Wszystkie wpisy, których autorem jest Fairy Tamer

Nazywam się Daven Ford ale przyjaciele nazywają mnie Treserem Wróżek. Wybaczcie ale nie wyjaśnię przyczyny nadania mi tego głupiego przezwiska. Zważcie zawżdy na to, że jest to krępująca historia!
szkolenie

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Kala

… i kolejny. Szum przelatującego wahadła, lekki powiew na twarzy. Och, gdyby nie ta opaska na oczach, to byłoby śmiesznie proste. Ale teraz. Znowu zatrzymanie. I nasłuchiwanie.

szkolenie

Gdzieś przed nim gruby dębowy bal bujał się zawieszony na zamocowanym w suficie haku. Nieco wolniej niż poprzedni, tego był pewien. Ile mu jeszcze zostało? Dolivandrel rozbujał chyba wszystkie dziesięć. Ten będzie ostatni? Stracił rachubę…

Malutki kroczek do przodu. Naoliwiony hak ledwie słyszalnie zgrzytał pod sufitem. Jeszcze ciszej niż to było przy poprzednim wahadle. Znowu powiew na twarzy. Silniejszy, ale wciąż leciutki. Więc jeszcze kroczek.

Opaska na oczach Już uwierała, mimo, że wykonana z miękkiego jedwabiu. Spocił się cały pod nią. Wiedział, że nic poważnego nie może mu się stać, nie tu, w sali treningowej bractwa, pod czujnym okiem Dolivandriela.

- No dalej, mały. – usłyszał nieco chrapliwy szept elfiego nauczyciela. – Już prawie.

Jeszcze kroczek. Tym razem niemal poczuł, jak wahadło musnęło mu kaftan, lecąc z prawej na lewo. Zaczął się skupiać. Jak grube ono mogło być? O ile musiał pójść do przodu by ominąć to, które miał przed sobą, a nie wpaść pod następne?

Gruby bal przeleciał w prawo. I z powrotem. Kal dostrajał się do jego rytmu. Prawo. Lewo. Prawo.

Donośny dźwięk uderzania cynowym dzbanem o ścianę. No tak, Dolivandriel znowu próbował zakłócić jego skupienie. Walił mocno i szybko. Metaliczny, dudniący odgłos zagłuszał prawie wszystko. Prawie… Trzy… Dwa… Dzban niemiłosiernie dudnił o ścianę. Jeden… Teraz. Dwa szybkie małe kroki. Następne wahnięcie bala odbyło się już parę cali za jego plecami. Metaliczne dudnienie ucichło, pozostawiając dźwięczny pogłos w uszach. Jeszcze kroczek do przodu. I jeszcze jeden… Przed nim nie było już nic. Cichuteńkie zgrzytanie bali słyszał tylko za sobą. Jeszcze krok. Żadnego dźwięku z przodu, żadnego powiewu powietrza. Tylko z tyły cichy szum. I z boku, niemal niesłyszalne trzaski…

Kal rzucił się do przodu i przekoziołkował. Po chwili stanął na nogach i zerwał opaskę. Niemal w tym samym momencie, gdy strzała z brzęczącym stukiem wbiła się w ciągle bujający się za jego plecami bal. Dolivandriel powoli odłożył łuk.

- No nieźle, nieźle – powiedział kiwając głową. – choć gdybym celował w ciebie już byłbyś martwy…

Kal nie skomentował. Wiedział, że jasnowłosy elf nie kłamał. Jeszcze kilkanaście dni temu, na początku szkolenia próbował się odszczekiwać. Dolivandriel szybko pokazał mu jednak miejsce w szyku. Był w stanie pobić niziołka niemal we wszystkim co ćwiczyli.

Gdzieś z tyłu sali dobiegły oklaski. To Sammer, opiekun całej siedziby; diabli wiedzą jak długo przyglądał się przedstawieniu. Po chwili raźnym jak na swój wiek krokiem podszedł do złodziejskiej pary.

- No, no… – rzekł – Jak oceniasz postępy naszego nowego przyjaciela, elfie?

Dolivandriel zmarszczył brwi, co sprawiło, że czerwona szrama nad jego prawym okiem wygięła się dziwnie.

- Jak wy to mówicie… ,,Chyba będą z niego ludzie”?

Kal uśmiechnął sie pod nosem. Rzadko słyszał pochwały od swojego nauczyciela. Zwłaszcza takie, po których nie pojawiało się jakieś ,,ale”.

- Skończyliście na dziś? – zapytał Sammer.

Niziołek spojrzał na dziarskiego, ale naznaczonego zębem czasu człowieka. Nie, to nie czas tak zmienił jego cerę, choć może i dołożył parę zmarszczek. Sammer był blady, bardzo blady. I nic dziwnego, od parunastu lat nie widział słońca – na skutek klątwy, która rzucona na niego została podczas załatwiania jednego z interesów Bractwa, żył niby jakiś wampir nie wychodząc na zewnątrz za dnia. Najsilniejsi magowie Bractwa nie byli w stanie zdjąć tej klątwy, rzuconej przez jedną z kapłanek Myrkula…

- Jeszcze nie. Musimy popracować nad runami. – odparł elf.

- Dałbyś spokój małemu – powiedział Sammer z uśmiechem podchodząc do niziołka – Ćwiczycie dziś od samego rana… Zaraz wpadnie Sara, wyciągniemy jakieś winko, Klaus już opieka baranka…

Oczy kala zaświeciły się na myśl o posiłku. Jego nauczyciel nigdy nie zważał na duży apetyt niziołka. Sam też chyba nic nie jadł.

- Nie. Runy. Musimy popracować nad rozróżnianiem osi w gazowych… Kal nie potrafi jeszcze odróżnić głównej od jej parabol i katastrali. A bez tego nie możemy zacząć punktów mocy…

- Dobra, dobra. Nie zaarzucaj mnie tym swoim fachowym blablaniem. Jakby co, czekamy w wypoczynkowym. Jak znam życie Sven z Szajbą już odszpuntowali antałek.

- Dojdziemy jak skończymy – powiedział elf z lekkim uśmiechem. – A teraz chodź kurduplu. Runy czekają…

Niziołek westchnął… Pieczony na rożnie baranek… Ślina pociekła mu po brodzie. I wino. Znając gust Sary zapewne jakiś przedni gatunek…

* * *

Sven wpatrywał się w schody. I starał się wsłuchiwać. Ale i tak nie usłyszał nadchodzącego niziołka, który wyrósł przed nim jak spod ziemi.
- I co? Czekają? – zapytał Martin.
- Cisza i pusto – relacjonował szeptem Kal. – Schody prowadzą jakieś dwadzieścia stóp w dół, dalej jest korytarz, z dziesięć kroków do rozwidlenia. Dalej nie szedłem.
- Światło?
- Pochodnie w ścianach. Nie musimy brać swoich. Przynajmniej w tej części, którą widziałem.
- A słyszałeś coś? – dopytywał się Sven.
- Taaa… Twój żołądek słychać pewnie aż do Bouvetty. A poza tym, to nie jestem pewien.
Z lewej chyba jakieś jęki, ale ten korytarz skręca potem, trudno powiedzieć jak daleko… Po prawej chyba chrapanie…
- Czyli ciągle nic nie wiedzą… Dobrze. – powiedział Martin. – Nie spodziewają się.
- Masz jeszcze coś w zanadrzu? – zapytał Sven.
- Wystarczy. Choć może być ciasno, musicie uważać jak się zacznie… I musicie mnie osłaniać. Porządnie.
- Dobra. Klaus, pilnujesz czarodzieja – Sven zwrócił się do stojącego nieco z tyłu wojownika. –
Zeeman, idziesz z tyłu. Ja z kurduplem przodem. Oczy szeroko otwarte, szukaj niespodzianek.
Niziołek ruszył pierwszy, Sven za nim. Dalej Klaus…
Martin poprawił swój wężowy habit. Jego szerokie rękawy nie utrudniały czarowania. Sprawdził raz jeszcze ulokowanie sakiewek z ingredientami do czarów na pasie. W czasie gorączki walki musiał dokładnie wiedzieć co gdzie jest. Do właściwej sakiewki musiał sięgnąć w ciemno – nie było zazwyczaj czasu na mozolne szukanie właściwego komponentu do zogniskowania czaru. Nie, gdy wokół brzęczała stal i świszczały strzały i bełty…

corobicwmiescie

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście

Wiosna już przyszła, słuchacze moi mili, wiosna całą gębą. No, może jeszcze wieczory, tak jak i ten dzisiejszy zimne, a i słońca więcej by sie zdało… Ale może to i lepiej, bo to co dziś wam opowiedzieć zamiaruję zimą się przecież działo, toteż chłody są tu na miejscu.

corobicwmiescie

Nie, nie gospodarzu, oczywiście, że ten pięknie parujący i pachnący gulasz przyjmą, choćby i bez kaszy, ino mi kromkę chleba skombinujcie, bom nie zwykł mięsiwa nie zagryzać… Że czerstwe? A nic to, nie takie rzeczy żem jadł. Jak się tyle podróżuje, to w różnych miejscach się bywa i różniste spożywa posiłki. Jedliście kiedy, waszmościowie i waćpanny ropuchy? Nie, widzę, ze was na samą myśl wzdraga, mnie takoż obrzydliwe się to wydaje, ale cóż zrobić. Wszak to akwitański przysmak, i kiedym paręnaście wiosen nazad w cesarstwie bywał, to raz mi się za przeproszeniem zdarzyło… Nie wiem, jakem to przełknął, ale po miesiącu obracania się po miejskich rynsztokach człek wszystko, co ino od zębów miększe do pyska kładzie. Tfu, na wspomnienie same ciarki mnie przechodzą i na wymiot się zbiera.

Uuuu… gorący ten gulasz, niczym ognie piekielne. Niech sobie tu z deczko postoi, a ja w tym czasie co było ostatnio przypomnę…

Działo się to więc zimą, w grudniu roku 664-go Po Kataklizmie. Bohatyjerowie nasi, pod osłoną bractwa w stolicy stanęli. Zima do tej pory nie była ani szczególnie mroźna, ani śnieżna. Sama zaś stolica jak na ówczesne czasy całkiem sporym miastem była. Ba, wszak nie równać się jej do wielkich portów, takich jak Foleyet, Sonyar, czy Kolymar, aleć nasi królowie to miejsce sobie upodobali. W lasach, wśród jezior, wysoce miejsce obronne. Już elfy o tym wiedziały i tamże stolicę swą pobudowały. Caep-Y-Rill ją zwali, co książę Adalbert z Foleyet, zdobywca miasta i pierwszy Caenur władca do Carrill skrócił i tak zostało, stolicę swą postanowił on bowiem na elfich ruinach postawić.

Ale to we szkółkach już teraz uczą, każdy bakałarz dziecinom to wykłada, więc się rozwodzić zbytnio nie będę. Ważnym jest, że już wtedy duże to było miasto. Duże i niespokojne.

Zimą jak to zimą ludność głównie się nudzi, toteż plotki szerzyły się na potęgę. Mówiło się głośno w mieście, że na wiosnę wojna z Garlandią się szykuje. Pamiętać musicie bowiem, że czas to był, gdy w Garlandii rządziła rada regencyjna, w dużej mierze z generałów złożona, gdyż mały Roger, Burzycielem później zwany, miał lat zaledwie jedenaście. A spory między ojczyzną naszą a tymi garlandzkimi psami (aż dziw bierze, że ichnie piwo takie dobre) wtedy jedno z nasileń przechodziły, szło oczywiście o miasto Bolayir, co na obu stronach rzeki Gwynlech leży, ale przeca od zarania było to caenurskie miasto.

No i zwęszyły regencyjne garlandzkie wieprzki, że król nasz inne ma kłopoty – chłopi, pod przywództwem paru podupadłych szlachciurów ciągle się wokół Teregovii burzyły i po wzgórzach chowały. Na północy potajemne rozgrywki w wolnych księstwach się odbywały, gdzie z karkassończykami nasze dyplomaty boje o wpływy toczyły.

Szumiało więc w mieście od wojennych plotek, ale nie tylko. Następca tronu – Lorens, pierworodny króla Nicholasa Trzeciego nogę podobno złamał na polowaniu. Podobno też jakaś bestia latająca cały zamtuz ,,Pod Różaną Kotką” wystraszyła. A ktoś wykupił podupadającą tłoczarnię oleju kupca Riscontiego, i to za dużą kasę…

Wiele takich wieści po miejskich karczmach krążyło, wiele. Ale i Bractwo Winne wiedziało swoje, choć nikt jeszcze nie mógł planów kultu – który już na pewno w stolicy działał – przejrzeć i im zapobiec.

Bohaterowie nasi siedzieli więc spokojnie wieczoru pewnego, w karczmie ,,Pod Czerwonym Byczkiem”, gdzie za wykidajłów przez pośrednictwo Bractwa się najęli. Siedzieli i czekali na umówione spotkanie z Sarą, elfią łączniczką Bractwa i zarazem zwierzchnikiem swoim. Popijali piwo, podjadali i w zwykłe ochroniarskie biznesa wplątywani byli – a tu kurewkę wypieprzyć na bruk, a to gawiedź podpitą nieco uspokoić, a to bandytom, co w swej głupocie karczmę zdemolować chcieli, mocno skórę przetrzepać.

Sara przyszła na umówione spotkanie, ale nie sama. Ze sobą bowiem tajemniczego Carricka przyprowadziła, ani chybi arystokratę ważnego, który z istotnym problemem o pomoc do bractwa się zwrócił. Chodziło bowiem o to, że Tatiana, carrickowego serca wybranka porwana została. I nie byłoby w tym nic dziwnego – do dziś wszakże kidnapingowactwo dla okupu uprawiane jest, gdyby nie fakt, że ślady prowadziły do znanego już Bractwu – i kompaniji w szczególności – kultu Nata-Kranty.

Zadanie więc było jasne. Sara i jej pomocnicy wyśledzili, że zamieszany w porwanie jest półelf Savo Asane, zwany Perkozem. Do niedawna kupiec o związkach ze złodziejską Gildią Lazurowej Klingi – która, jak wiedzieli bohaterowie nasi z kultystami konszachty miała. Tygodni temu parę Perkoz porzucił jednak swój interes i czymś innym był sie zajął, mocno się przy tym bogacąc, jak głosiła plotka.

Jedynym sposobem na dotarcie i namierzenie delikwenta, jaki znała Sara, było wypytanie starego kumpla Perkoza, znanego w światku miejskim karciarza Svaarda. Trzymał się on z Perkozem od dawien dawna i dużo mógł wiedzieć. Pozostało tylko znaleźć szulera.

Szczęśliwym losu zbiegiem w karczmie ,,Pod Czerwonym Byczkiem” czekał na swych współgraczy inny szuler, niejaki Lassear, który za niewielką opłatą (którą Martin pokrył z sakiewki oddanej przez Sarę na ,,koszta manipulacyjne”) zdradził, iż poszukiwany umówił się tegoż wieczoru na dużą grę w gospodzie ,,Fiołkowy Bukiet”.

Tam też skierowali się nasi kompani, ale figuranta nie znaleźli. Okazało się bowiem, że razem ze swym wspólnikiem ograli dwu bogatych leszczów i w tango poszli; jedyne czego się dowiedzieli, to że wspólnikiem Svaarda był kupiec Rottenvein, do niego się więc udali.

Wieczór już był późny, ciche miasto i ludzi mało, bo mróz panował trzaskający; zdziwili się też więc gdy w jednym z zaułków znaleźli dwa szczurołaki, pożywiające się trupem jakiegoś mieszczucha. Jednego Sven ze swej magicznej kuszy ustrzelił (co ją w ,,spadku” po Elwirze dostał), drugi zaś w kanały uciekł. Kupiec Rottenvein okazał się wielce pomocny, mimo, że bohaterowie nasi do sklepu i domostwa się mu włamali, porozmawiać z nimi zechciał – i wnet się wyjaśniło czemu. Razem ze Svaardem, po ograniu swych bogatych rywali do zamtuza madame Sirocco sie udali; kupczynie bardzo zależało, żeby się o tym jego małżonka nie dowiedziała.

Zamtuz wspomniany podówczas znany był w całym mieście, ale tylko dla wybrańców był przeznaczony, bawiła tam bowiem arystokracja z półek najwyższych. Kompanom po uiszczeniu kolejnej niemałej opłaty wejść się udało i Martin zdołał ze Svardem porozmawiać.

Szuler od razu przyznał się do znajomości, i wysuszywszy daną przez Sarę sakiewkę do końca zdradził, iż Savo Asane został niedawno właścicielem browaru ,,Moser \& Ruttherford”. Tam też kompanija postanowiła się udać.

Po drodze niepokojące spotkanie z nieumarłym mieli – co niebywałe w samym środku miasta, zombie smrodem jakowymś parujący dwu mieszczan wystraszył, Sven magicznie przyspieszony czarem Martina go utłukł.

Wstąpiwszy na chwilę do tajnej siedziby Bractwa dwóch pomocników kompanija wzięła – Klausa i Zemana, wojaków z miastem obznajomionych. I w piątkę do rzeczonego browaru ruszyli.

Przybytek produkcji piwa murem był otoczon i z kilku dużych budynków złożon. Martin parę strażników co po dziedzińcu chodzili uśpił; Sven z Klausem i Zemanem pobili zaś tych co przy bramie, w ciepełku strażnicy w kości rżnęli. Od nich to kompanija dowiedziała się, który to budynek głównym jest i gdzie Perkoza szukać.

Że spętane strażniki nie łgały wnet się okazało, w dużym gmachu warzelni piwa bohaterowie nasi drzwi zamknięte, pułapkami i magią zabezpieczone, znaleźli – ślad, że się za nimi co ważnego znajduje. Niziołek drzwi otworzył i pułapki rozbroił, dwa z trzech runów zabezpieczających także udało mi się zniszczyć. Trzeci run jednak się nie dawał, więc kompanija musiała języka zaciągnąć; dowódca straży o życie swe się bojąc hasło im podał.

Stanęli więc u szczytu prowadzących w ciemność kręconych schodów…
* * *

- No to jak. Schodzimy? – zapytał szeptem Kal.
Stali w małym pomieszczeniu, wewnątrz głównego budynku browaru, warzelni piwa. Znajdujące się w rogu budynku pomieszczenie nie miało więcej niż pięć na pięć kroków. Jedynym wyróżniającym się elementem tego pomieszczenia były schody, kamienne, kręcone schody ułożone z szarych, grubo ciosanych bloków, zawijające się wokół centralnej kolumny. Schody prowadzące w dół.
- To chyba tu, co? – zapytał Sven
- Nie widzę innego powodu, dla którego mieliby zamykać dostęp do tych schodów dwiema pułapkami w drzwiach i jeszcze na dodatek trzema magicznymi runami. – powiedział Martin, ściszonym głosem. – A decydować się trzeba szybko, ten ostatni run jest zdezaktywowany zapewne tylko na kilka minut.
- Dobra – westchnął Sven. – Idę.
- Poczekaj – Kal złapał go za rękaw. – Ja pójdę. Nie wiemy, czy twój chód nie zaalarmuje kogoś na dole.
- Ale tam jest ciemno… a ja mam hełm… – Sven zmarszczył nos. A jak ty…?
- Spoko, spoko. Jesteście w rękach fachowca. – odparł niziołek. – Zejdę na dół, posłucham. Jeśli będzie czysto, dam znać. Jeśli nie…
Kal zawiesił głos. Taaaak… Jeśli ktoś będzie na dole… Szybko jednak odzyskał rezon.
- Jeśli ktoś będzie na dole, to i tak pewnie będą mieli światło. A pułapek na ciemnych, używanych często schodach się raczej nie spodziewam. – powiedział po chwili tonem specjalisty znającego swój fach.
- Dobra. Złaź. – powiedział Martin.
Niziołek poprawił strój, podciągnął buty. Wolałby iść boso, jak to zwykle mają w zwyczaju niziołki, ale te buty były zbyt cenne, by z nich zrezygnować. Potrafił w nich chodzić jeszcze ciszej niż normalnie.
Lewą ręką lekko opierając się o ścianę postawił nogę na pierwszym z prowadzących w dół stopni. Schody były strome, trójkątne w kształcie i ostro zawinięte w prawo. Ściana – zimna, lekko wilgotna.
Drugi krok. Trzeci. Czwarty…
- Tiaaaa… fachowiec się znalazł. – usłyszał za sobą szept Svena. W odpowiedzi Martin tylko cicho westchnął..
Kal schodził niżej. Było ciemno. Gdy tylko schody zawinęły się tak, że nie widział już światła trzymanej przez Svena pochodni, przestał cokolwiek widzieć. Teraz jego jedynym sprzymierzeńcem był słuch. A ten wyostrzał się z każdym krokiem. I to bardzo. Niemal słyszał jak paręnaście metrów w górę schodów Svenowi burczy w brzuchu.
W myślach modlił się do Yondalli. W tych ciemnościach nie był juz tak pewien swoich możliwości. A co, jeśli któryś ze stopni uruchamia pułapkę? Schodzący normalnie, ze światłem mogą go odróżnić, na przykład po kolorze. A on biedny niziołek samotny w ciemnościach? Czy usłyszy pułapkę na czas? Czy zdąży odskoczyć? Czy w ogóle będzie miał szansę…
Krok. I kolejny. I jeszcze jeden. Niemal słyszał odgłos podeszwy na kamiennych stopniach. Niemal… Ale może mu się tylko zdawało?
Krok za krokiem, w dół. I słuch wyczulony na najmniejsze dźwięki. Krok. Do przodu. W dół, do przodu.Do przodu. Krok… I kolejny…

sprzymie

Sprzymierzeńcy i wrogowie

Zima to straszna pora roku jest, i dobrze, że się już kończy. Nawet teraz przecież, w czasach dużo spokojniejszych, niż to onegdaj bywało, rzadko kto zimą się w podróż wybiera.

sprzymie

Abo trudno to jest podróżować, gdy szlaki i gościńce śniegiem zasypane – wszak łacno zgubić się można i zbłądzić, do gospody przed zmrokiem nie zdążyć – a przeca zmrok zimą szybko zapada. A noc w głuszy, na mrozie tylko nielicznym przeżyć się udaje – bo to wszak ani ogniska w śniegu nie zapalisz, ani i opału suchego dość nie znajdziesz.

No i niebezpieczeństwa zimą czyhają też na podróżnika większe – wszak zwierzęta dzikie i bestyje, które na noc się do snu nie poukładały wiecznie głodne są, bo żarcia w okolicy mało. A głodne, znaczy przeca bardziej zadziorne i odważne. I nie mam tu tylko na myśli wilczych sfor, co wioski całe spustoszyć mogą i dobytek żywy wprost z obórki porywają, gorsze są jeszcze na tym świecie bestyje, a drzewiej było ich nawet więcej niźli w obecnych czasach.

Zimą więc należy w miejscu ciepłym i wygodnym, najlepiej wystarczająco zaopatrzonym, siedzieć na tyłku i wypoczywać, a nie podróżować, jeśli nie trza.

No cóż, powiecie, czasami nawet zimą zdarza się wyruszyć, i prawda to jest, potrzeby niektóre silniejsze od rozsądku bywają. Ale na drogę taką dobrze wyposażyć się trzeba – w ubrania ciepłe, futrzane najlepiej, w przewodnika dobrego co szlak nawet pod śniegiem wytropi. A niektórzy, szczególnie jeśli wozami jadą, to nawet suchego drewna biorą, gdyby zdarzyło im się noc w głuszy spędzić.

Ja oczywiście wypraw takich nie polecam i przyjemniejsze mi jest gospody zacisze i puchar pełen wina grzanego, raz kurak świeżo na rożnie upieczony. Ale niektórzy moga nad to emocje związane z przedzieraniem się po pas, albo i szyję w śniegu wolą. A inni… no cóż, inni po prostu nie maja wyjścia.

Ale my tu o zimie, a jam przeca miał wspomnieć co się z naszą kompaniją działo, a to wżdy jesienią było, a nie zimą, a dokładnie w listopadzie. Na czym to ja… Ach tak.

Przebiła się więc nasza kompanija przez bagna i do wioski niziołków dotarła. Tam konie swoje odebrali z zagrody niziołka Raro, co przez kultystów wraz z Amber porwany został. Matce biedaczka obiecali, że znajdą go, jeśli tylko będzie to w ich mocy. Ponieważ jednak cały czas nad nimi Geas ciążyła, to musieli wpierwej zadanie polegające na znalezieniu i ukatrupieniu Darreusa wypełnić. Postanowili więc wyruszyć w kierunku stolicy, gdzie tenże miał jakoweś spotkanie odbyć.

Kompani musieli jednak za sobą elfa Goyel’drina pozostawić – ten mocno był poturbowany i poparzony po walce z demonem ognistym w świątyni pod bagnami, a i samo przejście przez bagna mu w ozdrowieniu nie pomogło, a wręcz na opak – co noc gorączka go dopadała i choróbska jakoweś, o które na mokradłach nie trudno. Został więc elf z ekwipunkiem pod opieką niziołków i później do drużyny miał dołączyć.

Ruszyli więc bohaterowie nasi przez las, razem z myśliwym Ramonem, co im za przewodnika służył. Postanowili drogę sobie skrócić i na przełaj do Broszyna ruszyć, co im dzień drogi z rachunku ujmowało. Niestety przeprawa przez dzikie lasy do łatwych nie należała – najpierw wij ogromny w jarze wąskim ich dopadł, potem olbrzymia sowa próbowała Martina porwać, ale udało się ją odpędzić. Na koniec zaś ich przewodnik wraz z rumakiem do dołu kłusowników wpadł, co niestety życiem przypłacił, gdyż koń próbując się wydostać czaszkę mu kopytem roztrzaskał. Do wioski nie było jednak daleko, więc dalej już kompani drogę znaleźli.

Tam pierwsze swe kroki do gospody skierowali, gdzie wreszcie mogli ciepłego jadła, kąpieli, no i cielesnych przyjemności zaznać. Przy kolacji dwukrotnie zaczepieni zostali – najpierw syn miejscowego wójta, wstawiony nieco na ważniaka się zgrywał, a potem jegomość tajemniczy robótkę dla nich miał – ale wymęczeni marzyli tylko o śnie spokojnym, więc podziękowali panu i odesłali od oczu swoich.

Następnego ranka dalej ruszyli i droga ich do wioski Zawady zaniosła. Po drodze niedźwiedzia odegnali do do wozu z cukrem i wanilią próbował się dostać i kupca przy tym poturbował. Opatrzywszy rany biedakowi i uspokoiwszy żonę jego dalej już wozem ruszyli.

We wsi, jak się okazało, regiment Zakonu Róży stacjonował, co lokalną świątynię, goszczącą relikwie Świętego Hipolita pomagał przebudować. Spotkali też kompani pielgrzymów wielu, co do tychże relikwii ze stron różnych kraju przybyli. I spotkali też Elwirę.

Tak, tę samą Elwirę, co pomogła im jeszcze w Bouvetcie, będzie z tydzień wcześniej niejakiego Bastiana dorwać i własnoręcznie go ukatrupiła. Okazało się, że z roboty wyrzucona została, gdyż w czasie szamotaniny z Bastianem zniszczony został… model statku nad którym kapitan barki rzecznej, Elwiry zwierzchnik, latami pracował.

Jechała więc elfka do stolicy, by jeszcze przed zimą na jakąś barkę się zaokrętować. I poprzysięgła, że za tą utratę roboty każdego Bastianowego kompana ścigać będzie… I tu okazało się, że ma ona cenne dla kompanów informacje. Otóż jak wiedzieli kompani z listów znalezionych na barce (tej na której Elwira pracowała) Darreus miał się spotkać z Darreusem w stolicy, z tym że zastrzegał, ze spóźnić się o parę dni może. I Elwira – z podsłuchania – powód tego spóźnienia znała. Darreus zalecał się bowiem do szlachcianki Doroty Morave, której mąż cięgiem na wyprawach wojskowych bywał i teraz też powstanie chłopskie pod Teregovią tłumił.

Wiedziała też Elwira, że posiadłość rodziny Morave nieopodal miasteczka Darien leży, a że było to i tak po drodze do stolicy, to postanowiła kompanija razem z Elwirą ruszyć.

Ruszyli więc rankiem, po nocy spokojniej (no, może nie dla Svena, któremu Elwira swe kunszta miłosne prezentowała) do miasteczka Darien; po drodze dołączyli do teatrum objazdowego, co dwoma wozami również w tym kierunku jechało. Raz tylko się zatrzymali, na grobli musieli bowiem spór między kupcem a arystokratą rozsądzić, w sprawie pierwszeństwa przejazdu (czym Martin się zajął w negocjatora się wcieliwszy), a potem gościa dziwnego spotkali – jak się później okazało łowcę nagród zapewne – który celu swego szukał, ale na szczęście okazało się, że (jeszcze) nie bohaterów naszych.

W Darien zatrzymali się kompani wraz z Elwirą w gospodzie ,,Pod Smokiem”, gdzie poza kłopotami elfki z paroma miejscowymi (którzy mieli uwagi co do jej pochodzenia), które zresztą Elwira sama rozstrzygnęła (z pomocą miecza), nic się nie stało wielkiego. No może wspomnieć warto, że elfka wraz ze Svenem do zamtuza ,,Błękitna Tunika” się wybrała, ale niedługo tam zabawili.

Zasięgnąwszy nad ranem informacji od mieszczuchów drogę do posiadłości rodziny Morave, czyli do małej wioski i niedużego fortu nad jeziorem Hamen, poznali. Wyruszyli więc po południu, po zrobieniu zakupów niezbędnych. Dodatkowo Martin, znalazłszy w miasteczku siedzibą Gildii Białych Magów księgi znalezione wcześniej im opchnął, za co 120 koron i szkiełko magię wykrywające dostał.

Nie licząc spotkania z olbrzymim wilkiem (którego Sven z Elwirą głownie ubili) droga przebiegła spokojnie i pod wieczór pod rybacką osadą stanęli.

Plan był taki, coby tajnego wejścia poszukać – wiadomo wszak, że większość fortów i zamków takowe posiada – co by w razie oblężenia drogę ucieczki dla załogi, no i sposób na nocne wypady mieć. Należało więc kogoś wypytać, i tak się dobrze złożyło, że sie młody myśliwy z wioski, Gwidonem zwany napatoczył. Złapała więc go Elwira i razem z zakładnikiem kompanija do opuszczonej leśniczówki się udała.

Zdradził im młody myśliwy, że żyją w wiosce dwie osoby, które na zamku uprzednio robiły – stara Olga, znachorka co pokojówką była i Belgar, były straży dowódca.

Okazało się, że Olga wie niewiele, za to Belgar, przez Marina czarem uśpiony znał położenie wejścia do tajnego tunelu. Zdradził to jednak dopiero wtedy, gdy Martin, wykorzystując magie iluzji postać demona przyjął i wmówił biedakowi, że szuka innego demona, który gachem pani Doroty Morave jest i prawdopodobnie zgubę jej szykuje. Za tę opowieść, i 10 złotych koron do podziału na wioskę Belgar wejście tajne, prowadzące wprost do głównego kasztelu zdradził.

Postanowili kompani następnej nocy ruszyć. Elwira wyszła, by w pod osłoną ciemności fort przepatrzeć, a kompani w leśniczówce zostali. I tamże mieli spotkanie dziwne – do leśniczówki weszła zwiewna postać, od której czar jakiś bił, ale wyraźnie dobry i uspokajający. I wywróżyła i ta widmowa kobieta, że przeznaczeniem ich jest porządek świata naszego obronić – jednakowoż przed czym – tego powiedzieć nie chciała. Po tym zniknęła, równie spokojnie i cicho jak się pojawiła.

Niedługo później wróciła Elwira i dalej do rana noc przebiegła spokojnie. Za dnia kompanija poszła wejście do tunelu obejrzeć – i znaleźli tam ślady, oraz skrawek materiału drogiego – ani chybi przez arystokratycznie noszącego się Darreusa zostawiony.

Upewniwszy się, że są na dobrej drodze bohaterowie nasi do północy wyczekali. Ruszyli we czwórkę i tajnym tunelem, który ich do piwnic pod kasztelem zaprowadził.

Na parterze kompanija dwie śpiące pokojówki i dwóch strażników obezwładniła i na piętro się udali, gdzie Darreus nieświadom miał spać w łożu pani Doroty…

Ale Kultysta był w pełni świadom. I przygotowany…

Czekał na nich niewidzialny. Gdy weszli do sypialni wpierw magiczną śliskość wywołał, tak, że kompani na nogach ustać nie mogli. A gdy Martin swój czar próbował wypowiedzieć, w pierś trafił go bełt. Wystrzelony z kuszy Elwiry.

Dopiero wtedy kompani zorientowali się, że wciągnięci zostali w zasadzkę i Elwira od początku w zmowie z Darreusem była. I że jej samotna wycieczka poprzedniej nocy nie po to była by fort obejrzeć, ale po to, by szczegóły zasadzki ustalić.

Bronili się kompani dzielnie. Niziołek z sufitu (gdzie dostał się dzięki swemu pajęczemu kolczykowi) piorunem strącony został. Martina ostatecznie powaliły pociski magiczne. Sven, nie mogąc ustać na nogach celem Elwiry się stał, która go kopniakami i mieczem pozbawiła przytomności. Co prawda było to po tym, jak Sven niziołkiem rzucił, pakując go wprost na Darreusa – ale i to nie pomogło. Choć niziołek, używając swych karwaszy kultystę ranił, zarobił zaraz po głowie złotą darreusową szablą…

Obudzili się związani w piwnicy kasztelu. Sven podsłuchał rozmowę Darreusa i Elwiry, którzy nieświadomi, ze słyszanymi są, o sprawach kultu rozmawiali.

I tak dowiedział się Sven, że niejaki Sagarra zdobył Medalion Kobry i wraz z zauroczoną druidką i niziołkiem do Garlandii ruszył. Że przygotowania Cedryka na dzień {\sl khash} idą dobrze. Że ktoś zwany {\sl Uzurpatorem} nad nimi zwierzchność ma. Że w Carril, stolicy, działa już świątynia Nata-Kranty, z którą Gildia Lazurowej Klingi współpracuje.

Usłyszał jeszcze Sven, że ktoś zwany {\sl ,,S”}, będący łącznikiem z {\sl ,,tymi, którzy chodzą w cieniu”} w Darien czeka w zamtuzie Błękitna Tunika… czyli tam, gdzie Elwira Svena zaciągnęła…

Po tym para kultystów wyszła, nim Martin i Kal przytomność odzyskali…

Nie wiedzieli kompani co zrobić. Pobici i spętani czekali. Kultyści bowiem zamierzali ich wywieźć, by, pod okiem czarowników klątwę Geas złamać i informację wyciągnąć.

Nie dane to jednak było, gdyż znowu widmowa postać się pojawiła. Tym razem zwiewna kobieta rzekła kompanom, że przeznaczeniem ich było właśnie tę rozmowę podsłuchać, by można było plany kultystów pokrzyżować. Na koniec więzy pętające kończyny bohaterów naszych osłabiła tak, że dziecko nawet mogło je rozerwać…

Postanowili bohaterowie jednak czekać. I wkrótce doczekali się, że Elwira przyszła więzy im obejrzeć.

Dalej sprawy potoczyły się szybko. Elwira zginęła bez możliwości dania słowa – trzymana przez Svena, pchnięta własnym mieczem przez Martina. Darreus padł parę minut później, gdy rozszalały Sven zaskoczonego magika toporem potraktował…

Zebrawszy wszystkie łupy kompani szybko uciekli z fortu, tą samą drogą, którą przyszli. Wypuścili spętanych w leśniczówce zakładników – młodego myśliwego i byłego strażnika, po czym do stolicy popędzili, jak najdalej od miejsca morderstwa… W końcu, jeśli ktokolwiek miał uwierzyć słowom Belgara, to jeden demon zabił drugiego, a z tym lepiej nie mieć do czynienia.

Do stolicy kompani dotarli bez przeszkód. Tam zgłosiwszy się we wskazanym przez Simona z Bouvetty miejscu kontakt z Bractwem nawiązali. Zbliżała się zima, więc Bractwo postanowiło ich w mieście aż do roztopów ugościć. Czas ten kompanija na wyszkolenie swych umiejętności poświęcała…

* * *

Stary, siwobrody krasnolud, wygodnie wyciągnięty na krześle wpatrywał się w sufit. A właściwie w oszklone, znajdujące się pod sufitem okienka, które zapewniały w ciągu dnia oświetlenie głównej sali w gospodzie ,,Pod Czerwonym Byczkiem”. Patrzył na wytworzone przez mróz kwiaty na szybach i bardzo, ale to bardzo doceniał dochodzące z kominka i otwartej kuchni ciepło tego wnętrza. Nie rozpraszało go nawet sapanie dwóch wilków, udomowionych przez właściciela i zamkniętych w specjalnej zagrodzie wewnątrz karczmy. te wilki były nie tylko atrakcją przybytku. Jako stały bywalec i długoletni znajomy Veliarda Vellena, zwanego Bródką, właściciela gospody, wiedział, że w głębi zagrody ukryta jest skrzynia z najcenniejszymi skarbami karczmarza.

Krasnolud westchnął i pociągnął kolejny łyk grzańca. Od kontuaru dochodziło stukanie. To Veliard, który nikomu innemu nie pozwalał stanąć za batem ustawiał umyte kufle.

– Wziąłbyś się w końcu za ten stół. Dechę miałeś już wczoraj wymienić. – dobiegł krasnoluda głos Veliarda
- Nie pali się, kurwa jebana mać. Do wieczora, kurwa, czas jeszcze – odparł krasnolud.
- Hangrimie, pamiętaj, że nie jesteś wśród swoich. Szewcem, to jesteś w swoim warsztacie, tu zgodziłeś się pomagać ze stolarką… – ostro skarcił go karczmarz.
- No dobra, ale czas jeszcze. A to tylko jedna decha. Będzie gotowa zanim się zacznie towarzystwo złazić.
Krasnolud, szewc za dnia, stolarz wieczorami i stary opój w nocy (za swą pomoc miał dostęp do praktycznie nieograniczonej ilości Veliardowego wina i piwa) pociągnął kolejny łyk dobrze przyprawionego grzańca. Tak, grzaniec spod ,,Czerwonego Byczka” znany był w całym mieście.
- To już drugi raz. – westchnął krasnolud podnosząc się powoli – Za moich czasów to było nie do pomyślenia. Owszem, stołów, ław i krzeseł łamało się więcej nawet niźli teraz… ale żeby stół kwasem? czyj to pomysł był, żeby tego czarownika na wykidajłę wziąć?
- Sary, oczywiście. A wiesz, że darowanemu koniowi… Sara nigdy mnie nie zawiodła, już od kilku lat przecież podsyła mi ludzi, szczególnie na zimę. Porządna z niej dziewucha. Choć elfka.
- Taa… – westchnął krasnolud. Wziął kolejny łyk i powolutku zaczął kierować się w stronę kontuaru. – Ale czy zdarzyło się wcześniej, żeby magika na wykidajłę kiedyś podesłała?
Veliard odstawił kufle, oparł się o bar i pogładził po bródce. To właśnie dzięki niej, a może przez to ciągłe jej przygładzanie uzyskał swój przydomek – Bródka.
- No chyba nie – powiedział po chwili – raz tylko… Ale nie, to był tylko gość jednej bandy co u mnie trzy lata temu zimowała. Ale nie masz co się czepiać. Martin to porządny gość i nie tak zadufany jak nasi wielcy magicy, rezydujący tu w stolicy na stałe. A musisz przyznać, że nic tak nie uspakaja chłopków i mieszczuchów, jak mały pokaz czarów. A że czasami nasz magik swojej kwasowej strzałki jako straszaka użyje – no cóż. Jakby tego nie zrobił, to ze stołu i tak pewnie drzazgi by zostały.
- Ale za moich czasów, gdym w straży miejskiej robił, to nie do pomyślenia było. – powiedział Hangrim. – Cóż, czasy się zmieniają.
- Masz tu, pijaku – Veliard postawił przed krasnoludem, który zdołał się wskrabać na barowy stołek, kolejny kufel grzańca. – I wiem, ze magików nie lubisz. Ty wolisz takie bardziej staromodne metody… Takie jak na przykład nasz siłacz stosuje.
- Taaa… Sven to jest coś. Dawnom takiego silnego chłopa, a człowieka w szczególności nie widział. Nigdy nie zapomnę, jak wtedy tego szlachciurę przez zamknięte drzwi wypierdolił… Całe wieki żem takiego numeru nie widział… Tylko powiedz Ci po co ci ten kurdupel, Kal?
- A też się przydaję, wiesz przecież. Za gońca potrafi robić i to tak, że nikt go nie widzi.
A i oko ma bystre – trzy dni temu nazad przecież tego kieszonkowca zbystrzył. A że czasami jakiemuś pijaczkowi sakiewkę świśnie. No cóż, jak się chleje na umór, to trzeba liczyć się z kosztami…
- No fakt… – Hangrim łyknął z nowego kufla, rozgarniając uprzednio kłęby aromatycznej pary.
Ile to już będzie? Sześć tygodni, jak tu stacjonują?
- Siedem. Chyba siedem. Zresztą nieważne, powiadają, że zima w tym roku i do kwietnia może potrzymać, więc na pewno warto będzie. Taka obstawa za jeden pokój w gospodzie, nieco żarcia i trochę piwska.
- No nie trochę – krasnolud się uśmiechnął – Sven to potrafi w siebie wlać… Łeb ma mocny prawie jak krasnolud. Silny do tego. Kurde, lubię tego młodziaka. Jakbym jeszcze w straży robił, to w mig sierżantem by był, albo i porucznikiem.
- No nie wiem, dusza raczej podróżnicza. Oni to z tych, co awanturnikami ich zwą. Jak i wszyscy, których Sara mi podesłała… Czasem aż korci mnie zapytać czym się ta nasza pięknisia zajmuje…
- Tfu, psia twoja mać, elfka? Pięknisia? Chyba żartujesz. Żeby cały ich ród sczezł… – wzburzył się Hangrim. – Choć przyznać muszę, że jak niewielu z tej wrednej rasy, ją akurat w stanie jestem ścierpieć…
- A ja to bym by ł w stanie nawet więcej… zwróciłeś uwagę na jej bioderka…
- Tfu, mógłbyś przestać być taki obrzydliwy? Zaraz grzaniec mi przestaje smakować…
Drzwi karczmy otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Powiało chłodem – mróz już teraz był dość silny, co zwiastowało, że nocą będzie naprawdę zimno. Do środka wskoczyło coś małego, niemalże kulistego – tak poowijane było rożnymi szmatami i płaszczami. To coś otrzepało buty z resztek śniegu i zmierzając w stronę kontuaru (a może raczej kuchni) zaczęło się odwijać, ukazując znajdującego się wewnątrz niziołka.
- Masz? – zapytał Veliard swym gromkim głosem.
- Jasne – odparł Kal, uwolniwszy głowę spod wełnianego kaptura. Trzy korony pięć szylingów. – powiedział rzucając. Veliardowi małe zawiniątko. Veliard złapał je w locie, po czym powąchał.
- Eppon zarzekał się, że goździk jest prosto z Faradii. – powiedział Kal. Nogi same niosły go w stronę kuchni – Co na obiad?
- Stój dzwońcu – powiedział karczmarz. A głos miał donośny, Kala powstrzymało jak pod wpływem czaru. – Jeśli to jest faradyjski goździk, to ja jestem Akwitańskim cesarzem. Ale dobra, niech ci będzie. Ale w to, że dałeś trzy i pół korony uwierzę dopiero, gdy słońce wzejdzie na zachodzie.
Kal uśmiechnął się. Powoli jednak, pod groźną miną Veliarda mina mu poważniała.
- No dobra – powiedział wreszcie, sięgając do kieszeni. – Kosztowało mnie to dwa i pół.
Ze zrezygnowaniem Kal podszedł do kontuaru. Wyjął sakiewkę i zaczął odliczać srebrne szylingi. Raz, dwa… Przy piątym Veliard położył na nich rękę.
- Reszta twoja, dzwońcu – powiedział i uśmiechnął się. – I idź do kuchni, żonka da ci tam gulaszu z kaszą.
Kal, już uśmiechnięty, wyplątując się z płaszcza pognał w stronę kuchni.
- Ach, stój jeszcze – zawołał karczmarz. – Gdzie Martin?
- W bibliotece u Mariangi siedzi. Zaraz powinien być.
- Dobra. Jak zjesz, to drałuj na górę obudzić Svena. Czeka na was list od Sary, zupełnie bym zapomniał…
- Dobra, zjem tylko – radośnie podskakując Kal pognał do kuchni, nie omieszkając po drodze ,,szczeknąć” na zamknięte w zagrodzie wilki. Te odpowiedziały tym samym, tyle, że dużo głośniej. Ale Kal na to nie zważał. Był zadowolony i wesoły.
Bo goździki kosztowały go u Eppona tylko dwie korony…

duzoblota

Ogień, woda i błoto. Dużo błota.

duzoblota

Gdyby któren raczył kufelek u gospodarza naszego dla mnie zamówić, to wdzięczność moja dozgonną by była… Alem wczora zabalował. Jaśnie pan von Raugensbruck na swoje komnaty mnie zaprosił, co bym mu historyjami paroma mokry i zimny wieczór umilił. No i dla rozgrzewki popili my trochę… Piwo dobre miał, z małego browaru co we wsi Tarnowo, nieopodal solicy stoi. Zacne tam piwo warzą, prawie tako i dobre jak garlandzkie. No a potem, nim spiryt z piwa z głowy zdołał wyparować, na antałek miodu, dwójniaka gospodarz był mnie namówił… Co dalej było, to li nie pamiętam, zabijcież. A najgorsze to, żem się rano w łóżku z jedną ze służących zbudził… Ino nie pamiętam, czy li co było, czy nie. Wiecie, słuchacze moi mili, w moim wieku, a wiosen widziałżem już z górą pięć tuzinów, to okazyje takie rzadko się zdarzają.

Ale chyba do końca żywota mego w niewiedzy pozostanę, bo panna ta (a tam, panna, ledwie z piętnaście roków ode mnie młodsza), ino się z ranka uśmiechała i nic powiedzieć nie chciała.

Dzięki waćpanowi za ten nektar słodki. Ach… o Eleanie, który czuwasz nad nami, czemu takie katusze zsyłasz na tych, którzy nieco zabawić się ino pragną. Wierzę ja, że bóg nasz sprawiedliwy nie tym był, co kacem nas pokarał, musiała być to sztuczka jednego ze złych bogów, jakiegoś li Nerrula, albo Morglitha, sprawka. Choć zastrzegam wobec wszystkich, żem jest Eleana pobożnym wyznawcą i jak nasz bóg nakazuje wyznaję, że inni bogowie nie istnieją, a szczególnie ci źli.

Uchmmm… Jeszcze łyczek. Dobre to piwo, umysł zrazu rozjaśniać się poczyna. O czym to ja miałem… Ach tak, historyja kompaniji naszej słynnej czeka. Gdzie żem to ja ich ostatnio ostawił? W bagiennej świątyni powiadacie? Po tym jak po raz pierwszy przed ognistym demonem uciekli byli? To i w tym miejscu historyję podejmę.

Podleczyli swe rany nasi bohatyjerowie przy kolumnie magicznej, co dobry czar na wszystko rzucała – ale jedyne to takie miejsce w opuszczonej świątyni było. Dodatkiem wejście jedno tylko ta komnata miała, i z tegoż powodu strategicznie niepraktyczna była jako stanica obronna, wyszli więc nasi kompani z pomysłem, jak demona pokonać – ogień wszak wody się boi i każdy prawie ogień wodą można zgasić. Wpadli więc na pomysł, że w wielkiej komnacie otoczonej kolumnadą się zaczają, gdyż tamże sadzawki z brudną i cuchnącą, ale jednak wodą, stały. Nim to uczynili jednakowoż, spotkanie z kultystą głównym mieli, oraz z demonem małpowaty, co jego rodzaj w otchłani Jovoc nazywają. Kultysta – widzi się jakisik kapłan li też czarownik podszedł do nich niedbale, ale przyczynę miał ku temu – czarem jakowymś był obłożon, że nikt na niego ręki nie mógł podnieść – własne członki kompanów słuchać nie chciały, gdy z nimi rozmawiał. Zresztą to nie rozmowa była, kultysta chciał się chyba ino kompanom przyjrzeć, i odszedł śmierć im wieszcząc.

Wtedy niewysoki demon Jovoc ich napadł. A wiedzieli już jaka zła aura go otacza – wszystkie rany jakie mu zadali na nich samych się odbijały, przynajmniej tych co blisko byli. Uciekli więc przed demonem do wielkiej komnaty z kolumnadami, sadzawkami i zrujnowanymi schodami na górę…

Małpowaty stwór za nimi pognał i odganiany łukiem Goeyl’drina i czarami Martina na kolumny się wspiął – a kolumny to były wielkie zaprawdę, każda ze sześć tuzinów kroków wysokości miała. Tam im zniknął, ale wiedzieli, że czai się tylko by znienacka zaatakować.

Nim go jednak dopaść mogli nowe wrogi przyszły. Z jednego z wejść do komnaty kultyści dwaj wyszli – czarownik, szef zgrai z którym już rozmawiali i drugi, wojowniczy, z kuszą do strzału przygotowaną. No i zaczęły się tańce. Czarownik Martina unieruchomił, wyłączając do tym samym z walki, gdy pozostali do ataku ruszyli. Kultyści za kolumną jedną się skryli, elf używając innych kolumn skradać się do nich zaczął i zdołał wrazić strzałę w brzuch czarownika, a potem starł się z drugim kultystą. Kal zaś próbował się do ranionego podkraść, by dobić go – jednakże czarownik, w magii kapłańskiej obznajomion uleczyć się zdążył. Martin dalej jako ten słup soli stał, a Sven miał nowy problem. Bo oto z drugiego do komnaty wejścia okazał się ognisty demon.

Jak mi to jeden z uczonych z akademiji magików w Navarrze objaśnił demony te Parthelee są zwane. Wzrostem i kształtem człowieka przypominają, nieco wychudzonego po prawdzie, ale za to łapy długie i pazurzaste mają. Ale cechą ich najgroźniejszą są ognie, w których wiecznie pogrążone chodzą. Jakby i tego mało było bronią zwykłą ich nie zranisz, stal, choćby i najlepsza skóry nie przebije, a na dodatek poparzyć się można, gdyż płomienie wraz atakującego obejmują. Przekonał się o tym Sven, gdy topór jego od stwora się odbił, a tylko grube rękawice sprawiły, że wojownik ledwo ręce sobie poparzył. Sven rozsądkiem się wykazał i od demona odstąpił – ten na jego szczęście gonić go nie zamierzał, a tylko do czarownika dostać się chciał, by go bronić.

A czarownik był w kłopotach – już się do niego niziołek zakradał. Kultysta jednakże czar jakowyś rzucił i niematerialnym się stał, w widmową postać zamienił. Nic mu kompani zrobić nie mogli. Na czar ten kompanija miała jednak odpowiedź – Martin, co czucie i ruchomość odzyskał do tuby z pergaminami sięgnął i zwój jeden, co magię rozpraszał, odczytał.

I w samą porę się Martin ocknął. Bo właśnie elf, sprawiwszy się z drugim kultystą w nowym kłopocie był. Na plecy, spod sufitu spadł mu zapomniany przez wszystkich Jovoc. I starli się na zęby i pazury. Goeyl’drin, silny jak na elfa górą był jednak, dodatkowo Martin mu pomógł, spętali małą bestię i ostawili.

W tym czasie Sven z ognistym demonem tańcował, próbując przy tym czarownika zranić, gdyż ten pod wpływem czaru Martina powoli zaczął się materializować. Chlusnął nawet Sven wodą, wypełniwszy nią wcześniej hełm własny, w sadzawce unurzany – ale płomienie na chwilę ino przygasły.

Wrócili wtedy nasi bohaterowie do pomysłu, żeby demona wrzucić do takiej sadzawki – i było im się to udało, jednakowoż elf poparzeniem to silnym przypłacił, a niziołek – co za potykacz posłużył, kopniaka ognistego w dosłownym sensie zarobił. Znalazł się jednak Parthelee w sadzawce.

I wtedy komnatę wypełniła mgła.

Woda parować zaczęła na potęgę, gorąca para zasłoniła wszystko. Demon stanął w sadzawce jak wryty – całą swą moc skupić bowiem musiał, by jego ognie nie zgasły. Wkrótce otoczyły go takie kłęby pary, ze kompani z oczu go stracili. Stali więc Martin, Kal i Elf – mocno poturbowany i zemdlony niemal i zastanawiali się co dalej czynić.

Ale nie Sven. Ten zbystrzył bowiem, że czarownik już z powrotem w całości w tym świecie był – i uciekał do jednego z bocznych korytarzy. No to Sven za nim… ale nie za dobrze to się skończyło. Z ciemności błysk jasny i grzmot wojownika poraziły i powaliły – zaś czarownik pomóc swemu demonowi pobiegł.

A Parthelee w tym czasie wyparował całą sadzawkę. I znowu staną w pełni swej ognistej mocy. I za kompanami pogonił.

Wiele korytarzy przebiegli, w koło się kręcąc. Głownie Martin gniew demona za sobą ciągnął – bo jedynym sprawnym był, i tylko on czarami krzywdę tej potworności mógł zrobić. Zapędził jednak demon kompanów w jedyne miejsce, gdzie ich dopaść nie mógł – do ochów zalanych wodą, w której bohaterowie po pierś brodzili. Okaleczony elf i niziołek stanęli tam, czekając na to co demon zrobi.

Sven w tym czasie czarownika-kultystę wytropić zamierzał, myśląc, że jeśli go zabije, to i demon odejdzie. I byłoby mu się to udało zapewne, bo był juz blisko…

Martin, Kal i Goeyl’drin stojąc w wodzie zobaczyli tylko, jak postać demona zaczyna się rozmywać i migotać, by wreszcie zniknąć.

I pojawić się tuż przed Svenem.

Cóż miał zrobić wojownik? Tylko jedno mu pozostało. Wycofanie na z góry upatrzone, korzystne od strony taktycznej pozycje.

Czyli mówiąc po naszemu – Sven zaczął spierdalać, aż mu się spod butów zadymiło.

Demon mógł się bowiem teleportować. Jak mogli mieć nadzieję na pokonanie takiego stwora?

Znaleźli się więc całą czwórką w zalanych lochach. Wody było już tam za dużo, jak na demona – każda bowiem moc ma swoje granice, i Parthelee wolał nie ryzykować ich sprawdzania – ile wody mógł swoim ogniem odparować? Sadzawkę – tak. Ale zalane na wysokość paru łokci, rozległe lochy?

Stanął więc demon u wyjścia z lochu i czekał.

Kompani, mokrzy cali i zziębnięci, bo woda lodowato zimna była, też nie wiedzieli co zrobić.

Starcie z demonem oznaczało prawie pewną śmierć. Lochy – choć zalane, zimne i cuchnące były zaledwie niewiadomą.

Postanowili więc ruszyć wgłąb lochu, w poszukiwaniu drogi wyjścia. I znaleźli.

Loch pełen był wody, gdyż przez zawaloną ścianę w jednej z licznych komnat wpływał tu mały strumyczek. Strumyczek zdołał wyżłobić już niewielki prowadzący w górę korytarz, którym kompanija podążyła.

Do jaskiń. Skrytych nieznanych nikomu, leżących głęboko pod bagnem jaskiń. Ale była to jedyna droga ucieczki, jaką widzieli.

Odeszli od lochów spory kawałek, korytarz jaskini prowadził ich to w górę, to w dól, zanim zdecydowali się odpocząć. Ile spali – nie wiadomo. Wszyscy wymęczeni zasnęli. Zziębnięci, mokrzy do ostatniej nitki, ale przede wszystkim wycieńczeni.

Sen dobrze kompaniji zrobił – poza elfem, którego rany i poparzenia zaogniły się po kontakcie z brudną wodą w lochu. Wygrzebali z sakw ostatnie eliksiry uzdrawiające i ruszyli.

Korytarze z rzadka się tylko rozwidlały, rzadko też kompanija napotkała większe przeszkody. Raz wspiąć się musieli na urwisko (rannego elfa trzeba było tam wciągać), gdzie czekał ich jeden z mieszkańców jaskiń – wielki na metr robak o długich czułkach, których dotknięcie zamieniało metal w rdzę. Przekonał się o tym boleśnie Sven , który stracił w tym spotkaniu zarówno swój topór, jak i zbroję. Potem przebyć musieli paru metrową szczelinę, która przecinała korytarz – pierwszy, używając czaru lewitacji poszedł Martin, a za nim, po rozpiętych linach pozostali się przeciągnęli.

Kolejne spotkanie było dziwne i zaskakujące – korytarzem popędził na nich wielki pajęczak, o długich nogach i małym odwłoku. Popędził… i przemknął obok, zupełnie jakby czymś wystraszony. Już wkrótce mieli się bohaterowie przekonać czym był wystraszony.

Dotarli bowiem do wielkiej groty, oświetlonej słabym, zielonkawym światłem, które dawały rosnące na ścianach i suficie mchy. Komnata ta w dużej części zarośnięta była grzybami – i to nie takimi, które waszmość państwo zwykli do barszczu wsadzać, ino wielkimi, kolorowymi, wysokimi niczym drzewa.

Przedarli się przez ten las, choć ostatnie kroki pokonali biegiem – jeden z grzybów obudził się bowiem nagle i zaczął piszczeć, czy wyć… Ja tam nie wiem, jak się odgłosy grzybów zwą, wszakże dźwięk wydawał z siebie głośny. Na tyle głośny by zwabić żerującego nieopodal ścierwojada.

Nie po raz pierwszy spotkała się kompanija z tym pełzającym potworem o paraliżujących mackach. Toteż i tym razem lepiej im poszło. Wiedzieli, że cielsko stwora od spodu bardziej miętkie. I tam posłał Martin dwie czarem przywołane strzały kwasu, zaś Sven, wziąwszy od Goyel’drina magiczny miecz ruszył na stwora i wraził go w miękką część cielska. Śmiertelnie ranion stwór jął uciekać, a szczęśliwi nasi bohaterowie nie zamierzali go gonić.

I wtedy zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Zaczęło się od złotawych błysków w głębi komnaty. Kal poszedł je zbadać, a pozostali zobaczyli jak niziołek pada nagle… Poszedł więc za nim Sven. Ale niziołek nie padł tak naprawdę. I widział, że Sven idzie w jego stronę, z wyciągniętym mieczem i z mordem w oczach!

Czarodziej i elf zobaczyli zaś jak Sven pochyla się nad niziołkiem i próbuje go dobić. Martin próbował rzucić czar snu, by uśpić oszalałego najwyraźniej Svena. Przerwał mu jednak Goeyl’drin, który zobaczył, że pomiędzy czarującymi palcami Martina pojawia się wycelowana w Svena kolejna kwasowa strzała.

W tym czasie Sven doszedł do leżącego – jak mu się wydawało niziołka i próbował go cucić, po to tylko, żeby zobaczyć, jak Kal odzyskuje przytomność, jego oczy płona czerwienią a jego sztylet razi Svena pod żebra.

Zapanował chaos. Kompani jęli rzucać się na siebie. Dodatkowo w korytarzy, którym przeszli pojawił się demon Parthelee…

Pierwszy oprzytomniał Kal. Nie zważając na nic sięgnął do swej sakwy i wyciągnął flakon z miksturą, co umysł rozjaśniała. I zobaczył wszystko. Nie było demona, a kompani rzucali się na siebie pod wpływem zmąconych umysłów.

Następny oprzytomniał Sven. Starł się – tak mu się zdawało – z atakującym go elfem, gdy spostrzegł, że elf trzyma w ręku magiczny miecz. Ten sam miecz, który przecież Sven dzierżył w dłoni, jeszcze po walce ze ścierwojadem. Coś tu było nie tak.

Do elfa dotarły krzyki Svena i Kala. Zranionemu Goeyl’drinowi trudno jednak było się zupełnie otrząsnąć – jedyna nadzieję stanowiła sadzawka, małe jeziorko z lodowato zimną wodą. Tam też elf się rzucił i woda zmyła z niego ogłupienie.

Najgorzej skończył Martin – w swoim umyśle walczył z demonem. Demon go powalił, a porażony falą mentalnej energii czarodziej zemdlał. Pozostali zdołali go jednak po kilku minutach ocucić, i w te pędy uciekli z przeklętej komnaty, nie wiedząc nawet co spowodowało te wszystkie zwidy… Cóż to mogło być, zapytacie? Może powietrze zepsute przez rosnące w grocie mchy, tudzież grzyby. A może istota jaka co w mroku pozostała, nie ujawniwszy się do końca, wizje tak okropne na kompanów zsyłała. Ale to już się stało nieważne – musieli przede wszystkim uciec z jaskiń na zewnątrz.

Ochłonąwszy ruszyli dalej i długo jeszcze błądzili jaskiniowymi korytarzami. Dotarli do ślepej komnaty, gdzie rozbudzili siedlisko mrówek – a były to mrówki, że ho, ho! Wielkości psa, rzekłbym, a było ich – jak to mrówek – całe mrowie, i ciągle ze szczelin w komnacie wyłaniały się dalsze.

Wrócili więc kompani tą samą drogą i tylko przytomności Martina zawdzięczają, że ich te mrówy nie zżarły – przywołał on bowiem swą magię i pajęczą nicią korytarz za sobą zalepił.

Na koniec, po kolejnych godzinach wędrówki, gdy już prawie powiew świeżego powietrza poczuli, jeszcze jedna ich przeszkoda czekała. U wylotu jaskini parka bagiennych ludzi, Meazelami zwanych, domostwo swoje miała. Szczęśliwie wiele lat ślęczenia Martina nad księgami tu się przydało; rozpoznał on bowiem te istoty i kompanom radził nie zbliżać się do nich, gdyż bagienni ludzie, o skórze pokrytej pleśnią, zgnilizną i wrzodami mogli zarazić bohaterów naszych wieloma chorobami. Czarodziej przywołał więc za pomocą swej magii psa potężnego, który bagno-ludzi walką związał, w czasie, gdy kompanija cała chyłkiem czmychnęła na zewnątrz.

I znaleźli się oto na świeżym powietrzu. Wieczornym i mglistym, cuchnącym zgnilizną bagiennym powietrzu.

Byli bowiem dalej na tych samych bagnach, na których znaleźli piramidę i leżącą pod nią świątynie. Nie mieli jednak pojęcia jak daleko są od tamtego miejsca, ani czy w ogóle da się tam dojść.

Postanowili przeczekać do rana.

Rankiem kompanija uradziła, co by Piramidę jednak odnaleźć, wszak zostawili tam nie tylko część swego dobytku, ale i przede wszystkim nieprzytomną druidkę Amber pod opieką małoletniego niziołka Raro… Tylko jak dojść do Piramidy? Jak ją znaleźć?

Znalazł ją kruk, chowaniec Martina, przywołany przez niego. Bohaterowie wiedzieli, w którą stronę ruszyć – pozostało tylko przejść przez bagna.

Brodzili więc po kostki, lubo po pas w błocie, szukając bezpiecznej drogi. Przedzierali się przez kępy trzcin i traw wysokich, które zarastały mniej mokre miejsca. Przejść musieli po wielkim przywalonym pniu – czego Sven i Martin omal nie zakończyli upadkiem w bagno. Spotkali głodnego mefita szlamu – mała istotkę, przywołaną z innych planów zapewne przez jakiegoś czarodzieja, dawno, dawno temu. Aż wreszcie zatrzymała ich mgła – dziwna, srebrzysta i skrząca się mgła, co pozbawiała jasnego myślenia, a Martinowi wyssała nawet jeden z zapamiętanych czarów.

Zdecydowali się więc kompani na kolejny nocleg na bagnach. W nocy zobaczyli błędne bagienne ogniki – wysłany przez Martin ,,na zwiady” kruk omal nie przypłacił tego życiem rażony przez błyskawicę, która wystrzeliła z takiego ognika. Drużyna miała jednak szczęście, że ognik nie zbliżył sie do ich obozu.

Rankiem okazało się, że srebrzysta mgła, co im blokowała drogę, odpłynęła nieco w bok, pozwalając na przejście.

Jeszcze przed południem dotarli do piramidy. Założone przez kultystów obozowisko pod piramidą było zniszczone, częściowo spalone – ale dzięki resztkom kompanija zdołała uzupełnić nieco swe nadszarpnięte zapasy. Nie znaleźli natomiast druidki, ani małego niziołka, który przywiódł ich do piramidy – zostały jedynie ślady. Ślady człowieka, zapewne czarownika-kultysty, ślady lekkonogiej Amber i ślady niziołka. Tuż obok nich wiodły ślady ciężkich, jakby pokracznie stawianych obutych stóp. Dwóch par stóp.

Zombie?

Zjadłszy posiłek ze znalezionych w zniszczonym obozie porcji sucharów i suszonego mięsa komapnija ruszyła w pościg. Droga była już im bardziej znane, do tego ślady pozostawiane przez ściganych były bardzo wyraźne – tam oczywiście, gdzie to było możliwe. Pod wieczór stanęli na brzegu bagien, w miejscu obozowiska, w którym kultyści pozostawili konie.

Koni nie było.

Czwórka kompanów znalazła za to przerażonego Ramona – trapera i myśliwego, który był ich przewodnikiem od wsi Poddębowiec. Opowiedział on im o Trzech osobach, które wyszły z bagien – w jednej z nich rozpoznali czarownika, drugą była Amber, trzecią zaś niziołek Raro. Jednakże zarówno druidka, jak i niewysoki małolat twarze mieli bez wyrazu, oczy bez błysku, a robili tylko to co kultysta im kazał. Powód mógł być tylko jeden – zostali zauroczeni, albo w inny sposób opętani…

Zabrali jednak wszystkie konie, toteż drużyna musiała do wioski niziołków ruszyć pieszo. Dotarli tam już grubo po zmierzchu. Umorusani, umoczeni, z rannym o gorączkującym ciągle elfem, w gospodzie wyprosili nocleg – tak jak już wcześniej im to się udało – we wioskowym młynie, bo był to jedyny w osadzie budynek na tyle duży, by mogli spokojnie rozprostować kości.

Noc była zimna i wietrzna. Ich konie czekały nieopodal – ale jak mieli powiedzieć matce małego Raro, w której zagrodzie pozostawili swe wierzchowce, że jej syn zaginął? I co mieli robić dalej – ścigać czarownika by odbić Amber i małego niziołka, czy ruszyć za przywódcą kultystów, Darreusem, do stolicy – tak jak zostało im to przykazane przez Bractwo? Pierwsza możliwość groziła tym, że ciążąca na nich klątwa Geas ich zabije. Druga – że być może nigdy już nie zobaczą bursztynowo włosej druidki.

Co mieli robić?

Cóż uczynić?

Postanowili się z tym spokojnie przespać. A rano się zobaczy…

caveswamp

Bagna i podziemia

Dawno żem już u was nie stajał gospodarzu, i wy, słuchacze moi mili, oj dawno. Kawałek spory świata żem zwiedził i historyi różnych nasłuchał, które opowiedzieć wam mógłbym, ale wiem, ze nie po temu żeśmy się tu zebrali, a ino po temu, coby historyję bohaterskiej naszej piątki dalej opowiedzieć.

caveswamp

Jako żem już miesięcy ładnych parę w tejże gospodzie nie bajał, pozwólcie, że trochę opowieść cofnę, co by niektóre fakta waszmościom i waćpannom przypomnieć.

Od czego by tu zacząć… Może od wyjazdu z Bouvetty? W mieście tym kompanija nasza Darreusa ścigała, co do kultu złej boginki Nata-Kranty przynależał, ale mimo zabiegów licznych nie udało się go bohaterom naszym namierzyć. Dorwali jednak niejakiego Bastiana, najwyraźniej Darreusowego współpracownika – aczkolwiek ten im nic powiedzieć nie mógł, bo go elfka Elwirą zwana w rzece nożem zadźgała. Jednakże na barce, na której nikczemnik ukryć się próbował kompani ślad znaleźli – w dzienniku kapitana spotkanie umówione było z Darreusem, dnia piątego listopada 664-go roku Po Kataklizmie. Notka też tam była, co ów Darreus lądem podróżuje i spóźnić się może…

Za radą Simona, rezydenta Bractwa w Bouvetcie, bohaterowie nasi w ślad za kultystą ruszyli gościńcem w stronę stolicy. Daleko jednak traktem nie zajechali, gdyż już na pierwszym stajaniu, we wsi Poddębowiec okazało się, że kareta Darreusa z obstawą w las poszła, na północ, przez lasy, w stronę wioski niziołków i bagien. I tam też bohaterowie z miejscowym przewodnikiem ruszyli.

W lesie starli się z dwoma kultystami, co przy porzuconej karecie się ostali – i choć żywcem jednego wzięli, to próby wyciągnięcia czegokolwiek na niczym spełzły. Dotarła kompanija do wioski niziołków, gdzie jak się okazało kultyści już byli. Tam do bohaterów naszych zbliżył się młody niziołek Raro. Okazało się, że brat jego, Dalamir kultystów na bagna poprowadził, gdzie tajemnicze jakoweś ruiny się znajdowały. W zamian za obietnicę uratowania brata Raro zgodził się zaprowadzić bohaterów do tychże ruin.

Zostawiwszy wierzchowce na niziołkowej farmie bohaterowie pieszo dalej ruszyli. Na brzegu bagien obóz kultystów znaleźli, w którym pod strażą dwóch fanatyków konie pozostawione były. Wyrżnąwszy straż bohaterowie dalej w bagno ruszyli.

Ciężka to była droga i niebezpieczeństw pełna. O mało nie potopili się kompani nasi, zwalczyć musieli istoty bagienne – pająka wielkiego, ogromną ropuchę, co na Martina chrapkę miała, i węża dusiciela. Ale w końcu dotarli do piramidy położonej na wysepce wśród bagien. Po drobnym starciu z kultystami co obozowiska pilnowali (pięć do zera dla naszych) do piramidy dziwnej zeszli, śladem pozostałych kultystów. Piramida ta, jak się okazało, szczytem świątyni wężowego bóstwa była, zła magia i trupi zapach stęchlizny kompanów otoczył.

Wtedy to, wkrótce po wejściu Sven, nieborak, opętany został, gdy ofiarny sztylet, krwią naznaczony, z mrocznego ołtarza próbował wyciągnąć. Musieli go kompani związać i wyprowadzić na zewnątrz. A potem pozostała czwórka zeszła niżej, na trzeci poziom, gdzie właściwa świątynia w skale wykuta była.

Tam ślady kultystów znaleźli i za nimi ruszyli. Okazało się wkrótce, że nie wszystko w świątyni umarło – setki, a może i tysiące ofiar, które wężowemu bóstwu Setesh’owi oddane były, sprawiły, że miejsce to tak nasiąknęło złą magią, że umarli do końca nie umierali. Starli się bohaterowie kilka razy ze szkieletami i zombi, powstałymi zarówno z kapłanów świątyni, jak i z elfów, które najwyraźniej przybytek ten zniszczyły – a stare to było miejsce, pewnikiem na tysiąc lat przed kataklizmem zbudowane.

W jednej z komnat kompanija nasza spotkała impa – demona małego, co przez cały ten czas zamknięty w pokoju swego mistrza – czarodzieja siedział. Nie zdołali go jednak kompani uwolnić, mimo iż Kal z Martinem próbowali mocno, poganiani zresztą przez Goeyl’drina, któremu śniły się skarby w pokoju czarnoksiężnika zaklęte.

Znaleźli też bohaterowie lochy, których dolny poziom wodą był zalany, gdzie znowu z zombiszczami się starli. Potem zaś druidka Amber wyszła na górę by sprawdzić co się ze Svenem dzieje i pech chciał, że na nią klątwa przeszła.

Zmęczeni kompani – po całym dniu marszu przez bagna i kilku godzinach w lochach na spoczynek się udali – na dole, w świątyni, przy schodach – jedynym jak sie zdawało wyjściu. I wtedy w nocy rzeczy dziwne dziać się zaczęły. Trzęsły się ściany, zawaliły się schody. Dźwięki dziwne jakby ze ścian się wydobywały – wizgi, piski i wycia. Gdy wszystko to ustało, okazało się, ze drogi powrotnej na górę juz nie ma…

Wypoczęli bohaterowie i dalej, za śladami kultystów podążyli. W jednej z komnat upiór jakowyś okropny elfa mocno zranił – a nieziemska to była rana, co zdawało się, że elfa mocno postarzyła. Potem bohaterowie nasi wielka komnatę znaleźli, pewnie główną świątynię – i tam się też dziwy działy – świece zapalały się same, kielichy wypełniały krwią, postać widmowa głównego kapłana się pojawiła. Wreszcie, gdy nawet znaleziony kapłański, szczerozłoty hełm nie pomógł, ostawili to w spokoju.

Potem znaleźli jeszcze skarbczyk, mocno zamknięty, a wewnątrz księgi jakoweś i szaty. A w innej znowu komnacie, wewnątrz wielkiego pentagramu,istotę jakowąś, co jakby z czarnej mgły zrobiona była – demona pewno potężnego, co kompanów o uwolnienie prosił. Nie ulegli mi jednak, mimo obietnicom i dalej poszli, pozostawiając nikczemnika na wieczne potępienie.

Wreszcie zeszli bohaterowie do katakumb. Tam dostali się na galerię głównej hali, gdzie akurat kultyści, a w szczególności czarodziej jakowyś, czy kapłan może z przywołanym demonem ognistym pertraktował. Drugi z demonów już po stronie kapłana był i kompaniję zaatakował, a wredna to była istota – każdy cios jej zadany wszyscy kompani na sobie również odczuwali. Niziołek i Martin omal życiem tego nie przypłacili. Odgoniwszy czarnego, małpowatego demona Sven z Goeyl’drinem zaciągnęli kompanów do znalezionej wcześniej komnatki, w której biała kolumna uzdrawiającym światłem promieniowała. Goniły ich tylko dźwięki – trzask łamanych kości i gruchotanych pordzewiałych broni – to ognisty demon przebijał się przez hordy martwiaków, które dotąd blokowały drogę wyjścia kultystom. I szło mu to całkiem żwawo…

* * *

Komnata nie była duża, może dziesięć na dziesięć kroków. Ale była inna niż wszystkie tu, na dole. Ściany wyłożone były białawym, polerowanym marmurem, którego prawie nie sięgnął ząb czasu. Posadzka z kwadratowych bloków szarego granitu pokryta było co prawda warstwą kurzu, ale nie było widać tu śladów jakiejkolwiek walki. Tak częstych w innych miejscach świątyni. Po środku komnaty, otoczona niskim murkiem – kiedyś pewnie brzegiem basenu od dawna nieczynnej fontanny – stalą pojedyńcza kolumna. I nie była to zwykła kolumna – ta dawała blade, białe światło, ale co najważniejsze dawała poczucie spokoju i promieniowała jakąś magiczną energią. Dobrą energią.

Kolumna była tez jedyna z innego powodu. Była to bowiem zapewne jedyna w całym znanym świecie kolumna obejmowana w tej właśnie chwili obiema nogami i rękoma przez niziołka. Poobijanego niziołka, który jednakże w tej chwili miał bardzo błogą minę…

Sven podniósł się na nogi, aż trzasnęło w kolanach. Roztarł swędzącą zaczerwienioną ranę na czole – ślad po uderzeniu własnego topora. Tylko, że topór ten uderzył w łeb małpowatego czarnego demona… rana była jednak tak bolesna, jakby rosły wojownik sam sobie przyłożył. Fakt, dobre białe światło kolumny złagodziło juz ból i pozostało tylko swędzenie. Natarczywe i wcale nie mniejsze od tego, jakie czuł pod czaszką, gdy próbował sobie wyjaśnić co tak właściwie go uderzyło. Magia, czarna magia – to było daleko poza możliwościami umysłu Svena.
– Co dalej? – zapytał elf, siedzący z plecami opartymi i murek wokół kolumny.
– Jak to co? Spierdalamy! – odpowiedział mu Sven, zagapiony czerwoną szramę na czole elfa, mógł się tylko domyślać, że taka sama swędzi właśnie na jego czole. Martin również miał taką ranę (ten cios pozbawił go przytomności), ślad Svenowego topora nosił również Kal.
– Tylko gdzie? – zapytał elf. – Schody zawalone, a innego wyjścia nie widziałem.
– Nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego. Jest jeszcze parę komnat i korytarzy… – zaczął Martin.
– Taaa…. Da to temu ognistemu dość czasu, by nas znaleźć dorwać… – Sven nie miał wesołej miny – widziałeś co on robił z tymi szkieletorami?
– Nie sądzę, żebyśmy mieli z nim jakiekolwiek szanse. – przyznał Goeyl’drin. – A na dodatek jest jeszcze ten mały czarny kurdupel.
Elf próbował wstać. Oparł się przy tym na prawej ręce i syknął z bólu. Prawe ramię, a szczególnie bark nie wróciły jeszcze do normy po upiornym dotknięciu.
– Tak, trzeba znaleźć i na niego sposób. – zauważył mądrze Sven. Swędzenie nie ustawało. Na czole i pod czaszką.
– Może z daleka? – zasugerował Goeyl’drin – Pamiętacie? Mojego pierwszego strzału z łuku nie poczuliśmy. Mógł być wtedy o ile? Trzydzieści kroków od nas?
– Może to i sposób. Ale ja myślę o czymś innym… – Martin zawiesił głos.
Sven poczuł ulgę. Nie musiał już myśleć. Martin miał pomysł. Swędzenie słabło.
– No… – ponaglał elf.
– Ten czarny dym w pentagramie. Ten demon… jakby go napuścić na ognistego.
– Tfu, wypluj te słowa! – krzyknął Sven. – Co za idiotyczny pomysł. Jeszcze jednego chcesz na nas napuścić.
Swędzenie pod czaszką wracało. Dużo silniejsze.
Martin nie odpowiedział. Siedząc gapił się w podłogę, palcami mieszając w woreczku z ingredientami do czarów. Elf nerwowo chodził wokół kolumny. Sven, oparty plecami o ścianę ciągle pocierał czoło. I żałował, że nie może się podrapać pod czaszką.
– Ufff… – Odezwał się Kal wypuszczając białą kolumnę ze swych objęć. – Jak dobrze.
Stanął na równe nogi i przeciągnął się. Potem zwinnie przeskoczył murek.
– Wybaczcie panowie, ale muszę się oddalić celem ulżenia moim potrzebom fizjologicznym. – powiedział. – Idę się odlać.
– Tylko luknij tam w stronę katakumb. A jak spotkasz ognistego, to możesz go olać i ode mnie.
Martin podniósł szybko głowę. Dreptający wokół kolumny elf stanął nagle. Obaj spojrzeli na Svena.
– Sven, jesteś genialny – powiedział Martin.
– Hę?!? – rosły wojownik był mocno zdziwiony. Martin i Goeyl’drin popatrzyli tylko na siebie. Dlaczego – zastanawiał się Sven. – Co ja takiego powiedziałem?
Swędzenie nasiliło się jeszcze mocniej.

piramid

Wężowa piramida

A więc, słuchacze moi szanowni… że co? Że się nie zaczyna zdania od ,,a więc”? A niby poczemu? Dyć ja już będzie ze trzy lat dziesiątki historyje różnorakie opowiadam i jeszcze mi nikt na to uwagi nie zwrócił… Waszmość chyba literaturę studiował na Hadrwarskim uniwersytecie, co?

piramid

Pięknego gadania tam uczą i wierszów czytania, a i pisania zda się, ino, że później się z takimi oświeconymi ciężko dogadać, bo słów używają przedziwnych i po ludzku mówić zapominają. Znałem ci ja kiedyś takiego wierszokletę, głos u niego prima-sort był, a i strofy zręczne układał i poważanie wśród ludu miał, a i na możnych balach i przyjęciach występował często. Nieszczęśliwy był ci on jednakowoż, bo cięgiem wierszem gadał i słów takowych używał, że przeciętna mózgownica za mała, by je pomieścić. Po mordzie brał regularnie, bo jak się ozwał, to część mężów wolała przyłożyć mu na wszelki wypadek, bo nie zrozumiawszy co powiedział, pewni nie byli czy jakiegoś afrontu im nie sprawił. Zawżdy to wszak lepiej – dla honornego mężczyzny – niewinnego skatować, niźli słuchać potem, że obrazie płazem ujść się dało.

Wierszokleta także i u niewiast powodzenia nie miał, bo choć łase one na komplementa i strofy miłosne, co z ust jego schodziły, to jak przyszło co do czego to z wrzaskiem od niego uciekały, że zboczeniec niby, bo zamiast normalnie chędożyć, to penetracje jakichś sromów we łbie mu były. No i sromów, to on miał przez to niemało.

Smutno kończy się ta jego historia, bo kiedyś jeden z garlandzkich szlachciurów się na jego talencie nie poznał, i sztych miecza między żebra wraził, za to, że wierszokleta małżonkę owego szlachcica kuratorką sztuki nazwał. I nie ma za co winić zabójcy, bo gdybym nie wiedział co słowo kurator znaczy, też by mi się z kurwieniem najbardziej kojarzyło, a dla nie wtajemniczonego kuratela sztuki od sztuki kurwienia mało się różnić może. Tak więc, prośże waszmości uważać należy co się mówi i do kogo się mówi, i słów zbytnio skomplikowanych nie używać.

A więc… na czym to ja żem wczoraj skończył… Ach, kompanija nasza w lesie śladami kultystów podążała. Było to zimnego, acz słonecznego dnia 2 listopada roku 664-go po katakliźmie. Wyruszywszy po śladach karety podążali nasi bohaterowie na północny zachód, ze wsi Poddębowiec w kierunku wioski niziołków przyczajonej za lasem.

Jadąc tak przez las kompanija natknęła się na karocę z koni wyprzężoną, której dwóch kultystów pilnowało. Raźno się z nimi drużyna sprawiła, głównie elf, co z łuku szył, no i Sven z toporkiem. Okazało się, że jeden z kultystów klerykiem był i czary jakoweś zaczął uskuteczniać, ale na niewiele się to zdało. Jeńce nic nie powiedziały, mimo, że Goeyl’drin wziął ich w swoje obroty. Fanatycznie byli bowiem nastawieni i zdradzić niczego nie chcieli, cały czas modły jakoweś do bogini swej, Nata-Kranty szeptali. Dorżnąć ich więc trzeba było i tak też uczyniwszy, kompanija dalej w las ruszyła, przez myśliwego Ramona prowadzona.

Potem, w lesie przy opuszczonej leśniczówce, jatkę bohaterowie zbystrzyli – dwa trupy ludzkie i kilka trucheł zwierzęcych, strzałami naszpikowanych i pociętych. Przy leśniczówce pająk wielki się na jednym z padłych wilków posilał, a wnętrza wielki rosomak pilnował, więc bohaterowie ominęli ją z dala. Domyślać się tylko mogli, że to zwierzęta, na rozkaz oszalałej druidki Ilthare (o której kompanija słyszała już w Poddębowcu) kultystów zaatakowały, ale ci najwyraźniej odparli tenże atak.

Dalej już bez przeszkód kompanija do wioski niziołków dotarła, a że wieczór już nadchodził, to postanowili pod dachem przenocować. Niziołki to ludek skryty i z rezerwą do nas, dużych ludzi podchodzący, ale wszak drużyna miała w swych szeregach takoż i niziołka miała – Kal rozmówił się z miejscowymi i we młynie bohaterowie nasi przespać się mogli. Dowiedzieli się też, że dzień wcześniej kilkunastu konnych przez wioskę przejeżdżało, konie napoiło i dalej na północ ruszyło. Nawiedził też kompaniję młody niziołek Raro, którego brat Dalamir z obcymi jako przewodnik ruszył. I dowiedzieli się kompani, że kultyści na bagna jadą, do świątyni jakowejś starożytnej, którą Dalamir z ojcem swoim parę roków wcześniej na bagnach znaleźli.

Rankiem, zostawiwszy konie w jednej z zagród u niziołków, drużyna – wraz z Ramonem i Raro – pieszo w stronę bagien ruszyła. Do mokradeł były jeszcze trzy godziny marszu, które dziarsko przemierzyli, a tam na brzegu czekała ich niespodzianka – miejsce w którym poszukiwani konie zostawili, pilnowane przez dwóch kultystów. Dzięki łukowi Goeyl’drina, czarom Amber i Martina kompanija sprawiła się z tymi dwoma – którzy też zbyt rozmowni nie byli. Dalej droga wiodła na bagna. Ramon, przewodnik, odmówił wejścia na nie, więc został, aby zdobycznych koni przypilnować i poczekać na drużynę, gdy będą wracać – wszak miał ich do wsi Zawady doprowadzić.

Droga przez bagna była długa i męcząca. Po kolana, czasem po kostki w błocie, czasami idąc po porośniętych trawą i trzciną twardych wysepkach, czasami przepływając bagnisko wpław – moczary, moi panowie, to nie żarty. Nie dość, że kroku żadnego pewien być nie możesz, to jeszcze monstra różne na bagnach czyhają na zdobycz. I spotkali nasi bohaterowie pająka wielkiego, co sieć rozpiął na ich drodze czyhając na ofiary – ale się przeliczył nieborak, bo go Sven z elfem z daleka ustrzelili. Była też ropucha ogromna, co swym jęzorem Martina omotała i tylko kuszy Svena i mieczowi Goeyl’drina czarodziej zawdzięcza, że nie został w całości połknięty. Był też dusiciel ogromny, co na Svena z drzewa spadł. Był też mech usypiający, ale znaleźli też bohaterowie grzybów kolonię, z których soku Amber odtrutkę sporządziła.

Pod wieczór już było, gdy wśród mgieł kompani dostrzegli świątynię – a miała ona kształt piramidy, stojącej na niewysokim pagórku. Pod piramidą zaś obozowisko – trzy namioty wokół ogniska. Dwóch strażników przechadzało się z dala od obozu, dwóch drzemało przy ogniu, a piąty – o czym bohaterowie na razie nie wiedzieli – siedział w jednym z namiotów.

Pierwszy ruszył do akcji Martin – uśpił strażników przy ognisku, a potem niewidzialny zakradł się za plecy kolejnego strażnika – i byłby mu gardło podciął… gdyby wprawy miał więcej. Ciężko ranionego kultystę elf z łuku trafił, a druidka laską swą powaliła. Drugi ze strażników zauważył to jednak po chwili i z krzykiem na drużynę pognał – czym piątego, dotąd w namiocie ukrytego zaalarmował. Ten wylazł i jął uśpionych magicznie towarzyszy zaczął budzić. To widząc Sven z Kalem co sił pognali do niego, a druidka na krzyczącego chmurę insektów przywołała.

Niziołek ze Svenem z trójką w obozie się sprawili – jeden jeszcze spał, gdy mu Sven po łbie toporem przejechał i ogłuszył, drugiego – co nogę miał złamaną – Kal dobił. Trzeci, ten co nie zasnął na początku, opór największy stawił – ale po chwili Sven ciął go przez żebra, ze skutkiem śmiertelnym.

Elf dobił z łuku ostatniego, co przed chmarą owadów nie mógł się opędzić. I zapadła cisza. Od ogłuszonego dowiedzieli się, że sześciu ludzi do piramidy weszło, ale gdy próbowali dowiedzieć się, czy był wśród nich Darreus – kultysta zamilkł nagle i wzrok miał przerażony – widać Darreusa bardziej się bał niźli kompaniji naszej, mimo, że to oni na sztychu go trzymali. Nie długo zresztą – elf ulżył jego rozterkom i cierpieniom kończąc jego żywot jednym cieciem.

Bohaterowie zbadali też kilka zrujnowanych budynków stojących wokół piramidy. W zasadzie tylko w jednym z nich znaleźli coś ciekawego – a mianowicie w jednej z amfor, oblazłych przez robactwo natknęli się na zawiniątko, które kryło pięknie wykonany krótki miecz o czarnym ostrzu, oraz ażurowy, wykonany ze złota amulet – obie rzeczy były magiczne…

Odpocząwszy nieco drużyna ruszyła na podbój piramidy. Aby zejść na dół, trzeba było najpierw wejść na górę po bardzo stromych schodach. Tam, niewielki budynek krył szczyt spiralnie zagłębiających sie w dół piramidy schodów.

Pierwsze pomieszczenie do którego zeszli było puste – jeśli nie liczyć kolumn pod ścianami. Schodząc dalej, kilkadziesiąt metrów niżej natknęli się na salę na planie krzyża – w trzech jego ramionach stały ofiarne ołtarze, czwarty zaś krył wgłębienie otoczone kolcami i pełne kości – zapewne coś w rodzaju małego loszku.

Przy jednym z ołtarzy kompanija znalazła świeżego trupa z rozdartym gardłem. W inny ołtarz wbity był bogato zdobiony nóż – jak się okazało przeklęty. Svenowi udało się go wyciągnąć, ale oszalały rzucił się na kompanów – szczęściem Martin z Goeyl’drinem powalili go i obezwładnili, w czym udział miał także niziołek, który rzucając się pod nogi Svena podciął go.

Sven jednak nie doszedł do siebie; pogrążony w dziwnym stanie zaczął zachowywać się tak, jakby nikogo i nic nie poznawał i nic nie mówił, reagował tylko na najprostsze polecenia – klątwa zupełnie odebrała mu wolę. Wyprowadziła więc kompanija otumanionego wojownika na zewnątrz i zostawiła pod opieką niziołka Raro, który czekał nieopodal piramidy.

Wróciwszy do komnaty kompani zostali zaatakowani przez zombie – nieumarłego elfa w resztkach kolczugi, powolnego ani silnego. Tak moi waćpanowie, złe miejsca powodują czasem, że umarli powstają i atakują wszystko co żywe, gdyż nienawidzą żyjących. Zombie akurat, podobnie jak zwykłe szkielety, są zupełnie bezmyślnymi istotami, dość powolnymi i łatwymi do utłuczenia – o ile wie się jak się do tego zabrać. Jeśli tylko powstrzyma się strach to zombie najlepiej pociąć – kłująca broń, ani strzały nie czynią mu bowiem szkody, podobnie jak i maczugi, takiego nieumarlaka trzeba rozczłonkować. Ze szkieletami inaczej jest, je trzeba pogruchotać, najlepiej wekierą jakowąś, albo cepem, bo ostrza mieczy i groty strzał, czy bełtów ześlizną się jeno po kościach, krzywdy takiemu umarlakowi nie czyniąc.

Sprawili się bohaterowie z truposzem raczej łatwo i uczyniwszy zagłębili się dalej do wnętrza piramidy. Schody sprowadziły ich do wielkiej sali, na parędziesiąt metrów wysokiej i chyba ze sto długiej i szerokiej. Z hali tej prowadziło kilka wyjść – drużyna podążając za pozostawionymi w kurzu śladami kultystów weszła w jeden z tuneli.

Drużyna znalazła stare koszary, gdzie ślady walki świeżej były i trup kultysty. I tu o mało co znowu nie narobili w gacie, gdy im się duch zatłuczonego kultysty objawił i próbował z nimi rozmawiać, biorąc ich za kogoś innego. Dusza ta nieszczęsna nie wiedziała nawet, że umarła, gdyż magia opuszczonej świątyni nie pozwoliła jej oddalić się od miejsca śmierci. Jednakowoż Martin nieopatrznie wspomniał o tym i duch udręczony tak sie tym przeraził, ze rozwiał się, nim kompani zdołali cokolwiek z niego wyciągnąć.

Potem w zawalonym korytarzu czwórka starła się z czaszką latającą, co od przywalonego szkieletu odpadła. A później znaleźli należące do czarodzieja jakowegoś kwatery, w tym ostatnią, która magicznymi runami zabezpieczona była.

I byli by pewnie wleźli do środka, gdyby nie imp, mała istotka, co w środku od wielu wieków zamknięta była, samemu uciec nie mogąc w kompaniji szansę na wybawienie z tego więzienia zoczyła.

Impy to zazwyczaj wredne istoty, co z Otchłani pochodzą i często złym czarnoksiężnikom pomocą służą. Ten akurat przywołan był przez świątynnego czarnoksiężnika, podobnież bardzo potężnego. Dowiedzieli się od niego nasi bohaterowie, jak to z górą tysiąc lat temu działała ta świątynia, poświęcona Setesh’owi, bóstwu węży. Krwawe to było bóstwo i moc ludzi przez setki lat zapewne tutaj w krwawych ofiarach zginęła, aż wreszcie przyszły elfy i świątynię splądrowały, wszystkich wyznawców boga węży wyrżnąwszy. I od tej pory zapomniana stoi świątynia. Imp, nieborak, zamknięty w magicznie chronionej komnacie przez swego mistrza, sam nie znając hasła co runy wyłączało, wyjść nie mógł.

Rapp – bo tak kazał do siebie mówić – powiedział jeszcze o gościach niedawnych – czyli ściganych kultystach, jak się bohaterowie nasi domyślili, ci jednak nie chcieli pomóc. Martin się zaoferował odesłać impa za pomocą magicznego pentagramu, zaś Kal zaczął instruować go jak runy magiczne zdezaktywować – były one bowiem zapisane od wewnętrznej strony, gdzie kompani wejść nie mogli, nie będąc spalonymi przez błyskawice. Nie udało się to jednak, kilka z tych runów nieznanych było niziołkowi i nie można było ich wyłączyć… Wściekł się na to elf, gdyż ze słów impa wynikało, że w komnacie tej liczne artefakty pochowane przez czarodzieja sie znajdowały…

Ale co mieli dalej robić. Sprawę z impem musieli odłożyć. I dalej, po wyraźnie widocznych w kurzu śladach podążyli za kultystami. Już niedługo potem starli się ze szkieletami w komnacie z zawalonym sufitem – i wyszli z tego zwycięsko, tylko Amber lekko raniona została. Dalej ich drogi zawiodły, przez zalany do wysokości kolan korytarz do lochów.

Tam znowu ślady kultystów znaleźli, ale i natknęli sie na kolejne chodzące trupy – wszak w lochach takowej świątyni niczego innego spodziewać się nie można. Dwa zombie przypalone jednak zostały przez Martina, a Goeyl’drin je mieczem dokończył…

bigcity

Jestem z miasta, to widać…

Pamiętajcie państwo szanowni, że Bouvetta była wtedy kilka razy mniejsza niż teraz, i te dzielnice, co je Świńskim Polem i Burym Błoniem zwą leżały za miejskimi murami.

bigcity

Strasznie tam było po nocy i niebezpiecznie, mało kto z zamiejscowych bez broni się zapuszczał, albo bez obstawy jakiejś, a i autochtony łacno po gębie mogły dostać od oprychów co na gościnne występa przyjechali. Patrolu straży to tam ze świecą szukać, bo choć pilnować porządku mieli, to wszystkiem życie było miłe i się w błotniste uliczki nie zapuszczali, czas cały w gospodach, albo pod bramą miejską siedząc, spędzawszy.

A i wewnątrz murów tak zupełnie bezpiecznie nie było. Książę Albrecht de Bouve wolał na imprezy huczne na cześć króla Nicholasa kasę wydawać, a nie na swojej gwardii szkolenie, toteż najczęstszą kontuzją miejskich strażników były połamane nogi – potykały się głąby o swe własne halabardy, w czasie ucieczki głównie. Za dnia to oni hardzi byli, ale nocą…

Zresztą sam książę to też niezłe ziółko. Czterdzieści roków wcześniej wszak rodzinka Mechlenbergów władzę w Bouvetcie i okolicach przejęła, cały ród de Bouve w pień wycinając. I z górą lat trzydzieści miastem rządzili – i chociaż szafoty krwią spływały, a na murach miejskich czasem miejsca na szubieniczników brakowało, to ludziska wspominali te czasy z rozrzewnieniem, bo spokój bynajmniej był.

Ale się potem Albrecht de Bouve objawił, po z górą trzydziestu latach rządów Mechlenbergów. I u króla posłuchanie dostał i pomoc jego w rzeźników swego rodu zniszczeniu i ojcowizny odebraniu. I choć głosy się podnosiły, że siepacze Mechlenbergów przeca całą rodzinę de Bouve wyrżnęły, wraz z niewiastami i niemowlętami, musi więc to być impostor jakowyś, król nie zważał i pomocy udzielił. Ludziska powiadali, że to służąca dzieciaka jako swojego przechowała i z jatki z nim, znaczy z Albrechtem zbiegła. Ale ja wam powiem, ze ten Albrecht, to pewnie koło prawdziwego szlachcica de Bouve nawet nie leżał. Mojem zdaniem służąca ta swojemu dzieciakowi szlachetną krew wmówiła, a ze kurtyzaną była, to przekonała wielmożów paru do swej racji. A historyk Wacław z Teregovii, co zdechła będzie ze trzy roki nazad napisał, że to sam król Nicholas se Albrechta wymyślił, bo mu krwawe rządy Mechlenbergów nie w smak były i chciał się z nimi rozprawić. Ale nie dawajcie wiary temu, Nicholas aż tak inteligentny to nie był, żeby tej chytrości plan w życie wprowadzić.

No i ruszyły kurewskie, tfu, królewskie znaczy wojska i w 658-mym pod Bouvettą stanęli, w sile ze dwóch tysięcy chłopa (więcej król dać się bojał ze swego własnego regimentu, a władyki inne i generały na sprawę całą się wypięły). Ale do bitki nie doszło, bo Albrecht swoimi sposobami sprawę przez asasynów załatwił, którzy całą rodzinkę Mechlenbegów wytruli a resztę nożami zadźgali. I tak pokojowo, można by powiedzieć, a przynajmniej bez rozlania kropli krwi niewinnej Albrecht władzę przejął. Kupcom i szlachciurom miejskim przywileje dał, więc głów nie podnosili i za nim murem stanęli. Rok w tych przywilejach żyli tylko, bo gdy kasa na zamku pustkami świecić zaczęła Albrecht do ich kieszeni sięgnął… ale to już inna historia.

Wróćmy do kompaniji naszej, która właśnie w Bouvetcie na dłużej się zatrzymała. Na czym to ja skończyłem swą opowieść? Ach tak, wyspali się nasi bohaterowie (niektórzy przynajmniej) i w drzwiach kwatery… Martina, czarownika swojego spotkali. To znaczy Sven i Goeyl’drin spotkali, bo Amber o świcie wstała, wzięła niziołka za frak i do piekarni ruszyła, gdzie do pracy się najęła jako pomoc do sprzątania. Był chłodny, pochmurny poranek, 28-go października roku 664-go Po Kataklizmie, gdy kierowali się zabłoconymi ulicami Bouvetty w stronę karczmy ,,Pod Trzema Baryłkami”. Tam bowiem wyznaczyli sobie wczoraj miejsce na spotkanie…

* * *

– No dobra, może wreszcie mi powiecie co się w ogóle dzieje. Dwa dni mnie nie ma a wy zaraz wplątujecie się w jakąś aferę. – niecierpliwił się Martin. Na ulicy ruch był mały. Nawet przekupki pochowały się ze swoimi straganami. Całą noc lało jak z cebra, a w powietrzu wisiał kolejny deszcz. Mijali tylko ponurych mieszczan, którzy – co widać było – nagleni własnymi interesami szybko przemykali się błotnistymi uliczkami, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłych wnętrzach swych mieszkań, warsztatów, lub też cuchnących piwem, ale suchych i przytulnych salach miejskich gospód.
– Cierpliwości, magiku. Ja już sam się gubię. Nie na mój łeb te miejskie intrygi, szpiegi i inne takie. – odpowiedział Sven.
– A ty, Gejldrin, może ty mi coś powiesz? – nalegał Martin. – Skąd w ogóle Sven tu się wziął?
– Przyjechał. Konno. – odparł ponuro elf, ucinając wszelką rozmowę.
– Ty, co on taki? – Martin szturchnął Svena.
– Dawno nikogo nie zarżnął. – odparł blond włosy wojownik. – ot, co.
Goeyl’drin zgrabnie z elfią gracją przeskoczył pełną pomyj kałużę. Sven lazł przez błoto bez takiej finezji – buty i tak miał już zabłocone.
– Daleko jeszcze? – dopytywał się czarodziej.
– Nie – odpowiedź Goeyl’drina była krótka.
Faktycznie zbliżali się już do celu. Wyraźnie widoczne już było, nawet przez lekką mgiełkę, 40-metrowe urwisko, którego szczyt porośnięty był drzewami. Zamku księcia nie mogli stąd widzieć, ale wiedzieli, że był tam dalej, na rozciągającym się za urwiskiem wzgórzu. Sven i elf zatrzymali się przed wejściem do karczmy. Tuż nad ich głowami wisiał szyld – trzy związane liną baryłki. Obaj rozejrzeli się po ulicy, jakby upewniając się, czy nikt ich nie śledzi. Martin, lekko zdziwiony tym co robią, wzruszył tylko ramionami.
– Amber i kurdupel już pewnie są w środku. Oni ci wszystko opowiedzą. – stwierdził Sven.
Weszli.
Wnętrze było ciepłe i przytulne, choć może niezbyt czyste. Przed samym wejściem zrobiła się już duża, błotnista kałuża – widać odwiedziło już dzisiaj gospodę paru klientów. Cała trójka niespecjalnie się tym przejęła. Martin rozejrzał się po karczmie, szukając pozostałych kompanów. Gospoda najlepsze dni miała zapewne daleko za sobą. O ile oczywiście jakiekolwiek miała. Ściany odrapane, w niektórych miejscach przykryte jakimiś resztkami tkanin, które kiedyś dawno temu były pewnie kolorowe i wesołe. A może wcale nie? Proste, dębowe stoły, nie zmieniane tak długo, że ich powierzchnia lśniła od nieustannego polerowania kuflami, łokciami i innymi częściami ciała. Po prawej kominek, w którym leniwie trzaskało kilka szczap drewna. Na wprost odrapany, niegdyś pewnie bordowy szynkwas, za którym widniały na wpół otwarte drzwi do kuchni. Kręciła się tam jakaś gruba baba, zapewne kucharka. A może właścicielka? Po lewej zniszczone schody na górę prowadzące do… pokojów gościnnych? A może do mieszkania właściciela? Karczma zajmowała wszak tylko parter brudnej i odrapanej trzypiętrowej kamienicy. Pod schodami, plecami oparta o ścianę siedziała Amber, popijając coś z glinianego kufla. Niziołek spał wyciągnięty na ławeczce do siedzenia. Poza tym jednym stolikiem w karczmie zajęte były jeszcze tylko dwa inne – pod oknem siedziało dwóch skromnie odzianych jegomościów – rozmawiali o czymś szeptem – zaś po drugiej stronie, obok kominka sączył jakiś trunek nieco lepiej odziany mężczyzna około 40-stki. Martinowi wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zacząć współczuć temu biedakowi – gość najwyraźniej walczył z potwornym kacem.
Amber nie drgnęła nawet, gdy podeszli do jej stolika. Uśmiechnęła się tylko niewyraźnie do Martina, ale był to wymuszony uśmiech. Oczy miała podkrążone, ruchy powolne – na pierwszy rzut oka widać było, że walczy ze snem. Za to zapach jaki roztaczał się wokół niej przyprawił trójkę przybyłych o ślinotok – druidka popijała fachowo przygotowanego grzańca.
– To ja zamówię trzy razy to samo – powiedział Sven i w te pędy udał się w stronę kuchni.
Elf popatrzył przez chwilę na śpiącego niziołka, po czym przechylił ławę. Kal zleciał z hukiem i wrzasnął. Po chwili wygramolił się spod stołu i przetarł zaspane oczy.
– Co jest, do kurwy nędzy. – powiedział po chwili.
– Pobudka. – odparł elf.
– Masz szczęście, że nie chce mi się zdejmować butów, bo obudziłbyś się z onucami w pysku – dodał Martin.
– No, no, bez takich… Martin? – wykrzyknął niziołek. – Martin, gdzieś ty bywał czarny baranie. Nauczyłeś się jakichś nowych sztuczek. A pokaż coś potrafiłbyś zamienić elfa w żabę? A może sprawisz, żeby Svenowi z dupy trawa wyrosła. Albo zamień Amber w wieprzka.
– Noo!!! – wyrywało się jednocześnie z gardeł elfa, Amber i wracającego z trzema pełnymi kuflami Svena.
– Na bogów, uciszcie tego kurdupla – doszło ich spod kominka. Siedzący tam mężczyzna zatykał dłońmi uszy.
– Zamilcz na razie. – powiedział Martin siadając. – Najpierw to ja chciałbym się dowiedzieć co się właściwie dzieje, bo te dwa smutasy nie były łaskawe mnie poinformować…
– No więc to było tak. Przyszedł Sven, i powiedział, że musimy iść do ,,Pawia”. No i poszliśmy, a tam było tych dwóch. Więc ja do tego Pompona grzecznie, a on mi, kurwa, spierdalaj, wyobrażasz sobie? Ale to nic, bo i tak żeśmy go dorwali, tylko, że nie można było go zabić bo…
Sven zatkał usta niziołkowi. – Amber ty opowiedz. – rzekł.
Druidka wzięła łyk grzańca i odchrząknęła.
– No dobrze. Przedwczoraj po południu przyjechał Sven. I to od razu z zadaniem od Simona, wiesz, rezydenta bractwa – zaczęła ściszonym głosem opowieść. – Mamy wyśledzić jednego takiego blondasa, kultystę…zaraz jak to się zwało… acha, Nata-Kranty. Zgadza się, Sven?
– No.
– Ale co to za kultysta, skąd… – dopytywał się czarodziej.
– Zaraz, spokojnie. Sven śledził go z tym Michelem Gibsonem, wiesz, tym co w Komarowie nas spotkał i Svena ze sobą zabrał. Pojechali do Agartali, a potem na południe, do jakiejś wioski. I tam Sven z Michelem byli świadkami jakiegoś rytuału… Niezbyt, zdaje mi się, dobrego. Tak to było Sven?
– No.
– Tylko, że zostali odkryci – ciągnęła dalej Amber. – Pogonili ich kultyści do wioski i tam dopadli. Michel zginął, a Svena jakiś kultysta czarami potraktował…
– … skurwysyn pierdolony… – mruknął Sven
– I uznając za martwego do kloaki go wrzucili. Ale Sven wylazł z tego i tu, do Bouvetty przyjechał, po śladach blondyna. No i Simon gościa namierzył, ,,Pod Bursztynowym Pawiem”. Tam więc poszliśmy wszyscy.
– I tam był ten niziołek, Pompon. Mówię ci, jebaka, jak on skakał i sztyletem wywijał… – wtrącił się Kal.
– Elfie, z łaski swojej, ucisz kurdupla – przerwał mu Martin.
– Na zawsze? – w oczach Goeyl’drina pojawił się ślad jakby błysku. Niezbyt dobrze wróżącego błysku.
– Hmmm… kusząca perspektywa…. ale nie. Niech się zamknie. Bo jak nie wytrzymam to faktycznie zamienię go w żabę.
– W żabę? Fajnie. A może w jednorożca, możesz? Widziałem jednego takiego kiedyś na obrazku. Ale to dawno było i unghhh… – dłoń elfa skutecznie zamknęła usta niziołkowi.
– No dobrze. Słuchaj dalej. – Amber podjęła opowieść. – Blondyna w karczmie nie było, ale popytaliśmy służbę i kelnerki i dowiedzieliśmy się, że spotkał się z Raymondem, przedstawicielem gildii złodziejskiej. Sven w swoim poświęceniu dla zdobycia informacji pokojówkę jedną przeleciał…
– A ładna była chociaż? – zainteresował się Martrin.
– No… miła była. – odparł Sven
– No ale czy ładna?
– Hmmm… zgrabna.
– No ale czy ładna?
– … fajne cycki miała.
– Acha, znaczy brzydka.
– Skończcie temat, panowie. Do rzeczy. Poradziliśmy się Simona i okazało się, że dwaj z gości, cośmy ich spotkali w tej samej karczmie, właśnie Pompon, niziołek…
– Pompon? Co to za imię?
– Nie przerywaj. Pompon to pewnie ksywa, bo kurdupel ma włosy prawie pomarańczowe i nastroszone i faktycznie jak pompon wygląda. Z kompanem był, człowiekiem, chyba jakimś oprychem, Oren mu było na imię. I Simon stwierdził, że Ci dwaj faktycznie z gildią pracują i hasło mogą znać, żeby wejść można było po dobroci. No tośmy się zasadzili na tego Orena…
Amber zaczerwieniła się trochę.
– Jak?
– Weszła mu nasza driudka do wyra. Potem my żeśmy wpadli i po głowie mu nastukali. Związanemu czarny lotos żeśmy dali… – powiedział elf.
– Lotos? Skąd macie ten staff? – Martin rozpromienił się wyraźnie.
– Spokojnie, do rzeczy. – powiedziała Amber. – chłopaki paluszki Orenowi połamali, ale hasła nie zdradził, bo nie znał. Powiedział jednak, że Pompon je zna. No to zasadziliśmy się na tego kurdupla, w tym samym pokoju – bo oni razem mieszkali.
– No, niezły był z niego akrobata. Ciął nas parę razy, ale w końcu z bańki dostał i żeśmy hasło z niego wyciągnęli. – powiedział Sven.
– A potem obu związaliśmy i nafaszerowaliśmy czarnym lotosem. No i było nam iść do gildy, tych, jak im tam… Błękitnych noży. Simon miał tam swojego człowieka, półelfa imieniem Roncatto, więc od razu do niego ruszyliśmy. I ten poszedł z nami do owego Raymonda.
– Znaczy do tego gościa, co z blondynem gadał… – wtrącił Sven.
– Nie przerywaj. Właśnie tak. I ten za niewielką opłatą zdradził nam, że gildia wykonała dla blondyna małą robótkę. Porwała jakiegoś bachora, dzieciaka jednego z lepiej ustawionych kupców. Chodziło o przetarg na broń i zaopatrzenie dla straży miejskiej. Ten kupiec, pod groźbą utraty latorośli miał swoją ofertę wycofać.
– I co wycofał?
– Nie wiem, jutro dopiero się sprawa rozstrzygnie. W każdym razie dwa oprychy, co robotę wykonały dziewczynkę na barkę odstawiły. Złotego Pelikana. Nazajutrz na przystani dowiedzieliśmy się, że Jej już w porcie nie ma, ale jest ,,Srebrna czapla”, co do tej samej kompani przewozowej należy. I tam pierwszy raz widzieliśmy Bastiana…
– Kto zacz?
– Taki brunet, metalem obity. Brwi ma zrośnięte i na kasztanowy…unghh – dłoń elfa znowu zatkała usta Kalowi. Pozostali popatrzyli na elfa z wyrzutem.
– No co, grzańca chciałem łyknąć. – odparł ten zmieszany.
– No dobra, to któż to ten Bastian.
– Spokojnie. Wszystko po kolei. Bo widzisz, od kapitana dowiedziałam się, że ta kompania przewozowa, co się Szmaragdowa Bryza zwie, handluje głównie z kupcem Waldemirem Finlay’em, za pośrednictwem składu Franco Moore i Syn. I ten Bastian, to był właśnie od Waldemira, przydupas jakiś. Tegośmy się później dowiedzieli, gdyśmy poszli rozpytywać w okolicy hacjendy kupca. Jeden starszawy szewc, po drobnej opłacie rozmownym się stał. I powiedział nam o tym, jak to się u Finlay’ów poodmieniało parę miesięcy temu, właśnie gdy Bastian przybył. Podejrzliwi zrobili się i po nocy często pracują. W piekarni, co ją przez mur mają, co parę dni podkopów szukają i takie tam. No i powiedział nam szewc o jednym ze strażników, co parę lat temu sprawę miał, bo niby kobiety maltretował, a może i co gorszego. I namierzyliśmy gościa w ,,Pubie Malachaia”…
– Malajkata. – wtrącił się Sven.
– Malachaia, głąbie. Ten niziołek Malachai się nazywa.
– A ja Ci mówię, że Malajkat.
– Dajcie spokój. rację ma Amber. Malaj…kat. Zresztą nie ważne. – przerwał im elf. Niziołek też chciał coś dodać, ale nie zdołał, wyjęczał tylko coś niezrozumiałego przez dłoń elfa, zakrywającą mu usta.
– No dobra. Fajna knajpa, u tego Malachaia, cięgiem występy muzyczne. Tam znaleźliśmy tego strażnika, Telforda. I Sven chciał mu kurewkę podsunąć, ale wybrał taką, że… szkoda gadać. Ondreę, tę przechodzoną lafiryndę, co w naszej kamienicy mieszka. Pamiętasz ją, nie? No, szczęsciem elf zauważył, że Telford, ten strażnik strasznie się zmartwił, jak występ jednej minstrelki, Sary Brightblade, odwołali. Znalazłam ją na tyłach karczmy, biedaczka gardło miała chore, więc ziółek jej zaparzyłam. No i zgadałyśmy się, że przysługa za przysłygę. Ona Telforda do siebie zaprosi, a potem krzyczeć zacznie. My wpadliśmy, gacha dorwaliśmy. Ja minstrelkę wyprowadziłam, a chłopcy za gościa się ‚wzięli. Jak go postraszyli, że do straży doniosą, a straż pewnikiem znanej śpiewaczce uwierzy, a nie łachudrze jakiemuś, to gość zmiękł. Za coś takiego czapa przecież, tym razem już by go kupiec Finlay nie wybronił. I mamy gościa na widelcu. Jak trzeba, to nas do kamienicy kupca wprowadzi. A wygląda na to, że będzie trzeba, bo Telford powiedział, że blondyn tam bywał, i z Bastianem i kupcem często rozmawiał, ale tegośmy się dopiero wczoraj wieczorem dowiedzieli. Simon zaoferował pomoc i…
– Jest jeszcze ta czarodziejka. – wtrącił Sven.
– Czarodziejka? Co za czarodziejka? – zdziwił się Martin.
– No, jakby to… znajoma – powiedział elf. – Pamiętasz, jeszcze z Agartali, tę iluzjonistkę, co przed karczmą raban robiła i co jej Sven z główki przyłożył?
– Ach, ta…
– No. Na szczęście chyba nas nie poznała. – powiedział Sven – I tym razem żeśmy jej pomogli. Amber jej kochanka wyciągnęła z karczmy, i ta czarodziejka… Jak jej było…
– Milla – powiedziała Amber. – Milla Star… cośtam. I ona temu kochasiowi jaja obcięła, razem z… wiesz czym.
Martin nieomal się zakrztusił grzańcem.
– .. ale to tylko iluzja była. Gość winien jej był jakąś kasę. I teraz ona jest winna nam przysługę. Jakby co, to możemy na nią liczyć. Zatrzymała się ,,Pod Bursztynowym Pawiem”.
– Ale jaka iluzja – odezwał się niziołek. – Mówię ci, krew siknęła na ściany, na bruk, wszędzie jej było pełno. Całą suknię sobie ubrudziła. A ja myślałem, że sie wyrzygam jak to.. unghhhh.
– Przepraszam – powiedział skruszony elf.
Martin podrapał się po brodzie.
– Przysługa, taaak… A co z tą przysługą dla minstrelki, tej, no, Sary? – zapytał Martin.
– Ach, musimy dorwać tylko Raymonda. Tego człowieka gildii, tego, z którym blondyn sie spotykał, a któregośmy przekupili. – odpowiedziała Amber.
– Dorwać i co?
– Wykastrować.
Tym razem Martin nie zdzierżył i zakrztusił się grzanym winem. Sven poklepał go po plecach.
– No dobra. Niezły galimatias żeście zrobili. – stwierdził Martin opanowawszy kaszel – Czyli co my właściwie robimy?
– Macie wyśledzić i złapać, a jeśli to nie będzie możliwe zabić blondyna – odezwał się zza ich pleców głos. To był Simon. – I ujawnić wszystkie jego kontakty tutaj. No, to ostatnie jest właściwie zrobione. Teraz musicie tylko ukryć w posiadłości Waldemira to – powiedział kładąc na stole pęk kilku zwojów pergaminu. – Oj, młodziaki, jeszcze musicie się dużo uczyć. Konspira to jeszcze nie dla was. Wyśledziła by was ślepa krowa. Ale nie ważne. Na szczęście przypadkiem wybraliście właściwą karczmę.
– Właściwą?
– Należy do mnie. Ale przez podstawioną kuzynkę, tę co się tam po kuchni kręci. No, postawcie grzańca, musimy jeszcze parę rzeczy obgadać.

femaletroll

Pożegnanie z Bouvettą

Witajcie moi mili, witajcie. Zbierzcie się tu wszyscy, ino przy kominku jak najbliżej, bo wieczór dziś chłodny i ziąb ciągnie ode drzwi. Nie ma co, jesień mamy tego roku pierońsko zimną.

femaletroll

Ale nadzieja jest, że dzięki temu zima będzie łagodniejsza. Tak jak i ostatnimi laty, zimy już nie takie jak kiedyś, oj nie. A pamiętacie opowieść o oblężeniu Bolayir? Było to z górą czterysta roków temu, w czasach, gdy elfy jeszcze rządziły większością naszych ziem tu, na północy. Bolayir, już wówczas całkiem spore miasto nad rzeką Gwynlech, a w roku 354-tym po kataklizmie było straszliwie suche lato, po którym bardzo szybko przyszła straszliwie mroźna zima. No i ruszyły elfy ze swych lasów w poszukiwaniu żywności i spyży dla koni. I Bolayir oblegać zaczęły.

Ciężkie to było oblężenie i długie, bo obrońcy, pod wodzą diuka Petera de Clovis mężnie stawali, a elfy do oblężenia warownego grodu przygotowane za dobrze nie były. Pięć miesięcy oblężenie trwało, znikąd pomocy, bo książęta z sąsiednich prowincji swoje kłopoty mieli. Już po nowym roku miasto zaczęło głodem przymierać, zdarzało się, że żołnierze na murach umierali z głodu w samym środku walki. Cywile również przymierali, zdarzało się, że na dzień cały dostawali jeno kromkę chleba. Ciężkie to były czasy, ludzie nocą w amoku z miasta wychodzili, po to tylko, żeby z ręki elfów śmierci szybkiej zaznać, gdyż woleli to od powolnego w grodzie umierania. Elfom, choć za ich rodem nie przepadam, też ciężko było, bo nie dość, że głodowali, to i z mrozu umierali. Padło ich pod miastem kilka tysięcy, z czego może nie cały tysiąc padł z ręki obrońców.

W końcu pod koniec lutego miasto padło. Broniło go wówczas już tylko kilkudziesięciu wojaków, bo reszta nie była zdolna podnieść broni. Elfy wdarły się przez mury i wyrżnęły wszystkich do reszty, kobiet i dzieci nie szczędząc, a chorym i z głodu umierającym łagodząc cierpienia. Na nic to się jednak zdało, gdyż elfy spichlerze miejskie pustymi znalazły. Powiadają, że z rozpaczy nad pustymi składami kilkaset elfów na miejscu trupem padło – bo tylko myśl o strawie jakiejkolwiek przy życiu ich trzymała. reszta opuściła miasto i jeszcze tej samej zimy w lasach z głodu zdechła.

Mówią, że jak Princ Moran z Solymaru na pierwsze roztopy do miasta wjechał z pomocą, to jeszcze zamarznięte trupy na ulicach znajdował – ludzkie, jako i elfie – wojowników z głodu padłych, mieszczan w domach, na łożach swoich. Niektórzy powiadają, że duch diuka Peter de Clovis się księciu Moranowi objawił tego marcowego zimnego poranka, gdy książę do miasta wjeżdżał, i powiedział tylko: ,,Gdybym wiedział…”. Duch ten zresztą pono do dziś w ostatniej godzinie przedświtu na murach miejskich pojawia i odsieczy wypatruje, tej co przyszła zbyt późno…

Ale, co my tu o czasach jakichś zamierzchłych, przeca historyję mam do powiedzenia wam, bajdę o piątce naszych bohatyjerów, co… ale nie zdradzajmy zakończenia. Na czym ja to żem stanął… Ach tak, już wiem. Była to jesień roku 664-go, dokładnie października dzień ostatni, gdy nasi kompani, poturbowani nieco przez niziołka Pomponem zwanego w starym warsztacie stolarskim, w którym melina Bractwa była ulokowana, na Simona czekali. No i się doczekali, rezydent Bractwa bowiem rozkazy przyniósł. Sven – jako najlepszy jeździec z drużyny i najmniej poturbowany list dostał, aby go do zamku Arenburg dostarczyć, do Dariela, dowódcy straży barona Maksyma Hammerbuscha. Zamek ów ledwie trzy godziny od Bouvetty był położon i droga Svenowi szybko zeszła, ale nim wrócił, pozostali nie próżnowali. Mieli bowiem do załatwienia dwie sprawy: przede wszystkim złapać lub ukatrupić Bastiana, członka kultu jakiegoś, co u kupca Waldemira Finlaya rezydował. Kupiec został już skompromitowany i aresztowany, ale wydało się, że tylko marionetką był Bastianowi, a ten przed strażą miejską i służbami tajnymi zbiegł. Dowiedzieli się jednak nasi kompani, że Bastian spotkanie ma umówione w karczmie ,,Wilgotny Bóbr”, na Burym Błoniu, jednym z przedmieść Bouvetty. Po drugie dług wdzięczności mieli względem minstrelki Sary Brighthelm, a mogła się mścić niewiasta, bo poważanie w mieście miała. W zamian za przysługę, jaką dla nich zrobiła mieli złapać i wykastrować Raymonda, członka gildii Błękitnych Noży, któren nieobyczajne propozycje minstrelce składał i natarczywy był przy tem nie do ścierpienia.

I tu znowu się Simon przydał ze swoimi wtykami, gdyż Raymonda namierzył w karczmie ,,Szczupak i Sum”, na przystani poza murami miasta.

Poszła więc nasza kompanija do tejże karczmy. Po drodze Martin, czarodziej pomysła złapał i rozwiązanie dwóch spraw naraz wykoncypował. Magicznym sposobem wygląd swój zmienił, tak aby wyglądać jak Pompon, niziołek, który za skórę kompanom zaszedł. W takiej postaci Martin Raymonda na oczach wszystkich gości zabił, po czym z karczmy uciekł i odmienił się. Wrócił nawet na miejsce zbrodni w swej normalnej postaci, aby się upewnić, że ludziska świadczyć będą, że to Pompon członka gildii zabił – a wszystko to po to, by złodziejska gildia za kompanów problem z pokurczem rozwiązała.

Reszta kompanii na czarodzieja pod ,,Wilgotnym Bobrem” czekała. Tam jednak śladu po Bastianie nie było. Karczma ta, a raczej zamtuz pełna gości była, toteż się cała czwórka posiliła do syta. Martin znalazł okazję by lędźwiom swoim ulżyć z kurtyzaną, półelfką, pozostali zaś czekali. I zdarzyło się, że młodzian jeden dziwkę nieco poturbował – zoczywszy okazję do zaciągnięcia języka Amber na pomoc ruszyła, aby niewiaście rany opatrzyć. I dowiedziała się, że Bastian był tu, ale wcześniej i z jakimś pryszczatym gadał. Ów jegomość, jak sie później od kelnerek kompani dowiedzieli niedaleko karczmy mieszkał. Poszli więc do niego niziołek, elf i druidka ,,z wizytą”. Wynik wizyty – trzy trupy, kompanów pryszczatego, co z nim w kości grali, sam zaś pryszczaty ranny i przesłuchaniu poddany. Dowiedziała się kompania, że Bastian przewodnika na cmentarz szukał, bo grób rodziny Amsterów splądrować chciał, celem znalezienia fantu jakiegoś. Jeden z kumpli pryszczatego z nim poszedł.

Zabrawszy więc Martina (który w zamtuzie został, żeby dalej dziwkę obracać), poszli na cmentarz i grobowiec znaleźli, co go im pryszczaty opisał. I tu się zaczął pech. Najpierw elf w pułapkę wlazł – kolce co z posadzki wyskoczyły, mimo, ze zmyślnie niziołka przodem puścił. W samym grobowcu kompani trupa świeżego znaleźli – jegomościa co Bastianowi przewodnikował, ze sztyletem w plecy wbitym. Potem Goeyl’drin w drugą pułapkę wlazł – tym razem bełt z kuszy kostkę mu strzaskał. A wszystko to przez ciekawość, bo chciał zobaczyć co się kryje w dziurze po odsuniętej jednej z płyt podłogi.

Reszta zlazła do dziury, do podziemnej części grobowca. Tam Bastiana znaleźli, ale nie samego – z dwoma jeszcze kultystami.

Walka się wywiązała, gdy trójce (bo elf ciężko okulawion z tyłu został) zasadzka nie ze wszystkim wyszła. Martin głowa w ścianę grobowca przyłożył, za Bastiana zasługą, wcześniej jednak jednego z kultystów z walki wyłączywszy. Drugim się niziołek zajął i pociął go nasmierć. Bastian jednak umknął, najpierw nokautując druidkę, a potem w korytarzu elfa poturbowawszy. Pognała za nim druidka z niziołkiem, poza grobowcem go ścigając, ale Bastian nawet z pnączy magicznie przywołanych się wyswobodził. I zbiegł.

Zgadli jednak kompani gdzie pobieżał – wcześniej bowiem zwiedzieli się, że pod ,,Wilgotnym Bobrem” w stajni konia zostawił. Poszli więc za nim Martin i Kal – druidka z elfem zostali, żeby jeńca – jednego z kultystów, co dychał jeszcze – przesłuchać. Nie za dużo się jednak od fanatyka dowiedzieli, gdyż ten ich tylko w imieniu Nata Kranty, bogini chaosu, zepsucia i mutacji przeklinał.

Tymczasem czarodziej i niziołek w stajni się zaczaili i na Bastiana czekali. No i się doczekali, ale nie sam on z karczmy wyszedł. Razem z nim rozmawiając właściciel zamtuza, Giorgio i jego ochroniarz, osiłek wyszli, w rozmowie pogrążeni. Bastian konia dosiadł – i wtedy Martin zaatakował.

Osiłka za jaja magicznym sposobem złapał i za Bastianem pognał – walczyli byli na dziedzińcu karczmy w błocie i deszczu padającym, ale uciekł Bastian, konia dosiadłszy. W tym samym czasie Kal osiłka, niemal bezbronnego dorżnął, z tyłu go złodziejskim sposobem zachodząc, a Giorgia pokiereszował mocno, może nawet śmiertelnie.

Znowu więc zbieżał Bastian kompanom. Ci zebrali się do kupy i juz do miasta wejść chcieli – przez bramę portową, gdzie umówionego mieli straży dowódcę, by ich wpuścił po zmierzchu. I szczęście się do nich uśmiechnęło, gdyż niedaleko bramy, przy karczmie ,,Szczupak i Sum” uwiązanego Bastianowego konia znaleźli.

Jeszcze bardziej szczęśliwymi się poczuli, gdy Sven nadjechał – też miał bowiem przez tę samą bramę do miasta wrócić, a właśnie ze swojej krótkiej podróży kurierskiej wracał. Zebrali się więc w komplecie i uradzili, co by Bastiana z karczmy wywabić. Poszedł więc Sven na przeszpiegi i gdy zdrożon po kilku godzinach konnej jazdy piwo sobie popijał – bijatyka się w karczmie zaczęła. Wszystko przez to, że z galeryjki na pięterku spadła elfka, Elwira jak się później kompani dowiedzieli.

W zamieszaniu bohaterowie nasi zaczęli dyskretnie (tzn. wrzeszcząc ,,pożar”, albo ,,naszych biją”) przeszukiwać pokoje gościnne w karczmie, licząc, że się Bastian w jednym z nich ukrywał. I tak też było, ale się złoczyńca w pokoju zabarykadował. Pokój zaś właściwy Elwira im wskazała, gdyż okazało się, że to Bastian ją z galeryjki zrzucił. Elfka żądna zemsty razem z kompanami do pokoju się dobijała, ale w tym czasie Bastian przez okno zbiegł był.

Wytropiła go jednak elfka, która jak się okazała podoficyjerem na barce ,,Srebrna Czapla” była. Tym łatwiej jej poszło, że Bastian właśnie na barkę zbiegł, boż to barka należała do kompanii ,,Szmaragdowa Bryza” co z kupcem Finlayem handlowała.

Pognali więc kompani za elfką, i w komnacie kapitańskiej Bastiana znaleźli. Walka się wywiązała, Bastian ranion był Goeyl’drina strzałą i Svena ciosem, ale uciekł okno wybiwszy sobie krzesłem.

W wodzie go jednak Elwira dopadła i sztyletem dorżnęła. I tak zakończyło się ściganie Bastiana. martwy kultysta nie mógł jednak zdradzić co się z jeszcze ważniejszym członkiem kultu, a mianowicie blondwłosym Darreusem stało. Na szczęście w papierach w kapitańskiej komnacie Martin pogrzebał i w dzienniku kapitana barki notatkę znalazł: ,,Spotkanie z Darreusem, Carril, piąty listopada. Może się spóźnić, bo podróżuje lądem”.

Wiedzieli więc kompani gdzie Darreus zmierza i – za Simona poleceniem – ruszyli w pościg. Ale to dopiero następnego dnia.

Przespali się nasi kompani po burzliwym wieczorze i rano zakupów dokonali. Kupili konie (wcześniej swój wóz i ciągnące go chabety sprzedawszy), oraz zapasy na drogę i kole południa, pierwszego listopada ruszyli w drogę. I ta ich pod wieczór zawiodła do wsi Poddębowiec, gdzie w karczmie ,,U Mariusza Rębacza”, którą prowadziła mariuszowa córka Tonja, zatrzymali się na noc. Tam dowiedzieli się, że Darreus i jego kompania, w karetę i kilka luźnych koni zatrzymali się tu poprzedniej nocy. Pobawili się bohaterowie nasi i podjedli, z właścicielką ciekawą wieści ze świata pogadali (i nie tylko, boć Martin okazji takowej przepuścić nie mógł i rozmowę z Tonją w łożnicy zakończył).

W nocy niziołek przez chrobotanie zamka obudzon został. On to ze Svenem w pokoju spał, gdyż Martin jeszcze u Tonji bawił, a Amber z Goeyl’drinem na sianie w stodole spali. Zbudzony Sven drzwi otworzył – a tam Tonja! Ale szybko zdało się, że to tylko morderca przez Darreusa wynajęty (aby wszystkich co się o kultystów wypytywali zabić), co postać właścicielki przyjął. Zbrodzień ciemność magiczną przywołał i ,,tańcować” ze Svenem i niziołkiem zaczął, ale swe umiejętności przecenił był, bo choć Kalowi sztylet zatruty w plecy wraził, to Sven go powalił i ,,z bańki” twarz mu poharatał.

Niziołkowi szczęśliwie nic się nie stało, bo trucizna tylko paraliżująca była. Od obezwładnionego zabójcy wiele się kompani nie dowiedzieli, jeno tego co żem juz wspomniał. I byliby ruszyli dalej w stronę stolicy, gdyby rankiem traperów rozmowy nie posłuchali, co o karecie w lesie mówili.

Okazało się bowiem, że orszak z Darreusem, miast dalej gościńcem do Carril, to w las ruszył, na północ, w stronę wioski niziołków. Wzięli więc kompani jednego z traperów, Ramonem zwanego, za przewodnika i śladem karety i orszaku ruszyli.

Dowiedzieli się jeszcze kompani od miejscowych o Ilthare druidce groźnej co w lokalnych lasach rządziła i drwalom pracować nie dała. Mocno wieśniacy na nią psioczyli, bo podobno paru mocno poturbowała. Niewesoło więc mogło kompaniji spotkanie z nią wyglądać, jeśli by się w lesie nieobyczajnie zachowywali.

Ruszyli nasi bohaterowie śladem kompaniji Darreusa, a ślad był świeży, przez przymrozek nocny utrwalony. Po drodze harpię ubili, co ją na ucztowaniu zaskoczyli; bestyja wściekła posiłku swego bowiem broniła i jęła konno jadącą kompaniję atakować, na szczęście elf ją postrzelił był z łuku, a Sven dzieła dokończył.

Po kilku godzinach w lesie, popołudniem wczesnym przewodnik Ramon kompaniję wstrzymał – przed nimi porzucona kareta kole ścieżki stała. Przy karecie dwóch – jak się domyślili kultystów – straż pełniło. Jeden z nich wewnątrz, księgę jakowąś czytał, drugi na ziemi, o koło karocy oparty pół-leżał, drzemał może. I zaczęli się kompani zastanawiać jak sprawę rozwiązać…

home

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Zbiegła więc nasza kompanija z wioski bezgłowców, z kawałkiem różowego kryształu. Autochtoni gonili ich trochę, ale magia Martina i Gaspara ich powstrzymała – ten pierwszy potwornego jastrzębia przywołał, co wielki niby człowiek, dzięki chaotycznej magii się zjawił, ten drugi błyskawicą straszliwą wrogów poraził, co od jednego do drugiego skakała gromem ich rażąc.

home

Nie niepokojeni dotarli po dwóch godzinach marszu do jaskini, gdzie przygotowania do otwarcia portalu zaczęli. Martin pod okiem Gaspara proszek magiczny przygotował, a sam Gaspar runami i pentagramami ściany jaskini obmalował. W rytuale otwarcia wszyscy udział wzięli – Gaspar, kryształ trzymając inkantacje wypowiadał, zaś pozostali za łączników z magicznymi rysunkami posłużyli. I wczas sam portal się otworzył, choć niziołek Kal dwa razy ten ludzki łańcuch zerwał (co nim magiczna energia od Gaspara do portalu płynęła), bo trząść się zaczęło, widać wyspa latająca z tą drugą już się zderzać poczęła.

I wskoczyli w portal. I wylądowali. W wojskowym namiocie. Portal eksplodował i namiot im na głowy zawalił. A gdy się wykaraskali, to w jeńce ich wzięto – okazało się bowiem, że w samym środku obozu królewskich kuszników wylądowali. Sierżant dryblasowaty i po ospie dziobaty związać ich kazał i w namiocie zamknąć, gdzie na powrót dowódcy czekać mieli.

Dniem i nocą pilnowani kompani nasi radzili jakby tu uciec. Ale się nie dało. Zdziwili się za to, gdy wojacy im posiłek przynieśli – bo jednego z nich już znali, choć on ich nie rozpoznał – a znali go z zamku opanowanego przez sukkuba, gdzie wojak nieomal oskalpowany był i ciężko rannemu życie uratowali. A tu po ranie ani śladu, i wojak ich nie poznaje…

I wtedy wpadli na pomysł, że w innym czasie ich wyrzuciło, jeszcze przed walką z sukkubem na zamku. I zanim królewscy kusznicy na zamku wymordowani zostali. Gaspar przyznał, że może tak być; wszak wszyscy aktywny udział w otwieraniu portalu brali. I wyrzuciło ich pomiędzy czasem, kiedy Gaspara sukkuba pod różowe niebo wysłała, a czasem, gdy kompanija tam została wessana. Nie wiedzieli jeszcze dokładnie kiedy, no i gdzie do normalnego świata wrócili. Ale i to się wkrótce wyjaśniło. Na spotkaniu z oficyjerem.

A pana porucznik dopiero drugiego dnia ich przyjął. I rozpoznał, bo ich wczoraj widział na polowaniu. Wczoraj? Znaczyło to, że gdy rozmawiali, to był 4 października, dzień przed tym jak z zamku wyjechali potwora po lesie szukać, a cztery dni przed tym jak ich sukkuba w zaświaty wyprawiła.

Porucznik z początku brał ich za szpiegów garlandzkich, co magicznymi sztuczkami się posługują. Gaspar miał i na to radę. Zażądał swego pierścienia (który kompani znaleźli razem z pamiętnikiem), za wielmożę się podając i konsekwencjami grożąc. Porucznik przystał na to, nie wiedząc, że ów pierścień magiczny był i moc rzucenia uroku miał. No i znalazł się pan porucznik w czarodzieja mocy.

Długo potem radzili kompani z Gasparem co robić. Martin bał się straszliwie, że jeśli sukkuba zabiją zanim on ich pod różowe niebo wyśle to on sam i kompanija cała zniknie, a Gaspar wróci do tego dziwnego świata z którego był uwolnion – bo wszak nie będzie miał mu kto w ucieczce dopomóc. Zwyciężyła jednak rozsądna część, za którą Gaspar, Kal i Amber optowali – zaatakować Arienne teraz, zanim jeszcze cały zamek w swej mocy mieć będzie, w ten sposób życie mieszkańcom i kusznikom ratując – od śmierci i opętania ich chroniąc. Elf też optował za tym rozwiązaniem, z innych z deczka powodów – z zemsty mianowicie. Wreszcie przekonali Martina.

Dalej poszło gładko. Bohaterowie nasi swój ekwipunek odzyskali, dozbroili się i rankiem ruszyli do zamku de Agostinich, który jak się okazało ledwie o parę godzin drogi był od obozu. Dotarli tam kole południa i porucznik – Gaspara polecenia wykonując – z hrabią miał się spotkać by Arienne o szpiegostwo oskarżyć i kazać ją w lochu zamknąć.

Wcześniej jednak Arienne, która wszak Gaspara znała, Calahana na drużynę nasłała, a ten czarodzieja aresztować kazał, ze niby nekromanta listami gończymi poszukiwany. I tak się stało.

Co mieli robić kompani? Jak nic trzeba im było Gaspara uwolnić. Na szczęście pamiętali o przejściu tajemnym do lochów, którym wcześniej (a właściwie później) sie na zamek dostali. poszli więc nim, wyczekując momentu gdy nikt przejścia nie pilnował i uwolnili czarodzieja. Ten zaś z Martinem uradził, że drużyna najpierw sukkuba znajdzie, a potem on z lochu ucieknie – by ktoś postronny nie mógł go zauważyć.

No i naszli sukkuba, co właśnie się w starej jadalni z Calahanem naradzała. Kal zbiegł szybko do loszku i znak dał Gasparowi. Ten tylko na to czekał, ciemność magiczną przywołał i pomiędzy strażnikami uciekł. I zaatakowali Arienne. Magią i konfesjonalnie. Gaspar psa piekielnego, cerberusa ogniem ziejącego przywołał, który Calahana powalił i przypiekł mocno, Goeyl’drin zemsty dokonując dorżnął dowódcę straży. Gaspar sukkuba w sam czas magicznie unieruchomił, potem zaś czarami przypalił, do czego się także Martin dołączył.

I wtedy… świat zawirował, gdy Arienne ducha wyzionęła. To znaczy gdy jej dusza do otchłani wróciła. Zniknęli kompani ze świata naszego. W nicość… ale nie na zawsze. Wrócili dokładnie w tym czasie i miejscu, gdzie brama przez sukkuba otwarta ich wessała. To znaczy ósmego października, wczesnym popołudniem.

I czekał na nich Gaspar. Uśmiechnięty, wino popijając czarodziej przywitał ich miło, widać się na zamku zadomowił. Sprawę całą kompanom objaśnił – jak to z porucznikiem wszystko hrabiemu i hrabinie Natalii wyjaśnili. Hrabiostwo całkiem wdzięczni byli, a Natalia, która zupełnie odżyła, wyrwana spod wpływu demonicy, w szczególności. I wdzięczność ta się zmaterializowała, w postaci 200 złotych koron (bez podatku, co Natalia wyperswadowała poborcy zamkowemu).

Kompani odpoczęli i dwa dni jeszcze na zamku się bawili, posiłki sute jadając i obficie winem popijając. Dostali też list od Natalii dla Gordona, szefa Bractwa w Bouvetcie. I ruszyli do miasta, by w umówionej karczmie ,,Pod Czarnym Lisem” z kontaktem swoim się spotkać.

List został przekazany, a bohaterowie za poleceniem łącznika z jednym z rezydentów Bractwa się spotkali. Zwał się on Simon, prowadził zakład rymarsko-kuśnierski na mieście – ale to była tylko przykrywka. Simon był bowiem całkiem ważną w Bractwie figurą, na medalionie, który pod chałatem nosił trzy diamenciki w gronach się iskrzyły i zwierzchność mu nad kompaniją była dana.

Bohaterowie nasi mieli czas na wypoczynek i dla siebie, bo zadania żadnego do wypełnienia nie było. Podjęli więc szkolenia, by lepiej w swoich profesjach się sprawiać. I tak Kal przez samego Simona był szkolony w sztukach złodziejskich. Elf Goeyl’drin na nauki do Eryka Passagalen trafił, gdzie we władaniu mieczem i łukiem się doskonalił. Amber trafiła do druida Hasperusa, który swą siedzibę miał daleko za miastem – co zresztą jej na rękę było, bo nie lubiła miejskiego gwaru i brudu. Martin sam znalazł sobie nauczyciela – Gaspar także się w mieście zatrzymał, a ponieważ przyobiecał to wcześniej, to jedynie za skromne utrzymanie młodego adepta podszkolił.

Mieszkali bohaterowie nasi na kwaterze, naprzeciw gospody ,,Pod czarnym lisem”, gdzie się stołowali. Kwatera była przez bractwo opłacana, i choć nie było luksusów (zwykła kamienica, w której biedota raczej mieszkała po społu z typkami różnego autoramentu), to było dość spokojnie – jeśli nie liczyć popijaw urządzanych przez trzech żaków z sąsiedztwa i krzyków pani Ondrei, ladacznicy, która na tymże samym piętrze mieszkała.

I tak się złożyło, że w piątek, dnia 26 października, 664-go roku, wczesnym popołudniem, gdy niezbyt ciepłe październikowe słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, spożywali właśnie obiad w karczmie ,,Pod czarnym lisem”. Kal, Amber i Goeyl’drin zastanawiali się co począć z wolnym wieczorem. Dla elfa był to pierwszy dzień po zakończeniu szkolenia, Amber nad ranem wróciła do miasta z terminu u mistrza Hasperusa. Kal już od paru dni miał wolne i nudziło mu się strasznie. Czarodzieja Martina, nie było z nimi, gdyż razem ze swoim nauczycielem dzień wcześniej za miasto wyjechał, by kilka czarów poćwiczyć z dala od oczu wścibskich mieszczuchów.

I wtedy… w to spokojne aż do nudy popołudnie, gdy po obiedzie człowiek jest leniwy tak, że nawet muchy łażącej po brzegu puchara z winem nie chce się zabić, właśnie wtedy stanął w drzwiach nieoczekiwany gość. Nieoczekiwany, aczkolwiek znajomy…

enemy

Nie ma to, jak narobić sobie wrogów…

Ej, długo mnie w tymże przybytku nie było, oj długo. I zatęskniłżem do tej kaszy ze skwarkami, co mi ją szanowna Beladonna Chrapko łaskawa była podać bez opłaty żadnej.

enemy

Wielkaż jest jej dobroć i złote ma serce nasza gospodyni, niech jej Elean po wsze czasy sprzyja, ażeby zawżdy kaszą tą złaknionego, biednego wędrowca poratować mogła. Teraz żem się najadł do syta, to i zdałby się napitek jakowyś, coby gardło przepłukać, abym historyję mógł dalej wieść dla moich słuchaczy zacnych. No, gospodarzu, serce i was przecie wielkie, odżałujcie jeden kufelek, wszak tej nocy tychże parę miedziaków, co na mnie stratni będziecie po wielokroć się wam zwróci, dzięki opowieści mojej. Taaak… to rozumiem. A garlandzkiego, złotego żeście nie mieli? Co, znowu embargo ogłosiły kutwy jedne? A niech im to piwsko wszystkimi otworami ciała wyjdzie.

Hmmm… nawet niezłe, czyżby się browar z Foleyet tak poprawił? Dawno żem tak dobrego piwa nie smakował. Po prawdzie, to żadnego żem piwa nie smakował, będzie z miesiąc. Gdzie żem był, pytacie. Ach daleko, moi panowie i waćpanny, daleko żem podróżował i cuda różne żem widział, ale nie czas teraz na tę opowieść choć wielce ciekawa by ona była, bom przecież miał historyję piątki naszych bohatyjerów dalej wam opowiadać.

Dawno żem w progi tej gościnnej karczmy nie zawitał, a i opowieść moja z głów słuchaczy moich szanownych pewnie wywietrzała nieco, więc przypomnę dziś nieco szerzej zdarzenia jakie miały miejsce w Bouvetcie, pod koniec października roku 664-go Po Kataklizmie. Tak… Jak by tu…
czytaj dalej… ->

Bohaterowie nasi, we czwórkie (bo Svena z nimi podówczas nie było) w Bouvetcie, pod skrzydłami bractwa przycupnęli i nauki pobierać zaczęli, co by swe eksperiencje, szczególnie z ostatniej rozprawy z Sukkubem, na użyteczne umiejętności zamienić. Bouvetta była już podówczas dość dużym miastem, kole tuzina tysięcy dusz pod sobą miał książę Albrech de Bouve, wszetecznik i hulaka, co na zabawy i zamtuz swój prywatny więcej zwykł wydawać niż na straż miejską i poddanych bezpieczeństwo. Nie było to więc bezpieczne miasto, oj nie. Nie tam, że od razu bezprawie na ulicach panowało, co to to nie. Ale strażnicy, słabo opłacani będąc i słabo wyszkoleni serca w swą robotę nie wkładali. Szczególnie za murami miejskimi rzadko ich spostrzec można było, toteż na Świńskim Polu, na Burym Błoniu, czy też na Przystani, po zmierzchu łotrzyki rządziły. Patrole straży, nawet jeśli się tam już znalazły to unikały interwencji, co by po łbach nie dostać, li też z nurtem rzeki Dwyne do morza nie spłynąć na skutek zasłabnięcia nagłego, spowodowanego przez sztylet pomiędzy łopatki wbity.

Nie, Bouvetta, a szczególnie przedmieścia nie były nocą bezpiecznym miejscem.

Ale wróćmy do naszej kompaniji. Pewnego nudnego popołudnia w karczmie ,,Pod Czarnym Lisem” trójka z naszej kompaniji biesiadowała, zastanawiając się co począć kolejnego wieczora. Martina, czarodzieja z nimi nie było, wraz ze swym mistrzem, Gasparem wyjechał swe czarodziejskie umiejętności doskonalić. I wtedy zjawiła się piąty z kompanów, Sven.

Sven – będzie miesiąc wcześniej – przez niejakiego Michela Gibsona na misję tajną był zabran. Z tymże Michelem śledzili blondwłosego jegomościa, co konszachty z zakazanym kultem Nata-Kranty miał. Pojechali za nim do Agartali i dalej na południe, do wioski jakowejś, gdzie nocą, w lesie głębokim, kultyści tajemny rytuał wykonali i potwora jakowegoś, czy też demona, w starożytnym kręgu kamiennym przywołali. Sven i Michel, prawdopodobnie dzięki demonim mocom przywołanego monstrum wykryci zostali i we wiosce próbowali się skryć, na co kultyści wszystkie chałupy spalili i wieśniaków wyrżnęli. Dopadli też Svena i kompana jego. Michel spotkanie to życiem przypłacił, zaś Sven, czarem jakowymś porażon za martwego był uznany i w kloace się znalazł. Odżył jednak rankiem i do Agartali pognał, stamtąd zaś do Bouvetty, za blondyna śladem. W Bouvetcie miejscowy rezydent bractwa, Simon, blondyna wywęszył, z pomocą swych informatorów wielu, w karczmie ,,Pod Bursztynowym Pawiem”. Co by zaś Sven sam nie szedł – wysłał go po resztę kompaniji, co bez zajęcia w karczmie na rozkazy czekała.

No i ruszyli kompani w czwórkę – Sven, druidka Amber, niziołek Kal i elf Goeyl’drin – do wspomnianej karczmy. Ale blondyna tam nie znaleźli. Porozpytywali trochę i dowiedzieli się, że owszem, gość takowy był tu poprzedniego wieczora, i rozmawiał z niejakim Raymondem – jak się okazało członkiem złodziejskiej gildii ,,Błękitnych Noży”. No i się problem zrobił, bo do gildii byle kogo nie wpuszczają, hasło trzeba znać. Kucharka jedna wskazała kompanom jedno ze źródeł takiego hasła – w karczmie siedzieli właśnie, czekając na kogoś dwaj jegomoście – blondwłosy zawadiaka Oren i rudowłosy niziołek Pompon, co z gildią interesy robili.

Popchnęli więc kompani Amber, co by Orena zwiodła i było się to udało. Gdy driudka z Orenem w komnacie się zamkli pozostała trójka tam wpadła i wojaka zbiła. Ale pech chciał, że Oren, nie będąc zbyt wielkiego rozumu, hasła nie pamiętał – takie sprawy swemu kompanowi – niziołkowi zostawiał.

Ale się też niziołek wkrótce w pokoju zjawił, to go Sven z Goeyl’drinem capnęli, czarnym lotosem nakarmili, palce połamali – to im hasło wyśpiewał.

Za radą Simona bohaterowie nasi do gildii poszli, by się z tajnym członkiem Bractwa Winnego, zakamuflowanym w gildii, spotkać. Osobnik ten, niejaki Roncatto był w gildii wielce poważany, jako spec od czarnej roboty. Co to znaczy? To znaczy, że gardła ludziom za pieniądze podrzynał, a że niezły w tym był, to i nieźle na tym zarabiał.

No i spotkali się kompani z Roncattem, ten symbol winnego grona rozpoznawszy do Raymonda ich zaprowadził.

Raymond był rozsądnym człowiekiem i ukrywać prawdy przed naszą kompaniją nie zamiarował. Za niewielką opłatą zdradził, że gildia dla poszukiwanego blondyna robotę wykonała, mianowicie porwała córkę jakiegoś kupieckiego rodu. Dlaczegoż, zapytacie? A no dlatego, że królewski przetarg był, na wyekwipowanie straży miejskiej w kilku miastach, i ktoś wyraźnie sobie nie życzył, by Quentin Danevos w przetargu startował. Raymond jednakowoż nie wiedział kto robotę zlecił, wiedział tylko, że bachor dostarczony był na barkę, stojącą w porcie.

Nazajutrz udali się wiec kompani do portu, gdzie w kapitanacie się dowiedzieli, że wspomnianej barki, ,,Złotego Pelikana” już nie ma, ale jest inna barka, należąca do tejże samej kompanii przewozowej, co się ,,Srebrna Bryza” zwała. I dowiedzieli się, że wyłączność na handel z tąże kompanią ma kupiec Waldemir Finlay.

Simon poradził co by kupca wybadać i wtyczkę jakowąś znaleźć. Rozpytali bohaterowie nasi po okolicy i namierzyli ewentualne źródło informacji – Telforda, strażnika w domu kupca Waldemira. Tenże Telford miał już co nieco na sumieniu – kilka roków wcześniej za gwałty na czci niewieściej był sądzon, ale wtedy kupiec za niego poręczył.

Poszli więc kompani do karczmy, w której Telford i inni strażnicy kupca Finlaya lubili przesiadywać – do ,,Pubu Malachaia”, gospody, gdzie słynne niemal na cały kraj koncerta minstreli sie odbywały. Tam też znaleźli jegomościa i tam też plan się zrodził, by mu dziewkę jakowąś podsunąć, potem krzyku narobić i zaszantażować jegomościa. Tak też zrobili, choć ze zwykłą dziwką nie poszło, to i wnet sposób się znalazł. Spostrzegli nasi bohaterowie, że Telford szczególnym afektem jedną ze śpiewaczek, Sarę Brighthelm, darzy. A biedaczka akurat śpiewać nie mogła, bo ją gardło rozbolało.

Zaoferowała się więc driudka Amber z pomocą, ziółek naparzyła, ale po prawdzie to użycie Sary w planie szantażu wybadać chciała. No i się minstrelka o dziwo zgodziła – ale przysługa za przysługę. W zamian zażądała wykastrowania lub zlikwidowania Raymonda – tegoż samego Raymonda, członka gildii, któremu bohaterowie płacili za informacje o blondynie. Cóż mieli nasi bohaterowie zrobić? Zgodzili się.

Plan poszedł jak po maśle, kompani nastraszyli Telforda poważnie – i juz mieli wtykę u kupca. Dowiedzieli się przy okazji o niejakim Bastianie, który kilka miesięcy wcześniej się na służbę u Waldemira zaciągnął. A dziwny to był ponoć jegomość i wiele spraw tajnych z kupcem od razu miał, w kwestiach niektórych jakby zwierzchność nad nim mając. Kupiec zaczął jakieś tajemne zlecenia wykonywać, towary dziwne sprowadzać i podejrzliwy stał się bardzo.

Pojawiał się także w domu kupca blondyn, przez bohaterów naszych poszukiwań – jemu obaj, i Waldemir i Bastian wielkie poważanie okazywali. Tajne narady we trójkę prowadzili często, nikogo, poza lokajem do pokoju nie wpuszczając. Ostatnią taką naradę mieli kilka dni temu, potem blondyn zniknął.

Kolejnego dnia, tegoż samego gdy Martin wrócił był ze swoich ćwiczeń magicznych, nowy rozkaz od Simona dostali. Mus im było do posiadłości kupca wejść i dokumenta kompromitujące podłożyć. Szybko więc musieli wtyczki swojej użyć. Zakupili wina dobrego i trucizną usypiającą je zatruli, po czym Telfordowi kazali straże w nocy napoić – i tak też się stało. Weszli niezauważeni do posiadłości kupca, Kal dokumenta podłożył. Jeszcze tylko języka musieli zaciągnąć. Wybór padł na lokaja – bo Bastiana w posiadłości nie było. Uśpili tegoż osobistego sługę Waldemira, związali i wynieśli – o włos alarmu w całym domu unikając. Simon wziął biedaka na tortury – a kompani wrócili na swą kwaterę by się wyspać.

Rankiem, gdy na śniadanie ,,Pod Czarnego Lisa” poszli spotkali znajomka – w karczmie rudowłosy niziołek, Pomponem zwany, na nich czekał.

Jaki był jego zamiar – tego nigdy dowiedzieć się nie było im dane. Rozsierdził sie Pompon, gdy mu elf pogrozić próbował. Złapał bowiem elfa za włosy i nóż do gardła mu przyłożył… I okazało się, że Pompon nie jest sam – miał do obstawy czterech oprychów. I jeden z nich Kala złapał i też mu nóż do krtani przystawił.

Dalej wypadki potoczyły się szybko. Martin próbował rzucić czar, na co Pompon dźgnął bezbronnego elfa, a oprych przejechał nożem po gardle Kala. Sven skoczył na oprychów – w sumie trzech powalił, a Amber magiczną mgłę przywołała. Martin ledwie był uciekł Pomponowi spod ostrza. Przywołany chwilę później przez niego pies z niziołkiem we mgle się szarpał – ale też na sztylet się nadział, bo zaskomlał tylko i zniknął. Nie dłużej niż dwadzieścia uderzeń serca to trwało – a gdy się mgła rozwiała Kal i Goeyl’drin, opatrzeni przez Amber ledwie żyli, leżąc w kałużach krwi, podobnie jak czterej bandyci co Pomponowi w sukurs przyszli. Kompanija rannych wynosząc z powrotem na kwaterę zbiegła.

Tam dzięki miksturom magicznym, własnym i od Simona, nieco się podleczyli. Ale jakby tych kłopotów z Pomponem było mało nawiedził ich też posłaniec od Sary Brighthelm – minstrelki, co jej przysługę obiecali. Posłaniec konsekwencjami pogroził, dając kompaniji naszej jeden dzień na uporanie się z Raymondem.

Po południu Simon wrócił do nich i w starym warsztacie stolarskim, w kryjówce tajnej całą piątkę ulokował, by przez nikogo nie niepokojona nieco wykurować się mogła. Bo robota ich czekała jeszcze tego wieczoru – co prawda kupiec Waldemir nie był już problemem, bo tajne służby, podłożone listy znalazłszy do lochu go wtrąciły, ale pozostał jeszcze Bastian, który o blondynie – teraz już kompani wiedzieli, że ma na imię Darreus – mógł sporo wiedzieć. A Bastian miał być wieczorem, w nieznanym celu w karczmie ,,Wilgotny Bóbr”, na Burym Błoniu, jednym z przedmieść Bouvetty.

Czekali więc kompani wieczora. Kal i Goeyl’drin drzemali (jeśli u Elfa można mówić o drzemce), aby lepiej swe rany zabliźnić, zaś pozostała trójka siedziała w niezbyt przestronnej komnacie, na zapleczy nie używanego i zapomnianego przez wszystkich warsztatu stolarskiego, w zupełnej ciszy, patrząc jak na zewnątrz zapada coraz głębszy mrok. Zbliżał się zmierzch, który tu, na podwórcu pomiędzy kilkupiętrowymi kamienicami, obserwowany przez mocno przydymioną i zasmarowaną brudem szybę, wydawał się jeszcze bardziej mroczny…