szkolenie

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Kala

… i kolejny. Szum przelatującego wahadła, lekki powiew na twarzy. Och, gdyby nie ta opaska na oczach, to byłoby śmiesznie proste. Ale teraz. Znowu zatrzymanie. I nasłuchiwanie.

szkolenie

Gdzieś przed nim gruby dębowy bal bujał się zawieszony na zamocowanym w suficie haku. Nieco wolniej niż poprzedni, tego był pewien. Ile mu jeszcze zostało? Dolivandrel rozbujał chyba wszystkie dziesięć. Ten będzie ostatni? Stracił rachubę…

Malutki kroczek do przodu. Naoliwiony hak ledwie słyszalnie zgrzytał pod sufitem. Jeszcze ciszej niż to było przy poprzednim wahadle. Znowu powiew na twarzy. Silniejszy, ale wciąż leciutki. Więc jeszcze kroczek.

Opaska na oczach Już uwierała, mimo, że wykonana z miękkiego jedwabiu. Spocił się cały pod nią. Wiedział, że nic poważnego nie może mu się stać, nie tu, w sali treningowej bractwa, pod czujnym okiem Dolivandriela.

- No dalej, mały. – usłyszał nieco chrapliwy szept elfiego nauczyciela. – Już prawie.

Jeszcze kroczek. Tym razem niemal poczuł, jak wahadło musnęło mu kaftan, lecąc z prawej na lewo. Zaczął się skupiać. Jak grube ono mogło być? O ile musiał pójść do przodu by ominąć to, które miał przed sobą, a nie wpaść pod następne?

Gruby bal przeleciał w prawo. I z powrotem. Kal dostrajał się do jego rytmu. Prawo. Lewo. Prawo.

Donośny dźwięk uderzania cynowym dzbanem o ścianę. No tak, Dolivandriel znowu próbował zakłócić jego skupienie. Walił mocno i szybko. Metaliczny, dudniący odgłos zagłuszał prawie wszystko. Prawie… Trzy… Dwa… Dzban niemiłosiernie dudnił o ścianę. Jeden… Teraz. Dwa szybkie małe kroki. Następne wahnięcie bala odbyło się już parę cali za jego plecami. Metaliczne dudnienie ucichło, pozostawiając dźwięczny pogłos w uszach. Jeszcze kroczek do przodu. I jeszcze jeden… Przed nim nie było już nic. Cichuteńkie zgrzytanie bali słyszał tylko za sobą. Jeszcze krok. Żadnego dźwięku z przodu, żadnego powiewu powietrza. Tylko z tyły cichy szum. I z boku, niemal niesłyszalne trzaski…

Kal rzucił się do przodu i przekoziołkował. Po chwili stanął na nogach i zerwał opaskę. Niemal w tym samym momencie, gdy strzała z brzęczącym stukiem wbiła się w ciągle bujający się za jego plecami bal. Dolivandriel powoli odłożył łuk.

- No nieźle, nieźle – powiedział kiwając głową. – choć gdybym celował w ciebie już byłbyś martwy…

Kal nie skomentował. Wiedział, że jasnowłosy elf nie kłamał. Jeszcze kilkanaście dni temu, na początku szkolenia próbował się odszczekiwać. Dolivandriel szybko pokazał mu jednak miejsce w szyku. Był w stanie pobić niziołka niemal we wszystkim co ćwiczyli.

Gdzieś z tyłu sali dobiegły oklaski. To Sammer, opiekun całej siedziby; diabli wiedzą jak długo przyglądał się przedstawieniu. Po chwili raźnym jak na swój wiek krokiem podszedł do złodziejskiej pary.

- No, no… – rzekł – Jak oceniasz postępy naszego nowego przyjaciela, elfie?

Dolivandriel zmarszczył brwi, co sprawiło, że czerwona szrama nad jego prawym okiem wygięła się dziwnie.

- Jak wy to mówicie… ,,Chyba będą z niego ludzie”?

Kal uśmiechnął sie pod nosem. Rzadko słyszał pochwały od swojego nauczyciela. Zwłaszcza takie, po których nie pojawiało się jakieś ,,ale”.

- Skończyliście na dziś? – zapytał Sammer.

Niziołek spojrzał na dziarskiego, ale naznaczonego zębem czasu człowieka. Nie, to nie czas tak zmienił jego cerę, choć może i dołożył parę zmarszczek. Sammer był blady, bardzo blady. I nic dziwnego, od parunastu lat nie widział słońca – na skutek klątwy, która rzucona na niego została podczas załatwiania jednego z interesów Bractwa, żył niby jakiś wampir nie wychodząc na zewnątrz za dnia. Najsilniejsi magowie Bractwa nie byli w stanie zdjąć tej klątwy, rzuconej przez jedną z kapłanek Myrkula…

- Jeszcze nie. Musimy popracować nad runami. – odparł elf.

- Dałbyś spokój małemu – powiedział Sammer z uśmiechem podchodząc do niziołka – Ćwiczycie dziś od samego rana… Zaraz wpadnie Sara, wyciągniemy jakieś winko, Klaus już opieka baranka…

Oczy kala zaświeciły się na myśl o posiłku. Jego nauczyciel nigdy nie zważał na duży apetyt niziołka. Sam też chyba nic nie jadł.

- Nie. Runy. Musimy popracować nad rozróżnianiem osi w gazowych… Kal nie potrafi jeszcze odróżnić głównej od jej parabol i katastrali. A bez tego nie możemy zacząć punktów mocy…

- Dobra, dobra. Nie zaarzucaj mnie tym swoim fachowym blablaniem. Jakby co, czekamy w wypoczynkowym. Jak znam życie Sven z Szajbą już odszpuntowali antałek.

- Dojdziemy jak skończymy – powiedział elf z lekkim uśmiechem. – A teraz chodź kurduplu. Runy czekają…

Niziołek westchnął… Pieczony na rożnie baranek… Ślina pociekła mu po brodzie. I wino. Znając gust Sary zapewne jakiś przedni gatunek…

* * *

Sven wpatrywał się w schody. I starał się wsłuchiwać. Ale i tak nie usłyszał nadchodzącego niziołka, który wyrósł przed nim jak spod ziemi.
- I co? Czekają? – zapytał Martin.
- Cisza i pusto – relacjonował szeptem Kal. – Schody prowadzą jakieś dwadzieścia stóp w dół, dalej jest korytarz, z dziesięć kroków do rozwidlenia. Dalej nie szedłem.
- Światło?
- Pochodnie w ścianach. Nie musimy brać swoich. Przynajmniej w tej części, którą widziałem.
- A słyszałeś coś? – dopytywał się Sven.
- Taaa… Twój żołądek słychać pewnie aż do Bouvetty. A poza tym, to nie jestem pewien.
Z lewej chyba jakieś jęki, ale ten korytarz skręca potem, trudno powiedzieć jak daleko… Po prawej chyba chrapanie…
- Czyli ciągle nic nie wiedzą… Dobrze. – powiedział Martin. – Nie spodziewają się.
- Masz jeszcze coś w zanadrzu? – zapytał Sven.
- Wystarczy. Choć może być ciasno, musicie uważać jak się zacznie… I musicie mnie osłaniać. Porządnie.
- Dobra. Klaus, pilnujesz czarodzieja – Sven zwrócił się do stojącego nieco z tyłu wojownika. –
Zeeman, idziesz z tyłu. Ja z kurduplem przodem. Oczy szeroko otwarte, szukaj niespodzianek.
Niziołek ruszył pierwszy, Sven za nim. Dalej Klaus…
Martin poprawił swój wężowy habit. Jego szerokie rękawy nie utrudniały czarowania. Sprawdził raz jeszcze ulokowanie sakiewek z ingredientami do czarów na pasie. W czasie gorączki walki musiał dokładnie wiedzieć co gdzie jest. Do właściwej sakiewki musiał sięgnąć w ciemno – nie było zazwyczaj czasu na mozolne szukanie właściwego komponentu do zogniskowania czaru. Nie, gdy wokół brzęczała stal i świszczały strzały i bełty…