dwarfbeer

Podróż się zaczyna

No cóż, waszmościowie, skoro tak bardzo chcecie, to opowiem wam tę historyję. Tylko piwa jakiego przynieście, bo troszku mnie w gardle zaschło. Tak, to będzie dobre. Lubię to ciemne garlandzkie piwo.

Zaprawdę powiadam wam, nikt nie waży tak dobrej chmielowej zupy jak garlandczycy. No chyba, że krasnoludy, ale ich piwo to nie na moje, ani na wasze, waćpanowie kieszenie, oj nie. Nie, nie chciałrzem rzec, co jako kompanija biednie wyglądacie, broń mnie Eleanie, co to to nie.

dwarfbeer

Ale zważcie, że prawdziwe krasnoludzkie piwo to i dwie korony potrafi kosztować. Nie, nie za antałek, za kufel, pintę znaczy się. Że można taniej dostać? A gdzieżby tam. Jeśli ktoś sprzeda wam krasnoludzkie piwo za mniej niż trzy korony, to znaczy się oszust, albo jaki inny oszaleniec, albo kiep ochwacony. Że co? Ach tak, historyja. No dobrze, siadnijcie se panockowie wygodnie, bo ta opowieść do krótkich nie należy. Opowieść zaczyna się w Agartali, dawno dawno temu, kiedy żadnego człowieka, co dziś chodzi po ziemi nie było jeszcze na świecie. Pare elfów, i może być, że garść krasnoludów pamięta te czasy. Agartala, już wtedy to było małe, nieważne i zapyziałe miasteczko, co drewnem handlowało z kupcami co od czasu do czasu zza mórz przypływali. Ale wtedy biedniejsze było niż tera i mniejsze nieco. Był któryś z waszmościów w tej mieścinie zapadlej? Tak? No to wtedy tylko stare miasto na wzgórzu stało, co w nim bogatsze mieszkały i kupce wszelakie. No i była też niska dzielnica, gdzie porządne ludzie, takie jak my urzędowały, nie za biedne i nie za bogate, z pracy rąk własnych żyjące. Ni i był port wtedy, w którym szumowiny sie osiedliły, a i marynarze ze statków różnorakich czesto gościli, co by się po wojażach rozerwać nieco. I czasem się rozrywali, i to dosłownie, jak ich jaka miejscowa banda napadła, albo inne szczury morskie napadły. Że co? Acha, że szczury to londowe som, a morskie to wilki. Nie wiem, ja sie tam na okrętach nie wyznaje. Nie jest to istotne zresztom, bo nie o tym historyja bedzie. Wspomnieć trza było, że dzielnica do plugawych się zaliczała, tom wspomniał. A ja tylko tego, no… kolorytu chciał żem dodać.

Ostwamy to, wienc. Ważne, co miasto biedne było, pracy mało a jegomościów dziwnego autoramentu sporo. Znaczy się maści różnej, nie autorstwa, bo jam im w metryki nie zaglądał. Wżdy zresztom metryk nie było, bo to czasy króla Nicholasa Trzeciego były. Ze co, że nie pamiętacie takiego? Abo i nie ma czego pamiętać, boć niczym specjalnym się ten nasz król nie wsławił, Caenur miał większych i zacniejszych i przed nim i po nim. Ale nie przeszkadzajcie mnie tu, bo z tematu żem zeszedł.

Jesienią to było, zaraz po gorącym lecie, które w roku tem, sześćset i sześćdziesiątym czwartym podle starego kalendarza, ziemie wypalało, to i zbiory nędzne były. Jesień przyszła jak to jesień, wiatry zimne od morza duły, a i deszcze sobie popadywały. I całe szczęście to, bo tego lata w mieście się z gorąca i suchości pare kamienic spaliło, szcześciem, że pożaru wielkiego nie było, ino się jeden cały kwadrant w niskiej dzielnicy spalił i pojedyncze inne domostwa. No i ludziska naprawiali i spalone kamienice wyburzali, coby nowe chałpy wybudować. Było takich brygad kilka, co po porzaże uprzątały. A w jednej zebrała się kompanija nasza.

Dziwna była to kompanija, oj dziwna. Elf tam był, czarnowłosy, co razem z drugim osiłkiem z pólnocy za ochroniarzy byli u kupca jednego, ale ten jakowychś malwersancji dokonał w podatkach królewskich, i tego, no… wyraźne ślady mataczenia zostawił. Tak, już wtedy poborcy tak rychliwi byli jak i tera i mocnym głowaczem trzeba było być, coby się z tych podatków i malwersancji wygłówkowac. Ale i tacy się zdarzali, wżdy jednaj kupiec com go wspomniał taki mądry nie był i cały majątek mu poborca zarekwirował, razem z żywym inwentarzem, znaczy ochronom. Jednak żołdu nie płacił, to mu się ochroniarze kazali w rzyć pocałować i pracy szukać poszli. No i tych dwóch, elf i woj z północy do brygad remontowych się najeli.

A w kompaniji był jeszcze czarownik jeden, co ledwie sie wyszkolił i go mistrz pożegnał, że niby ma sam świata obaczyć i te… no… eksperiencje zdobyć. On w tej brygadzie niziołka jednego, złodziejaszka pechowego miał pilnować. Ten mały nieludź w kufrze z dalekiego południa przypłynął, i postanowił sobie nasze północne kraje obaczyć, boć on śniegu jeszcze w życiu swem krótkim nawet nie widział.

No i pracowała razem kompanija, patrząc jeno coby gdzie uciec, albo najmniej na boku coś dorobić. Ale okazji nie było, choć dni pare tak se razem pracowały wszystkie cztery, pod majstrem wrednym, że chyba tylko moja teściowa, świec Eleanie nad jej duszą, abyć ci ona po śmierci snu spokojnego nie zaznała, wredniejsza była. Majster jak ten nietopyrz był – nic nie widział, wszystko słyszał i czepiał się czego popadło.

* * *

– Trzymaj tę cholerną belkę!!!
– Przeca trzymam, panie majster! – wrzasnął Sven. Na czole, z wysiłku perlił mu się pot. Potężna belka stropowa, uniesiona silnymi ramionami wojownika z północy wisiała dwie stopy nad podłogą. Z drugiej strony podtrzymywal tę samą belkę
– Kurdupel, dawaj te kołki. Ty też rusz swoje zacne dupsko, cherlaku! – te słowa majstra skierowane były do niziołka i stojącego nieopodal szczupłego młodzieńca, który wlaśnie w pośpiechu podkładali pod uniesioną belkę okrągłe kołki.
– Dobra, opuszczać! – zakomenderował majster, jegomość o tłustej, nalanej twarzy, który po prostu uwielbiał wrzeszczeć.
Wszeszczał zawsze, na wszystko i na wszystkich, a repertuar obelg, jakimi dysponował był całkiem pokaźny. Ta robota była dla niego idealna. Jako majster brygady remontowo oczyszczającej miał co chwila nowych podwładnych, przed którymi mógł się ciągle od nowa popisywać swoimi wymyślnymi przekleństwami. Ta czwórka, która właśnie usiłowała postawić grubą stropową belkę na kołki, aby ją wytoczyć ze zrujnowanej kamienicy, nie była wcale najgorszą ekipą, jaką miał okazję komenderować, Pracowali ledwie parę dni, ale był zadowolony z muskularnego blondyna, Svena i nadspodziewanie silnego elfa, o pokręconym imieniu. Mały niziołek, zręcznie biegający po chwiejących się i często ledwie trzymających się stropach i wielkich rumowiskach, oraz zręcznie potrafiący się wspiąć tam, gdzie żaden człowiek by się nie wcisnął, również był przydatny. Jedynie blond włosy chudzielec Martin, słaby jak baba, mu tu nie pasował. A na dodatek za bardzo lubił kombinować, aby uniknąć pracy. Niektóre z jego pomysłów faktycznie ułatwiały robotę, ale przecież nie o to majstrowi chodziło. Tłuścioch chciał sobie pokrzyczeć i lubił mieć po temu jak najwięcej okazji. Nie po to, jako emerytowany sierżant, najął sie do tej pracy, aby tylko sobie patrzeć jak składnie idzie robota.
Ciężka, osmalona belka drżała w zmęczonych już rękach elfa i blondyna. Pozostali dwaj sprawnie podkładali okrągłe kołki.
– No dobra, na trzy opuszczamy – powiedział sapiąc Sven – Raz, dwa …
Belka zaczęła powoli opadać, podtrzymywana sinymi ramionami.
– Moment! – krzyknął wysokim glosikiem niziołek, po czym przeturlał się pod belką i jednym ruchem poprawił ułożenie jednego z kołków.
– Ty porąbany… – zdołał wrzasnąć elf. Resztę zdania zagłuszył grzmot belki, która spadając z wysokości jednej stopu walnęła w leżące pod spodem kołki. Pokryta sadzą podłoda zatrzeszczała przeraźliwie, jakby w odruchu protestu. W powietrze wzniósł się zmieszany z sadzą pył.
– Życie ci niemiłe kurduplu!? – wrzasnął majster. Lubił wrzeszczeć.
– Ty to chyba masz nierówno pod tym karłowatym sufitem – westchnął spokojnie Sven.
– No co… – Kal, niziołek był zmartwiony i zdziwiony reakcją pozostałych.
– Co co?!! – wrzasnął znowu majster. Bardzo lubił wrzeszczeć. – Czy twój koci móżdżek nie pozwala ci wykoncypować, co by się stało, gdyby ta belka spadła na twój głupi łeb?
– Masz rację Sven. – powiedział elf – Małemu chyba brak piątej, a może i czwartej klepki.
– Ale, ale…
– No co ,,ale”. Mało brakowalo, żeby trzeba cię było zdrapywać z podłogi. Co ty se kurwa myslisz, popierdolony pokurczu, job twoju mać. – zagrzmiał majster zbliżając się do niziołka.
– Nie to, żeby szkoda nam było podłogi. – szepnął do elfa Sven uśmiechając się lekko.
– Ale…
– Jeszcze jeden taki numer, i nie będzie już żadnych ale! – wrzeszczał majster na niższego o połowę Kala, stając tuż przy nim. – czy ty koniecznie chcesz być pokarmem dla wron? Czy w twoim pustym łbie kołacze się choć czasem jakaś rozsądna myśl?
– Ale jak bym nie poprawił tego kołka to w życiu byście nie odtoczyli tej belki bo by sie kołek zakliszczył pomiedzy dechami podłogi, i zapewne ugrzązł tam na dobre i nikt by go nie wyciągnał, nawet Sven, choćby i wziął do pomocy Gojldrina i Martina, tak by głęboko siedział, o! – wyrzucił z siebie niziołek, mieląc językiem z zawrotną szybkością. Zaskoczonego majstra aż zatkało.
– Goeyl’drina… – westchnął zrezygnowany elf. Jeszcze chyba żaden nie-elf nie zdołał poprawnie wymuwić jego imienia.
– Przegrana sprawa… – sapnął Sven. – Ten niziołek kiedyś zginie marnie. Oj, marnie.
Martin, który stał do tej pory z przerażeniem w oczach (jego bujna wyobraźnia podsuwała mu obraz małego, niziołkowego mózgu wypływającego ze zgniecionej czaszki), otrząsnął sie wreszcie.
– Nie ma co dywagować. – powiedział bierzemy się za tą belkę i wytaczamy ją na ulicę.
Pozostali, łącznie z majstrem wzruszyli tylko ramionami.
Wytaczanie poszło łątwo. Otwór drzwiowy był ,,nieco” poszerzony – razem z framugą drzwi zawalający się strop wyrwał w czasie pożaru cału kawałek siciany. Posuwana po kołkach belka, pchana przez Svena i Goeyl’drina powoli przesuwała się w jego stronę. Stojący na jej końcu niziołek wyjmował kołki, z których się stoczyła i rzucał je Marinowi, który podkładał je od przodu. Szło im sprawnie, bądź co bądz robili to nie pierwszy raz. Majster tylko kierował – ,,w lewo”, ,,w prawo”, ,,teraz dawaj prosto”, ,,z krzyża ją, belkę bejcą chendorzoną, panowie”.
– Dobra, wytoczcie ją tylko na bruk. Jutro przyjadą z wozami, to je wszystkie zabiorą. – zakomenderował majster, gdy belka w połowie była już na zewnątrz. – Burton! – krzyknął po chwili do jegomościa o długich, zmierzwionych włosach i pomarszczonej twarzy, który wylegiwał się na wraku wyniesionego wcześniej z kamienicy łoża. – Ty znowu się opierdalasz!!! Załatwiłeś te stemple od Grubego Hansa?!
– Jasne, panie majster. Przywiozą je zara po obiedzie. – Burton nawet nie podniośł kapelusza nasuniętego na oczy. Najwyraźniej wygodnie mu było tak wylegiwać sie w ciepłym jesiennym słońcu.
– I rusz sie kurwa mać!!! Za co ci płacę? Zaperdalaj teraz na bazę i zapytaj o uzupełnienia. Jeden kretyn od Maksyma złamał se nogę dziś rano!!! – majster był w swoim żywiole.
– Sie robi, szefie…
Belka zrzucona z kołków chalpnęła w błotnistą kałużę, jedną z wielu, jakoch pełno było na ulicy po nocnym deszczu. Czwórka kompanów z zazdrością popatrzyła na Burtona, który zebrał się z barłogu i powolnym krokiem, pogwizdując cicho pod nosem, poszedł wgłąb wąskiej uliczki. Taki to miał dobrze. Również skazany na roboty publiczne, ale potrafił tak dobrze wejść komu trzeba w rzyć (bez wazeliny), że zawsze wiedział jak się ustawić. Na przykład jako goniec na posyłki, byleby tylko uniknąć cieżkiej roboty.
– A wy, kurwa, co?! Wracać do roboty! – wrzasnął majster do kompanów. – Dziś do wieczora ta chałupa ma być czysta! Ja idę zobaczyć pod czwórke, jak tam im idzie u szewca. Ale wrócę!
– Dobra, dobra – zgodnie mruknęli pod nosem, kierując się z powrotem do na wpół zawalonej kamienicy. W środku panował półmrok. Południowa ściana budynku stała jeszcze w całości, osłaniając jego wnętrze przed miłymi i ciepłymi promieniami wrześniowego słońca.
– Dobra, no to teraz ta – Martin wskazał kolejną belkę stropową, ostatnią jaka im została. Ta jeszcze trzymała się jednej ściany, na wysokości około trzech metrów nad drewnianą podłogą, jej drugi koniec leżał obok drzwi wejsciowych.
– Jak to jest, że jak jeden majster znika, to zaraz pojawia się nowy. – Westchnął Sven.
– Daj se spokój, zrobim sobie przerwe. – powiedział elf. Niziołek już był przy belce, sprawdzająć, czy będzie się w stanie na nią wdrapać.
– Dajcie toporek, odetnę ją tam u góry. – powiedział po chwili.
– Przerwa, powiedziałem. – mruknął zrezygnowany elf.
– Odetniemy ją tylko. A i tak zaraz przyjadą z obiadem, to sobie odsapniemy. – zaordynował Martin.
– Ta, obiad… – weschnął Sven. To, co im przywozili codziennie wczesnym popołudniem cieżko było nazwać obiadem. Zazwyczaj rozgotowana kasza bez dodatków, albo cienka zupka pachnąca jak pomyje, i z ,,wkładką mięsną” tak twardą, że pewnie i wilki miałyby problem z jej pogryzieniem.
– Dobra, wchodzę. – uśmiechnięty niziołek z toporkiem w ręku zgrabnie zaczął wspinać się na pochyłą belkę. Sven i Goeyl’drin usiedli wygodnie na podłodze – i tak nie mieli chwilowo nic do roboty. Kal dotarł do zamocowanego końca belki i usadowił się na wystającej resztce stropu, która wystawała ze ściany. Po chwili metodycznymi cięciami małego toporka zaczął odrąbywać ją od ściany. Po paru minutach rąbania belka zaczęła skrzypieć. Sven, Martin i Goeyl’din na wszelkki wypadek odsunęli się nieco od ewentualnego miejsca jej upadku. Belka trzeszczała i skrzypiała coraz mocniej. U jej wmurowanej w ścianę nasady zaczęły odpryskiwać drzazgi.
– No jeszce parę uderzeń, mały. – kibicował z doły Sven. – Muszę cię pożądnie nauczyć robić toporkiem, co by ci sprawniej to szło. Kal otarł pot z czoła. Nie lubił fizycznej pracy, zdecydowanie wolał inny sposób zarabiania na życie, ale co było robić? Toporek raz po raz zagłębiał się w zmiękczonej przez deszcz, osmalonej belce.
– No jeszcze raz. I raz. I raz..
Zgrzytnęło potężnie. Wielkie drzazgi wyprysnęły w powietrze na wszystkie strony. Najpierw powoli, ale z naraztającym impetem odcięty fragment potężnej belki zaczął się odrywać od nasady. Potem tylko gruchnęło. Spadając i szurając po ścianie belka zawadziła o coś, odbiła się i odskoczyła nieco w bok, spadając zdecydowanie bliżej stojącego nieopodal Martina, niżby ten sobie tego życzył. Gruchnęło potwornie, aż znowu zaskrzypiała podłoga.
– Dobra, Geldrin, bierem się za to – powiedział Sven do elfa. Ten już nie miał siły poprawiać wszystkich w kwestii wymowy swojego imienia. Podeszli do belki. Podłoga znowu zgrzytnęła.
– Ej co to… – Sven wyprostował się nagle, powstrzymyjąc Goeyl’drina.
– Co jest? – zainteresował się Martin.
– Nie podoba mi się to. – mruknął pod nosem elf po kolejnym zgrzytnięciu podłogi.
– Stój, kretynie! – wrzasnął Sven do Martina, gdy ten zrobił jeszcze dwa kroki w ich stronę. Podłoga znowu zaskrzypiała. Nadpalone, a później przemoczone ostatnimi deszczami dechy przestaly wydawać się tak pewnym podłżem jak wcześniej.
– Co się dzieje chłopaki? Pomóc wam? – zapytał z góry niziołek.
– Ni mi się waż złazić stamtąd! – wrzasnąl na niego Sven. – Zaraz cię ściągniemy. Jak tylko…
Nikt nie dowiedział się, co miał na myśli potężnie zbudowany wojownik. Zgzrytnęło znowu i to porządnie, pod ich stopami. A chwilę poźniej cała część podłogi w promieniu kilku metrów zapadła się razem ze stojącymi. Kal z przerażeniem patrzył z góry na opadający kurz i pył. W podłodze ziała szeroka na cztery metry, a długa na calą długość kamienicy dziura. Było w niej potwornie ciemno i wydobywał się stamtąd tuman kurzu.
– Ej, żyjecie jeszcze? – zapytał niepewnie.
Z dołu doszły go jęki. Najwyraźniej ktoś jeszcze żył. Zwinny nieziołek zeskoczył na podłogę, która jakby ugieła się pod nim lekko. Delikatnie na palcach podszedł do otworu w podłodze.
– Hej tam, cali jesteście? – zawołał.
– Chyba tak – z dołu doszedł nieco ochrypły, zapewne od kurzu głos Svena. – Nie marudź, tylko dawaj linę.
– Oooo… moja glowa… – jęczał na dole Martin.
– Uch, moja dupa. Ale zem przydzwonił odezwał się elf.
Stali na resztkach tego, co jeszcze przed chwila było podłogą. Znajdowali się w małej piwniczce, zamokłej i zasnutej pajęczynami. Martin ostatni podniósł się z kupy gruzu trzymając się za drobną ranę głowy, Sven rozcieral obolałe ramię a elf otrzepywał się z kurzu, pomieszanego z sadzą. Coś zamajaczyło nad nimi i po chwili z cichym trzaskiem wylądował obok nich nizołek.
– Masz – powiedział podając Svenowi line. – Ojej jak tu fajnie. Może to jakieś lochy. Myślicie, ze są tu jakieś potwory? A może znajdziemy skarb?
Sven go nie słuchał. Spojrzał na trzymaną w ręku linę, potem na oświetlony otwór trzy metry nad głową. I znowu na linę.
– Ty zakuta skarłowaciała pało – wrzasnął na niziołka i zamierzył się na niego wolną ręką. Uderzenie nie było mocne, Kal na czas się uchylił by uniknąć głownego impetu ciosu, za to Sven zawył z bólu – to była ta jego obolała ręka.
– Jak my teraz wejdziemy na góre, metrowy półgłówku. Trzeba to było gdzieś przywiązać – wrzasnął na niziołka. Ten profilaktycznie odsunął się trzy kroki w tył.
– No co, no co. Mówiłeś podaj linę, to ci ją podałem. – odparł zasmucony.
– Daj mi to – powiedział Martin, zabierając linę Svenowi. Odszedła dwa kroki i pogrążył się w skupieniu. Przykucnął i zaczął wodzić po linie palcami, jego druga dłoń wykonywała nad nią jakieś dziwne ruchy. Pozostała trójka zrozumiała, że rzuca zaklęcie. Jak ożywiony koniec liny wzniósł się po chwili pionowo w górę, aż sięgnął brzegu podłogi, przez którą wpadli. I tak znieruchomiał.
– Lepiej byłoby, gdybyś ją przywiązał do czegoś. – mruknął Goeyl’drin.
– Nie ma obawy, ne ruszy się ani na cal. Właźcie. – pewny siebie MArtin zrobił im wolne miejsce. Sven pierwszy skierował się do liny i złapał ją oboma rękami.
– Hej, znalazłem coś – doszedł ich z tyłu, z głębi piwniczki głos Kala. A tylko na chwilę stracili go z oczu. – pomóżcie mi odsunąc do cholerstwo.
Znaleźli go z oczami wlepionymi w ścianę, nad kawałkiem gruzuleżącego przy ścianie.
– Odsuńcie to. – powiedział.
– Co tam macie? – stojący z tyłu Martin niewiele widział.
Sven i Goeyl’drin unieśli bez problemów kawałek stropu – krótki kawałek belki z przybitymi do niego dechami. Kal podszedł do ściany i wodził po niej palcami. Po chwili coś wcisnął.
– Tadam! – ucieszył się. Oczom całej czwórki ukazała się mała nisza, ukryta wsześniej w ścianie, a w niej mała szkatułka.
– Ty, on miał rację, znależliśmy skarb – Sven szturchnął Goeyl’drina
– Może jakieś magiczne przedmioty, albo zwoje. – zamarzył się Martin. Obracali szkatyłkę w rękach przez chwilę.
– Weźmy to na góre. Tam mam narzędzia. Otworzymy, zobaczymy – powiedział nizołek.
– Racja, na górę – zawtórował mu Martin – nie wiem jak długo ta lina będzie jeszcze tak stać. Wczłapali się po kolei na górę. Niziołek ze szkatułką pod pachą pognał do swoich sakw, z których po chwili wyciągnął wytrychy. I zabrał się do otwierania. Pozostali przyglądali się z napięciem.
– Hej, co tam macie. – glos zza pleców ich zmroził. To był głos majstra. – Zachciało się cudzej własności, co? Oddawaj to zaraz.
– Ale…
– Oddawaj, bo zawołam straż miejską. A wtedy spędzicie w areszcie resztę swojej kary. Zrezygnowany Sven podał majstrowi szkatułkę.
– Cholera by go wzięłą. – Mruknęli jednocześnie pod nosem Marin z Goryl’drinem. Za plecami majstra stał uśmiechając się Burton. Patrzył dziwnym wzrokiem na kompanów. Odczekał parę chwil, aż majster ze szkatułką oddali się nieco.
– Widzę, że lubicie kasiorkę, co. – zapytał zawadiacko. – Mam dla was propozycję. Ale nie tutaj, nie przy świetle. Spotkajmy się wieczorem ,,Pod Białą Elfką”, OK? Można co nieco zarobic…
Smutni kompani pokiwali tylko głowami, nie mogąc odżałować swej straty…