enemy

Do zamku De Agostinich

A opowiadałem już waćpanom historię o zdobyciu Carril? Nie? No to pokrótce ją wspomnę. Było to w czasach Drugiej Wojny o Ennor, gdy północne kraje walczyły z elfami, a z południa nie było pomocy, gdyż elfy napadły również Akwitanię i Garlandię.

enemy

Wtedy jeszcze nie było naszego królestwa, Caenur miało dopiero powstać, a nasz pierwszy król, Adalbert z Foleyet był młodym księciem, co zjednoczył kraje północy. Dziwi was, że z Foleyet pochodził? Cóż, miasto to dopiero dwieście lat temu ,,wolnym” się ogłosiło i do hanzy weszło, a wcześniej przecież był to nasz największy port, strategicznie u ujścia rzeki Yarry położony…

Ale wróćmy do wojny z elfami, co się w roku 356-tym zaczęła. Nasz król Adalbert, co później go Mądrym nazwali zjednoczył ludy nad Yarrą mieszkające, a wiedzieć wam trza, że wtedy to dużo mniej ludzi mieszkało na północy, bo elfy liczne były i krwawo się z osadnikami rozprawiały. Po latach walk zaciekłych król nasz stolicę elfów znalazł, nasze dzisiejsze Carril, co się wtedy Caep-Y-Rill zwało. Pięć miesięcy walki trwały, bo wiecie, jak stolica nasza położona – wśród jezior bez liku, w lasach, gdzie się szpiczastouche hordy chowały i nękały zjednoczone wojska północy. Na łódkach małych podpływali nocą i tyły armii naszej napadali, zapasy niszcząc i szpitale wyżynając. Krwawa to była bitka, oj krwawa, mówią, że na niektórych jeziorach jeszcze do teraz plamy krwi ludzkiej i elfiej pływają, sam znam flisaka, co widział taką nie dalej jak miesiąc temu nazad. Wreszcie Adalbert jednak elfią stolicę zdobył, i tak mu się miasto spodobało, że swoją siedzibę kazał tam przenieść – bo pozycja przyznacie obronna jest, wśród jezior i lasów, podówczas bardziej dzikich i gęstych, na półwyspie na wielkim jeziorze. Obronne to miejsce, każdy przyzna, żeby je zdobyć trza flotę całą na jeziorach wybudować, co zresztą Adalbert właśnie zrobił, żeby elfy wyrżnąć…

Tak, wiem od tematu odbiegamy. Miał żem wam o czterech kompanach dalej pleść, bo na tym, co żem wczoraj powiedział historyja się jeszcze nie kończy. Ale przypomnę na czymśmy to wczoraj stanęli, bo nie wszyscy szanowni słuchacze do północka wczorajszego strzymali.

Tak więc zacznijmy od tego, jak kompanija w Komarowie na noc stanęła. I jak niziołek Nanny porwany został, mimo iż Goeyl’drin dzielnie stawał, ale z magikiem miał do czynienia i ogłuszony skończył. Pozostali znaleźli go, i drugiego niziołka Kala, magicznie uśpionego. I nie wiedzieli co robić. Za zgodą sierżanta miejscowej straży do Świątyni weszli, ale tylko nowicjusza martwego znaleźli, a po Michaile, który mógł czarnobrodego oskarżyć śladu nie było – pewnikiem go bandyty w jeziorze utopiły. Znaleźli za to jednego z bandytów, ale im uciekł, tylko magicznie przez Martina przywołany pies buta zdążył mu porwać. I kompani w kropce byli, ale wnet ich minstrel, Gurian Aston znalazł i mówił, że wie, gdzie czarnobrody (Guilermo Ortiz, jak się później kompani dowiedzieli na imię mu było) niziołka schował. Ale po prawdzie to trzech kompanów tylko w zasadzkę wprowadził, gdzie już czwarty z bandytów z kuszą przemyconą tajemnym sposobem czekał i Svena postrzelił. Marny był to jednak kusznik, bo źle wcelował i tylko go rozzłościł. W tym czasie Martin ze zwoju magicznego cuchnącą chmurę przywołał, i kusznika smród powalił. Barda zaś, co wcześniej elfa ogłuszył, Sven toporkiem potraktował. Grajek żył jeszcze, ale nic się od niego nie dowiedzieli, bo skonał gdy chciał im miejsce ukrycia Nanny’ego zdradzić. Zgadli jednak gdzie ów niziołek, po glinie czerwonej, co na butach bandytów została. I Sven z Kalem do piwniczki pod świątynią poszli i jednego z bandytów, tego bez buta, razem z Nannym znaleźli.

No więc przyszła pora by z Guilermem się rozprawić. Straże wioskową i hrabiego Haddera na niego nasłali, ale morderca na dach uciekł. I zbiec chciał skacząc z dachu na inny, ale w tym momencie Martin czar rzucił, co zupełnie Guilerma sparaliżował i biedaczek kark sobie skręcił spadając bezładnie. Jakby tego było mało, to go jeszcze Sven ogłuszyć chciał i chyba ciutek za mocno to zrobił…

Morderca zszedł był raczej niehonorowym dla wojownika sposobem, i kompani resztę nocy spokojnie przespać mogli. Rano do Bouvetty ruszyli z przygodnie poznanym kupcem Baltazarem półelfem, gadułą strasznym. Koło im po drodze pękło i naprawa nieco zajęła, więc do miasta po zmroku dopiero doszli i bramy już zamknięte były. Dowódca warty zgodził się jednak ich wpuścić za przysługę małą – trzeba było gacha, co się do małżonki strażnika przystawiał poturbować ciutkę, a niewiastę nastraszyć mocno. No i kamraci tak też zrobili, okazało się jednak, że gach ów to Nanny’ego znajomy, więc oszczędzili go, tym bardziej, że wiele ciekawych wieści osobnik ten niziołkowi zdradził. Niziołek zafrasował się strasznie i powiedział wreszcie kompanom dlaczego ściganym był.

Trzy miesiące wcześniej był podobnież zamach na następcę dworu królewskiego, 24-letniego Lorensa. Zamach nieudany, ale mocno tajne służby królewskie podkurwił. Wkrótce też osoby królowi wierne zaczęły ginąć, lub w dziwnych okolicznościach do lochu wtrącane były, głównie za spisek przeciw koronie. Nanny był u swego przyjaciela, barona McAuley’a, gdy ten mu zdradził, że i jemu ktoś papiery jakoweś chciał podrzucić. Baron włamywacza złapał w samą porę, dzień później już u barona przeszukanie było – tajne służby królewskie. Włamywacza jednak baron im nie wydał, bo sam ochotę przesłuchać go miał. Zebrało się wielmożów parę – jakiś burmistrz, stary generał, paru zacnych kupców i jeden mądry czarodziej. Magik ten stwierdził, że na włamywaczu klątwa ciąży i prędzej zemrze, niźli coś powie. Udało mu się jednak klątwę przełamać na tyle, że włamywacz ducha za szybko nie wyzionął i co nieco powiedzieć zdążył. I dowiedzieli się zebrani, że wszystkiemu jakieś Bractwo winne i jegomość Szarym Borsukiem zwany każe papiery wielmożom królowi wiernym podrzucać. Zeznania te spisane zostały i zebrani, w tym Nanny, po kopii listu dostali by królowi lub komuś zaufanemu dostarczyć. Część z posłańców zginęła jednak, a Nanny, przez zabójców ścigany kompaniję znalazł i ci pomogli mu do Bouvetty dotrzeć.

No i weszli do miasta, ale dom niziołka obstawiony był, więc za radą jednego z przyjaciół halfinga do kryjówki poszli. Ale nie dane im było dojść, bo w zasadzkę weszli. Elf z kuszy powalony został, reszta się w zaułku schroniła, ale ku swojej zgubie. Zaułek zamknięty był bowiem magicznym sposobem, a czarownik jakowyś resztę komapaniji oślepił najpierw, potem część uśpił, zaś Sven jako ostatni powalony bełtem z kuszy został.

Nie zginęli jednak kompani, ale majaki straszne mieli, że nad nimi jakowyś rytuał się odprawia. A potem, koszmarne sny, w których za zjedzenie albo zniszczenie winogrona kara ich spotkała. Nie wiedzieli jednak czemu.

Obudzili się w piwniczce jakowejś, gdzie strawa ciepła na nich czekała, wszyscy z gronami winnymi w ustach. Rany ich były opatrzone, a niektóre wręcz wygojone. I nie wiedzieli co się dzieje, do czasu, gdy szpakowaty brunet z brodą krótko przyciętą się zjawił.

Okazało się, że to zapewne herszt tej bandy, co Nanny’ego ścigała, bo niziołka z nimi nie było. Jegomość ten stwierdził, że na kompaniję klątwa Geas rzucona została i że muszą zrobić co im sie każe, i że stali się członkami Bractwa Winnego, bo się temu hersztowi spodobało, jak się z Guilermem sprawili.

A klątwa Geas straszna jest, i wiedzieć wam trzeba, że złamać ją mogą tylko najpotężniejsi czarodzieje i kapłani. Kto klątwą tą obłożony został, zdradzić przykazanych rzeczy nie może i zadanie zlecone przez określoną osobę wypełnić musi. Jeśli komukolwiek, choćby i matce rodzonej chciałby cośkolwiek powiedzieć, to umrze natychmiast, jeśli zadania zleconego nie wypełni, na chorobę straszną zapadnie i też wkrótce skona w męczarniach.

I dostali kompani pierwsze zadanie. Trza im było do zamku de Agostinich się udać, gdzie zabawa z okazji urodzin hrabiowskiego syna trwała. Tam z hrabiną Natalią mieli się spotkać i list tajemny jej przekazać – bo hrabina także w Bractwie była, ale się od dłuższego czasu nie kontaktowała.

Jak kompanija miała na zamek wejść, zapytacie? Otóż za wędrowną trupę sztukmistrzów mieli się podać. Bractwo przechwyciło taką trupę na zabawę zaproszoną, niestety poturbowana została ona ciutek za mocno, by można ją był wykorzystać. A jak mieli kompani cyrkowców udawać? Dzięki sprzętom magicznym, co przy trupie znalezione zostały. A były tam sztaby i podkowy, co łatwo łamać można, były monety co strzały przyciągały, i były łańcuchy nie do zerwania, co prostym trikiem otwierać się dały. I różne inne dziwy…

Tak więc rankiem, dnia 28 września roku pańskiego 664-go wyruszyła kompanija wozem cyrkowców w stronę Komarowa, skąd już tylko dzień drogi do zamku de Agostinich był. A dzień to był ponury i deszczowy, woda lała się z nieba strumieniami i wiatr zimny zacinał…

* * *

Wiatr zimny zacinał deszczem w twarz Goeyl’drina. Siedział na koźle, prowadząc ciężki i oporny wóz cyrkowców błotnistą i pełną kałuż drogą przez las. Byli jeszcze o parę godzin drogi od Komarowa, a nieprzyjemna to była droga. Dwa konie zaprzężone do wozu grzęzły powyżej pęcin w głębokim błocie, ale brnęły mozolnie naprzód. Elf otulił się mocniej przeciwdeszczową peleryną o poprawił kaptur na głowie. I tak kropelki deszczu ciekły mu na kark, bo kaptur już przemókł zupełnie. Zaszczękał z zimna zębami i zazdrościł. Zazdrościł trzem pozostałym kompanów, siedzących w ciepłym, suchym i osłoniętym od wiatru wnętrzu drewnianego cyrkowego wozu…

* * *

Brzytwa ześliznęła się po gardle Svena. Strumieniem pociekła krew… No, może i nie strumieniem. Ale i tak Sven zaklął siarczyście. I zanurzył okrwawioną i przyozdobioną pianą brzytwę w misce z wodą.
– Cholera, mówiłem mu, żeby jechał ostrożniej, bo się będę golił. – powiedział w powietrze, wyraźnie w stronę przodu wozu, gdzie za drewnianą ścianką siedział Goeyl’drin.
– Mógłbyś po prostu poczekać do wieczora. Staniemy ,,Pod Jesiotrem” w Komarowie, to się spokojnie ogolisz. – stwierdził Martin. I ziewnął. Leżał na wyłożonej poduchami ławie przy bocznej ścianie wozu, niemal naprzeciw Svena.
– E tam, wolę się teraz ogolić. Kto wie co nas spotka…
Martin podniósł głowę i spojrzał na Svena podejrzliwie.
– Kal, czy ty wiesz o co mu chodzi? – zapytał po chwili, w stronę siedzącego na tyłach wozu niziołka.
– Kal ty znowu żresz! I faktycznie niziołek pospiesznie przełykał kromkę chleba, który sam osobiście zwinął ze straganu w Bouvetcie. W ręku miał jeszcze jednak drugi dowód zbrodni – pęto kiełbasy, wspaniale pachnącej jałowcem.
– Ty się nigdy nie opanujesz. Gdzie ty to wszystko pchasz…
– No co, no co? – oburzył się Kal, przełknąwszy szczególnie duży kęs. – Jestem głodny to jem. Dawno minęła pora obiadowa… Martin popatrzył na niziołka z politowaniem. Potem wyszeptał parę słów i szybko, ale w bardzo skomplikowany sposób poruszył palcami w stronę Kala. Po chwili rozległ sie przeraźliwy krzyk niziołka. Zamiast pachnącej pięknie i smakowicie wyglądającej kiełbasy trzymał w ręku potwornego robala. Niemal dokładną, choć zminiaturyzowaną kopię ścierwojada , którego spotkali parę dni temu w jaskini. I to bardzo żywotną kopię. Kal z obrzydzeniem i przerażeniem w oczach rzucił ją przed siebie. Pech chciał, że trafił prosto w rękę Svena, i ten znowu się zaciął.
– No nie… – powiedział po chwili – Jak ja się teraz jej pokażę… – dodał po chwili ścierając krew z rozciętego policzka.
– Ach, to o to chodzi – zorientował się Martin, podnosząc wijącego się robala z podłogi. – Masz nadzieje, że znowu będzie tam ta panienka, co?
– Może… – Sven próbował być tajemniczy.
– No tak, sierżant z tej wiochy mówił, że ona się często tam pojawia. – Martin otrząsnął robala z piachu, otrzepał, włożył do ust i ugryzł. Sven spojrzał na niego dziwnie, a siedzący w głębi Kal omal nie zwymiotował. Po brodzie Martina pociekła zielonkawa maź. Martin zgryzał kolejne kawałki robala, który drgał konwulsyjnie. Sven patrzył na niego z obrzydzeniem, wycierając resztki piany z twarzy w jakąś szmatę. Kal odwrócił się tyłem do czarodzieja, żeby nie widzieć jak Martin kontynuuje posiłek.
– No co, nie podoba wam się? – zapytał Martin z wyrzutem – Za mało realistyczne? No mówcie.
– Jak dla mnie to nawet za bardzo. – powiedział Sven. – tylko nie sądzę, żeby spodobało się gościom na zamku.
– Nie, dla nich to mam co innego… ale to niespodzianka. – powiedział czarodziej, a na jego twarzy zagościł szelmowski uśmieszek. – A wy też moglibyście coś poćwiczyć. Jeśli mamy dostać ekstra zapłatę, to występy muszą być odjechane.
– Nie martw się o to, już ja coś wymyślę… Na przykład podmienię niziołkowi łańcuchy, i niech próbuje wyleźć spod wody… Kal odwrócił się i spojrzał prze ramię.
– A jakby tak mu podmienić misktury… I dać coś zamiast tej do oddychania pod wodą… – dodał Martin, przełykając ostatni kęs robala. Po chwili magiczna iluzja ściekającej po brodzie zielonej krwi ścierwojada zniknęła.
– No tak, to byłoby niezłe. – przyznał Sven. Właśnie otarł z twarzy ostatnie resztki piany. – Ale teraz zrobimy coś innego… W oczach Svena zaiskrzył się dziwny błysk. Kalowi się on zdecydowanie nie podobał.
– No co, nawet najeść się nie można. Przecież od ust wam nie odejmuję…. Sven wstał. W ręku trzymał cały czas bardzo ostrą brzytwę. — Chodź mi pomóc Martin – powiedział do czarodzieja. – Ogolimy kurdupla. Martin uśmiechnął się. I też zaczął się podnosić.
– Racja. Należy mu się. Choćby za tamte onuce…
– I za to – powiedział Sven ocierając krew z policzka zranionego podczas golenia. Podchodzili do niziołka powoli. Ten zaś skulił się w rogu wozu i mamrotał coś pod nosem.
– No tak. – zastanowił się Sven. – Ale co chcesz mu ogolić? Na przerażonej twarzy niziołka faktycznie nie było żadnego zarostu.
– Ogolimy mu stopy – z szelmowskim uśmiechem na twarzy powiedział wojownik.
– Nieeeeeeeeeeee!!!!!!! Tylko nie stopy, błagam…. Woź szarpnął nagle i stanął. Tak gwałtownie, że Marin zachwiał się, i przewrócił na plecy. Sven też omal nie upadł, zdążył przytrzymać się jednak stojącej przy ścianie szafki. Obaj popatrzyli na siebie zdziwieni. Po chwili otworzyły się umieszczone z boku wozu drzwi. Do środka wdarł się ziąb i i deszcz. W drzwiach stanął przemoczony do suchej nitki elf.
– Co się stało? – zapytali niemal jednocześnie Sven i Martin.
– Nic, kurwa. Mam dość i serdecznie to wszystko pierdolę. Niech któryś z was idzie teraz powozić.
– Ja pójdę – krzyknął Kal, i zanim się zorientowali wyskoczył pędem na zewnątrz.. Po chwili wóz szarpnął i ruszył. Goeyl’drin zatrzasnął drzwi, w środku zrobiło się cicho i przytulnie. Tylko pod nogami elfa szybko rosła kałuża ściekająca z jego peleryny.
– Co się stało? – zapytał tym razem elf, patrząc na Svena, leżącego jeszcze ciągle na podłodze z brzytwą w ręku.
– A, nic. Chcieliśmy Kalowi ogolić stopy. Ale mu uratowałeś dupsko – powiedział Martin.
– Nie na długo. Przynajmniej ten deszcz trochę umyje mu nogi. Golenie będzie mniej obrzydliwe… – powiedział Sven z błyskiem w oku…