bigcity

Jestem z miasta, to widać…

Pamiętajcie państwo szanowni, że Bouvetta była wtedy kilka razy mniejsza niż teraz, i te dzielnice, co je Świńskim Polem i Burym Błoniem zwą leżały za miejskimi murami.

bigcity

Strasznie tam było po nocy i niebezpiecznie, mało kto z zamiejscowych bez broni się zapuszczał, albo bez obstawy jakiejś, a i autochtony łacno po gębie mogły dostać od oprychów co na gościnne występa przyjechali. Patrolu straży to tam ze świecą szukać, bo choć pilnować porządku mieli, to wszystkiem życie było miłe i się w błotniste uliczki nie zapuszczali, czas cały w gospodach, albo pod bramą miejską siedząc, spędzawszy.

A i wewnątrz murów tak zupełnie bezpiecznie nie było. Książę Albrecht de Bouve wolał na imprezy huczne na cześć króla Nicholasa kasę wydawać, a nie na swojej gwardii szkolenie, toteż najczęstszą kontuzją miejskich strażników były połamane nogi – potykały się głąby o swe własne halabardy, w czasie ucieczki głównie. Za dnia to oni hardzi byli, ale nocą…

Zresztą sam książę to też niezłe ziółko. Czterdzieści roków wcześniej wszak rodzinka Mechlenbergów władzę w Bouvetcie i okolicach przejęła, cały ród de Bouve w pień wycinając. I z górą lat trzydzieści miastem rządzili – i chociaż szafoty krwią spływały, a na murach miejskich czasem miejsca na szubieniczników brakowało, to ludziska wspominali te czasy z rozrzewnieniem, bo spokój bynajmniej był.

Ale się potem Albrecht de Bouve objawił, po z górą trzydziestu latach rządów Mechlenbergów. I u króla posłuchanie dostał i pomoc jego w rzeźników swego rodu zniszczeniu i ojcowizny odebraniu. I choć głosy się podnosiły, że siepacze Mechlenbergów przeca całą rodzinę de Bouve wyrżnęły, wraz z niewiastami i niemowlętami, musi więc to być impostor jakowyś, król nie zważał i pomocy udzielił. Ludziska powiadali, że to służąca dzieciaka jako swojego przechowała i z jatki z nim, znaczy z Albrechtem zbiegła. Ale ja wam powiem, ze ten Albrecht, to pewnie koło prawdziwego szlachcica de Bouve nawet nie leżał. Mojem zdaniem służąca ta swojemu dzieciakowi szlachetną krew wmówiła, a ze kurtyzaną była, to przekonała wielmożów paru do swej racji. A historyk Wacław z Teregovii, co zdechła będzie ze trzy roki nazad napisał, że to sam król Nicholas se Albrechta wymyślił, bo mu krwawe rządy Mechlenbergów nie w smak były i chciał się z nimi rozprawić. Ale nie dawajcie wiary temu, Nicholas aż tak inteligentny to nie był, żeby tej chytrości plan w życie wprowadzić.

No i ruszyły kurewskie, tfu, królewskie znaczy wojska i w 658-mym pod Bouvettą stanęli, w sile ze dwóch tysięcy chłopa (więcej król dać się bojał ze swego własnego regimentu, a władyki inne i generały na sprawę całą się wypięły). Ale do bitki nie doszło, bo Albrecht swoimi sposobami sprawę przez asasynów załatwił, którzy całą rodzinkę Mechlenbegów wytruli a resztę nożami zadźgali. I tak pokojowo, można by powiedzieć, a przynajmniej bez rozlania kropli krwi niewinnej Albrecht władzę przejął. Kupcom i szlachciurom miejskim przywileje dał, więc głów nie podnosili i za nim murem stanęli. Rok w tych przywilejach żyli tylko, bo gdy kasa na zamku pustkami świecić zaczęła Albrecht do ich kieszeni sięgnął… ale to już inna historia.

Wróćmy do kompaniji naszej, która właśnie w Bouvetcie na dłużej się zatrzymała. Na czym to ja skończyłem swą opowieść? Ach tak, wyspali się nasi bohaterowie (niektórzy przynajmniej) i w drzwiach kwatery… Martina, czarownika swojego spotkali. To znaczy Sven i Goeyl’drin spotkali, bo Amber o świcie wstała, wzięła niziołka za frak i do piekarni ruszyła, gdzie do pracy się najęła jako pomoc do sprzątania. Był chłodny, pochmurny poranek, 28-go października roku 664-go Po Kataklizmie, gdy kierowali się zabłoconymi ulicami Bouvetty w stronę karczmy ,,Pod Trzema Baryłkami”. Tam bowiem wyznaczyli sobie wczoraj miejsce na spotkanie…

* * *

– No dobra, może wreszcie mi powiecie co się w ogóle dzieje. Dwa dni mnie nie ma a wy zaraz wplątujecie się w jakąś aferę. – niecierpliwił się Martin. Na ulicy ruch był mały. Nawet przekupki pochowały się ze swoimi straganami. Całą noc lało jak z cebra, a w powietrzu wisiał kolejny deszcz. Mijali tylko ponurych mieszczan, którzy – co widać było – nagleni własnymi interesami szybko przemykali się błotnistymi uliczkami, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłych wnętrzach swych mieszkań, warsztatów, lub też cuchnących piwem, ale suchych i przytulnych salach miejskich gospód.
– Cierpliwości, magiku. Ja już sam się gubię. Nie na mój łeb te miejskie intrygi, szpiegi i inne takie. – odpowiedział Sven.
– A ty, Gejldrin, może ty mi coś powiesz? – nalegał Martin. – Skąd w ogóle Sven tu się wziął?
– Przyjechał. Konno. – odparł ponuro elf, ucinając wszelką rozmowę.
– Ty, co on taki? – Martin szturchnął Svena.
– Dawno nikogo nie zarżnął. – odparł blond włosy wojownik. – ot, co.
Goeyl’drin zgrabnie z elfią gracją przeskoczył pełną pomyj kałużę. Sven lazł przez błoto bez takiej finezji – buty i tak miał już zabłocone.
– Daleko jeszcze? – dopytywał się czarodziej.
– Nie – odpowiedź Goeyl’drina była krótka.
Faktycznie zbliżali się już do celu. Wyraźnie widoczne już było, nawet przez lekką mgiełkę, 40-metrowe urwisko, którego szczyt porośnięty był drzewami. Zamku księcia nie mogli stąd widzieć, ale wiedzieli, że był tam dalej, na rozciągającym się za urwiskiem wzgórzu. Sven i elf zatrzymali się przed wejściem do karczmy. Tuż nad ich głowami wisiał szyld – trzy związane liną baryłki. Obaj rozejrzeli się po ulicy, jakby upewniając się, czy nikt ich nie śledzi. Martin, lekko zdziwiony tym co robią, wzruszył tylko ramionami.
– Amber i kurdupel już pewnie są w środku. Oni ci wszystko opowiedzą. – stwierdził Sven.
Weszli.
Wnętrze było ciepłe i przytulne, choć może niezbyt czyste. Przed samym wejściem zrobiła się już duża, błotnista kałuża – widać odwiedziło już dzisiaj gospodę paru klientów. Cała trójka niespecjalnie się tym przejęła. Martin rozejrzał się po karczmie, szukając pozostałych kompanów. Gospoda najlepsze dni miała zapewne daleko za sobą. O ile oczywiście jakiekolwiek miała. Ściany odrapane, w niektórych miejscach przykryte jakimiś resztkami tkanin, które kiedyś dawno temu były pewnie kolorowe i wesołe. A może wcale nie? Proste, dębowe stoły, nie zmieniane tak długo, że ich powierzchnia lśniła od nieustannego polerowania kuflami, łokciami i innymi częściami ciała. Po prawej kominek, w którym leniwie trzaskało kilka szczap drewna. Na wprost odrapany, niegdyś pewnie bordowy szynkwas, za którym widniały na wpół otwarte drzwi do kuchni. Kręciła się tam jakaś gruba baba, zapewne kucharka. A może właścicielka? Po lewej zniszczone schody na górę prowadzące do… pokojów gościnnych? A może do mieszkania właściciela? Karczma zajmowała wszak tylko parter brudnej i odrapanej trzypiętrowej kamienicy. Pod schodami, plecami oparta o ścianę siedziała Amber, popijając coś z glinianego kufla. Niziołek spał wyciągnięty na ławeczce do siedzenia. Poza tym jednym stolikiem w karczmie zajęte były jeszcze tylko dwa inne – pod oknem siedziało dwóch skromnie odzianych jegomościów – rozmawiali o czymś szeptem – zaś po drugiej stronie, obok kominka sączył jakiś trunek nieco lepiej odziany mężczyzna około 40-stki. Martinowi wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zacząć współczuć temu biedakowi – gość najwyraźniej walczył z potwornym kacem.
Amber nie drgnęła nawet, gdy podeszli do jej stolika. Uśmiechnęła się tylko niewyraźnie do Martina, ale był to wymuszony uśmiech. Oczy miała podkrążone, ruchy powolne – na pierwszy rzut oka widać było, że walczy ze snem. Za to zapach jaki roztaczał się wokół niej przyprawił trójkę przybyłych o ślinotok – druidka popijała fachowo przygotowanego grzańca.
– To ja zamówię trzy razy to samo – powiedział Sven i w te pędy udał się w stronę kuchni.
Elf popatrzył przez chwilę na śpiącego niziołka, po czym przechylił ławę. Kal zleciał z hukiem i wrzasnął. Po chwili wygramolił się spod stołu i przetarł zaspane oczy.
– Co jest, do kurwy nędzy. – powiedział po chwili.
– Pobudka. – odparł elf.
– Masz szczęście, że nie chce mi się zdejmować butów, bo obudziłbyś się z onucami w pysku – dodał Martin.
– No, no, bez takich… Martin? – wykrzyknął niziołek. – Martin, gdzieś ty bywał czarny baranie. Nauczyłeś się jakichś nowych sztuczek. A pokaż coś potrafiłbyś zamienić elfa w żabę? A może sprawisz, żeby Svenowi z dupy trawa wyrosła. Albo zamień Amber w wieprzka.
– Noo!!! – wyrywało się jednocześnie z gardeł elfa, Amber i wracającego z trzema pełnymi kuflami Svena.
– Na bogów, uciszcie tego kurdupla – doszło ich spod kominka. Siedzący tam mężczyzna zatykał dłońmi uszy.
– Zamilcz na razie. – powiedział Martin siadając. – Najpierw to ja chciałbym się dowiedzieć co się właściwie dzieje, bo te dwa smutasy nie były łaskawe mnie poinformować…
– No więc to było tak. Przyszedł Sven, i powiedział, że musimy iść do ,,Pawia”. No i poszliśmy, a tam było tych dwóch. Więc ja do tego Pompona grzecznie, a on mi, kurwa, spierdalaj, wyobrażasz sobie? Ale to nic, bo i tak żeśmy go dorwali, tylko, że nie można było go zabić bo…
Sven zatkał usta niziołkowi. – Amber ty opowiedz. – rzekł.
Druidka wzięła łyk grzańca i odchrząknęła.
– No dobrze. Przedwczoraj po południu przyjechał Sven. I to od razu z zadaniem od Simona, wiesz, rezydenta bractwa – zaczęła ściszonym głosem opowieść. – Mamy wyśledzić jednego takiego blondasa, kultystę…zaraz jak to się zwało… acha, Nata-Kranty. Zgadza się, Sven?
– No.
– Ale co to za kultysta, skąd… – dopytywał się czarodziej.
– Zaraz, spokojnie. Sven śledził go z tym Michelem Gibsonem, wiesz, tym co w Komarowie nas spotkał i Svena ze sobą zabrał. Pojechali do Agartali, a potem na południe, do jakiejś wioski. I tam Sven z Michelem byli świadkami jakiegoś rytuału… Niezbyt, zdaje mi się, dobrego. Tak to było Sven?
– No.
– Tylko, że zostali odkryci – ciągnęła dalej Amber. – Pogonili ich kultyści do wioski i tam dopadli. Michel zginął, a Svena jakiś kultysta czarami potraktował…
– … skurwysyn pierdolony… – mruknął Sven
– I uznając za martwego do kloaki go wrzucili. Ale Sven wylazł z tego i tu, do Bouvetty przyjechał, po śladach blondyna. No i Simon gościa namierzył, ,,Pod Bursztynowym Pawiem”. Tam więc poszliśmy wszyscy.
– I tam był ten niziołek, Pompon. Mówię ci, jebaka, jak on skakał i sztyletem wywijał… – wtrącił się Kal.
– Elfie, z łaski swojej, ucisz kurdupla – przerwał mu Martin.
– Na zawsze? – w oczach Goeyl’drina pojawił się ślad jakby błysku. Niezbyt dobrze wróżącego błysku.
– Hmmm… kusząca perspektywa…. ale nie. Niech się zamknie. Bo jak nie wytrzymam to faktycznie zamienię go w żabę.
– W żabę? Fajnie. A może w jednorożca, możesz? Widziałem jednego takiego kiedyś na obrazku. Ale to dawno było i unghhh… – dłoń elfa skutecznie zamknęła usta niziołkowi.
– No dobrze. Słuchaj dalej. – Amber podjęła opowieść. – Blondyna w karczmie nie było, ale popytaliśmy służbę i kelnerki i dowiedzieliśmy się, że spotkał się z Raymondem, przedstawicielem gildii złodziejskiej. Sven w swoim poświęceniu dla zdobycia informacji pokojówkę jedną przeleciał…
– A ładna była chociaż? – zainteresował się Martrin.
– No… miła była. – odparł Sven
– No ale czy ładna?
– Hmmm… zgrabna.
– No ale czy ładna?
– … fajne cycki miała.
– Acha, znaczy brzydka.
– Skończcie temat, panowie. Do rzeczy. Poradziliśmy się Simona i okazało się, że dwaj z gości, cośmy ich spotkali w tej samej karczmie, właśnie Pompon, niziołek…
– Pompon? Co to za imię?
– Nie przerywaj. Pompon to pewnie ksywa, bo kurdupel ma włosy prawie pomarańczowe i nastroszone i faktycznie jak pompon wygląda. Z kompanem był, człowiekiem, chyba jakimś oprychem, Oren mu było na imię. I Simon stwierdził, że Ci dwaj faktycznie z gildią pracują i hasło mogą znać, żeby wejść można było po dobroci. No tośmy się zasadzili na tego Orena…
Amber zaczerwieniła się trochę.
– Jak?
– Weszła mu nasza driudka do wyra. Potem my żeśmy wpadli i po głowie mu nastukali. Związanemu czarny lotos żeśmy dali… – powiedział elf.
– Lotos? Skąd macie ten staff? – Martin rozpromienił się wyraźnie.
– Spokojnie, do rzeczy. – powiedziała Amber. – chłopaki paluszki Orenowi połamali, ale hasła nie zdradził, bo nie znał. Powiedział jednak, że Pompon je zna. No to zasadziliśmy się na tego kurdupla, w tym samym pokoju – bo oni razem mieszkali.
– No, niezły był z niego akrobata. Ciął nas parę razy, ale w końcu z bańki dostał i żeśmy hasło z niego wyciągnęli. – powiedział Sven.
– A potem obu związaliśmy i nafaszerowaliśmy czarnym lotosem. No i było nam iść do gildy, tych, jak im tam… Błękitnych noży. Simon miał tam swojego człowieka, półelfa imieniem Roncatto, więc od razu do niego ruszyliśmy. I ten poszedł z nami do owego Raymonda.
– Znaczy do tego gościa, co z blondynem gadał… – wtrącił Sven.
– Nie przerywaj. Właśnie tak. I ten za niewielką opłatą zdradził nam, że gildia wykonała dla blondyna małą robótkę. Porwała jakiegoś bachora, dzieciaka jednego z lepiej ustawionych kupców. Chodziło o przetarg na broń i zaopatrzenie dla straży miejskiej. Ten kupiec, pod groźbą utraty latorośli miał swoją ofertę wycofać.
– I co wycofał?
– Nie wiem, jutro dopiero się sprawa rozstrzygnie. W każdym razie dwa oprychy, co robotę wykonały dziewczynkę na barkę odstawiły. Złotego Pelikana. Nazajutrz na przystani dowiedzieliśmy się, że Jej już w porcie nie ma, ale jest ,,Srebrna czapla”, co do tej samej kompani przewozowej należy. I tam pierwszy raz widzieliśmy Bastiana…
– Kto zacz?
– Taki brunet, metalem obity. Brwi ma zrośnięte i na kasztanowy…unghh – dłoń elfa znowu zatkała usta Kalowi. Pozostali popatrzyli na elfa z wyrzutem.
– No co, grzańca chciałem łyknąć. – odparł ten zmieszany.
– No dobra, to któż to ten Bastian.
– Spokojnie. Wszystko po kolei. Bo widzisz, od kapitana dowiedziałam się, że ta kompania przewozowa, co się Szmaragdowa Bryza zwie, handluje głównie z kupcem Waldemirem Finlay’em, za pośrednictwem składu Franco Moore i Syn. I ten Bastian, to był właśnie od Waldemira, przydupas jakiś. Tegośmy się później dowiedzieli, gdyśmy poszli rozpytywać w okolicy hacjendy kupca. Jeden starszawy szewc, po drobnej opłacie rozmownym się stał. I powiedział nam o tym, jak to się u Finlay’ów poodmieniało parę miesięcy temu, właśnie gdy Bastian przybył. Podejrzliwi zrobili się i po nocy często pracują. W piekarni, co ją przez mur mają, co parę dni podkopów szukają i takie tam. No i powiedział nam szewc o jednym ze strażników, co parę lat temu sprawę miał, bo niby kobiety maltretował, a może i co gorszego. I namierzyliśmy gościa w ,,Pubie Malachaia”…
– Malajkata. – wtrącił się Sven.
– Malachaia, głąbie. Ten niziołek Malachai się nazywa.
– A ja Ci mówię, że Malajkat.
– Dajcie spokój. rację ma Amber. Malaj…kat. Zresztą nie ważne. – przerwał im elf. Niziołek też chciał coś dodać, ale nie zdołał, wyjęczał tylko coś niezrozumiałego przez dłoń elfa, zakrywającą mu usta.
– No dobra. Fajna knajpa, u tego Malachaia, cięgiem występy muzyczne. Tam znaleźliśmy tego strażnika, Telforda. I Sven chciał mu kurewkę podsunąć, ale wybrał taką, że… szkoda gadać. Ondreę, tę przechodzoną lafiryndę, co w naszej kamienicy mieszka. Pamiętasz ją, nie? No, szczęsciem elf zauważył, że Telford, ten strażnik strasznie się zmartwił, jak występ jednej minstrelki, Sary Brightblade, odwołali. Znalazłam ją na tyłach karczmy, biedaczka gardło miała chore, więc ziółek jej zaparzyłam. No i zgadałyśmy się, że przysługa za przysłygę. Ona Telforda do siebie zaprosi, a potem krzyczeć zacznie. My wpadliśmy, gacha dorwaliśmy. Ja minstrelkę wyprowadziłam, a chłopcy za gościa się ‚wzięli. Jak go postraszyli, że do straży doniosą, a straż pewnikiem znanej śpiewaczce uwierzy, a nie łachudrze jakiemuś, to gość zmiękł. Za coś takiego czapa przecież, tym razem już by go kupiec Finlay nie wybronił. I mamy gościa na widelcu. Jak trzeba, to nas do kamienicy kupca wprowadzi. A wygląda na to, że będzie trzeba, bo Telford powiedział, że blondyn tam bywał, i z Bastianem i kupcem często rozmawiał, ale tegośmy się dopiero wczoraj wieczorem dowiedzieli. Simon zaoferował pomoc i…
– Jest jeszcze ta czarodziejka. – wtrącił Sven.
– Czarodziejka? Co za czarodziejka? – zdziwił się Martin.
– No, jakby to… znajoma – powiedział elf. – Pamiętasz, jeszcze z Agartali, tę iluzjonistkę, co przed karczmą raban robiła i co jej Sven z główki przyłożył?
– Ach, ta…
– No. Na szczęście chyba nas nie poznała. – powiedział Sven – I tym razem żeśmy jej pomogli. Amber jej kochanka wyciągnęła z karczmy, i ta czarodziejka… Jak jej było…
– Milla – powiedziała Amber. – Milla Star… cośtam. I ona temu kochasiowi jaja obcięła, razem z… wiesz czym.
Martin nieomal się zakrztusił grzańcem.
– .. ale to tylko iluzja była. Gość winien jej był jakąś kasę. I teraz ona jest winna nam przysługę. Jakby co, to możemy na nią liczyć. Zatrzymała się ,,Pod Bursztynowym Pawiem”.
– Ale jaka iluzja – odezwał się niziołek. – Mówię ci, krew siknęła na ściany, na bruk, wszędzie jej było pełno. Całą suknię sobie ubrudziła. A ja myślałem, że sie wyrzygam jak to.. unghhhh.
– Przepraszam – powiedział skruszony elf.
Martin podrapał się po brodzie.
– Przysługa, taaak… A co z tą przysługą dla minstrelki, tej, no, Sary? – zapytał Martin.
– Ach, musimy dorwać tylko Raymonda. Tego człowieka gildii, tego, z którym blondyn sie spotykał, a któregośmy przekupili. – odpowiedziała Amber.
– Dorwać i co?
– Wykastrować.
Tym razem Martin nie zdzierżył i zakrztusił się grzanym winem. Sven poklepał go po plecach.
– No dobra. Niezły galimatias żeście zrobili. – stwierdził Martin opanowawszy kaszel – Czyli co my właściwie robimy?
– Macie wyśledzić i złapać, a jeśli to nie będzie możliwe zabić blondyna – odezwał się zza ich pleców głos. To był Simon. – I ujawnić wszystkie jego kontakty tutaj. No, to ostatnie jest właściwie zrobione. Teraz musicie tylko ukryć w posiadłości Waldemira to – powiedział kładąc na stole pęk kilku zwojów pergaminu. – Oj, młodziaki, jeszcze musicie się dużo uczyć. Konspira to jeszcze nie dla was. Wyśledziła by was ślepa krowa. Ale nie ważne. Na szczęście przypadkiem wybraliście właściwą karczmę.
– Właściwą?
– Należy do mnie. Ale przez podstawioną kuzynkę, tę co się tam po kuchni kręci. No, postawcie grzańca, musimy jeszcze parę rzeczy obgadać.