szkoleniamaga

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Martina

Kolejny bełt przeleciał tuż obok jego głowy. Czy ten Petr zwariował? Przecież to tylko próba, trening…

szkoleniamaga

Kątem oka Martin spojrzał na Mariangę, swego nauczyciela. Wysoki czarodziej, o wiecznie wzburzonych szaro-blond-czarno-siwych włosach i takiejże brodzie stał z boku, bacznie obserwując ćwiczenie. I chyba nieźle się przy tym bawił.

Strzała. Tym razem Martin odruchowo uchylił się, ale nie zburzyło to jego koncentracji. Palce wykonywały skomplikowane ruchy, słowa w starożytnym języku pradawnych smoków same płynęły z jego ust. Kwasowa strzała uformowała się między jego dłońmi i poleciała w stronę latającego po środku pomieszczenia mefita, którego Marianga przywołał jako ćwiczebny cel. Małej istotce nie bardzo się to podobało, co wyrażała głośnym skrzekiem, ale wola Mariangi była silniejsza. Mefit latał. Strzał Dolivandriela i bełtów Petra-Nic nie musiał się obawiać, nie były wycelowanie w niego. Kwasowych pocisków Martina – i owszem. I choć był mefitem szlamu i kwas nie wyrządzał mu zbytniej krzywdy, to każde trafienie było bolesne. Mefit miałby ochotę plunąć własnym kwasem we wrednego czarodzieja, ale wola jego pana nie pozwalała na to.

Mefit był zły, bo nie rozumiał co się działo. Wiedział tylko, że ma latać i unikać pocisków.

Kwasowa strzała, szczęśliwie dla niego chybiła.

- Skup się, Martin – głos Mariangi był donośny, ale spokojny. – Jeszcze raz.

Martin nie odpowiedział. Stojący po drugiej stronie Petr-Nic znowu zwolnił cięciwę w swej kuszy. Bełt leciał w stronę Martina, ale czarodziej już w mgnieniu oka wiedział, że chybi. Nie zważając na niego zaczął kolejną inkantację. Poczuł tylko podmuch powietrza na policzku, gdy bełt przeleciał jakieś dwa łokcie obok jego głowy, nie przerywając skupienia, ani pierwszej wstępnej sekwencji gestu. Kolejne słowa zaklęcia głośno i wyraźnie wydobyły się z jego ust.

Strzała Dolivandriela. Martin raczej wyczuł ją, niż zobaczył. Lekko wygiął się w prawo, przyciskając lewy łokieć do ciała. Palce, wykonujące właśnie skomplikowany ruch zadrżały nieco, środkowy nieco spóźniony. Czarodziej wiedział już, że nie jest idealnie, ale mimo to kontynuował. Czuł narastającą w nim magiczną energię. W myślach widział kolejne słowa zaklęcia, spalające się czerwonym płomieniem w miarę jak je wypowiadał. Uderzenie serca później wystrzelona przez Dolivandriela strzała musnęła lewy rękaw jego habitu. Martin był już gotów, czuł, że gromadzona energia zbliża się do apeksu. Rozszerzył dłonie, układając je w rodzaj tunelu. Pomiędzy nimi zaczęła formować się zielonkawo świecąca niematerialna strzała. Wypowiadając ostatnie słowo inkantacji wyrzucił ręce do przodu. Strzała poleciała.

A potem Martin szybko odchylił głowę w lewo. Bełt przeleciał niedaleko. Może to tylko wrażenie, że musnął małżowinę ucha? Spojrzał szybko na strzelca, stojącego przy przeciwległej ścianie komnaty ćwiczeń. Petr-Nic z uśmiechem sięgał już po następny bełt i już za chwilę układał go na łożysku kuszy.

Głośny skrzek mefita powiadomił Martina o tym, że tym razem jego kwasowy pocisk trafił.

- Przywołanie, Martin. Coś, co mogłoby dorwać tego fruwającego skurwiela – usłyszał głos Mariangi.

Martin tylko chwilę się zastanawiał. Czuł jak magia, która wezbrała się w nim podczas rzucania poprzedniego czaru opada. Mrowienie w palcach – ślad po resztkach nadmiarowej energii, nie zużytej podczas tworzenia kwasowej strzały – ustawało szybko. Czarodziej wiedział, że musi poczekać, by ta resztka nie zakłóciła jego aury, nie wpłynęła na kolejny rzucany czar, gdyż mogło się to źle skończyć…

Dolivandriel nie czekał. Wystrzelona przez niego strzała leciała nisko. Martin odruchowo zrobił mały kroczek w bok, choć w zasadzie nie musiał. I zaczął zaklęcie. Wiedział, że to zajmie mu więcej czasu niż stworzenie strzały kwasu. Dużo więcej.

Strzała przeleciała na wysokości jego uda kilka cali obok nogi czarodzieja, po czym z brzęczącym stukiem wbiła się w drewnianą ścianę za jego plecami. Zaklęcie jednak było już w toku. Sekundy mijały powoli, każde słowo musiało być wypowiedziane uważnie i z odpowiednim akcentem, każdy ruch palców dopracowany. Jeśli miał pojawić się przed nim przywoływany jastrząb wszystko musiało być perfekcyjne.

Bełt z kuszy przeleciał bezpiecznie nad głową, jedyną reakcją Martina było lekkie mrugnięcie powieki. Słowa inkantacji dalej plynęły niezmącenia. Czas mijał. Kątem oka młody czarodziej patrzył na Dolivandriela. Widział jak blond włosy elf zakłada strzałę na cięciwę, podnosi łuk, celuje.

Nim strzała opuściła łuk Martin wiedział już, że tym razem nie przeleci obok. Spanikował, ręce mu zadrżały, głos lekko się załamał. Uformowany wewnątrz półprzejrzystej sfery magicznie przywołany jastrząb był już prawie gotów. Po chwili z dźwięcznym trzaskiem sfera pękła, ptak znalazł się w całości w tym świecie.

Martin wiedział, że zbyt wcześnie. Że czar się nie udał.

Zamknął oczy. Ostatnim widokiem było światło pochodni odbijające się w wirującym powoli grocie strzały. Mimo zamkniętych oczu czarodziej widział niemal jak strzała zbliża się… Mówią, że w takich chwilach życie staje przed oczami… Wszystko jednak co mógł w tej wydłużającej się niemiłosiernie chwili przywołać jego umysł, to widok strzały wbijającej się w jego ciało. Gdzieś między drugie i trzecie żebro po lewej stronie. Zapowiedź bólu. Nieświadomie zacisnął zęby. W opadających w zwolnionym tempie dłoniach czuł, że nadmiar magii niewykorzystanej do nieukończonego czaru, wzbiera, ale nie mógł już tego opanować. Czekał tylko na…

Głośny trzask. Potem potworny ból w rękach, gdy magia eksplodowała. Zakręciło mu się w głowie, stracił równowagę, upadł. Gdy otworzył oczy zdołał jeszcze zobaczyć błękitnawy poblask magicznej eksplozji, jakby opadający, wirujący niebieski pył. I strzałę.

Strzałę, która wisiała w powietrzu dwie stopy przed nim. I płonęła.

A potem kamienna podłoga komnaty wyrżnęła go z impetem w miejsce poniżej pleców.

- Ty kretynie!!! – wrzeszczał Marianga, zbliżając się szybkim krokiem do elfa. – Ty pajacu! Idioto! O czym ty myślisz, jeśli w ogóle myślisz.

Przy swoim wzroście niemal siedmiu stóp Marianga pędząc na swą ,,ofiarę” robił zaprawdę przerażające wrażenie. Jego oczy promieniały wściekłością, wydawał się bardziej złowieszczy niż jakikolwiek człowiek mógłby, przynajmniej w naturalny sposób.

Martin, próbując dojść do siebie patrzył na swego mistrza i na blond włosego elfa. Znał Dolivandriela już dość długo, ale nigdy nie widział go tak przerażonego. Ten zazwyczaj pewny siebie, nonszalancki niemal elf bał się. Więcej nawet, był przerażony. Bardziej nawet niż gdyby stał na szafocie (tak do tej pory wyobrażał sobie swą śmieć), na chwilę przed egzekucją. Gniew czarodzieja mógł być groźniejszy od katowskiego topora…

- Prze… prze… – zdołał wyjąkać. Stojący obok niego Petr-Nic również skulił się mocno. Gotowa już niemal do strzału kusza dawno opadła.

- Chciałeś go zabić, kretynie? Pojebało cię zupełnie? O czym ty myślisz?!? – grzmiał Marianga.

Dolivandriel już się nie odezwał. Opuścił wzrok i czekał.

Martin podnosił się powoli. Kilka kroków przed nim na posadzce leżała dziwna, poskręcana, cuchnąca i tląca się masa mięsa i piór – przywołany jastrząb, który nie przeżył międzyplanowej podróży, źle przygotowanej przez niedokończony czar.

- Zapłacisz mi za to, elfie – Powiedział Marianga, już nieco spokojniej. – Koniec na dziś!

To ostatnie skierowane było do Martina. Młody czarodziej wstał. Bolały go dłonie – zaczerwienione, obolałe i swędzące od magicznej energii, bolała go głowa, a także zraniona przy upadku tylna część ciała.

- Idziemy – powiedział stanowczo nauczyciel, zawijając swym płaszczem tuż przed nosem Dolivandriela w szybkim zwrocie. – Sara ze Svenem już czekają pewnie z kolacją.

Martin otrzepał swój czarny, wężowy habit, poprawił pas z wiszącymi na nim sakiewkami. Petr-Nic potulnie rozładował swą kuszę i odłożył ją na stół. Dolivandriel także odłożył łuk i zaczął zabezpieczać kołczan…

- A ty gdzie? – wrzasnął na niego Marianga. – Ty zostajesz!

To mówiąc wykonał w stronę elfa kilka szybkich gestów, wypowiadając parę słów, których nawet Martin nie był w stanie rozpoznać. Dolivandriel stanął jak wryty, zamarł dosłownie w miejscu, z jedną ręką sięgająca na plecy by poprawić pas, na którym wisiał kołczan ze strzałami. Nie drżał mu nawet jeden mięśień… Tylko oczy nerwowo rozglądały się na boki.

- Poczekasz tu sobie do śniadania – mruknął czarodziej, znikając w korytarzu, co przy jego dłuuugich krokach odbyło się bardzo szybko.

* * *

Schody się dłużyły, kolczuga dzwoniła. Niedobrze, oj niedobrze. Gdyby jeszcze mógł cokolwiek zobaczyć… Nawet nie słyszał idącego dwa kroki przed nim niziołka. To znaczy miał ciągle nadzieje, że Kal idzie przed nim, ale nie mógł być tego pewien. Znając kurdupla…
Lewą ręką dotykając ciągle ściany Sven pokonywał kolejne stopnie. Coś zamajaczyło z przodu, najpierw niewyraźnie, ale po kilku kolejnych krokach był już pewien – drżąca, żółtawa poświata pochodni.
Następnego stopnia już nie było, nieomal się przez to potknął… Nieomal. Pozostali pewnie nic nie zauważyli.
Niziołek szedł trzy kroki z przodu. Teraz Sven widział go wyraźnie na tle światła z głębi korytarza.
Tunel miał kilkanaście kroków. Na wprost widoczna była dobrze oświetlona ściana – pochodnie musiały wisieć w bocznych odnogach, niedaleko od rozwidlenia.
Sven starał się iść cicho, na tyle, na ile pozwalała jego zbroja. W prawej ręce ściskał stylisko topora. Ciążyło już nieco – nic dziwnego, wszak była już późna noc, od ładnych kilku godzin biegali po mieście szukając śladów Savo Asane, zwanego Perkozem i porwanej Tatiany. Czy mogła być w tym lochu? Sven gorąco na to liczył. Miał już dość łażenia. Uważał się za człowieka czynu i lepiej czuł podczas walki, z toporem w ręku, niż ścigając jakieś ulotne cienie i ślady.
Obejrzał się do tyłu. Klaus, jeden z członków Bractwa, którego dostali do pomocy, był tuż za nim, z obnażonym mieczem. Za nim zapewne szedł Martin. Sven nie widział go, czarna szata pomagała czarodziejowi wtopić się w panujący w korytarzu mrok. Pochód zamykał drugi z dołączonych wojowników, Zeman. Jego Sven także nie zobaczył. Ale usłyszał. Wojownik potknął sie u podnóża schodów, stawiając nogę na stopień którego już nie było…
- Ciii…. – dobiegł z przodu szept niziołka.
Kal wysforował się nieco. Dochodził już niemal do rozwidlenia. Wychylił się za róg, aby przepatrzeć korytarze w obie strony. Po chwili już był przy Svenie.
- Czysto – szepnął.
Popatrzyli na siebie, ledwie rozróżniając swe twarze w ciemności.
- Dalej idziemy cicho? – zapytał Kal.
- Dopóki będzie można. Szyk niezmieniony. – powiedział czarodziej.
- No dobra, prawo, czy lewo? – dopytywał się Kal.
- Sven? – czarodziej zwrócił się do kompana.
- Wszystko jedno. Byle ten dzień w końcu się zakończył. Rzuć monetę…
- Tak, a potem już jej nie znajdę. – powiedział czarodziej patrząc wymownie na niziołka. Ten chyba jednak nie skapował.
- No więc??? niecierpliwił się Kal.
Svenowi było wszystko jedno. Jeszcze raz poprawił chwyt na stylisku topora. Głowę miał już zaprzątniętą czym innym. Czy w tych korytarzach topór będzie wystarczająco poręczny? Czy będzie mógł wykorzystać całą swą nadludzką już teraz (dzięki magicznemu pasowi) siłę, nie uważając by nie zawadzić o ścianę lub sufit?