elfbagna

Koniec występów i do lasu!

Tak więc nasi bohaterowie znaleźli list od hrabiny, w którym mówiła o starej, opuszczonej pracowni alchemicznej. Poszli tam więc elf z niziołkiem, bo oni najmniej poturbowani byli i najciszej mogli się poruszać.

elfbagna

No i znaleźli mikstur wszelakich całe mnóstwo, a także sztylet magiczny, ,,Zębem Nahala” zwany, oraz figurkę, co trzymającego mgłą mogła otoczyć. Uzdrowiła się cała czwórka i nowym wyzwaniom stawić mogła czoła, choć postanowili, że dalej przed innymi zamku mieszkańcami rannych udawać będą.

Rankiem dowiedzieli się, że kupiec Maven zabił grajka Alistair’a, i że zginęła jedna z dwórek, Claudia. Usłyszeli wszelakoż także o kolejnym mordzie w wiosce, i o myśliwym Hugonie, co z wojakami potwora po lesie poszedł szukać.

Potem ich artysta zamkowy Graham Williamson do swej pracowni zaprosił, gdzie bałagan straszny znaleźli. Malarz im portrety własnoręcznie wykonane pokazał, ale chyba niespełna rozumu był, bo straszliwie zmaszkarowane obrazy to były.

Później Martin, w samo południe z hrabiną się spotkał, do obstawy mając Goeyl’drina i Svena, ale rozmowa zbyt długa nie była, bo ludziska różnorakie się po stajni kręciły. Dowiedzieli się kompani jednakowoż, że mają pójść potwora znaleźć, co ludzi we wsi morduje. Hrabina Natalia bardzo się bowiem przejęła losem swych poddanych, bo była miękkiego serca, i dobra z wychowania. Dziś, zaprawdę powiadam wam, mało już takich wielmożów spotkasz. Wszyscy ino sobie chcą kabzę nabić, na naszej, pacholąt krzywdzie. Znałem ja kiedyś takiego jednego murgrabiego, z nazwiska go nie wymienię, boć to może jakiś waszmościów krewny. Wielmoża ten zamek miał wielki i cztery wsie pod sobą, ale pijaczyna był z niego straszliwy i wyduszone z poddańców grosze ostatnie na dziwki i zabawy huczne trwonił. Pewnej nocki chłopi ze wszystkich czterech wiosek, będzie w sumie ze cztery razy po sto dusz, się ugadali i w las poszli. Murgrabia podobnież przez cały miesiąc tego nie zauważył, bo cięgiem zachlany był i kuciapy były mu we łbie, a nie jego dziedziny interesy. Chlał, póki mu w skarbczyku złota starczyło. Aż wreszcie opuściły go wszelkie dziwki i kompani, gdy tylko źródełko wyschło. A parę dni później jeszcze poborca królewski się zjawił i zamek na koszt podatku zabrał. Ostał się więc wielmoża bez grosza i ziem, ale miast się z rozpaczy powiesić, jak każdemu szlachcicowi by przystało, to uciekł po prostu. Gdym go widział to po rynsztokach Foleyet sie włóczył i cięgi od oprychów zbierał. Tam mi swą historyję powiedział, i prawdziwa chyba była, bo jeszcze pieczęć herbową swą miał i wyświechtany papirus z pieczęcią królewską – ziemi nadanie dla jego pradziada. Co się z nim później stało – nie wiem. Pewnie pływa gdzieś po Morzu Błękitnym, z nożem w piersi. Ale wracajmy do historyji naszej.

Wieczorem ostatni występ się odbył, a gdy kompani do komnaty swej wracali, to im się na oczach chorąży hrabiego de Agostini powiesił. W komnacie kolejny list znaleźli, w którym hrabina nakazała rano ruszać, korzystając z okazji, że hrabiostwo Amster wyjeżdża. I szukać informatora kole ,,Złotawego Wodospadu”.

No i pojechali kompani z rana do wsi, gdzie się o drogę wywiedzieli. Wóz w gospodzie, pod opieką właściciela, Krzywego Piotra zostawili i ruszyli pieszo przez las. Najpierw do Adamowego Potoku, a potem w górę strumienia.

Wilki ich zaczęły obserwować, z dziwną postacią w płaszczu na przemian. Znaleźli trupa żołnierskiego, pewnikiem z drużyny co z myśliwym Hugonem poszła, a później i jegoż samego. Ten im historię opowiedział o tym, jak oddział w czasie popasu ostatniej nocy napadnięty przez wilki i satyra został. I do miejsca obozu zaprowadzić się zgodził. Po drodze, już za wodospadem ciemną postać znaleźli i w potrzasku, w krzakach zamkli. I okazało się, że to kobieta, półelfka, co po lesie dla hrabiny przepatrywała, Amber było jej na imię, chyba od włosów bursztynowych. I satyra wyśledziła, co się na skałkach chował.

Poszli więc za nią wszyscy, z Hugonem włącznie. Po drodze wojaka oszalałego znaleźli, co do szczeliny wpadł – i omal tego niziołek Kal i Amber życiem nie przypłacili, gdyż przez ogra wielkiego i obrzydliwego zaatakowani zostali. Szczęściem młoda druidka pnączami go spętała, a Kal tak szczęśliwie go ciął, że mu żyłę jakowąś w nodze rozerwał. Dzieła elf strzałami dokończył.

Ruszyli dalej i w labirynt skałek doszli, gdzie ich owady jakoweś ryjące zaatakowały, co klejącą mazią pluły – a substancyja to była klejąca bardziej niż gnomia guma, a na dodatek cuchnęła straszliwie. Szybko się z robalami sprawili, jeden ubity został, drugi zaś uciekł przez Svena raniony ciężko.

No i znaleźli jaskinię satyra, uszy sobie chlebem zatknąwszy by jego muzyki nie słyszeć. Satyr nie chciał gadać, i rozwścieczony tym, że na jego melodię napastnicy odporni są konfesjonalnie, jak to się mówi, czyli bykiem ich poturbować chciał. Ale życiem to przypłacił, dzięki elfa strzałom głównie. Jedna strzała zatruta była, ale im satyr we własnym języku, z deczka do elfiego podobnym, objaśnił, że to nie on chłopków mordował. No i mieli kompani zagwozdkę.

Ciemno się zrobiło, więc w jaskini obóz założyli. Posiłek zjedli i elf na ochotnika pierwszy na straży stanął. W nocy wiatr hulał i gwizdał po skałach, drzewa uginane pod naporem trzeszczały i zgrzytały przeraźliwie. Koło północy było, gdy…

* * *

Kal obudził się. Wokół było ciemno. Co go obudziło? Przez chwilę nie wiedział gdzie jest i co się dzieje. Dopiero po chwili sobie przypomniał. Jaskinia. Jaskinia satyra. Nad niziołkiem ktoś stał. Ktoś duży. Oczywiście dla niziołka wszyscy byli duzi, ale Kalowi serce podeszło do gardła.
– Przepraszam, nie chciałem. – powiedziała wysoka postać. Kal z ulgą rozpoznał głos. To Hugon, myśliwy. – Śpij spokojnie. Ja tylko idę się odlać.
Kal westchnął. Ciemny zarys postaci myśliwego kierował się ku wyjściu z jaskini, gdzie płonęło ognisko. Rozbudzony przez strach Kal już chciał wstać i pójść zobaczyć co słychać u elfa, siedzącego tam na straży, gdy jego uwagę zwrócił ciemny kształt obok. To była sakwa. Sakwa tej druidki Amber, która spała spokojnie, leżąc na boku na sienniku obok niziołka. Co ona mówiła o swojej sakwie? Ostrzegała przed czymś? Jeśli tak, to trzeba było sprawdzić przed czym. Kal usiadł starając się nie narobić hałasu. Delikatnie, tak jak tylko niziołki to potrafią złapał sakwę i powoli przyciągnął ją do siebie. Amber trzymała przez sen pasek sakwy, ale dla niziołka to nie był problem. Przecież chciał tylko zobaczyć co jest w środku, a nie zabierać sakwę. Wstrzymał na chwilę powietrze, by posłuchać oddechu śpiącej. Był spokojny, miarowy. Chyba faktycznie spała. Kal delikatnie odpiął sprzączkę i powolutku otworzył sakwę. Położył zamknięcie sakwy na swoich kolanach, tak, żeby sprzączka nie zabrzęczała i uniósł ściankę sakwy do góry. Zobaczył coś połyskującego w środku i od razu się uśmiechnął. Srebro? Złoto? Nie, to błyszczało jak jakieś klejnoty… Błyszczało i poruszało się.
Poruszało.
Poruszało? Zaraz, zaraz, przecież niziołek nie ruszał sakwą.
Z wnętrza skórzanej torby doszedł uszu niziołka syk. A po chwili wynurzyła się stamtąd nieduża wężowa główka. Kal zamarł. Wężowy język badał powietrze tuż obok jego dłoni.
– Ostrzegałam – usłyszał miękki kobiecy szept. Amber nie spała. W jej otwartych oczach odbijała się wpadająca przez wejście poświata ogniska.
– Ja tylko…
Kroki. Ktoś biegł. Słychać było terkot kamyków usuwających się spod nóg o toczących po dnie jaskini. W wejściu pojawił się zarys postaci. Postaci elfa. Goeyl’drin dyszał szybko. Oczy miał tak wielkie, że niemal wyszły mu na zewnątrz.
– Co tam, do cholery – mrukliwym głosem odezwał sie Sven, którego najwyraźniej obudził hałas.
Elf charczał tylko, jakby próbując opanować oddech. Zupełnie jakby właśnie zakończył bieg do Bouvetty i spowrotem. Ale to nie zmęczenia tak dyszał, tylko ze strachu. Cały się trząsł.
– Mówiłem wam, kurwa! – sapał pomiędzy kolejnymi oddechami. – Ostrzegałem, że coś z nim jest nie tak.
– Z kim? Mów jaśniej do cholery. – powiedział Sven siadając na swym barłogu.
– O ja pierdole… Ja chrzanię… Mamy przejebane…
Amber szybkim ruchem zamknęła sakwe i podniosła się. Kal zdezorientowany nawet nie wiedział kiedy cofnął rękę od sakwy. I też zaczął się bać. Goeyl’drin co chwilę nerwowo zerkał w stronę wejścia do jaskini.
– On tam jest – wysapał. – Przyjdzie zaraz. Mamy przejebane.
– Co do cholery! – wrzasnął Sven.
Martin też już siedział. Patrzył podejrzliwe na przerażonego elfa.
– Hugon – wyszeptał Goeyl’drin.
– Co Hugon?
– On jest… on jest…
– No! Mówże wreszcie.
Elf przełknął ślinę. W gardle czuł coś wielkiego i suchego, jakby motek wełny.
– Hugon jest wilkołakiem!
Zapadła cisza. Kal zdziwił się bardzo, że w tej ciszy nie usłyszał, jak opadła mu szczęka.