocy, był tuż za nim, z obnażonym mieczem. Za nim zapewne szedł Martin. Sven nie widział go, czarna szata pomagała czarodziejowi wtopić się w panujący w korytarzu mrok. Pochód zamykał drugi z dołączonych wojowników, Zeman. Jego Sven także nie zobaczył. Ale usłyszał. Wojownik potknął sie u podnóża schodów, stawiając nogę na stopień którego już nie było…
- Ciii…. – dobiegł z przodu szept niziołka.
Kal wysforował się nieco. Dochodził już niemal do rozwidlenia. Wychylił się za róg, aby przepatrzeć korytarze w obie strony. Po chwili już był przy Svenie.
- Czysto – szepnął.
Popatrzyli na siebie, ledwie rozróżniając swe twarze w ciemności.
- Dalej idziemy cicho? – zapytał Kal.
- Dopóki będzie można. Szyk niezmieniony. – powiedział czarodziej.
- No dobra, prawo, czy lewo? – dopytywał się Kal.
- Sven? – czarodziej zwrócił się do kompana.
- Wszystko jedno. Byle ten dzień w końcu się zakończył. Rzuć monetę…
- Tak, a potem już jej nie znajdę. – powiedział czarodziej patrząc wymownie na niziołka. Ten chyba jednak nie skapował.
- No więc??? niecierpliwił się Kal.
Svenowi było wszystko jedno. Jeszcze raz poprawił chwyt na stylisku topora. Głowę miał już zaprzątniętą czym innym. Czy w tych korytarzach topór będzie wystarczająco poręczny? Czy będzie mógł wykorzystać całą swą nadludzką już teraz (dzięki magicznemu pasowi) siłę, nie uważając by nie zawadzić o ścianę lub sufit?