malemiasto

Noc w Komarowie

Tak więc stali nasi bohaterowie w karczmie ,,Pod Złotozębym Jesiotrem” i próbowali przekonać wioskowego kapłana, żeby im świątynię otworzył… ale dobrze, dobrze, przypomnę co było wcześniej, bo widzę, że nowi goście się pokazali co bajędy słuchać chcą.

malemiasto

Tak więc parę dni wcześniej cała kompanija do groty zmyślnym sposobem zeszła, co ją wśród elfich katakumb znaleźli. A stare to katakumby były, oj stare, jeszcze z czasów wojen elfów z krasnoludami, gdy nas, ludzi na tym świecie jeszcze nie było, boć to tysiąc z górą lat przed kataklizmem się te dwa ludy ze sobą biły. Mówią krasnoludzkie kroniki, że krwawsze to były boje, niźli ludzi z elfami wojenki, choć wierzyć się nie chce. Ale znając zawziętość małego ludu, i w to uwierzyć można. Ale do rzeczy, do rzeczy.

Zlazła więc nasza kompanija po to, aby łatwiejsze wejście znaleźć – ale wszak o tym wcześniej wiedzieć nie mogli. No i łazić po jaskiniach zaczęli. Każdy wszak wie, że zgroza straszna może w takich podziemiach najść człowieka. No i naszła kompaniję, szczęściem tylko łowczego, co z nimi szedł, Levecque’a dopadła – ścierwojad pełzający co z sufitu zszedł głowę mu urwał i okazało się, któremu wiedźma bagienna to wywróżyła. Potem, robal wielki, jakich tamtymi czasy więcej niźli teraz było, Svena i Goeyl’drina sparaliżował i za pozostałymi pogonił. Zwinny niziołek Kal umknąć mu zdołał, więc się robal na Martina, czarodzieja zasadził – ale zwątpił był, bo zioła od wiedźmy zwęszył. Na to mu jeszcze czarodziej strugą ognia wypalił raniąc go potężnie, a potem niziołek sztylecikami jeszcze połaskotał – i uciekł robal przebrzydły. Potem go Sven z Martinem dopadli jeszcze i zakończyli jego żywot marny.

Kompanija groty zwiedziła i jeszcze parę grobowców naszła. Pułapki udało im się obejść albo unieszkodliwić, jedną na hasło, co błyskawicą zabezpieczona była, inna z kolcami. Szczęściem w jednej ogień, co spalić miał wszystko wokół, paliwo stracił i pułapka tylko żółtym proszkiem wokół posiała. Znaleźli parę przedmiotów ciekawych i magicznych jak się później okazało. Czarodziejski kapelusz i pierścień, kolczyk myśliwego i chroniącą bransoletkę. Wszystko przeszukawszy dalej w las, już bez przewodnika ruszyli. Na południowy wschód, do Bouvetty.

Już pierwszej nocy wilki ich napadły, ale na szczęście przytomnie kompani ogień mieli rozpalony i bestie odgonili – tylko niziołek nieco poharatany w ramie został. Następnego dnia w las straszny weszli, gdzie Mula obrzydliwa mieszkała. Nie wiecie waszmościowie co to mula? Ech, nasi bracia z Akwitanii (tfu na psa urok, niech im stwórca nasz Elean wybaczy ich głupotę) ostrygi tak zwą tymi czasy. Ale wtedy słowo to także wąpierza pomniejszego nazywało, co nie tylko kły miał straszne i zaczarować mężów, nawet najzacniejszych mógł, ale także krzykiem przeraźliwym raził. Gdy wąpierz ten krzyknął – a miał zazwyczaj postać młodej dziewki – to ludzie wokół głuchli, albo padali zemdleni. Krzyk to był, że ho ho! czasem myślę sobie, że moja teściowa – świeć Eleanie nad jej duszą, coby prostą drogę do siedmiu piekieł znalazła – u jakiejś muli ze swym krzykiem terminować musiała. Tak, wąpierzy takich już teraz nie znajdziesz, prawda ci to mój panie, ale moja teściowa wiekowa była, w roku wynalezienia hubki i krzesiwa urodzić się musiała, jeśli nie wcześniej.

No ale wróćmy do naszej komaniji. Mula czarowała ich i zwodziła, by strachem ich dusze napełnić, bo wtedy łatwiej ich oczarować i oszołomić było. Wreszcie w swej pełnej postaci wystąpiła – a głodna była i krwi spragniona. Szczęściem Martin przytomność umysłu zachował i eliksiru przeciw złemu wypił – i jak wąpierzyca krzyknęła na niego to sama swoim głosem porażona została. Potem jeszcze jej elf strzały srebrną i ognistą w kałdun wraził – bo tylko srebrem, ogniem i magią stwora zranić można było. W końcu dopadli wąpierzycę, co do końca walczyła, bo tak jej głód nakazywał i ciało spalili.

Kolejny nocleg pod skałą im wypadł, gdzie pustelnika chorego spotkali. Lało jak z cebra, ale oni spokojnie sobie pod nawisem w karty grali. Pustelnik chory śmiertelnie, ale nie zaraźliwie, ale za to oszpecony strasznie, przyjaznym być sie okazał i wdzięczny był, że po paru latach wygnania pogadać z kimś mógł. Rano w drogę wyruszyli. Jar głęboki ze strumieniem przeszli, co w nim wije jadowite się zalęgły, ale szczęściem nikt pogryziony nie został. A po południu na teren rusałek weszli. A rusałki te wredne były, choć piękne. Kompani zaś wyposzczeni, to im w głowach zawirowało, gdy zgrabne ciałka zaczęły in przed oczami biegać. Jeden elf się ostał, ale sam kompanów w gromadzie utrzymać nie mógł, wreszcie i jego nimfy wredne osaczyły i ogłuszyły bardziej konfesjonalnym sposobem.

Obudzili się wszyscy w klatce z żywych gałęzi, zamknięci i bez sprzętu i nijak wynijść nie mogli. Wspomnienia im zostały tyleż miłe, co nieprzyjemne – wszyscy wszak wiedzą, że rusałki w sztuce miłości z najlepszymi kurtyzanami konkurować mogą. Tylko że te akurat istocie jakiejś straszliwej, co w jeziorze mieszkała służyły i wyssać życiową energię z kompanów zamierzały. Wtedy Sven w myślach zaczął głos obcy, ale pomocny słyszeć. Z jego pomocą wpadli kompani, że tylko ręka rusałki klatkę ich mogła otworzyć. I uwolnili się, a także właściciela tego telepatycznego głosu – lisa srebrnego, a właściwie duszka lasu, co taką postać przybrał. Ten w zamian zaoferował się kompaniję z lasu wyprowadzić. Uciekli rusałkom w ciemnościach, z lisa pomocą. I dalej z nowym przewodnikiem w drogę ruszyli. Lis ich różnymi drogami prowadził, przez skałki i jaskinie. Grzyby purchawkowate spotkali, ale je ogniem wypalili, zdołali też kolonię żuków śmierdzących ominąć, a w nocy duszek leśny obóz chronił przed wilków napaścią. Kolejnego dnia pełzającą kupę spalili, co elfowi buty zjadła, aż wreszcie na tereny skrzatów pukaczy doszli. Tam okup musieli dać, co by bezpiecznie przejść, bo skrzaty wredne są, złośliwe i tajemnic swoich strzegą. Wreszcie na trakt wyszli, nieopodal Komarowa, o dzień drogi od Bouvetty. Wtedy to jeszcze mała wioska była, nad jeziorem położona. Jeszcze w lesie poharatanego chłopka znaleźli i jego żonę martwą. Chłop, Michaił było mu na imię, ranny był straszliwie, ale wydukał, że jego i żonę czarnobrody z wąsikiem, samotrzeć napadł i o kompaniję pytał. Z lasu wóz kupiecki nadjechał i rannego wraz z kompaniją do wsi zabrał. A tam akurat hrabia Vincent Hadder – tak, tak , pra-pra-pradziadek tego niecnoty Haddera – akurat się zatrzymał. A że zamachu na swoje życie się bał (to chyba u tej rodziny dziedziczne) to w całej wiosce nikt poza strażą broni nosić nie mógł. Pewnie straż lokalną też by rozbroić kazał, ale do tego edykt królewski jest potrzebny.

Kompani przed bramą Komarowa minstrela Guriana Astona spotkali, co ich w sytuację wprowadził nieco. Hrabia akurat do zamku baronostwa de Agostinich na imprezę jakąś jechał. Grajek pomógł też księgę magiczną Martina wnieść do wioski, ten zaś uprzednio topór Martina zmniejszył, z pomocą czaru na zwoju znalezionego.

Kompani weszli do wsi i Michaiła do domu donieśli. Tam szwagier jego, Burtym było mu na imię, poprosił, by rannego do świątyni zanieść, więc mu Sven pomógł. Pozostali do karczmy ,,Pod Złotozębym Jesiotrem” poszli, gdzie hrabia Hadder nocował, i jak się okazało czarnobrody wąsacz również. Zoczyli się nawzajem, ale zabójca tylko się uśmiechnął i nic nie zrobił. Rozmawiał z jednym ze swoich kompanów – ostrzyżonym na jeża i siwowłosym jegomościem, który, jak sobie kompani przypomnieli, również przy bramie wjazdowej siedział.

No więc zrezygnowali z posiłku w tejże gospodzie. Gurian, grajek, który im tu towarzyszył drugą karczmę znał – spelunę dla miejscowych, ale kompani wyboru nie mając tam na wieczerzę stanęli i radzić zaczęli. Z mordercą we wsi, zamkniętej na noc do głowy im przyszło, że towarzysze czarnobrodego z Michaiłem ich widzieli. A tylko ten chłopina mógł zabójcę oskarżyć i straż lokalną na niego ściągnąć. Uradzili więc, że trzeba do świątyni iść i chłopka ochronić, bo zbóje go na pewno widzieli i dybać na jego życie mogą.

Ale święty przybytek zamknięty był. Wielmożny kapłan na uczcie z hrabią był, a nowicjusz znaków życia nie dawał, co strasznie kompanów zmartwiło. Martin ze Svenem patrol straży królewskiej zagadnęli i do oficyjera poszli, sytuację mu wyłuszczając. Niziołek Kal wokół świątyni węszył i zejście do piwniczki jakiejś znalazł, ale ciemno tam było więc dalej nie polazł.

Z sierżantem straży Sven i Martin poszli ,,Pod Złotozębego Jesiotra”, aby im kapłan świątynię otworzył, ale perswazje nic nie dawały – wielmożny świętego przybytku mieszkaniec ucztował w najlepsze i nie zamiarował się z karczmy ruszać. Martin i Sven stali więc tak główkując jakby tu kapłana przekonać, gdyż życie Michaiła na włosku wisiało – w samej rzeczy mogło już być za późno dla biedaka. Kal i Goeyl’drin, razem z niziołkiem Nannym pod świątynią czekali w głowę zachodząc jak tu się do środka dostać. I nic wynaleźć nie mogli.

* * *

Zimny i wilgotny wiatr wiał od jeziora. Od zachodu słońca musiało już upłynąć parę godzin. Noc zapowiadała się ciemna i zimna, pachniało w powietrtzu deszczem. Nieprzyjemnym, jesiennym deszczem, choć do końca września roku 664 Po Katakliźmie zostało jescze parę dni. Wilgotny chłód wciskał się wszędzie. Pod płaszcze, pod zbroje. Goeyl’drinowi marzły dodatkowo stopy – teraz żałował, że nie wziął jakichś choć najprostszych chodaków od rodziny Michaiła. Stał na wilgotnej ubitej drodze przed świątynią. Stał i marzł.
– Jak długo może ich nie być? Ile mogą przekonywać tego opasłego kapłana? – to był głos niziołka Nanny’ego. Tego, który wpakował ich we wszystkie kłopoty paru ostatnich dni. Najęli się do jego ochrony za marne grosze. Elf zastanawiał się. W lesie było źle – mokro, strasznie, puszcze pełne są jeszcze różnorakich stworów, które zostały z czasów kataklizmu. Wrócili do cywilizacji z radością, marząc o ciepłej kąpieli, wygodnym łóżku i misce gorącej strawy. Na razie spełniło się tylko to ostatnie… a i to nie najlepszej jakości, bo w wioskowej spelunie.
– Spokojnie. – westchnął elf po chwili – To musi potrwać. Wyrwać obżartucha z uczty na koszt hrabiego, to nie takie proste. My przypilnujmy, żeby przynajmniej teraz nikt do świątyni nie wlazł.
– Kal, jesteś tu? – zapytał Nanny.
Elf spojrzał w stronę wejścia do świątyni. Mała, skulona postać siedziała na najwyższym stopniu schodów, parę metrów od Nanny’ego. Elf widział oba niziołki wyraźnie – dzięki swemu elfiemu wzrokowi. Ale było wokół tak ciemno, że ci nie widzieli się nawzajem.
– Jestem, jestem.
– Co robisz?
– Marznę. Goeyl’drin uśmiechnął się. Sam marzł, choć przeżył już ponad sto zim w tym chłodnym kraju. A co musiał czuć mały niziołek, który ledwie parę tygodni temu przypłynął z dalekiego południa? Z kraju, gdzie nie znano zim, ani nawet chłodniejszych odmian jesieni.
– Może byś sprawdził jeszcze raz, czy da się wejść… – zapytał Nanny.
– A wypchaj się. Wejść i wyjść, to ja bym mógł już pięćdziesiąt razy, odkąd oni poszli. Zamek we wrotach jest tak stary, że mój pra-pradziadek by go otworzył. Ale nie kazali, to nie otwieram.
– Ale mogłbyś…
– … włamać się do świątyni? – dokończył elf. – Nie, nie mógłby.
– Klatwy się jakiejś boicie, czy co?
– A chrzanić tego ich bożka. Taki z niego stwórca jak ze mnie niziołek. – powiedział Goeyl’drin – Ale ze strażą chyba ne chcemy mieć na pieńku? Nie, dopóki jest inna możliwość.
– To długo będziemy tak czekać? – Nanny był najwyraźniej znudzony.
– Do usranej… – elf nie dokończył. W obliczu krążącego gdzieś w okolicy przeciwnika nie uważał tego za stosowne. Cisza, tylko lekkie zawodzenie wiatru. Gdzieś w oddali kroki strażnika przechadzającego się po palisadzie. Jeszcze dalej mocno przytłumione odgłosy muzyki. To z karczmy ,,Pod Złotozębym Jesiotrem”, gdzie bawił się hrabia Vincent Hadder ze swoją świtą. I kapłanem.
– A Sven i Martin teraz się pewnie zajadają. Kurczaki z rożna, baranina, winko grzane do tego… – rozmarzył się Kal. – Może coś przyniosą. A może pojdziemy do nich.
– Ja nie idę. – zaoponował gwałtownie Nanny. Wiedzieli dlaczego. W karczmie zatrzymał się również czarnobrody. – Ale może pójdziemy do tej drugiej… Kasza ze skwarkami była całkiem zjadliwa. A i cieplej tam…
– Nigdzie się stąd nie ruszymy. Poczekamy aż wrócą. – powiedział elf. – Pewnie długo to juz im nie zajmie…

* * *

W karczmie było głośno. I cieplo. W kominku trzaskał ogień, wokół unosiły się zapachy wielu potraw mieszając się w trudny do zniesienia pojedynczy zapach. Trudny do zniesienia dla kogoś, kto ostatnie parę dni spędził w lesie żywiąc się głównie żelaznymi racjami. Tak jak Sven i Martin. W głębi po lewej przygrywała jakaś kapela. Karczma była pełna – paru kupców, kilku żołnierzy. Ale najważniejszym gościem był tu hrabia Vincent Hadder. Siedział przy stole w glębi, razem z kapłanem, opasłym tłuściochem i wójtem – niewiele ustępującym mu gabarytami. Przy nich hrabia wyglądał jak chucherko – drobny, szczupły, wręcz chudy – ale to on skupial największą uwagę i wokół niego kręciło się najwięcej słuzby – i jego własnej, w czerwono-białych barwach, i karczemne dziewki i posługacze.
– Nic już się chyba nie da zrobić, panowie. – sierżant miał nieco chrapliwy głos. Patrzył na stolik hrabiego z wyrzutem. Był niewysokim, ale postawnym mężczyzną z bujnym ciemnym wąsem, na jego głowie ledwie pojawiały się pierwsze oznaki siwizny.
– Jaśnie wielmożny kapłan powiedział, że nie może przerwać posiłku, a i hrabia się trochę wkurzył. A nie chcę go bardziej denerwować, bo to on tu teraz rządzi, psia jego mać…
Sierżant zamilkł gwałtownie i spojrzał na żołnieża w czerwonym plastronie zarzuconym na łuskową zbroję. Na piersi widniał herb hrabiego – biała gwiazda nad podkową. Żołnież widać jednak nie usłyszał przekleństwa pod adresem matki jaśnie wielmożnego hrabiego, bo dalej pogrążony był w rozmowie z jakimiś kupcami.
– To może poczekamy. Elf z Kalem pilnują świątyni…. – zapytał Martin.
– Eee tam, kapłana to stąd prędzej wyniosą, albo i zamkną go tu na noc w jakimś pokoju, co by otrzeźwiał do rana. Nie pierwszy to raz by był. Że też hierarcha Massan z Bouvetty jeszcze nie wyklął tego opoja… Toż to hańba dla Eleana Stwórcy!
Martinowi pociekła ślina – jeden z pachołków wniósł włąśnie pięknie zrumienionego, oblożonego warzywami baranka, upieczonego w całości. Zapach był zniewalający. A i wygląd niczego sobie…
– No to co robimy, Sven? Sven?!
Postawny wojownik nie patrzył ani na baranka, ani na hrabiego, a tymbardziej nie na Martina. Ale też mu ciekła ślina. Martin podążył za jego wzrokiem. I również spojrzał na kobietę siedzącą przy stoliku na prawo od wejścia. Zauważyli ją już wkrótce po wejściu do karczmy. Niewysoka, ubrana w ciemno fioletową, bogato wyglądająca suknię z dużym dekoltem. Bardzo dużym dekoltem. Dużym i pięknie wypełnionym dekoltem. Na rudo-brązowych, nieco bezładnych (ale to ten miły dla oka rodzaj bezładu) włosach miała jakąś opaskę. Duże, ciemno-szare oczy, niewielki nos i pełne usta. Usta, które uśmiechały się do Svena, a był to uśmiech figlarny i jakby zachęcający. Wyglądała na dwadzieścia parę lat… Naprzeciw niej siedział siwowłosy jegomość ostrzyżony na jeża – znali go, to jeden z kompanów czarnobrodego. Jeszcze parę chwil temu flirtował z tą kobietą, ale najwyraźniej straciła zainteresowanie jego osobą – siedział teraz posępny, popijał wino z blaszanego pucharka strzelając wzrokiem w stronę kompanów. A niemiłe to było spojrzenie.
– Sven… – Martin szturchnął go łokciem w bok. Barczysty wojownik dopiero po tym zwrócił na niego uwagę. – Opanuj się.
– Mrugnęła do mnie. Mówie ci, ona mnie chce.
– Daj spokój. Nie ma teraz czasu. Poza tym na pewno ci się zdawało.
– Głowę dam, że mrugnęłą. A teraz patrz, o! Ja wiem co to znaczy jak baba patrzy na faceta i się oblizuje. Ech, ten języczek..
Martin też to zobaczył. Bez wątpienia ta kobieta i jemu się podobała. I też nagle poczuł się wyposzczony. Co prawda parę dni temu dobrały się do nich rusałki, ale nie mieli w tym zbyt świadomego udziału i te wspomnienia wydały się mgliste i niewyraźne. Kobieta w fiolecie posłała im całusa i zatrzepotała rzęsami. Siedzący obok niej siwowłosy wstal gwałtownie i z impetem wszedł w znajdujące się po prawej drzwi – zobaczyli go jeszcze pędzącego na górę po schodach – ale nie usłyszeli w gwarze rozmów i brzmiącej dość głośno muzyki.
– Sven opanuj się. Kal i elf siedzą tam pod świątynią i czekają… – Martin próbował zachować resztki zdrowego rozsądku.
– Niech czekają. Nic im nie będzie, jak torchę się ponudzą.
– Ale wiesz, że oni może już….
– Daj spokój. Kto jak kto, ale nasz kurdupel ma nosa do unikania niebezpieczeństw. Jakby co to dadzą w długą…
– Ale ma też talent do pakowania się w kłopoty. A Nanny wydaje się w tym nie gorszy.
– Daj spokój, jeszcze chwila…
Kobieta wstała. Była dość wysoka – jak na kobietę, wzrostem dowrównywała Martinowi. Powolnym, ale dość zamaszystym krokiem zaczęła się zbliżać. Okazało się, że jej długa, ciemnofioletowa suknia ma glębokie wcięcia po bokach. Pozwoliło to podziwiać kompanom przepiękny widok zgrabnej i smukłej nogi, aż po połowę uda… Stali jak zamurowani, gdy przeszła obok. Delikatnie dłonią musnęła policzek Svena, posyłając mu kolejnego całusa. I skierowała się do drzwi, nieco po lewej w glębi sali. Przystanęła jeszcze na chwilę w drzwiach i odwróciła głowę. Znowu się uśmiechnęłą.
– No nie… przepuścić taką okazję… – Sven już drgnął, aby ruszyć za kobietą, która zniknęła za drzwiami, ale Martin przytrzymał go za ramię.
– Pozcekaj, kretynie. Teraz nie ma czasy.
Sven spojrzał na niego z pogardą. Westchnął.
– Znacie ją, sierżancie? – zapytał Martin.
– Ano pojawia się tu od jakiegoś czasu. Szlachcianka chyba jaka, może dwórka u ktoregoś z wielmożów z okolicy.
– I co?
– Co co?
– Co tutaj robi?
– A naciąga kupców i różnych takich na wieczerze. I wspólne noce, zapewne, choć sam żem nie widział.
– Kurwiszon znaczy się? – zagadnął Martin
– Nawet jeśli, to mało w którym zamtuzie taką znajdziesz. – powiedział Sven.
– Eee… chyba nie. Podobnież płaci za siebie i za wynajem pokoju. – odparł sierżant.
– Acha, znaczy się po prostu lubi te zabawy. To super! – ucieszył się Sven
– Daj spokój idioto. W karczmie jest morderca z dwoma kompanami. Biedny chłopek już pewnie nie żyje, jak sie nie opanujesz, to Nanny zginie jeszcze dziś w nocy. A tobie tylko dupy w głowie. Sven zmarszczył czoło. Chyba argumenty do niego trafiły. Spojrzał tlko tęsknie na drzwi za ktorymi zinknęła kobieta.
– Co jest za tymi drzwiami, sierżancie? – zapytał.
– Tamój? Łaźnia. Sven westchnął.
– No dobra, to co robimy?

* * *

– Co oni tam robią? – zapytał nanny dzwoniąc zębami z zimna.
– Spokojnie, zaraz przyjdą. – Odparł elf.
Wiatr od jeziora jakby się nasilił. A może po prostu od długiego stania wydawał się silniejszy i chłodniejszy.
– Dobra, mam to w dupie. Idę stąd. – stwierdził Nanny po chwili, wstając z zimnych i wilgotnych schodów świątyni.
– To idź do diabła. Sam…
Nanny zatrzymał się. Do diabła… Zobaczył tego diabła oczami wyobraźni. Diabeł miał czarne włosy, krótko przystrzyżoną brodę i zawadiacki wąsik. Wiatr zawył gdzieś na dzonnicy świątyni. Księżyc na chwilę wychynął zza ciemnych chmur, które szybko przetaczały się po niebie.
– Widzieliście to? – zapytał szeptem Kal.
– Co? – to był szapt Nanny’ego.
– Za płotem tej chaty po prawej… Coś… albo ktoś…
– Ciiii… – szepnął Goeyl’drin. Też zauważył to coś, dużo wyraźniej niż oba niziołki. Odruchowo sięgnął na plecy – ale nie było tam łuku. Przy pasie nie miał miecza. Ciemna postać, jakies 30-40 kroków od nich. Księżyc znowu chował się za chmurami. Elf wytężał wzrok, ale niewiele widział. Jakiś ciemny kształt, jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że się poruszył. Ale teraz widział go zbyt słabo. Czuł się bezbronny i odsłonięty na środku wioskowej uliczki. Kal był już tuż przy nim. Również próbował wytężyć wzrok.
– Co robimy, Gejldrin?