zacmienie

Dane nam było słońca zaćmienie…

Ech, waćpanowie i waszmośćpanny, zbierajcie się zbierajcie. Słoneczko nasze skłoniło się już ku zachodowi w ten ciepły, letni wieczór, ale to, o czym mi prawić dzisiaj przyszło krew wam zmrozi zapewne. I to nie tylko dlatego, że rzecz się zimą działa, w grudniu roku 664-go po kataklizmie.

zacmienie

A więc zapomnijcie o wygrzewaniu się na słoneczku i o żarze, co się za dnia z nieba leje. Kompanija nasza takowych wygód zaznać nie mogła. I choć nie marźli strasznie, bo większość czasu w zaciszu karczmy ,,Pod Czerwonym Byczkiem” spędzali, przy kominku się grzejąc, lubo też w siedzibie Bractwa Winnego, poty przy treningu wylewając, to rzeczy, z którymi spotkać im się przyszło o dreszcze przyprawić mogły.

Stolica nasza niespokojna była tej zimy. Wszyscy gadali o garlandzkich szpiegach i o wojnie, co to na wiosnę miała ruszyć. Cła podnoszone były, ceny oręża rosły, oddziały najemników ze swych warowni ruszyły, bo powoli na ich usługi popyt się zaczął robić.

Ale bohaterowie nasi wiedzieli, ze to nie plotki i widmo nadchodzącej wojny zagrożenie dla miasta stanowią…

Zanim jeszcze jesienią do Carril przybyli, wiedzieli już – z listów i rozmów kultysty Darreusa – że coś się na zimę kroi w stolicy. Kultyści bowiem o ,,dniu khash” mówili, że jakoby cosik ma się stać, że jakieś działania większe podejmą. In nikt nie wiedział kiedy to ów dzień dokładnie będzie…

Wypocząwszy po długich przygodach, niemal sześć tygodni kompanija nasza w mieście, we wspomnianej karczmie za wykidajłów (przez Bractwo) się najęła, nim przyszło zlecenie. Ichnia zwierzchniczka, elfka imieniem Sara (bo jej prawdziwe imię ciężko ludzkiemu językowi wypowiedzieć) przyprowadziła młodego arystokratę imieniem Carrick. Biedaczek stracił swą ukochaną Tatianę i nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że ślady prowadziły do znanego już kompaniji kultu Nata-Kranty. I z tego właśnie powodu Bractwo mocno zainteresowane było.

Za poleceniem Sary kompani musieli namierzyć i ,,przesłuchać” pewnego półelfa, Savo Asane, znanego pod mianem ,,Perkoza”, który jak do tej pory się wymykał. Jedynym śladem był dawny przyjaciel półelfa, niejaki Svaard – karciarz i szuler. Cały wieczór kompaniji znalazło odszukanie Svaarda – w szczegóły wdawać się nie będę, bom już wcześniej o tym prawił. W każdym razie dowiedzieli się bohaterowie nasi, że Perkoz został niedawno właścicielem niewielkiego Browaru ,,Moser i Ruttherford” w dzielnicy Czarna Przystań. I tam się też jeszcze tej samej nocy udali, wraz z Klausem i Zemanem – dwoma innymi członkami Bractwa. Sprawiwszy się ze strażnikami – z których większość kultystami się okazała – znaleźli zejście do lochów pod głównym budynkiem warzelni. Pomyłki być nie mogło, bo przejście wymyślnymi pułapkami, zarówno magicznymi, jak i konfesjonalnymi zabezpieczone było.

Na dole okazało się, że na niewielką siedzibę kultu natrafili. A dokładnie pod miejscem, gdzie w budynku piwo w kadziach się warzyło, pod ziemią duża sala wykuta została; w niej zaś wyrysowany dziwny pentagram a na nim misy z gęstą, parującą i bulgoczącą mazią, przy których kapłani kultystów gusła jakoweś odprawiali. Wyżąwszy kultystów bohaterowie nasi do ostatniej komnaty w lochach dotarli, gdzie w magicznie zamkniętej skrzyni, poza kilkoma błyskotkami, szatami i paroma magicznymi zabawkami (które Martin za pomocą swego szkiełka wraz rozpoznał) znaleźli też listy.

Kilka z nich było opieczętowanymi deklaracjami lojalności kultowi, napisanymi przez co znaczniejszych ludzi w mieście. Z kolejnych dowiedzieli się, że piwo, za pomocą czarnoksięskich rytuałów zmienione trafia głównie do garnizonów miejskiej straży i regimentów królewskich. Z ostatniego listu zaś, po głębszej analizie dowiedzieli się, że Poszukiwana przez nich Tatiana trzymana jest w klasztorze ,,Braci Cichych”, niedaleko wioski Piwowary, o niecały dzień drogi od stolicy.

Ucieszeni tym, że ślad znaleźli, ale jednocześnie zmartwieni, że ich w zimowych warunkach droga, czeka wyjść już mieli z loszku, gdy spotkali właściciela, wraz z obstawą. Perkoz bowiem, który wrócił właśnie do browaru, rozwiązał spętanych przez kompaniję strażników i wiedząc co się święci zasadzkę ustawił.

I byłaby się zasadzka udała – w przestronnej hali warzelni, przez którą bohaterowie musieli przejść ulokowało się bowiem kilku łuczników. Kultyści nie znali jednak możliwości kompaniji. Martin, używszy magicznej figurki mgłę przywołał, co pozwoliło piątce całej przez niebezpieczny budynek przejść. Walka wywiązała się już na zewnątrz – poszedł w ruch topór Svena, sztylety Kala, oraz miecze Klausa i Zemana. Sam Perkoz też do walki stanął, ale i on musiał tyły podać, gdy Sven ranił go, a Martinowi w zgiełku udało się magicznie psa potężnego przywołać.

Nie zdołali kompani półelfa złapać, zbiegł im lepiej okolicę znając i w zaułkach Czarnej Przystani zniknął. Kompani wrócili zaś do siedziby bractwa, gdzie z Sarą i czarodziejem Mariangą uradzili, że trzeba z samego rana wyruszyć do Piwowarów.

Podróż zimą to nie przelewki, toteż z samego rana Sven, Martin i Kal na zakupy ruszyli.

Łażąc po mieście w celu nabycia ciepłych płaszczy, żarcia dla siebie i obroku dla koni kompani natknęli się na spotkaną dzień wcześniej Katję – oficera straży miejskiej. Pani kapitan odwiedziła poprzedniego wieczoru, razem z Henką, pułkownikiem i dowódcą garnizonu Pikinierów Królewskich, karczmę ,,Pod Czerwonym Byczkiem”, wyraźnie kogoś poszukując. Według Sary celem był Carrick, który bractwu zlecił odnalezienie Tatiany…

Jak na złość okazało się, że Katja szła prosto na spotkanie z Perkozem, który czekał nieopodal i zdążył zauważyć bohaterów i rozpoznać w nich sprawców nocnej zadymy… Pokazał ich strażniczce. Czyżby zapowiadały się kłopoty z miejską strażą?

Kompani inne sprawy mieli na głowie. Odebrawszy konie z miejskich stajni ruszyli na północ, brzegiem jeziora, który miał ich wprost do Piwowarów zawieść. A razem z nimi wysłani przez Bractwo Zeman i Petr-Nic.

Starłszy się po drodze z trójką trolli (które przytomnie ogniem pokonali) i ze sforą zgłodniałych wilków, z których większość Martin magiczną pajęczyną spętał – dotarli wieczorem do karczmy ,,Pod Srebrnym Żaglem”, gdzie się zamierzali zatrzymać. Posiliwszy się i ogrzawszy ruszyli do pokojów, ale po to tylko, aby po cichu wymknąć się i do klasztory, milę od wsi leżącego, dotrzeć. W tym potajemnym wymknięciu pomóc miał im śnieg, który właśnie tego wieczora zaczął raźnie sypać z nieba.

Północek już się zbliżał i mnisi w klasztorze już spali, nie licząc oczywiście furtiana. Stary opój (o czym wiedzieli z listów do Perkoza znalezionych w browarze) wpuścił ich i ugościł, przyjąwszy uprzednio antałek markowego wina. Poprosili kompani o sprowadzenie braciszka Kleofasa, o którym – również z listów – wiedzieli, iż podszywa się tylko pod mnicha, a w rzeczywistości jest kultystą Nata-Kranty.

Gdy się wydało, że bohaterowie nasi nie byli zapowiedzianym łącznikami z kultu Kleofas zamilkł, pogrążył się w swej bluźnierczej modlitwie i mimo straszenia i tortur nic nie udało się z niego wyciągnąć. W kropce byli więc kompani, ale pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony. Grubaśny furtian, zwiedziawszy się o co chodzi przypomniał sobie iż widział dwa dni nazad, jak Kleofas z górą żarcia na cmentarz szedł. Domyślili się kompani, że żarcie nie dla samego Kleofasa było, ino dla trzymanej gdzieś na cmentarzu Tatiany i oprychów co jej pilnowali.

Na przyklasztornym cmentarzu nogi zaniosły bohaterów do największej z krypt, gdzie też tajemne przejście do katakumb podziemnych znaleźli. Tam przy wejściu jeden z oprychów czekał, ale z zaskoczenia łacno się z nim sprawili. Ominąwszy pułapki przygotowane na grobo-robowców i znalazłszy tajną komnatę uwolnili dziewczynę z rąk trzech jeszcze kultystów odbili i niemal nietkniętą z krypty, a potem klasztoru wydostali.

Resztę nocy spędzili w zaciszu karczmy… Aczkolwiek przebudzenie okazało się głośne. Krzyk jednej z córek barmana oznajmił, że w wychodku leży trup. I okazało się, że to Zeman, członek bractwa, który z kompanami przybył. Biedaczek zasztyletowany został.

A ponieważ od poprzedniego wieczora śnieg sypał cały czas i wyjazd był niemożliwy mieli czas kompani, by prawdy dojść i wkrótce się wyjaśniło. Sprawcą okazała się młoda niewiasta, Anika, którą wieczorem spotkali gdy do karczmy równocześnie z kompaniją przybyła. Zeman widać po nocnej wyprawie rozochocił się i popił jeszcze nieco, no i zaczął ją molestować. Pecha miał niestety, gdyż dziewczyna okazała się ze sztyletem obeznana i widać dała radę podpitemu drabowi…

Jej to jednak kompanija zawdzięcza, że wcześniej się z wioski wydostali. Następnego dnia bowiem śniegi ustały, ale przez dwie noce i caluśki dzionek tyle białego świństwa napadało, że gościńce całkiem zasypało, a konna jazda przez śniegi na trzy łokcie mogła się tylko źle dla zwierząt skończyć. A że przy tym rozpogodziło się i wiatr z północy zawiał, to jeden z miejscowych postanowił barką swoją, mimo mrozów, do miasta popłynąć i zwiedziała się o tym właśnie Anika, a od niej kompani.

Dzień był słoneczny, i choć wiatr z północy niósł zapowiedź mrozy, podróż minęła bez przeszkód. Tylko pode sam koniec ujrzeli wszyscy podróżujący stwora jakowegoś dziwnego na niebie, czarnego niby wcielenie nocy, co do miasta zmierzał…

Wysiadłszy w mieście kompani nasi rozstali się z Aniką. Opatuliwszy Tatianę zaś, tak, aby żaden z ewentualnych szpicli w mieście jej nie rozpoznał, zaprowadzili ją do tajnej siedziby Bractwa. Tam znaleźli swa zwierzchniczkę Sarę, która nakazała im umieścić odnalezioną niewiastę w karczmie ,,Pod Czerwonym Byczkiem” dopóki sama Sara nie skontaktuje się z Carrickiem.

Gospoda przyjęła ich znajomym ciepłem. Od właściciela, Velliarda zwanego Bródką, i od krasnoludzkiego szewca Kangrima dowiedzieli się, że podczas nieobecności w mieście zaczynały się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Straż miejska robiła nagonkę na garlandzkich szpiegów, a rozsierdzona tłuszcza zlinczowała już pary podejrzanych. Podobno też przez kilka ostatnich nocy na zamku królewskim zdarzały się dziwne morderstwa. A rankiem do miasta wjechał cały kontyngent królewskiej kawalerii z niedalekiej Megardy.

Jakby tego było mało jakiś posłaniec przyniósł list od szulera Svaarda – ten domagał się od kompanów 200 koron za milczenie w sprawie demolki w browarze…

Ale najdziwniejsze dopiero miało się stać. Na dwie godziny przed zmierzchem w mieście podniósł się krzyk. Słońce… znikało. Tak, waćpanowie i waćpanny. Wiemy teraz przeca, że to było ino zaćmienie, bo księżyc wędrując pomiędzy gwiazdami słoneczko jeno przesłonił. Ale podówczas lud był mniej kształcony, a że krzykaczy w mieście było sporo (zapewne przez kultystów opłacanych), to i się lament zaczął. Ludziska chowali się, albo uciekali, często po świątyniach Eleana się kryjąc, gdzie kapłani – albo z głupoty, albo chcąc wykorzystać sytuację – koniec świata zwiastowali i potrzebę prawdziwego nawrócenia głosili.

A zaćmienie – jak zaćmienie. Ze dwa tuziny pacierzy i po sprawie.

Ale miasto było już po tym inne. Ciche i spokojne. Jakby wszyscy na coś czekali.

I ten nastrój przypomniał staremu krasnoludzkiemu szewcowi historię dawną i z odległego południa pochodzącą – o wielkim i bogatym mieście Al-Khasham, którego uopadek również od zaćmienia słońca się zaczął.

Nazwa miasta wydała się kompanom znajoma. I nic dziwnego, bo gdy przypomnieli sobie o wymienianych przez kultystów listach, które przechwycili, i o tym jak większość z nich zapowiadała, że coś się stanie w ,,dniu khash”… Tylko jedno mogło być rozwiązanie. Dzień khash to właśnie dzień zaćmienia. Coś się zacznie. Tylko co? Gdzie? Kiedy dokładnie?

Nie mieli się jednak bohaterowie nasi długo zastanawiać. Kultyści zaczęli już działać – a w szczególności nasłany przez nich zabójca, którego celem było zapewne unieszkodliwienie Tatiany.

Wywiązała się w karczmie walka. Przeciwnika kompani mieli jednak godnego – asasyn niewidzialności i innych sztuczek używał, oraz dmuchawki z usypiającymi strzałkami, ale udało się go odpędzić. Kal próbował gonić napastnika, ale gdy ten zagłębił się w zaułki coraz bardziej wzburzonego miasta – odpuścił.

Grubo po zmierzchu już było, więc kompani wzmożyli czujność i czekali na Sarę niepokojąc się coraz bardziej. Wpadający do gospody by się ogrzać przechodnie przynosili wieści z niespokojnego miasta. Podobno spaliła się świątynia Świętego Rudolfa na Czarnej Przystani. Podobno na placu Rybnym oddział straży miejskiej pobił się z królewskimi łucznikami – padło z pół setki chłopa. Podobno płoną zabudowania na zamkowym majdanie.

A nieco później do karczmy wpadł Carrick. Po czułym powitaniu ze swą ukochaną Tatianą powiedział kompanom coś, co zmroziło im krew żyłach.

Sara nie stawiła się na umówione spotkanie.

Tysiąc myśli przebiegło przez myśli kompanów. Znali dotąd Sarę jako elfkę słowną i rzetelną.

Odpowiedź mogła być tylko jedna: coś musiało się stać. Nie było więc innej rady, jak udać się do tajnej siedziby bractwa i spróbować się czegoś dowiedzieć…