treningwojownik

Co robić w długie, zimowe wieczory w mieście – Szkolenie Svena

Cios z góry, krok w bok. Topór osunął się po tarczy przeciwnika, ale po jego grymasie dało się zauważyć, że uderzenie było silne. Już niedługo obijana tarcza zacznie drżeć, gdy trzymająca ją ręka będzie drętwiała od wysiłku i siły uderzeń.

treningwojownik

Zeman cofnął się o krok i uniósł miecz do ciosu. Cięcie w dół, po ukosie – pomyślał Sven. Blokowanie tarczą odpada – wiszący na jego przedramieniu drewniany krąg był zbyt mały i źle ustawiony po wykończeniu ciosu trzymanym oburącz toporem. Więc krok w lewo.

Ćwiczebny miecz świsnął przez powietrze. Sven widział, że jego przeciwnik próbował zmienić kierunek ciosu, ale nie był na tyle zręczny by trafić unikającego Svena. Za to po wykonaniu uniku Sven mógł wziąć większy zamach – topór, skierowany poprzednim ciosem na prawo był teraz dalej od ciała.

Szybkim ruchem Sven obrócił topór w dłoniach i wyprowadził potężne poziome cięcie w lewo. Ostrze ćwiczebnego topora zawadziło brzeg tarczy Zemana nim ten zdołał w pełni zasłonić się od ciosu, ale i tak trafienie było potężne. Stojący naprzeciw Svena wojownik zamiast szykować się do kolejnego ciosu wykorzystał siłę uderzenia i wykonał piruet cofając sie o krok. Niezły był.

- Dobrze, Zeman – padło z boku. – Zaczynasz łapać.

Sven tylko zerknął na opartego o ścianę komnaty nauczyciela. Thaddeo miał juz prawie pięćdziesiąt wiosen na karku, co odbijało się w jego twarzy licznymi zmarszczkami. Włosy miał szpakowate, dość długie i spięte z tyłu. Mimo swojego wieku ciągle trzymał formę, ciało zaprawione w licznych walkach, które odbył będąc najemnikiem, nie zatraciło jeszcze swojego wigoru. Pod jego mieczem padło wiele elfów, gdy jako zaciężny żołnierz walczył w Carcassońskich lasach w obronie osadników.

- Siła, Sven, siła! – krzyknął Thaddeo – Wgnieć go w ziemię. Wbij go aż po same uszy!

Sven złożył się do kolejnego ciosu. Nie przeszkodziło mu nawet to, że musiał wykonać unik by nie zostać trafionym przez nisko lecący miecz Zemana. Tarcza przyjęła znowu cały impet ciosu, przeciwnik zachwiał się, musiał zrobić krok do tyłu by nie upaść. Nie myślał nawet przy tym o kolejnym ataku – miecz majtał bezładnie w jego prawej dłoni.

Sven wykonał krok do przodu. Gdy zaczynał kolejny, zaczął wyprowadzać cios. Perfidny cios od dołu, którego ciągle nieco odchylony Zeman nie mógł zdążyć odbić.

- Dobrze, Sven. Atakuj. Masz w ręku topór. To można sparować tylko tarczą.

Cios zawadził o pancerz przeciwnika, który zmuszony do cofnięcia nie zdążył opuścić tarczy na czas. Było to tylko lekkie trafienie, które nie wyhamowało impetu lecącego w górę topora. Spóźniona, opadająca do bloku tarcza też nie była w stanie zatrzymać ostrza. Uderzona jak kafarem poleciała z powrotem do góry, zupełnie odsłaniając tors Zemana.

Następny cios…

Zanim to jednak nastąpiło Sven usłyszał gromki, basowy wrzask. I odgłos stukających o posadzkę komnaty stup, biegnących stóp. Stóp, które kończyły krótkie, przysadziste nogi krasnoluda.

Kątem oka zauważył czarnobrody pocisk, który ze wzniesionym do ataku toporem i bojowym okrzykiem na ustach wypadł z bocznego korytarza, prosto na niego.

Sven miał przed sobą niemal bezradnego przeciwnika, którego mógłby rozpłatać następnym ciosem – oczywiście gdyby to się działo naprawdę, a nie w sali treningowej w tajnej siedzibie Bractwa. Wtedy jednak odsłoniłby bok, a może i plecy przed szarżującym krasnoludem.

- Mała niespodzianka, Sven… – padło z boku.

Wojownik nie skomentował. Nie miał czasu. Cios toporem, wymierzony w Zemana nie miał go zranić, a tylko zmusić do jeszcze jednego kroku w tył. Po to, by Sven miał miejsce na unik.

Szalejący krasnolud o kruczo-czarnej brodzie, zwany przez wszystkich Szajbą, mierzył w nogi. Sven, wykonując krok w stronę swojego pierwszego przeciwnika wykonał piruet. Krasnoludzki topór przeleciał o kilka cali od jego kolan, po czym cały krasnolud, próbując pohamować swą szarżę, szurając po podłodze przejechał jeszcze kilka kroków.

W tym czasie Sven, wykorzystując impet nabrany w piruecie wyprowadził cios na odlew, celując w Zemana, ciągle próbującego stanąć równo na nogach. Cios trafił tym razem we wzniesioną na czas tarczę, co spowodowało, że Zeman znowu odrzucony został do tyłu. Tym razem upadł.

- Brawo! – krzyknął z boku Thaddeo. – Uważaj jednak na plecy.

Sven wiedział o co chodzi. Gdyby walczył teraz tylko z Zemanem, wystarczyłyby dwa kroki, by z potężnego zamachu wbić przeciwnika w kamienną posadzkę i zakończyć tą walkę. Jeśli nie pierwszym ciosem, to którymś z kolejnych. Ale był jeszcze Szajba…

Czarnobrody krasnolud ruszył do kolejnego natarcia…

Kolejnych kilka minut było dla Svena bardzo pracowite. Przeciwnicy nacierali razem, uzupełniając się wzajemnie. Unikanie ciosów krasnoludzkiego topora i długiego miecza ludzkiego przeciwnika zajmowało całą uwagę Svena, bardzo rzadko miał okazję wyprowadzić własne uderzenie. Czasem trafiał, o ile Zeman tracił po takim trafieniu ochotę do walki (przynajmniej na chwilę), to Szajba był chyba niezniszczalny. Ciosy, które – nawet zadane ćwiczebnym toporem – powaliłyby konia, u krasnoluda nie wywoływały innej reakcji niż lekkie skrzywienie ust.

Sven zaś był coraz bardziej obolały. Pojedynczo trafienia nie byłyby groźne, ale ich ilość sprawiała, że ręce, nogi i żebra miał już najprawdopodobniej w całości pokryte siniakami.

Zaczynało brakować tchu. Uniki i zasłony małą tarczą były coraz wolniejsze, spóźnione. Szczęśliwie Zeman opadał z sił chyba jeszcze szybciej – ledwie już wznosił miecz do ciosu, wreszcie, po kilku następnych atakach padł na kolana, miecz wypadł mu z ręki, z trudnością łapał oddech.

Sven poświęcił tylko mgnienie oka, by spojrzeć na wyczerpanego wojownika, zaraz bowiem musiał uskoczyć przed kolejnym ciosem krasnoludzkiego topora. Zadołał przeskoczyć nad nisko lecącym ostrzem… niemal. Upadając potknął się, zachował jeszcze jednak tyle sił i jasności umysłu, by spadając na kolano przeturlać się i zdołać wstać… Czarne plamy latały przed oczami…

Zaraz, zaraz, czy ta czarna plama nie przypomina brody szarżującego krasnoluda..?

Jak przez watę dobiegł go gardłowy krasnoludzki okrzyk. Odruchowo zszedł z linii ciosu, a przynajmniej tak mu się zdawało. Ostry ból w okolicy krzyża przekonał go, że było inaczej.

- Dość, wystarczy na dziś. – głos Thaddeo dochodził jakby zza grubej ściany.

Ból spowodowany ostatnim ciosem co prawda najpierw zamroczył Svena, ale po chwili sprawił, że wojownik szybko odzyskał orientację. Na czas, by spostrzec krasnoluda pędzącego ze wzniesionym toporem…

- Dość, powiedziałem. Szajba!!! – tym razem Thaddeo już wrzeszczał. Jednak krasnoluda, który już rozpoczął szarżę mało która rzecz na tym świecie była w stanie powstrzymać.

Sven wyczekał tym razem do ostatniej chwili. Gdy krasnolud był już wystarczająco blisko wojownik padł płasko na ziemię. Zawinął przy tym nogami tak, by podciąć krasnoluda. Udało się. Spadający do ciosu topór mierzony był zbyt wysoko, ledwie musnął nogawkę spodni. Górna część ciała krasnoluda, ciągnięta impetem zadanego ciosu, poleciała do przodu, podcięte nogi zostały jednak niemal w miejscu…

Krasnolud padł do przodu na twarz. I przejechał tak po posadzce przez kilkanaście stóp…

Sven nie miał siły się podnieść.

Gdy na powrót otworzył oczy zobaczył wiszącą tuż nad sobą wściekłą twarz krasnoluda. Jego czarna broda była teraz szarawa od piasku i pyłu zmiecionego z podłogi. Z zaciśniętych ust wydobywał się groźny pomruk…

- Szajba, daj spokój… – dobiegł z boku głos Thaddeo.

Groźny krasnolud warknął jeszcze raz na Svena, który po omacku próbował znaleźć leżący gdzieś obok topór.. Gdyby…

Czarnobrody krasnolud spojrzał w bok, na nauczyciela. Po chwili na powrót wlepił swój wzrok w Svena… Ale jego mina stopniowo zaczęła łagodnieć, aż wreszcie wybuchnął gromkim śmiechem.

- Ha, brawo, człowieczyno. Niezły numer – powiedział swym basem prostując się jednocześnie – Myślałżem, żeś już do szczętu ugotowany, a ty tu taki numer. Ha, zaprawdę wypiję dziś za twoje zdrowie. Potrzebni nam tacy ludzie!

To rzekłszy wyciągnął rękę do Svena. Ten niepewnie podał mu dłoń i zaraz stał na nogach, tuż obok sięgającego mu niewiele ponad sprzączkę od pasa krasnoluda.

Thaddeo i stojący obok niego, dyszący jeszcze ze zmęczenia Zeman wyraźnie odetchnęli z ulgą.

- Należy wam się po kuflu dobrego piwa – powiedział nauczyciel. – I jeśli tylko ten mały żarłok Kal coś zostawił, to być może i coś na ząb się znajdzie!

- Ba, ślinka już mi cieknie, jak pomyślę o tym baranku, co go Sammer sprawiał. – Powiedział krasnolud. – A i wam, jełopy nieco żarcia się przyda, co by kondycję poprawić. – zwrócił się do Svena i Zemana. – Wielcyście, ale krzepy w was tyle, co w elfiej kurwie.

Thaddeo uśmiechnął się pod nosem i skierował w stronę wyjścia z sali. Zeman za nim, a Sven zamykał pochód. Idący przed nim krasnolud rzucił mu jeszcze jedno spojrzenie. Niezbyt przyjemne spojrzenie…

Ale może tak się tylko Svenowi wydawało.