elfwspomnienia

Nasi bohaterowie w lesie (?)

Tak, waszmościowie, mówię wam, w tej karczmie najlepszą kaszę ze skwarkami można zjeść. Nigdzie takiej nie robią. I chwała za to poczciwej Belladonnie Chrapko, kucharce naszej tutaj, chwała.

elfwspomnienia

No nalejcie jeszcze tego czerwonego cienkusza, co go wielmożny Bartłomiej Chrapko winem raczy zwać. O tak, wystarczy, więcej nie lzia, bo to źle na zdolności do gawędy wpływa. Tak na czym my to… Ach, siedzieli sobie nasi czterej bohaterowie w małej szopce i popijali takiego właśnie cieńkusza… Że co? Ach, słuchacze nowi, witamy, witamy. Siadnijcie sobie moi mili i słuchajcie opowieści z czasów dawnych, jak to czterech jegomościów, żeby nie powiedzieć przyjaciół, wbrew własnej woli w świat szeroki ruszyło. Dobrze, przypomnę historyję jaka się do tej pory wydarzyła.

Na początku siedzieli czterej kompani w karczmie ,,Pod białą elfką”, czekając na znajomego swojego, Burtona z imienia, co im miał robotę jakąś nagrać, gdy do karczmy niziołek wpadł i pod stół ich hycnął. Po chwili elf za nim do karczmy wbiegł i po scysji małej elfa owego jakiś osiłek zabił, rzucając nim w ciżbę. No i się karczemna bitwa zaczęła, oj znacie wy takowe, po facjatach szanownie tu zgromadzonych widać, żeście niejedną taką bitwę przeszli. Przy takim mordobiciu bitwa pod Ferke mała się wydawać może, tyle się w karczmie dzieje. Nie dziw więc, że nasi czterej kompani, bez większych kłopotów z niziołkiem w ciemne ulice Agartali czmychnęli.

Już wkrótce oprychów czterech ich napadło, ale kompanija łacno się z nimi sprawiła – Martin ogień magiczny na swe ręce przywołał to oprychy zrazu rezon straciły, ale głupio im uciekać było – bo herszt nie chciał przed kompanami pokazać, że tchórzem jest podszyty, a reszta na oczach herszta uciekać nie chciała. To więc Sven herszta zarąbał, a Martin dwóch bandytów żywym ogniem podpalił, ostatni zaś uciekł.

Ruszyła więc cała piątka dalej. Niziołek Nanny, co im złoto za dowiezienie do Bouvetty zaproponował, do swego kuzyna, Artoka ich prowadził, ale śledzeni byli. Raz przez zaułek chcieli przejść, to im pies wielki jak niedźwiedź drogę zagrodził, na szczęście elf Goeyl’drin w sam środek pyska strzałę mu wraził i psisko ogon podkuliwszy uciekło. Potem jeszcze po drodze pijaną czarownice musieli obezwładnić, co scysję pod karczmą robiła i tu znowu Sven się zacnie sprawił, boć ją w ciemności magicznej dopadł i przygwoździł. Nie, nie to co myślicie szlachetni słuchacze moi, choć i po temu miałby okazyję, wszak nikt przez parę minut nic nie widział. Gorzej ino by było, gdyby mu się czarodziejka ockła, mogła by go w jakie dziwadło zmienić albo co… A całkiem zręczna to czarownica była, szczęście kompanija miała, że wcześniej wina ta panna przedawkowała ciutkę. Czy co? Czy ją jeszcze kiedy spotkali? Nie powiem wam tera, boć ta historia długa i zagmatwana i zdradzać dalszego ciągu nie chcę.

Dotarli wreszcie do posiadłości niziołka Artoka, ale ten do kryjówki kanałami ich posłał, bo się rewizyji bał – i miał słuszność, jak się po tym okazało. Więc z małym służką, Alexem przez kanały szli, aż ich gibberlingi, bełkotnikami też zwane napadły. Co to były za stwory? Tak, teraz już ciężko w cywilizowanym świecie takie maszkary spotkać. To jakbyś waćpan małpę, taką co w cyrku spotkać można, ogolił do łysa. Wielkości to niziołka, ale krępe bardziej, łapy ma długie i pazurami brudnymi zakończone. No i pysk, szeroki od ucha do ucha, pełen zębów ostrych. Jasne, normalnie kompanija problemów by nie miała, ale zważcie, że rzecz się działa w mokrym i śliskim kanale. Martin, czarodziej niemal życiem to przypłacił, choć wcześniej bełkotnika jednego przymroził zdrowo. Inny już Kal’owi niziołkowi do gardła się prawie dogryzał, gdy go Alex, chłopak młody co ich prowadził pochodnią zdzielił. Z resztą stworów Sven z Goeyl’drinem się sprawnie, choć nie bez kłopotów uwinęli.

Noc w kryjówce spędzili, a rankiem na zakupy ruszyli z Riscontim, Artokowym księgowym. Nanny im przykazał wozu szukać, co by z miasta wyjechać mogli, no i znaleźli kupców dwu co w stronę Bouvetty jechali. Elf, co w tłoku swą sakiewkę stracił, za złodziejem jakowymś popędził, co wielmoży na rynku czerwoną sakwę zwędził. I dopadł go – a po prawdzie ją, i zgubę odebrał, nieco krzywdę sobie odbiwszy.

I wyruszyli około południa, bez problemu z kupcami do wsi Szary Młyn dotarli. W gospodzie jedynej, jaka tam wtedy była miejsc nie było, bo orszak hrabiny de Cregnac akurat zagościł, kompanija więc w stajni musiała spać. Gdy się już do snu układali ciężko ranny strażnik z martwym kompanem przyjechał i historyję wszystkim powiedział, że jakiś samotny jeździec w czarnym stroju ich napadł i choć samoczwór jechali to ich zarżnął. Strażnikowi rany opatrzono, ale na krótko – bo widać morderca się o niego upomniał.

Nalejcie jeszcze tego cienkusza bo mi w gardle zaschło. A może któryś z waszmościów trochę tytoniu ma, co bym se fajkę nabił? Przy dymku łacniej bajać można… O tak dzięki po stokroć, niech ci Elean, stwórca nasz, w dzieciach wynagrodzi. Co, szóstkę już macie, ho ho… Nieźleście się sprawili, nie powiem… A o ilu niewiasta wasza nie wie… Nie obruszajcie się zaraz, żartowałem tylko. No tak, fajeczka jest, to i można dalej historyję pleść… Na czym to ja… Ach tak, strażnika ktoś dobił łaskawie. Krótko po tym do stajni zaszedł jegomość jeden, w czarną skórę odziany, z brodą i wąsikiem zawadiackim, o niziołków pytać. Goeyl’drin go spławił, ale nie na długo jednak, boć wrócił ci on. Dwóch strażników tych kupców, co kompanija z nimi jechała zarżnął był, to kompani po rozum do głowy poszli i do ojca chłopaka stajennego, Pierra, do młyna czyli poszli.

Tam noc spokojnie spędzili i ruszać dalej trzeba było. Kupcy uradzili, co do Agartali wrócą, cała więc czwórka, z pokurczem Nanny’m musiała na pieszo w drogę ruszyć. Nie długo pieszo szli bo chłopka jakiegoś spotkali i się na wóz z mąką zabrali. Daleko nie ujechali jednak, bo ich ten czarny na drodze zdybał. Trzy razy jeno najechał, konno szarżując i szkód narobił. Niziołka Kala ciął lekuchno, elfowi twarz kopniakiem przestawił i chłopka ubił cięciem jednym szyję mu rozchlastując. Szczęściem jak przy drugim najeździe Svena rapierem pchnął to mu broń została, wiec ochotę nieco stracił. Ustrzelił jeszcze tylko z kuszy chabetę, co wóz prowadziła i odjechał. A kompanija dalej znowu pieszo ruszyć musiała.

Kapliczkę małą w lesie znaleźli, to Kal struł się troszku, jak szkatułkę znalezioną w skrytce otwierał. Potem na postoju ich dwa rosomaki napadły, dzikie i głodne bestyje, a wtedy to były rosomaki, że ho ho… Martin pogryziony został, a drugi zwiedz elfowi ramię rozszarpał.

Zmierzchać się zaczęło, więc kompanija w lesie nocować musiała. No i dopadły ich skrzaty pukacze, przez znawców buckhawnami zwane i zapasów nieco uniosły. Szczęściem nikt żadnego nie ubił, boć wiecie jakie to skrzaty wredne być mogą.

A potem ich myśliwy spotkał, co po nocy do wioski Trannam zdążał. Levecque go zwali, zabrał ze sobą kompaniję, co by pod bramą wioski przenocować. I zaoferował im, że ich dalej do Bouvetty lasami poprowadzi, by czarnego brodacza uniknąć mogli. Nanny się zgodził, reszta też. Zajęli się więc jelonkiem, co go Levecque miał ze sobą i sprawili się z nim szybko, przed północą jeszcze cienkuszem popijając. I spać zalegli, bo rano wyruszyć trzeba było, co by ich ten czarny, co pewnie w wiosce siedział, nie zoczył…

* * *

Kal się pocił. Tuż nad jego twarzą ziała wielka paszcza. Z małych, ale ostrych zębów ciekła zielonkawa, pienista ślina. I tan zapach. Potworny odór paszczy gibberlinga, który właśnie próbował go ukąsić. Próbował, ale nie mógł. Kal mocno przytrzymywał go za szyję, próbując go dusić. Tylko ten odór. Stwór oddychał szybko, wentylując swoje przegniłe wnętrzności. I kłapał paszczą, coraz niżej i niżej, zbliżając ją do twarzy Kala. Smród odbierał niziołkowi siły, kręciło mu się w głowie. Ręce zaczynały mu drżeć z wysiłku. Kłapiąca paszcza bełkotnika zamykała się i otwierała coraz bliżej jego nosa. Bliżej i bliżej… Zaraz go dosięgnie. Kal wyprężył ramiona, wkładając w ten gest całą pozostałą mu resztkę sił. Na nic to jednak, tylko zakręciło mu się mocniej w głowie. Przed oczami zawirowały kolorowe plamy. Czuł że traci przytomność. Ten potworny odór. Strużki cuchnącej śliny ciekły z otwartej paszczy prosto na twarz Kala.
Gdzie jest ten Alex z pochodnią? Przecież powinien zdzielić już tego gibberlinga – zaświtało nagle Kalowi w głowie. Ale ratunku nie było. Ręce Kala już nie drżały, tylko dygotały i to mocno. I ten straszliwy, świdrujący nozdrza smród. Nie wytrzymał i poluźnił ramiona – nie miał już sił. Gdzie jest Alex z pochodnią. Pysk gibberlinga opadał jakby w zwolnionym tempie. Stwór maksymalnie rozdziawił paszczę, jakby chciał jednym ugryzieniem odgryźć całą twarz niziołka. Kolejna fala zgniłego odoru. Zaraz umrę – pomyślał Kal.
I obudził się.
Otworzył oczy. Nie było gibberlinga, nie było wielkiej, kłapiącej nad twarzą paszczy. Niziołek leżał bezpieczny na sienniku, w małej szopce. Chwilę mu zajęło przypomnienie sobie gdzie jest. Tak, szopka. Wioska Trannam, chyba tak się to nazywało. Spóźnili się, dotarli tu grubo po zmierzchu, więc musieli poczekać poza bramą. Gibberling ze snu niziołka rozwiał sie już zupełnie. Kal jeszcze trochę dygotał ze strachu, ale i to przechodziło. Został tylko nieprzyjemny odór. Niziołek zamrugał oczami. Leżał na boku, u brzegu siennika. Tuż przed jego twarzą ział ciemny, cuchnący otwór. Kal podniósł się gwałtownie. I po chwili już wiedział co to za zapach. Tam, gdzie przed chwilą była jeszcze jego twarz leżał przewrócony na bok but. Wysoki, skórzany but Svena, który spał w najlepsze, cichutko pochrapując na sienniku obok.
A więc to tak – pomyślał Kal. Nic dziwnego, że śnią mi się cuchnące gibberlingi. Podniósł delikatnie but, trzymając go z dala od siebie w dwóch palcach. I ułożył go tuż przed twarzą śpiącego Svena. Wstał, przeciągnął się i rozejrzał. Po drugiej stronie Svena na sienniku spał Martin, czarodziej. Chyba coś mu się śniło, bo ręce i nogi drgały mu lekko, a gałki oczne szybko poruszały się pod powiekami. Nikogo poza tym w szopce nie było. Tylko z zewnątrz dochodziły przytłumione głosy. Ktoś szeptał, ktoś mlaskał. Świtało, choć był to jeszcze bardzo wczesny świt. Słońce wstanie pewnie za godzinę. Przed szopką, parę metrów w bok od bramy w palisadzie otaczającej wioskę tliło się jeszcze ognisko. Rozżarzone węgle dawały niemal tyle samo światła, co jaśniejące z każdą minutą niebo.
– Czyli rozumiem, że dość dobrze znasz te lasy? – to był szept elfa, Goyel’drina.
– Złaziłem przez parę lat spory ich kawał, stąd do samej Bouvetty. – dugi szept, nieco chrapliwy. Kal nie mógł sobie przypomnieć imienia. Jak się zwał ten myśliwy, który się do nich wczoraj wieczorem przyłączył.
– I chodziłeś przez lasy, nie drogą? – zapytał znowu elf.
– No tak. Tak właśnie zarabiam na życie. Skóry, mięso. Łowczy królewski w Bouvetcie płaci mi po trzy szylingi za wilcze ucho, bo ostatnio znowu się bestie rozpleniły. A i warg się zdarzy, choć staram się unikać, bo to groźne potwory i w pojedynkę takiemu stawać nie ma co.
– I tak nie boisz się, że cię królewscy złapią?
– E tam, coby mnie mieli łapać. Mam patent łowczego na ten teren. Kupa złota mnie to kosztowało, ale warto było.
Levecque. Gość nazywał się Levecque – pomyślał Kal wciągając swoje buty.
– No to ile teraz taki patent kosztuje? – zapytał stłumionym, wysokim głosikiem Nanny. Stłumionym, bo sądząc po jego brzmieniu mówił z pełnymi ustami. Znowu się czymś opychał.
– Będzie ze trzydzieści koron. Na pięć lat teraz dają. Mój dziad miał dożywotni, jak mówił za dziesięć, ale to dawno było, kiedy jeszcze w lesie elfa można było spotkać. A za elfie ucho to nawet i koronę płacili…
Levecque umilkł nagle. Umilkł, bo spojrzał na Goyel’drina. Ten patrzył w swoje dłonie, trzymając w ręku długi nóż czyścił sobie ze stoickim spokojem paznokcie. Splunął na bok i spojrzał na myśliwego. A niczego dobrego w jego oczach nie można było znaleźć.
– Wybaczcie mi panie elfie, ja tylko tak… Dziad opowiadał, ja tam osobiście nic do waszego rodu nie mam. Wszystko to zamierzchłe czasy, kiedy się na tych ziemiach nasze pradziady bili. Teraz to już insza inszość. A dziad opowiadał, co sam nawet elfa kiedyś w lesie widział… Ale to pewnie bujdy, co dzieciaki nimi straszyli. Goeyl’drin spojrzał raz jeszcze na Levecque’a. Nie odpowiedział. Nanny odchrząknął, po przełknięciu kęsu mięsa z jelonka, który nie do końca jeszcze obgryziony wisiał na rożnie nad dogasającym ogniskiem.
– No dobra, panie Levecque – powiedział – To jak teraz będzie wyglądała nasza droga?
– Myślę sobie, co by się od razu od traktu oddalić. Trzeba-by pójść na północ. Jest tam droga, co do osady Czarka prowadzi. Mała to osada, nad rzeczką Dwyne, będzie ze trzy godziny drogi stąd. Ale do osady to my nie pójdziemy, wcześniej się las zacznie i wtedy na wschód skręcimy. I dalej, jak strzelił aż do samej Bouvetty. Bo gościniec tu na południe skręca, tak od czasów, gdy Szare Moczary większe były zostało. Teraz już bagniska się jakoby na północ przesunęły i droga jest bezpieczna, jeśli nie liczyć tego, co normalnie w lesie spotkać można.
– To na same bagna nie wejdziemy? – Nanny chciał się upewnić.
– Nie, nie. Tam iść nie wolno. Straszne rzeczy ludziska mówią ci, co próbowali. Zdradliwe bagna są i wielkie. Parę dni trza by iść, jakby była prosta droga, a po bagnach to może i ze dwa tygodnie. I zapaść się można. Nikt nie wie, czy droga jaka w ogóle tam jest. Trza je omijać. Sam bym tam nie poszedł, to i kompaniji nie będę tam prowadził. W bagnach podobno potwory straszne żyją, nawet elfy tam nie właziły. – Levecque spojrzał na Goeyl’drina, ale ten tylko siedział niewzruszony. Kal wyszedł z szopki. Odetchnął świeżym powietrzem i zadrżał. Było chłodno i nieco wilgotno. Na wschodzie łuna brzasku była już dość jasna. Budziły się pierwsze ptaki. Gdzieś w wiosce zapiał kogut.
– No dobra, to kierunek już mamy – stwierdził Nanny odkrawając kolejny kawał mięsa z pieczeni. – Pytanie tylko kiedy ruszymy.
– Jak najszybciej – ponurym głosem odezwał się elf.
Spojrzeli wszyscy na niego.
– Ten czarnobrody jest pewnie w wiosce. Wie, że szliśmy traktem, albo wzdłuż traktu. I wie, żeśmy do wioski nie dotarli. Pewnie wyjedzie nas poszukać.
– Wiem – odezwał się Kal. – Zasadzka. Urządzimy zasadzkę. Schowamy się po oby stronach bramy. Ty, Gejldrin z łukiem, Sven z toporkiem, a Martin go liną oplącze…
– Ej, rodaku mój – westchnął ze zrezygnowaniem Nanny. – Wiesz co nam zrobią, jeśli go tu będziemy chcieli złapać, albo ubić. Sprytny to może ty jesteś, ale rozumek masz mały i zwyczajów naszych północnych nie znasz. Toż straż tutejsza najpierw nas by obiła, a potem dopiero pytała o co chodzi. I jeszcze byśmy musieli tego jegomościa przeprosić.
– Ale jak byśmy strażnikom powiedzieli co on za jeden?
– I co, myślisz, że nam uwierzą. On pewnie szlachcic, albo za takiego pozuję. Prędzej jemu uwierzą, niż tej naszej zgrai: dwa niziołki, elf i trzech ludzi.
– Zasadzka byłaby dobra, ale w lesie. Choć po ostatnim spotkaniu sądzę, że i to mogłoby się źle skończyć. – elf złapał się za obolały i napuchnięty nos i pomasował wielkiego siniaka na policzku. Ślad po budzie czarnobrodego, gdy ten szarżując konno go kopnął. Kal spojrzał na rozdarty rękaw swej skórzanej kurtki. Na szczęście było to tylko draśnięcie rapierem.
– Szczęście że mu w ranie Svena rapier został, bo byśmy pewnie tego nie przeżyli. – stwierdził Goeyl’drin. – Widzieliście jak z pełnej szarży konia z kuszy trafił? Bełt gardziel biedaka na wylot niemal przeszedł… Zamilkli. Nanny co prawda tego nie widział – w tym momencie był już głęboko zakopany pomiędzy workami z mąką, trzęsąc sie jak osika, ale przytaknął.
– Dobra mały, budź resztę. Koniec postoju. – powiedział elf do Kala, który właśnie odkrawał sobie kawałek mięsa z karku jelonka. Kal zmarszczył tylko nos. Bardziej hobbicka część jego osobowości domagała się jedzenia. Wziął więc kawał mięcha w rękę i wszedł. Do szopki. Szopki, w której po chwili rozpętało się piekło. Potworny ryk Svena, coś walnęło w ściankę. Potem jeszcze krzyk Martina, po którym nastąpiła litania niewiele cichszych przekleństw. Kal wypadł z szopki i od razu dał nura w bok. W samą porę, bo tuż za nim leciał wielki but Svena. But trafił w wiszącego na rożnie jelonka i spadł w żar ogniska, z którego uniosła się w powietrze chmura popiołu. Nanny wyjął go po chwili, starając trzymać się z daleka. W akompaniamencie gderania i pomrukiwania wyłonił się Sven, skacząc na jednej, obutej stopie. Był zaspany, włosy miał zwichrzone.
– Daj mi to – powiedział do Nanny’ego, wskazując na but. Niziołek podał mu go i po chwili Sven stał już na obu nogach. I zawył z bólu.
– Gorące! – wrzasnął po chwili i szybko zdjął go spowrotem – Wy niziołki wszystkie jesteście takie same. – i zamachnął się butem na Nanny’ego. Nie trafił i o mało przy tym nie upadł – wszak stał na jednej nodze.- A gdzie ten drugi kurdupel?
– Tutaj. – doszło ich z góry. Kal stał na dachu szopki.
– Złaź natychmiast!
– Nie.
– Złaź mówię ci! Bo jak cie dorwę…
– Najpierw musiałbyś tu do mnie wejść.
– I wejdę. Zobaczysz – powiedział Sven, wachlując ciągle butem, by go schłodzić.
– Lepiej nie, bo na pewno by się szopka zawaliła i byśmy musieli ją odbudować…
– Ty niedomyty kurduplu…
– Daj już spokój – odezwał się Martin stając w drzwiach szopki. Ziewnął.
– I przestań wachlować tym butem, bo powietrze psujesz – dodał Goeyl’drin. Sven wciągnął w końcu but na nogę. Spojrzał jeszcze groźnie do góry – aż się Kal odruchowo odsunął od brzegu daszka.
– No dobra, uradziliśmy, że wyruszymy jeszcze za nim bramy otworzą. Na północ, potem przez las. – oznajmił Nanny. Sven i Martin popatrzyli na Levecque’a.
– Nie ma mowy. Trzeba żarcia kupić. Jeśli ten żarłok dalej będzie jadł dziennie tyle ile waży, to daleko nie zajdziemy – powiedział Sven, wskazując na Nanny’ego.
– Ale nie możemy do wioski iść, bo ten czarnobrody z wąsikiem może tam być. – odparł Nanny.
– Wiem – wtrącił się elf. – Wy panie myśliwy zrobicie dla nas zakupy, zaraz jak tylko bramę otworzą. A my pójdziemy już na północ i poczekamy z brzegu lasu, kole drogi.
– No dobra. Ale sam za dużo nie uniosę. Musiałby kto z was zostać i mi pomóc. Kompani popatrzeli na siebie. A potem wszyscy na Svena.
– No dobra – powiedział z rezygnacją po chwili. – Ja zostanę. I będę miał pewność, że ze złotem nam nie uciekniesz.
– Jeśli czarny cie zobaczy, to wszystko na nic – powiedział Matin.
– Nie wiemy nawet czy jest…
– Na pewno jest. On trochę dostał, a i jego koń też. Na pewno się w gospodzie zatrzymał. – ton głosu Martina zdradzał pewność. Faktycznie, tego mogli być pewni.
– Dam wam, panie mój płaszcz, zielony. Kolczugi nie założycie, coby was nie zdradziła. Zakupy ja zrobię i z karczmy wyniosę. Tylko dalej mi pomożecie. Kompani popatrzyli na siebie. Plan wydawał się sensowny.
– No dobra. To szybko coś zjedzmy – powiedział Nanny po chwili milczenia. – Pora na śniadanie?
– I kto to mówi. Wieczorem dwa razy więcej mięsa zostało na tym jelonku, niźli teraz jest – wzburzył się Sven. – Ty już swoje śniadanie zjadłeś. Nanny spojrzał na niego z wyrzutem. A potem sie uśmiechnął. – Ale żołądek mi mówi, że już pora na drugie.
– A zostawcie coś dla mnie – odezwał się z dachu szopki Kal.
– Jeszcze czego. – niemal równocześnie odpowiedzieli Sven i Marin.
– Za taką pobudkę to powinniśmy cię tu zostawić przywiązanego do bramy, co by się czarny tobą zajął. – dodał Martin.
– A co on wam zrobił? – zapytał elf. Sven i Martin popatrzyli na siebie.
– Wepchnął nam onuce do ust. – powiedział Sven. – I zatkał nosy.
– Svena onuce. – dodał Martin. Minę miał nietęgą. Trójka – elf, myśliwy i Nanny wybuchnęli śmiechem. Po chwili dolączył do nich Kal. Zaczął się tak zanosić śmiechem, że spadł z dachu. Wprost pod nogi Svena…