druid

Do zamku De Agostinich – Wizja Druidki

Ból, potworny ból. Boli cię wszystko. Ręce, nogi, rany. Boli cię całe ciało. Leżysz na twardych kamieniach, boleśnie wgniatając sobie plecy i potylicę. i nie możesz się ruszyć, jakby przygniatał ciebie cały świat.

druid

Jakaś postać. Gdzieś z boku pali się świeca, lub kilka świec. Czujesz swąd spalenizny i widzisz cień rzucany na sufit przez małą, zgarbioną postać. A może nie małą… trudno powiedzieć. Nie możesz odwrócić głowy. Jak przez mgłę słyszysz, że mruczy coś do siebie pod nosem, ale nie rozpoznajesz słów. Jakiś obcy język, może magiczna inkantacja. A może po prostu twój umysł jest zbyt skołowany by rozpoznać poszczególne słowa.

Cień zaczyna poruszać się wokół ciebie, ale ty możesz tylko gapić się w sufit, nawet poruszanie gałkami ocznymi sprawia potworny ból. Oczy łzawią ci niemiłosiernie. Wokół roznosi się dziwny zapach. Słodki zapach. Perfumy? Kadzidła? Któż to wie. Łzy mimowolnie spływają ci po policzkach. Bardzo dziwny zapach. Kręci cię w nosie, gardło masz wyschnięte jak po tygodniu na pustyni.

Niewidoczna postać chodzi dookoła Ciebie. Słyszysz jej kroki, powolne i miarowe. Słyszysz słowa, ale nie rozpoznajesz żadnego z nich. Tylko ten zapach. Głos jest monotonny, i jednostajny, choć słowa się zmieniają. Chyba. Niczego już nie jesteś pewien.

Zawroty głowy. Wszystko zaczyna wirować, czujesz mdłości. Z boków napływają pasemka zielonej mgły. Zielonej, przeźroczystej i świecącej mgły. Coraz więcej pasemek, które zaczynają przed twoimi ledwie widzącymi oczami łączyć się ze sobą. Jest ich coraz więcej i więcej. W głowie ci się kręci, czujesz, ze zaraz zwymiotujesz. Gdyby tylko było czym… Zielona, świecąca mgiełka rozrasta się nad twoją głową. To już nie pojedyncze pasemka, to już duży tuman świecącej, zielonkawej mgły. Czyżby… Mgła zdaje się przyjmować jakiś kształt. A może to tylko złudzenie. Już nie jest całkowicie przeźroczysta, nie widzisz przez nią kamiennego sufitu. Tylko mgła, zielona, świecąca coraz mocniej. Widzisz już głowę, tak wyraźnie… nie, znowu się rozmyło… A tam, po bokach, czy to ręce? Dziwne kształty z zielonej mgły majaczą ci przed oczami. Załzawionymi, bolącymi oczami. Tak, to na pewno głowa. Rozpoznajesz już nos, usta i oczy. Rozmazane i falujące – może dlatego, że zrobione z mgły, a może po prostu oszukuje cię twój rozedrgany wzrok.

Ciągle słyszysz dziwne słowa. Słowa istoty chodzącej wokół ciebie. Nie rozpoznajesz ich, ale wdzierają się do twojego umysłu. Każde z nich jest jak ukłucie szpilki. I każde następne coraz silniejsze. Postać z zielonej mgły unosi się nad tobą. Porusza ustami. Czy to ona powtarza te słowa? Słowa, które wbijają się w twoją jaźń jak sztylety. Sztylety, coraz dłuższe i ostrzejsze, wbijają się coraz głębiej sztylety słów. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Usta nie chcą się otworzyć, głos nie chce się z nich wydobyć. Potworny ból. Sztylety wbijające się w twoją głowę. Słowa docierające do samego środka twojej jaźni. Tak głęboko, że nie wiedziałaś, że to możliwe. Sztylety. Słowa. Sztylety – słowa. Sztylety zrobione ze słów. Potwornie ostre sztylety zrobione ze słów, świecących magicznych runów. Widzisz je, widzisz jak żarzą się potwornym, zielonkawym światłem, rozbłyskując oślepiająco, gdy wbijają się wgłąb ciebie. Sztylety ze słów. Nie chcesz. Nie możesz. Nie powiesz. Nie zdradzisz…

Postać z zielonej mgły chwyta cię za głowę rekami. Tak, to na pewno ręce, te zielone, świecące podłużne tumany. Czujesz chłód na skroniach. Twarz mgły zbliża się do twojej twarzy, cały czas powtarzając słowa. Magiczne sztylety słów jakby wydobywały się wprost z jej ust. Zielonkawa, świecąca twarz z mgły jest coraz bliżej, coraz niżej. Niemal cię dotyka. Czujesz jej chłód. Czujesz dziwny słodkawy zapach. Zielony zapach falującej tuż przed oczami mgły. Twoje usta otwierają się mimowolnie, jak w niemym krzyku. Czujesz w nich chłód, potworny chłód, od którego język staje ci kołkiem, a wargi pękają boleśnie. A po chwili czujesz smak. Zielony smak. Tak na pewno smakuje zielony kolor. Zielona mgła. Zielona istota. Chłód i smak są już w twoim przełyku. Przez łzy widzisz jak tuman mgły wlatuje do twoich otwartych ust, jakby wciągany przez coś. Czujesz zimno, rozlewające się po płucach i po całej głowie. Czujesz lodowate ukłucia w serce. Ból, potworny ból nie do wytrzymania. Ciemno robi ci się przed oczami. Chłód, zielony chłód dociera do najdalszych zakamarków twego ciała. Nic już nie widzisz. Tylko ciemność. Tylko ciemność.
Ból mija.
Ciemność.
Wszechogarniająca ciemność.
Ciemność, która ma zielony kolor.
* * *

Jest chłodny rześki poranek. Miasto dopiero budzi się ze snu. Cisza. Miejska cisza – gdzieś miauczy kot, w oddali szczeka pies. Pierwsi kramarze terkocą swoimi wozami i wózkami, jadąc na rynek, by zająć jak najlepsze miejsca. Poranne słońce zaczyna rozgrzewać powietrze, otwierają się pierwsze okna w kamienicach.

Idziesz ulicą wdychając rześkie powietrze. Po niebie przesuwają się białe, kłębiaste chmurki, poruszane lekkim wiatrem. Ktoś podśpiewuje sobie wesoło wyglądając przez okno sypialni, kilka metrów nad twoją głową. Nie odwracasz się nawet. Idziesz przez siebie czystą, brukowaną ulicą.

Miasto budzi się ze snu.

Kolejna ulica. Paru przechodniów, jakaś baba wylewa przez okno pomyje – zgrabnie omijasz powstałą kałużę. Idziesz dalej. Po prawej bujny żywopłot – pewnie jakaś bogatsza posiadłość. Resztki porannej rosy błyszczą jeszcze na niektórych liściach.

Coś leży pod tym żywopłotem. Raczej ktoś. Widzisz opartego plecami o płot żebraka. Wygląda staro, jest przeraźliwie chudy. Na sobie ma podarte, brudne łachmany niewiadomego koloru. Jego twarz jest żółta, pocięta dziesiątkami głębokich zmarszczek. Oczy zapadnięte, podkrążone, aż sine. Jego ręka powoli wznosi się do ciebie. Drży, jakby z wysiłku. Zamglone oczy patrzą na ciebie.

Obok stoi pies. Duży, chyba owczarek. Trudno to poznać – sierść ma zmierzwioną, cały umorusany jest błotem. Też nie wygląda najlepiej. Można by powiedzieć skóra i kości. Bez problemu możesz policzyć jego żebra, słania się na łapach, długi, różowy jęzor wisi z lekko rozwartego pyska. Ogon drga mu spazmatycznie. Chyba chciałby do ciebie nim pomachać, ale nie ma tyle sił. Przysiada na tylnych łapach, a jedną z przednich podnosi do ciebie, w geście prośby.

Obaj, żebrak i pies przedstawiają makabryczny widok. Niemal widzisz cień śmierci głodowej unoszący się nad nimi. Zginą, jeżeli ktoś im nie pomoże. Tylko kto?

Rozglądasz się, ulica jest pusta. Znikąd pomocy. Patrzysz na nich znowu. Żebrak przymyka oczy, głowa opada mu do tyłu, opierając się o winorośl. Winorośl, nie żywopłot. Może jest jeszcze dla nich szansa. Oglądasz zwisające nad żebrakiem i jego psem gałęzie. Jest. Duża, ciężka kiść winogron, pod jej ciężarem ugina się młoda, giętka gałąź. Winogrono wygląda przepięknie. Około setki dużych, soczystych jasnozielonych gron połyskuje świeżą rosą, krzesząc na boki tęczowe iskry. To najpiękniejsza kiść winogron z tych, na których kiedykolwiek spoczęły twoje oczy. Wydaje się zbyt piękna, by ją zerwać. Ale patrzysz na żebraka i kiwającego się na łapach, osłabionego psa. Dlaczego oni jej nie zerwali? Może już nie mieli siły.

Sięgasz po wielką kiść i zrywasz ją bez namysłu. Jest ciężka, chłodna i wilgotna. Urywasz jedno grono – duże, wielkości chyba przepiórczego jaja. Przyklękasz przy żebraku i wsadzasz je do jego półotwartych ust. Wypychasz głębiej. Zaczyna je żuć. Sok wycieka mu kącikami ust, ścieka na brodę. Otwiera oczy. Patrzy na ciebie. Patrzy z przerażeniem. Zastanawia cię to przez chwilę, ale zaraz wciskasz mu do ust kolejne grono. I następne. Potem zaczynasz karmić psa. Próbuje odwrócić łeb, ale przytrzymujesz go bez problemu. Jest słaby. Wciskasz mu kilka gron do pyska. Gryzie je, a jasno zielonkawy sok pryska na boki.

Kolejne grono wkładasz sobie do ust. Rozgryzasz je. Jest słodkie, soczyste, wspaniałe. Delektujesz się jego smakiem, obracając je w ustach językiem. Czujesz chłodny, słodko-kwaśny smak soku, spływający ci do gardła i dalej, do przełyku i żołądka. Przyjemny, chłodny smak.

Spoglądasz na żebraka. Jego oczy ożyły, jakby poczuł nową energię. Wydaje ci się, że jego skóra nabiera rumieńców. Po chwili pies mruczy łagodnie. Już nie wygląda na takiego chudego. Jego ogon porusza się radośnie. Obaj patrzą jednak na ciebie dziwnie, jakby z wyrzutem. Nie rozumiesz tego. Przecież już ledwie żyli, trzeba było im pomóć…

Coś łapie cię za ramiona. Widzisz zielone rękawice, które cię przytrzymują. Dwie barczyste postacie z zielonymi, katowskimi kapturami na głowach podchodzą do żebraka i podnoszą go bez problemu. Po chwili rzucają go na kolana, jego głowa pada na duży okrwawiony pieniek – a przecież przed chwilą jeszcze go tu nie było. Przytrzymują go. Opada topór, krew tryska na wszystkie strony. Czyste cięcie. Bezgłowe ciało żebraka zostaje odrzucone. Głowa turla się pod twoje nogi, zatrzymuje się twarzą do góry. Niewidzące, zamglone oczy patrzą na ciebie z wyrzutem. Z na wpół otwartych ust wypada jasnozielone winne grono.

Patrzysz jak dwa draby łapią psa i jego głowę umieszczają na pieńku. Znowu opada ostrze topora. Pies wyje i skomle, jakby wiedział co się za chwilę stanie. I zaraz milknie, jego głowa ze stukotem spada na bruk.

Trzymające cię ramiona zaciskają się mocniej. Pchają w stronę pieńka. Próbujesz się opierać, ale na darmo. Ci, którzy cię trzymają są silniejsi. Uderzenie z tyłu w kolana i przyklękasz. Ręce w zielonych rękawicach dociskają głowę do pieńka. Twoja głowa leży na pieńku, widzisz zielone spodnie i wysokie, czarne buty kata. Widzisz cień jego topora na bruku, pod jego nogami. Zaczyna się, po czym płynnym ruchem zaczyna opadać.

Sekundy stają się wiecznością. Dlaczego? Dlaczego ja? Za co.

Widzisz błysk słońca w opadającym ostrzu.

Czemu zerwałaś to winogrono? Czemu je zniszczyłaś? Czemu je oddałaś??

Ból. Potworny ból rozsadza ci głowę. Po chwili świat zaczyna wirować. Bruk, niebo, winorośl. Kat. Patrzysz na niego z dołu. Robi się ciemno, nie widzisz wyraźnie. Czy to twój wzrok oszukuje, czy kat zaczyna się rozpływać w powietrzu. Jego oczy świecą spod kaptura. Zielono. Jest mgłą. Zieloną mgłą.
Świat przestaje wirować. Zatrzymujesz się z policzkiem na wilgotnym od krwi bruku. Kat – mgła przyklęka.
Nie wolno. Nie można.
Widzisz pieniek. Zakrwawiony pieniek.
Nie można. Wionogrono…
Z pieńka zsuwa się właśnie twoje bezgłowe ciało.
Nie wolno.
Umierasz.