caveswamp

Bagna i podziemia

Dawno żem już u was nie stajał gospodarzu, i wy, słuchacze moi mili, oj dawno. Kawałek spory świata żem zwiedził i historyi różnych nasłuchał, które opowiedzieć wam mógłbym, ale wiem, ze nie po temu żeśmy się tu zebrali, a ino po temu, coby historyję bohaterskiej naszej piątki dalej opowiedzieć.

caveswamp

Jako żem już miesięcy ładnych parę w tejże gospodzie nie bajał, pozwólcie, że trochę opowieść cofnę, co by niektóre fakta waszmościom i waćpannom przypomnieć.

Od czego by tu zacząć… Może od wyjazdu z Bouvetty? W mieście tym kompanija nasza Darreusa ścigała, co do kultu złej boginki Nata-Kranty przynależał, ale mimo zabiegów licznych nie udało się go bohaterom naszym namierzyć. Dorwali jednak niejakiego Bastiana, najwyraźniej Darreusowego współpracownika – aczkolwiek ten im nic powiedzieć nie mógł, bo go elfka Elwirą zwana w rzece nożem zadźgała. Jednakże na barce, na której nikczemnik ukryć się próbował kompani ślad znaleźli – w dzienniku kapitana spotkanie umówione było z Darreusem, dnia piątego listopada 664-go roku Po Kataklizmie. Notka też tam była, co ów Darreus lądem podróżuje i spóźnić się może…

Za radą Simona, rezydenta Bractwa w Bouvetcie, bohaterowie nasi w ślad za kultystą ruszyli gościńcem w stronę stolicy. Daleko jednak traktem nie zajechali, gdyż już na pierwszym stajaniu, we wsi Poddębowiec okazało się, że kareta Darreusa z obstawą w las poszła, na północ, przez lasy, w stronę wioski niziołków i bagien. I tam też bohaterowie z miejscowym przewodnikiem ruszyli.

W lesie starli się z dwoma kultystami, co przy porzuconej karecie się ostali – i choć żywcem jednego wzięli, to próby wyciągnięcia czegokolwiek na niczym spełzły. Dotarła kompanija do wioski niziołków, gdzie jak się okazało kultyści już byli. Tam do bohaterów naszych zbliżył się młody niziołek Raro. Okazało się, że brat jego, Dalamir kultystów na bagna poprowadził, gdzie tajemnicze jakoweś ruiny się znajdowały. W zamian za obietnicę uratowania brata Raro zgodził się zaprowadzić bohaterów do tychże ruin.

Zostawiwszy wierzchowce na niziołkowej farmie bohaterowie pieszo dalej ruszyli. Na brzegu bagien obóz kultystów znaleźli, w którym pod strażą dwóch fanatyków konie pozostawione były. Wyrżnąwszy straż bohaterowie dalej w bagno ruszyli.

Ciężka to była droga i niebezpieczeństw pełna. O mało nie potopili się kompani nasi, zwalczyć musieli istoty bagienne – pająka wielkiego, ogromną ropuchę, co na Martina chrapkę miała, i węża dusiciela. Ale w końcu dotarli do piramidy położonej na wysepce wśród bagien. Po drobnym starciu z kultystami co obozowiska pilnowali (pięć do zera dla naszych) do piramidy dziwnej zeszli, śladem pozostałych kultystów. Piramida ta, jak się okazało, szczytem świątyni wężowego bóstwa była, zła magia i trupi zapach stęchlizny kompanów otoczył.

Wtedy to, wkrótce po wejściu Sven, nieborak, opętany został, gdy ofiarny sztylet, krwią naznaczony, z mrocznego ołtarza próbował wyciągnąć. Musieli go kompani związać i wyprowadzić na zewnątrz. A potem pozostała czwórka zeszła niżej, na trzeci poziom, gdzie właściwa świątynia w skale wykuta była.

Tam ślady kultystów znaleźli i za nimi ruszyli. Okazało się wkrótce, że nie wszystko w świątyni umarło – setki, a może i tysiące ofiar, które wężowemu bóstwu Setesh’owi oddane były, sprawiły, że miejsce to tak nasiąknęło złą magią, że umarli do końca nie umierali. Starli się bohaterowie kilka razy ze szkieletami i zombi, powstałymi zarówno z kapłanów świątyni, jak i z elfów, które najwyraźniej przybytek ten zniszczyły – a stare to było miejsce, pewnikiem na tysiąc lat przed kataklizmem zbudowane.

W jednej z komnat kompanija nasza spotkała impa – demona małego, co przez cały ten czas zamknięty w pokoju swego mistrza – czarodzieja siedział. Nie zdołali go jednak kompani uwolnić, mimo iż Kal z Martinem próbowali mocno, poganiani zresztą przez Goeyl’drina, któremu śniły się skarby w pokoju czarnoksiężnika zaklęte.

Znaleźli też bohaterowie lochy, których dolny poziom wodą był zalany, gdzie znowu z zombiszczami się starli. Potem zaś druidka Amber wyszła na górę by sprawdzić co się ze Svenem dzieje i pech chciał, że na nią klątwa przeszła.

Zmęczeni kompani – po całym dniu marszu przez bagna i kilku godzinach w lochach na spoczynek się udali – na dole, w świątyni, przy schodach – jedynym jak sie zdawało wyjściu. I wtedy w nocy rzeczy dziwne dziać się zaczęły. Trzęsły się ściany, zawaliły się schody. Dźwięki dziwne jakby ze ścian się wydobywały – wizgi, piski i wycia. Gdy wszystko to ustało, okazało się, ze drogi powrotnej na górę juz nie ma…

Wypoczęli bohaterowie i dalej, za śladami kultystów podążyli. W jednej z komnat upiór jakowyś okropny elfa mocno zranił – a nieziemska to była rana, co zdawało się, że elfa mocno postarzyła. Potem bohaterowie nasi wielka komnatę znaleźli, pewnie główną świątynię – i tam się też dziwy działy – świece zapalały się same, kielichy wypełniały krwią, postać widmowa głównego kapłana się pojawiła. Wreszcie, gdy nawet znaleziony kapłański, szczerozłoty hełm nie pomógł, ostawili to w spokoju.

Potem znaleźli jeszcze skarbczyk, mocno zamknięty, a wewnątrz księgi jakoweś i szaty. A w innej znowu komnacie, wewnątrz wielkiego pentagramu,istotę jakowąś, co jakby z czarnej mgły zrobiona była – demona pewno potężnego, co kompanów o uwolnienie prosił. Nie ulegli mi jednak, mimo obietnicom i dalej poszli, pozostawiając nikczemnika na wieczne potępienie.

Wreszcie zeszli bohaterowie do katakumb. Tam dostali się na galerię głównej hali, gdzie akurat kultyści, a w szczególności czarodziej jakowyś, czy kapłan może z przywołanym demonem ognistym pertraktował. Drugi z demonów już po stronie kapłana był i kompaniję zaatakował, a wredna to była istota – każdy cios jej zadany wszyscy kompani na sobie również odczuwali. Niziołek i Martin omal życiem tego nie przypłacili. Odgoniwszy czarnego, małpowatego demona Sven z Goeyl’drinem zaciągnęli kompanów do znalezionej wcześniej komnatki, w której biała kolumna uzdrawiającym światłem promieniowała. Goniły ich tylko dźwięki – trzask łamanych kości i gruchotanych pordzewiałych broni – to ognisty demon przebijał się przez hordy martwiaków, które dotąd blokowały drogę wyjścia kultystom. I szło mu to całkiem żwawo…

* * *

Komnata nie była duża, może dziesięć na dziesięć kroków. Ale była inna niż wszystkie tu, na dole. Ściany wyłożone były białawym, polerowanym marmurem, którego prawie nie sięgnął ząb czasu. Posadzka z kwadratowych bloków szarego granitu pokryta było co prawda warstwą kurzu, ale nie było widać tu śladów jakiejkolwiek walki. Tak częstych w innych miejscach świątyni. Po środku komnaty, otoczona niskim murkiem – kiedyś pewnie brzegiem basenu od dawna nieczynnej fontanny – stalą pojedyńcza kolumna. I nie była to zwykła kolumna – ta dawała blade, białe światło, ale co najważniejsze dawała poczucie spokoju i promieniowała jakąś magiczną energią. Dobrą energią.

Kolumna była tez jedyna z innego powodu. Była to bowiem zapewne jedyna w całym znanym świecie kolumna obejmowana w tej właśnie chwili obiema nogami i rękoma przez niziołka. Poobijanego niziołka, który jednakże w tej chwili miał bardzo błogą minę…

Sven podniósł się na nogi, aż trzasnęło w kolanach. Roztarł swędzącą zaczerwienioną ranę na czole – ślad po uderzeniu własnego topora. Tylko, że topór ten uderzył w łeb małpowatego czarnego demona… rana była jednak tak bolesna, jakby rosły wojownik sam sobie przyłożył. Fakt, dobre białe światło kolumny złagodziło juz ból i pozostało tylko swędzenie. Natarczywe i wcale nie mniejsze od tego, jakie czuł pod czaszką, gdy próbował sobie wyjaśnić co tak właściwie go uderzyło. Magia, czarna magia – to było daleko poza możliwościami umysłu Svena.
– Co dalej? – zapytał elf, siedzący z plecami opartymi i murek wokół kolumny.
– Jak to co? Spierdalamy! – odpowiedział mu Sven, zagapiony czerwoną szramę na czole elfa, mógł się tylko domyślać, że taka sama swędzi właśnie na jego czole. Martin również miał taką ranę (ten cios pozbawił go przytomności), ślad Svenowego topora nosił również Kal.
– Tylko gdzie? – zapytał elf. – Schody zawalone, a innego wyjścia nie widziałem.
– Nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego. Jest jeszcze parę komnat i korytarzy… – zaczął Martin.
– Taaa…. Da to temu ognistemu dość czasu, by nas znaleźć dorwać… – Sven nie miał wesołej miny – widziałeś co on robił z tymi szkieletorami?
– Nie sądzę, żebyśmy mieli z nim jakiekolwiek szanse. – przyznał Goeyl’drin. – A na dodatek jest jeszcze ten mały czarny kurdupel.
Elf próbował wstać. Oparł się przy tym na prawej ręce i syknął z bólu. Prawe ramię, a szczególnie bark nie wróciły jeszcze do normy po upiornym dotknięciu.
– Tak, trzeba znaleźć i na niego sposób. – zauważył mądrze Sven. Swędzenie nie ustawało. Na czole i pod czaszką.
– Może z daleka? – zasugerował Goeyl’drin – Pamiętacie? Mojego pierwszego strzału z łuku nie poczuliśmy. Mógł być wtedy o ile? Trzydzieści kroków od nas?
– Może to i sposób. Ale ja myślę o czymś innym… – Martin zawiesił głos.
Sven poczuł ulgę. Nie musiał już myśleć. Martin miał pomysł. Swędzenie słabło.
– No… – ponaglał elf.
– Ten czarny dym w pentagramie. Ten demon… jakby go napuścić na ognistego.
– Tfu, wypluj te słowa! – krzyknął Sven. – Co za idiotyczny pomysł. Jeszcze jednego chcesz na nas napuścić.
Swędzenie pod czaszką wracało. Dużo silniejsze.
Martin nie odpowiedział. Siedząc gapił się w podłogę, palcami mieszając w woreczku z ingredientami do czarów. Elf nerwowo chodził wokół kolumny. Sven, oparty plecami o ścianę ciągle pocierał czoło. I żałował, że nie może się podrapać pod czaszką.
– Ufff… – Odezwał się Kal wypuszczając białą kolumnę ze swych objęć. – Jak dobrze.
Stanął na równe nogi i przeciągnął się. Potem zwinnie przeskoczył murek.
– Wybaczcie panowie, ale muszę się oddalić celem ulżenia moim potrzebom fizjologicznym. – powiedział. – Idę się odlać.
– Tylko luknij tam w stronę katakumb. A jak spotkasz ognistego, to możesz go olać i ode mnie.
Martin podniósł szybko głowę. Dreptający wokół kolumny elf stanął nagle. Obaj spojrzeli na Svena.
– Sven, jesteś genialny – powiedział Martin.
– Hę?!? – rosły wojownik był mocno zdziwiony. Martin i Goeyl’drin popatrzyli tylko na siebie. Dlaczego – zastanawiał się Sven. – Co ja takiego powiedziałem?
Swędzenie nasiliło się jeszcze mocniej.