duzoblota

Ogień, woda i błoto. Dużo błota.

duzoblota

Gdyby któren raczył kufelek u gospodarza naszego dla mnie zamówić, to wdzięczność moja dozgonną by była… Alem wczora zabalował. Jaśnie pan von Raugensbruck na swoje komnaty mnie zaprosił, co bym mu historyjami paroma mokry i zimny wieczór umilił. No i dla rozgrzewki popili my trochę… Piwo dobre miał, z małego browaru co we wsi Tarnowo, nieopodal solicy stoi. Zacne tam piwo warzą, prawie tako i dobre jak garlandzkie. No a potem, nim spiryt z piwa z głowy zdołał wyparować, na antałek miodu, dwójniaka gospodarz był mnie namówił… Co dalej było, to li nie pamiętam, zabijcież. A najgorsze to, żem się rano w łóżku z jedną ze służących zbudził… Ino nie pamiętam, czy li co było, czy nie. Wiecie, słuchacze moi mili, w moim wieku, a wiosen widziałżem już z górą pięć tuzinów, to okazyje takie rzadko się zdarzają.

Ale chyba do końca żywota mego w niewiedzy pozostanę, bo panna ta (a tam, panna, ledwie z piętnaście roków ode mnie młodsza), ino się z ranka uśmiechała i nic powiedzieć nie chciała.

Dzięki waćpanowi za ten nektar słodki. Ach… o Eleanie, który czuwasz nad nami, czemu takie katusze zsyłasz na tych, którzy nieco zabawić się ino pragną. Wierzę ja, że bóg nasz sprawiedliwy nie tym był, co kacem nas pokarał, musiała być to sztuczka jednego ze złych bogów, jakiegoś li Nerrula, albo Morglitha, sprawka. Choć zastrzegam wobec wszystkich, żem jest Eleana pobożnym wyznawcą i jak nasz bóg nakazuje wyznaję, że inni bogowie nie istnieją, a szczególnie ci źli.

Uchmmm… Jeszcze łyczek. Dobre to piwo, umysł zrazu rozjaśniać się poczyna. O czym to ja miałem… Ach tak, historyja kompaniji naszej słynnej czeka. Gdzie żem to ja ich ostatnio ostawił? W bagiennej świątyni powiadacie? Po tym jak po raz pierwszy przed ognistym demonem uciekli byli? To i w tym miejscu historyję podejmę.

Podleczyli swe rany nasi bohatyjerowie przy kolumnie magicznej, co dobry czar na wszystko rzucała – ale jedyne to takie miejsce w opuszczonej świątyni było. Dodatkiem wejście jedno tylko ta komnata miała, i z tegoż powodu strategicznie niepraktyczna była jako stanica obronna, wyszli więc nasi kompani z pomysłem, jak demona pokonać – ogień wszak wody się boi i każdy prawie ogień wodą można zgasić. Wpadli więc na pomysł, że w wielkiej komnacie otoczonej kolumnadą się zaczają, gdyż tamże sadzawki z brudną i cuchnącą, ale jednak wodą, stały. Nim to uczynili jednakowoż, spotkanie z kultystą głównym mieli, oraz z demonem małpowaty, co jego rodzaj w otchłani Jovoc nazywają. Kultysta – widzi się jakisik kapłan li też czarownik podszedł do nich niedbale, ale przyczynę miał ku temu – czarem jakowymś był obłożon, że nikt na niego ręki nie mógł podnieść – własne członki kompanów słuchać nie chciały, gdy z nimi rozmawiał. Zresztą to nie rozmowa była, kultysta chciał się chyba ino kompanom przyjrzeć, i odszedł śmierć im wieszcząc.

Wtedy niewysoki demon Jovoc ich napadł. A wiedzieli już jaka zła aura go otacza – wszystkie rany jakie mu zadali na nich samych się odbijały, przynajmniej tych co blisko byli. Uciekli więc przed demonem do wielkiej komnaty z kolumnadami, sadzawkami i zrujnowanymi schodami na górę…

Małpowaty stwór za nimi pognał i odganiany łukiem Goeyl’drina i czarami Martina na kolumny się wspiął – a kolumny to były wielkie zaprawdę, każda ze sześć tuzinów kroków wysokości miała. Tam im zniknął, ale wiedzieli, że czai się tylko by znienacka zaatakować.

Nim go jednak dopaść mogli nowe wrogi przyszły. Z jednego z wejść do komnaty kultyści dwaj wyszli – czarownik, szef zgrai z którym już rozmawiali i drugi, wojowniczy, z kuszą do strzału przygotowaną. No i zaczęły się tańce. Czarownik Martina unieruchomił, wyłączając do tym samym z walki, gdy pozostali do ataku ruszyli. Kultyści za kolumną jedną się skryli, elf używając innych kolumn skradać się do nich zaczął i zdołał wrazić strzałę w brzuch czarownika, a potem starł się z drugim kultystą. Kal zaś próbował się do ranionego podkraść, by dobić go – jednakże czarownik, w magii kapłańskiej obznajomion uleczyć się zdążył. Martin dalej jako ten słup soli stał, a Sven miał nowy problem. Bo oto z drugiego do komnaty wejścia okazał się ognisty demon.

Jak mi to jeden z uczonych z akademiji magików w Navarrze objaśnił demony te Parthelee są zwane. Wzrostem i kształtem człowieka przypominają, nieco wychudzonego po prawdzie, ale za to łapy długie i pazurzaste mają. Ale cechą ich najgroźniejszą są ognie, w których wiecznie pogrążone chodzą. Jakby i tego mało było bronią zwykłą ich nie zranisz, stal, choćby i najlepsza skóry nie przebije, a na dodatek poparzyć się można, gdyż płomienie wraz atakującego obejmują. Przekonał się o tym Sven, gdy topór jego od stwora się odbił, a tylko grube rękawice sprawiły, że wojownik ledwo ręce sobie poparzył. Sven rozsądkiem się wykazał i od demona odstąpił – ten na jego szczęście gonić go nie zamierzał, a tylko do czarownika dostać się chciał, by go bronić.

A czarownik był w kłopotach – już się do niego niziołek zakradał. Kultysta jednakże czar jakowyś rzucił i niematerialnym się stał, w widmową postać zamienił. Nic mu kompani zrobić nie mogli. Na czar ten kompanija miała jednak odpowiedź – Martin, co czucie i ruchomość odzyskał do tuby z pergaminami sięgnął i zwój jeden, co magię rozpraszał, odczytał.

I w samą porę się Martin ocknął. Bo właśnie elf, sprawiwszy się z drugim kultystą w nowym kłopocie był. Na plecy, spod sufitu spadł mu zapomniany przez wszystkich Jovoc. I starli się na zęby i pazury. Goeyl’drin, silny jak na elfa górą był jednak, dodatkowo Martin mu pomógł, spętali małą bestię i ostawili.

W tym czasie Sven z ognistym demonem tańcował, próbując przy tym czarownika zranić, gdyż ten pod wpływem czaru Martina powoli zaczął się materializować. Chlusnął nawet Sven wodą, wypełniwszy nią wcześniej hełm własny, w sadzawce unurzany – ale płomienie na chwilę ino przygasły.

Wrócili wtedy nasi bohaterowie do pomysłu, żeby demona wrzucić do takiej sadzawki – i było im się to udało, jednakowoż elf poparzeniem to silnym przypłacił, a niziołek – co za potykacz posłużył, kopniaka ognistego w dosłownym sensie zarobił. Znalazł się jednak Parthelee w sadzawce.

I wtedy komnatę wypełniła mgła.

Woda parować zaczęła na potęgę, gorąca para zasłoniła wszystko. Demon stanął w sadzawce jak wryty – całą swą moc skupić bowiem musiał, by jego ognie nie zgasły. Wkrótce otoczyły go takie kłęby pary, ze kompani z oczu go stracili. Stali więc Martin, Kal i Elf – mocno poturbowany i zemdlony niemal i zastanawiali się co dalej czynić.

Ale nie Sven. Ten zbystrzył bowiem, że czarownik już z powrotem w całości w tym świecie był – i uciekał do jednego z bocznych korytarzy. No to Sven za nim… ale nie za dobrze to się skończyło. Z ciemności błysk jasny i grzmot wojownika poraziły i powaliły – zaś czarownik pomóc swemu demonowi pobiegł.

A Parthelee w tym czasie wyparował całą sadzawkę. I znowu staną w pełni swej ognistej mocy. I za kompanami pogonił.

Wiele korytarzy przebiegli, w koło się kręcąc. Głownie Martin gniew demona za sobą ciągnął – bo jedynym sprawnym był, i tylko on czarami krzywdę tej potworności mógł zrobić. Zapędził jednak demon kompanów w jedyne miejsce, gdzie ich dopaść nie mógł – do ochów zalanych wodą, w której bohaterowie po pierś brodzili. Okaleczony elf i niziołek stanęli tam, czekając na to co demon zrobi.

Sven w tym czasie czarownika-kultystę wytropić zamierzał, myśląc, że jeśli go zabije, to i demon odejdzie. I byłoby mu się to udało zapewne, bo był juz blisko…

Martin, Kal i Goeyl’drin stojąc w wodzie zobaczyli tylko, jak postać demona zaczyna się rozmywać i migotać, by wreszcie zniknąć.

I pojawić się tuż przed Svenem.

Cóż miał zrobić wojownik? Tylko jedno mu pozostało. Wycofanie na z góry upatrzone, korzystne od strony taktycznej pozycje.

Czyli mówiąc po naszemu – Sven zaczął spierdalać, aż mu się spod butów zadymiło.

Demon mógł się bowiem teleportować. Jak mogli mieć nadzieję na pokonanie takiego stwora?

Znaleźli się więc całą czwórką w zalanych lochach. Wody było już tam za dużo, jak na demona – każda bowiem moc ma swoje granice, i Parthelee wolał nie ryzykować ich sprawdzania – ile wody mógł swoim ogniem odparować? Sadzawkę – tak. Ale zalane na wysokość paru łokci, rozległe lochy?

Stanął więc demon u wyjścia z lochu i czekał.

Kompani, mokrzy cali i zziębnięci, bo woda lodowato zimna była, też nie wiedzieli co zrobić.

Starcie z demonem oznaczało prawie pewną śmierć. Lochy – choć zalane, zimne i cuchnące były zaledwie niewiadomą.

Postanowili więc ruszyć wgłąb lochu, w poszukiwaniu drogi wyjścia. I znaleźli.

Loch pełen był wody, gdyż przez zawaloną ścianę w jednej z licznych komnat wpływał tu mały strumyczek. Strumyczek zdołał wyżłobić już niewielki prowadzący w górę korytarz, którym kompanija podążyła.

Do jaskiń. Skrytych nieznanych nikomu, leżących głęboko pod bagnem jaskiń. Ale była to jedyna droga ucieczki, jaką widzieli.

Odeszli od lochów spory kawałek, korytarz jaskini prowadził ich to w górę, to w dól, zanim zdecydowali się odpocząć. Ile spali – nie wiadomo. Wszyscy wymęczeni zasnęli. Zziębnięci, mokrzy do ostatniej nitki, ale przede wszystkim wycieńczeni.

Sen dobrze kompaniji zrobił – poza elfem, którego rany i poparzenia zaogniły się po kontakcie z brudną wodą w lochu. Wygrzebali z sakw ostatnie eliksiry uzdrawiające i ruszyli.

Korytarze z rzadka się tylko rozwidlały, rzadko też kompanija napotkała większe przeszkody. Raz wspiąć się musieli na urwisko (rannego elfa trzeba było tam wciągać), gdzie czekał ich jeden z mieszkańców jaskiń – wielki na metr robak o długich czułkach, których dotknięcie zamieniało metal w rdzę. Przekonał się o tym boleśnie Sven , który stracił w tym spotkaniu zarówno swój topór, jak i zbroję. Potem przebyć musieli paru metrową szczelinę, która przecinała korytarz – pierwszy, używając czaru lewitacji poszedł Martin, a za nim, po rozpiętych linach pozostali się przeciągnęli.

Kolejne spotkanie było dziwne i zaskakujące – korytarzem popędził na nich wielki pajęczak, o długich nogach i małym odwłoku. Popędził… i przemknął obok, zupełnie jakby czymś wystraszony. Już wkrótce mieli się bohaterowie przekonać czym był wystraszony.

Dotarli bowiem do wielkiej groty, oświetlonej słabym, zielonkawym światłem, które dawały rosnące na ścianach i suficie mchy. Komnata ta w dużej części zarośnięta była grzybami – i to nie takimi, które waszmość państwo zwykli do barszczu wsadzać, ino wielkimi, kolorowymi, wysokimi niczym drzewa.

Przedarli się przez ten las, choć ostatnie kroki pokonali biegiem – jeden z grzybów obudził się bowiem nagle i zaczął piszczeć, czy wyć… Ja tam nie wiem, jak się odgłosy grzybów zwą, wszakże dźwięk wydawał z siebie głośny. Na tyle głośny by zwabić żerującego nieopodal ścierwojada.

Nie po raz pierwszy spotkała się kompanija z tym pełzającym potworem o paraliżujących mackach. Toteż i tym razem lepiej im poszło. Wiedzieli, że cielsko stwora od spodu bardziej miętkie. I tam posłał Martin dwie czarem przywołane strzały kwasu, zaś Sven, wziąwszy od Goyel’drina magiczny miecz ruszył na stwora i wraził go w miękką część cielska. Śmiertelnie ranion stwór jął uciekać, a szczęśliwi nasi bohaterowie nie zamierzali go gonić.

I wtedy zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Zaczęło się od złotawych błysków w głębi komnaty. Kal poszedł je zbadać, a pozostali zobaczyli jak niziołek pada nagle… Poszedł więc za nim Sven. Ale niziołek nie padł tak naprawdę. I widział, że Sven idzie w jego stronę, z wyciągniętym mieczem i z mordem w oczach!

Czarodziej i elf zobaczyli zaś jak Sven pochyla się nad niziołkiem i próbuje go dobić. Martin próbował rzucić czar snu, by uśpić oszalałego najwyraźniej Svena. Przerwał mu jednak Goeyl’drin, który zobaczył, że pomiędzy czarującymi palcami Martina pojawia się wycelowana w Svena kolejna kwasowa strzała.

W tym czasie Sven doszedł do leżącego – jak mu się wydawało niziołka i próbował go cucić, po to tylko, żeby zobaczyć, jak Kal odzyskuje przytomność, jego oczy płona czerwienią a jego sztylet razi Svena pod żebra.

Zapanował chaos. Kompani jęli rzucać się na siebie. Dodatkowo w korytarzy, którym przeszli pojawił się demon Parthelee…

Pierwszy oprzytomniał Kal. Nie zważając na nic sięgnął do swej sakwy i wyciągnął flakon z miksturą, co umysł rozjaśniała. I zobaczył wszystko. Nie było demona, a kompani rzucali się na siebie pod wpływem zmąconych umysłów.

Następny oprzytomniał Sven. Starł się – tak mu się zdawało – z atakującym go elfem, gdy spostrzegł, że elf trzyma w ręku magiczny miecz. Ten sam miecz, który przecież Sven dzierżył w dłoni, jeszcze po walce ze ścierwojadem. Coś tu było nie tak.

Do elfa dotarły krzyki Svena i Kala. Zranionemu Goeyl’drinowi trudno jednak było się zupełnie otrząsnąć – jedyna nadzieję stanowiła sadzawka, małe jeziorko z lodowato zimną wodą. Tam też elf się rzucił i woda zmyła z niego ogłupienie.

Najgorzej skończył Martin – w swoim umyśle walczył z demonem. Demon go powalił, a porażony falą mentalnej energii czarodziej zemdlał. Pozostali zdołali go jednak po kilku minutach ocucić, i w te pędy uciekli z przeklętej komnaty, nie wiedząc nawet co spowodowało te wszystkie zwidy… Cóż to mogło być, zapytacie? Może powietrze zepsute przez rosnące w grocie mchy, tudzież grzyby. A może istota jaka co w mroku pozostała, nie ujawniwszy się do końca, wizje tak okropne na kompanów zsyłała. Ale to już się stało nieważne – musieli przede wszystkim uciec z jaskiń na zewnątrz.

Ochłonąwszy ruszyli dalej i długo jeszcze błądzili jaskiniowymi korytarzami. Dotarli do ślepej komnaty, gdzie rozbudzili siedlisko mrówek – a były to mrówki, że ho, ho! Wielkości psa, rzekłbym, a było ich – jak to mrówek – całe mrowie, i ciągle ze szczelin w komnacie wyłaniały się dalsze.

Wrócili więc kompani tą samą drogą i tylko przytomności Martina zawdzięczają, że ich te mrówy nie zżarły – przywołał on bowiem swą magię i pajęczą nicią korytarz za sobą zalepił.

Na koniec, po kolejnych godzinach wędrówki, gdy już prawie powiew świeżego powietrza poczuli, jeszcze jedna ich przeszkoda czekała. U wylotu jaskini parka bagiennych ludzi, Meazelami zwanych, domostwo swoje miała. Szczęśliwie wiele lat ślęczenia Martina nad księgami tu się przydało; rozpoznał on bowiem te istoty i kompanom radził nie zbliżać się do nich, gdyż bagienni ludzie, o skórze pokrytej pleśnią, zgnilizną i wrzodami mogli zarazić bohaterów naszych wieloma chorobami. Czarodziej przywołał więc za pomocą swej magii psa potężnego, który bagno-ludzi walką związał, w czasie, gdy kompanija cała chyłkiem czmychnęła na zewnątrz.

I znaleźli się oto na świeżym powietrzu. Wieczornym i mglistym, cuchnącym zgnilizną bagiennym powietrzu.

Byli bowiem dalej na tych samych bagnach, na których znaleźli piramidę i leżącą pod nią świątynie. Nie mieli jednak pojęcia jak daleko są od tamtego miejsca, ani czy w ogóle da się tam dojść.

Postanowili przeczekać do rana.

Rankiem kompanija uradziła, co by Piramidę jednak odnaleźć, wszak zostawili tam nie tylko część swego dobytku, ale i przede wszystkim nieprzytomną druidkę Amber pod opieką małoletniego niziołka Raro… Tylko jak dojść do Piramidy? Jak ją znaleźć?

Znalazł ją kruk, chowaniec Martina, przywołany przez niego. Bohaterowie wiedzieli, w którą stronę ruszyć – pozostało tylko przejść przez bagna.

Brodzili więc po kostki, lubo po pas w błocie, szukając bezpiecznej drogi. Przedzierali się przez kępy trzcin i traw wysokich, które zarastały mniej mokre miejsca. Przejść musieli po wielkim przywalonym pniu – czego Sven i Martin omal nie zakończyli upadkiem w bagno. Spotkali głodnego mefita szlamu – mała istotkę, przywołaną z innych planów zapewne przez jakiegoś czarodzieja, dawno, dawno temu. Aż wreszcie zatrzymała ich mgła – dziwna, srebrzysta i skrząca się mgła, co pozbawiała jasnego myślenia, a Martinowi wyssała nawet jeden z zapamiętanych czarów.

Zdecydowali się więc kompani na kolejny nocleg na bagnach. W nocy zobaczyli błędne bagienne ogniki – wysłany przez Martin ,,na zwiady” kruk omal nie przypłacił tego życiem rażony przez błyskawicę, która wystrzeliła z takiego ognika. Drużyna miała jednak szczęście, że ognik nie zbliżył sie do ich obozu.

Rankiem okazało się, że srebrzysta mgła, co im blokowała drogę, odpłynęła nieco w bok, pozwalając na przejście.

Jeszcze przed południem dotarli do piramidy. Założone przez kultystów obozowisko pod piramidą było zniszczone, częściowo spalone – ale dzięki resztkom kompanija zdołała uzupełnić nieco swe nadszarpnięte zapasy. Nie znaleźli natomiast druidki, ani małego niziołka, który przywiódł ich do piramidy – zostały jedynie ślady. Ślady człowieka, zapewne czarownika-kultysty, ślady lekkonogiej Amber i ślady niziołka. Tuż obok nich wiodły ślady ciężkich, jakby pokracznie stawianych obutych stóp. Dwóch par stóp.

Zombie?

Zjadłszy posiłek ze znalezionych w zniszczonym obozie porcji sucharów i suszonego mięsa komapnija ruszyła w pościg. Droga była już im bardziej znane, do tego ślady pozostawiane przez ściganych były bardzo wyraźne – tam oczywiście, gdzie to było możliwe. Pod wieczór stanęli na brzegu bagien, w miejscu obozowiska, w którym kultyści pozostawili konie.

Koni nie było.

Czwórka kompanów znalazła za to przerażonego Ramona – trapera i myśliwego, który był ich przewodnikiem od wsi Poddębowiec. Opowiedział on im o Trzech osobach, które wyszły z bagien – w jednej z nich rozpoznali czarownika, drugą była Amber, trzecią zaś niziołek Raro. Jednakże zarówno druidka, jak i niewysoki małolat twarze mieli bez wyrazu, oczy bez błysku, a robili tylko to co kultysta im kazał. Powód mógł być tylko jeden – zostali zauroczeni, albo w inny sposób opętani…

Zabrali jednak wszystkie konie, toteż drużyna musiała do wioski niziołków ruszyć pieszo. Dotarli tam już grubo po zmierzchu. Umorusani, umoczeni, z rannym o gorączkującym ciągle elfem, w gospodzie wyprosili nocleg – tak jak już wcześniej im to się udało – we wioskowym młynie, bo był to jedyny w osadzie budynek na tyle duży, by mogli spokojnie rozprostować kości.

Noc była zimna i wietrzna. Ich konie czekały nieopodal – ale jak mieli powiedzieć matce małego Raro, w której zagrodzie pozostawili swe wierzchowce, że jej syn zaginął? I co mieli robić dalej – ścigać czarownika by odbić Amber i małego niziołka, czy ruszyć za przywódcą kultystów, Darreusem, do stolicy – tak jak zostało im to przykazane przez Bractwo? Pierwsza możliwość groziła tym, że ciążąca na nich klątwa Geas ich zabije. Druga – że być może nigdy już nie zobaczą bursztynowo włosej druidki.

Co mieli robić?

Cóż uczynić?

Postanowili się z tym spokojnie przespać. A rano się zobaczy…