enemy

Nie ma to, jak narobić sobie wrogów…

Ej, długo mnie w tymże przybytku nie było, oj długo. I zatęskniłżem do tej kaszy ze skwarkami, co mi ją szanowna Beladonna Chrapko łaskawa była podać bez opłaty żadnej.

enemy

Wielkaż jest jej dobroć i złote ma serce nasza gospodyni, niech jej Elean po wsze czasy sprzyja, ażeby zawżdy kaszą tą złaknionego, biednego wędrowca poratować mogła. Teraz żem się najadł do syta, to i zdałby się napitek jakowyś, coby gardło przepłukać, abym historyję mógł dalej wieść dla moich słuchaczy zacnych. No, gospodarzu, serce i was przecie wielkie, odżałujcie jeden kufelek, wszak tej nocy tychże parę miedziaków, co na mnie stratni będziecie po wielokroć się wam zwróci, dzięki opowieści mojej. Taaak… to rozumiem. A garlandzkiego, złotego żeście nie mieli? Co, znowu embargo ogłosiły kutwy jedne? A niech im to piwsko wszystkimi otworami ciała wyjdzie.

Hmmm… nawet niezłe, czyżby się browar z Foleyet tak poprawił? Dawno żem tak dobrego piwa nie smakował. Po prawdzie, to żadnego żem piwa nie smakował, będzie z miesiąc. Gdzie żem był, pytacie. Ach daleko, moi panowie i waćpanny, daleko żem podróżował i cuda różne żem widział, ale nie czas teraz na tę opowieść choć wielce ciekawa by ona była, bom przecież miał historyję piątki naszych bohatyjerów dalej wam opowiadać.

Dawno żem w progi tej gościnnej karczmy nie zawitał, a i opowieść moja z głów słuchaczy moich szanownych pewnie wywietrzała nieco, więc przypomnę dziś nieco szerzej zdarzenia jakie miały miejsce w Bouvetcie, pod koniec października roku 664-go Po Kataklizmie. Tak… Jak by tu…
czytaj dalej… ->

Bohaterowie nasi, we czwórkie (bo Svena z nimi podówczas nie było) w Bouvetcie, pod skrzydłami bractwa przycupnęli i nauki pobierać zaczęli, co by swe eksperiencje, szczególnie z ostatniej rozprawy z Sukkubem, na użyteczne umiejętności zamienić. Bouvetta była już podówczas dość dużym miastem, kole tuzina tysięcy dusz pod sobą miał książę Albrech de Bouve, wszetecznik i hulaka, co na zabawy i zamtuz swój prywatny więcej zwykł wydawać niż na straż miejską i poddanych bezpieczeństwo. Nie było to więc bezpieczne miasto, oj nie. Nie tam, że od razu bezprawie na ulicach panowało, co to to nie. Ale strażnicy, słabo opłacani będąc i słabo wyszkoleni serca w swą robotę nie wkładali. Szczególnie za murami miejskimi rzadko ich spostrzec można było, toteż na Świńskim Polu, na Burym Błoniu, czy też na Przystani, po zmierzchu łotrzyki rządziły. Patrole straży, nawet jeśli się tam już znalazły to unikały interwencji, co by po łbach nie dostać, li też z nurtem rzeki Dwyne do morza nie spłynąć na skutek zasłabnięcia nagłego, spowodowanego przez sztylet pomiędzy łopatki wbity.

Nie, Bouvetta, a szczególnie przedmieścia nie były nocą bezpiecznym miejscem.

Ale wróćmy do naszej kompaniji. Pewnego nudnego popołudnia w karczmie ,,Pod Czarnym Lisem” trójka z naszej kompaniji biesiadowała, zastanawiając się co począć kolejnego wieczora. Martina, czarodzieja z nimi nie było, wraz ze swym mistrzem, Gasparem wyjechał swe czarodziejskie umiejętności doskonalić. I wtedy zjawiła się piąty z kompanów, Sven.

Sven – będzie miesiąc wcześniej – przez niejakiego Michela Gibsona na misję tajną był zabran. Z tymże Michelem śledzili blondwłosego jegomościa, co konszachty z zakazanym kultem Nata-Kranty miał. Pojechali za nim do Agartali i dalej na południe, do wioski jakowejś, gdzie nocą, w lesie głębokim, kultyści tajemny rytuał wykonali i potwora jakowegoś, czy też demona, w starożytnym kręgu kamiennym przywołali. Sven i Michel, prawdopodobnie dzięki demonim mocom przywołanego monstrum wykryci zostali i we wiosce próbowali się skryć, na co kultyści wszystkie chałupy spalili i wieśniaków wyrżnęli. Dopadli też Svena i kompana jego. Michel spotkanie to życiem przypłacił, zaś Sven, czarem jakowymś porażon za martwego był uznany i w kloace się znalazł. Odżył jednak rankiem i do Agartali pognał, stamtąd zaś do Bouvetty, za blondyna śladem. W Bouvetcie miejscowy rezydent bractwa, Simon, blondyna wywęszył, z pomocą swych informatorów wielu, w karczmie ,,Pod Bursztynowym Pawiem”. Co by zaś Sven sam nie szedł – wysłał go po resztę kompaniji, co bez zajęcia w karczmie na rozkazy czekała.

No i ruszyli kompani w czwórkę – Sven, druidka Amber, niziołek Kal i elf Goeyl’drin – do wspomnianej karczmy. Ale blondyna tam nie znaleźli. Porozpytywali trochę i dowiedzieli się, że owszem, gość takowy był tu poprzedniego wieczora, i rozmawiał z niejakim Raymondem – jak się okazało członkiem złodziejskiej gildii ,,Błękitnych Noży”. No i się problem zrobił, bo do gildii byle kogo nie wpuszczają, hasło trzeba znać. Kucharka jedna wskazała kompanom jedno ze źródeł takiego hasła – w karczmie siedzieli właśnie, czekając na kogoś dwaj jegomoście – blondwłosy zawadiaka Oren i rudowłosy niziołek Pompon, co z gildią interesy robili.

Popchnęli więc kompani Amber, co by Orena zwiodła i było się to udało. Gdy driudka z Orenem w komnacie się zamkli pozostała trójka tam wpadła i wojaka zbiła. Ale pech chciał, że Oren, nie będąc zbyt wielkiego rozumu, hasła nie pamiętał – takie sprawy swemu kompanowi – niziołkowi zostawiał.

Ale się też niziołek wkrótce w pokoju zjawił, to go Sven z Goeyl’drinem capnęli, czarnym lotosem nakarmili, palce połamali – to im hasło wyśpiewał.

Za radą Simona bohaterowie nasi do gildii poszli, by się z tajnym członkiem Bractwa Winnego, zakamuflowanym w gildii, spotkać. Osobnik ten, niejaki Roncatto był w gildii wielce poważany, jako spec od czarnej roboty. Co to znaczy? To znaczy, że gardła ludziom za pieniądze podrzynał, a że niezły w tym był, to i nieźle na tym zarabiał.

No i spotkali się kompani z Roncattem, ten symbol winnego grona rozpoznawszy do Raymonda ich zaprowadził.

Raymond był rozsądnym człowiekiem i ukrywać prawdy przed naszą kompaniją nie zamiarował. Za niewielką opłatą zdradził, że gildia dla poszukiwanego blondyna robotę wykonała, mianowicie porwała córkę jakiegoś kupieckiego rodu. Dlaczegoż, zapytacie? A no dlatego, że królewski przetarg był, na wyekwipowanie straży miejskiej w kilku miastach, i ktoś wyraźnie sobie nie życzył, by Quentin Danevos w przetargu startował. Raymond jednakowoż nie wiedział kto robotę zlecił, wiedział tylko, że bachor dostarczony był na barkę, stojącą w porcie.

Nazajutrz udali się wiec kompani do portu, gdzie w kapitanacie się dowiedzieli, że wspomnianej barki, ,,Złotego Pelikana” już nie ma, ale jest inna barka, należąca do tejże samej kompanii przewozowej, co się ,,Srebrna Bryza” zwała. I dowiedzieli się, że wyłączność na handel z tąże kompanią ma kupiec Waldemir Finlay.

Simon poradził co by kupca wybadać i wtyczkę jakowąś znaleźć. Rozpytali bohaterowie nasi po okolicy i namierzyli ewentualne źródło informacji – Telforda, strażnika w domu kupca Waldemira. Tenże Telford miał już co nieco na sumieniu – kilka roków wcześniej za gwałty na czci niewieściej był sądzon, ale wtedy kupiec za niego poręczył.

Poszli więc kompani do karczmy, w której Telford i inni strażnicy kupca Finlaya lubili przesiadywać – do ,,Pubu Malachaia”, gospody, gdzie słynne niemal na cały kraj koncerta minstreli sie odbywały. Tam też znaleźli jegomościa i tam też plan się zrodził, by mu dziewkę jakowąś podsunąć, potem krzyku narobić i zaszantażować jegomościa. Tak też zrobili, choć ze zwykłą dziwką nie poszło, to i wnet sposób się znalazł. Spostrzegli nasi bohaterowie, że Telford szczególnym afektem jedną ze śpiewaczek, Sarę Brighthelm, darzy. A biedaczka akurat śpiewać nie mogła, bo ją gardło rozbolało.

Zaoferowała się więc driudka Amber z pomocą, ziółek naparzyła, ale po prawdzie to użycie Sary w planie szantażu wybadać chciała. No i się minstrelka o dziwo zgodziła – ale przysługa za przysługę. W zamian zażądała wykastrowania lub zlikwidowania Raymonda – tegoż samego Raymonda, członka gildii, któremu bohaterowie płacili za informacje o blondynie. Cóż mieli nasi bohaterowie zrobić? Zgodzili się.

Plan poszedł jak po maśle, kompani nastraszyli Telforda poważnie – i juz mieli wtykę u kupca. Dowiedzieli się przy okazji o niejakim Bastianie, który kilka miesięcy wcześniej się na służbę u Waldemira zaciągnął. A dziwny to był ponoć jegomość i wiele spraw tajnych z kupcem od razu miał, w kwestiach niektórych jakby zwierzchność nad nim mając. Kupiec zaczął jakieś tajemne zlecenia wykonywać, towary dziwne sprowadzać i podejrzliwy stał się bardzo.

Pojawiał się także w domu kupca blondyn, przez bohaterów naszych poszukiwań – jemu obaj, i Waldemir i Bastian wielkie poważanie okazywali. Tajne narady we trójkę prowadzili często, nikogo, poza lokajem do pokoju nie wpuszczając. Ostatnią taką naradę mieli kilka dni temu, potem blondyn zniknął.

Kolejnego dnia, tegoż samego gdy Martin wrócił był ze swoich ćwiczeń magicznych, nowy rozkaz od Simona dostali. Mus im było do posiadłości kupca wejść i dokumenta kompromitujące podłożyć. Szybko więc musieli wtyczki swojej użyć. Zakupili wina dobrego i trucizną usypiającą je zatruli, po czym Telfordowi kazali straże w nocy napoić – i tak też się stało. Weszli niezauważeni do posiadłości kupca, Kal dokumenta podłożył. Jeszcze tylko języka musieli zaciągnąć. Wybór padł na lokaja – bo Bastiana w posiadłości nie było. Uśpili tegoż osobistego sługę Waldemira, związali i wynieśli – o włos alarmu w całym domu unikając. Simon wziął biedaka na tortury – a kompani wrócili na swą kwaterę by się wyspać.

Rankiem, gdy na śniadanie ,,Pod Czarnego Lisa” poszli spotkali znajomka – w karczmie rudowłosy niziołek, Pomponem zwany, na nich czekał.

Jaki był jego zamiar – tego nigdy dowiedzieć się nie było im dane. Rozsierdził sie Pompon, gdy mu elf pogrozić próbował. Złapał bowiem elfa za włosy i nóż do gardła mu przyłożył… I okazało się, że Pompon nie jest sam – miał do obstawy czterech oprychów. I jeden z nich Kala złapał i też mu nóż do krtani przystawił.

Dalej wypadki potoczyły się szybko. Martin próbował rzucić czar, na co Pompon dźgnął bezbronnego elfa, a oprych przejechał nożem po gardle Kala. Sven skoczył na oprychów – w sumie trzech powalił, a Amber magiczną mgłę przywołała. Martin ledwie był uciekł Pomponowi spod ostrza. Przywołany chwilę później przez niego pies z niziołkiem we mgle się szarpał – ale też na sztylet się nadział, bo zaskomlał tylko i zniknął. Nie dłużej niż dwadzieścia uderzeń serca to trwało – a gdy się mgła rozwiała Kal i Goeyl’drin, opatrzeni przez Amber ledwie żyli, leżąc w kałużach krwi, podobnie jak czterej bandyci co Pomponowi w sukurs przyszli. Kompanija rannych wynosząc z powrotem na kwaterę zbiegła.

Tam dzięki miksturom magicznym, własnym i od Simona, nieco się podleczyli. Ale jakby tych kłopotów z Pomponem było mało nawiedził ich też posłaniec od Sary Brighthelm – minstrelki, co jej przysługę obiecali. Posłaniec konsekwencjami pogroził, dając kompaniji naszej jeden dzień na uporanie się z Raymondem.

Po południu Simon wrócił do nich i w starym warsztacie stolarskim, w kryjówce tajnej całą piątkę ulokował, by przez nikogo nie niepokojona nieco wykurować się mogła. Bo robota ich czekała jeszcze tego wieczoru – co prawda kupiec Waldemir nie był już problemem, bo tajne służby, podłożone listy znalazłszy do lochu go wtrąciły, ale pozostał jeszcze Bastian, który o blondynie – teraz już kompani wiedzieli, że ma na imię Darreus – mógł sporo wiedzieć. A Bastian miał być wieczorem, w nieznanym celu w karczmie ,,Wilgotny Bóbr”, na Burym Błoniu, jednym z przedmieść Bouvetty.

Czekali więc kompani wieczora. Kal i Goeyl’drin drzemali (jeśli u Elfa można mówić o drzemce), aby lepiej swe rany zabliźnić, zaś pozostała trójka siedziała w niezbyt przestronnej komnacie, na zapleczy nie używanego i zapomnianego przez wszystkich warsztatu stolarskiego, w zupełnej ciszy, patrząc jak na zewnątrz zapada coraz głębszy mrok. Zbliżał się zmierzch, który tu, na podwórcu pomiędzy kilkupiętrowymi kamienicami, obserwowany przez mocno przydymioną i zasmarowaną brudem szybę, wydawał się jeszcze bardziej mroczny…