malemiasto

Powrót na zamek i hajda do…. Gdzie my do cholery jesteśmy???

Ach, szlachetni panowie i wielmożne panie. Ja cały Ennor już chyba zjeździłem, od Aldaru na wschodzie po dzikie i pełne wrażych elfów puszcze Carcassońskie na wschodzie.

malemiasto

Od wolnych miast co do Hanzy przynależą na południu, u podnóża Gór Nadbrzeżnych, aż po Góry Cienia na północy Robleva. Dziwne są w Ennorze miejsca, i różni dziwni ludzie te ziemie zamieszkują, a istoty po lasach i jaskiniach czają się na pograniczach takie, że wam, szanowni moi słuchacze do głowy by nie przyszło, że w ogóle istnieć mogą. Ale istnieją rzeczy jeszcze dziwniejsze i jeszcze bardziej okropne. Nie, waćpanowie nie w naszym świecie.

Jam nie czarownik i nie wyznaję się na innych światach. Raz tylko żem słuchał jednego czarodzieja, co o różnych sferach eksy… elzy… egzystencji prawił, ale taką się mową posługiwał, że ni w ząb nic nie pojmowałem. Objaśnił mi to dopiero jeden niedoszły czarodziej, co zachlał się na śmierć (jak się później zwiedziałem) w podłej tawernie w Foleyet. Powiedział mi on, że istnieją różne światy, z których nasz jest co prawda najważniejszy, ale nie jedyny. Takie na przykład piekło, co waszmościów nim kaznodzieje Eleana co niedziela straszą, to też tylko inna sfera egzystencji. Demony w niej żyją, co się ich dla potrzeb religiji diabłami zwie. Ale i żywe ludzie przeżyć tam mogą, choć gorąco tam, jak to w piekle, oparów trujących mnóstwo całe i bez specjalnych protekcyj magicznych wyżyć się faktycznie nie da.

Ale piekło to nie jedyna sfera…, no tej, egzystencyi, insza niźli nasz świat. Jest sfera ognia, gdzie płomienie sie palą bez ustanku. Jest też sfera wody, gdzie w rybę się zmienić trzeba, bo powietrza tam nie ma. Innych żywiołów też są sfery. Jest sfera cienia, sfera światła. Jest też Harmonium, co opozytne jest do piekła i tylko święte ludzie tam wejść mogą.

Innych światów jest bez liku. W jakim to świecie się nasza kompanija znalazła, to ja nie wiem. Podobnież nie była to sfera, tylko jak to mówili półsfera – choć jaka to różnica to się nie wyznaję. Że co, że niby tam jest tylko pół świata? A pies im mordy lizał, czarownikom chędożonym, zresztą nie jest to dla naszej historyi istotne. Ale od początku, przypomnę wszystkim, co mnie przed kolacją nie słuchali, co się po powrocie do zamku stało.

Kompanija pożegnała się ze Svenem i ruszyła do zamku de Agostinich coby hrabini zdać sprawę z ubicia wilkołaka. Wrócili do wsi Kolcze Sioło i w dziwnym stanie ją zastali. W karczmie paru miejscowych siedziało. Od gospodarza, krzywego Piotra dowiedzieli się, że coś niepokojącego się na zamku stało. Nie wróciła na przykład córka karczmarza, Milla, oraz kowal, co w zamkowej kuźni pracować poszedł. W karczmie siedział także młody drwal Zaven, co go kompani parę dni wcześniej do wsi z innym rannym drwalem przywieźli. Powiedział im on, że stary garbarz Alen był podobnież na zamku i wrócił.

Poszli więc kompani do starego Alena, co skóry dla zamku wyprawiał i znaleźli go zupełnie w sztok pijanego. Przespali się więc u niego w domu i nad ranem przepytali. I dowiedzieli się od chłopka, że na zamku był, ale go nie wpuścili, tylko istota jakowaś go dopadła i różne brzydkie rzeczy z nim zrobiła.

Cóż mieli kompani robić, na zamek im było iść wiec poszli. A po prawdzie to wozem podjechali. Przy bramie ich strażnik zatrzymał, ale dziw, bo nie z de Agostinich herbem, tylko hrabiostwa St. Jones wojak. To go Martin za jaja złapał (magicznym sposobem) i wojaka, co pijany był mocno, zemdliło. I tak weszła nasza kompanija do zamku. A tam… Zgroza. Trup na trupie. Górny zamek zakluczony, barak wojskowy spalony, kuźnia zdemolowana. I pojawili się na blankach kusznicy, więc się chować kompanom pod basztą przyszło. Na mury nijak nie było można wnijść, bo kuszniki strzelały, a wieże zakluczone i zabarykadowane od środka były. Potem jeszcze trzech dziwnych jegomościów na kompaniję napaść chciało, a było to wtedy, gdy niziołek do górnego zamku przez okno wleźć próbował. No i wlazł był (choć z kotła na murach się gorąca kasza polała) i wpakował sie wprost do komnaty Calahana, dowódcy straży. Niestety gospodarz był u siebie… Niziołek w każdym razie wyleciał ciężko ranion tym samym oknem, którym wszedł.

W międzyczasie owa trójka padła, gdyż Amber spętała nieboraków, a elf ich z łuku wykończył. Czarodziej był tylko dostał z deczka, ale nie śmiertelnie.

Wpadli wreszcie kompani do drugiego, w całości stojącego baraku, gdzie sala biesiadna od środka zatarasowana była. I znaleźli tam sierżanta Visariona, Wielką Łapą zwanego, co z dwoma żołnierzami i kilkoma rannymi się zabarykadował. Rannych drużyna postanowiła odwieźć do wsi, więc Amber z dwoma żołnierzami wozem do gospody pojechała, gdzie opatrzyła ich i zostawiła pod opieką karczmarza. I dowiedzieli się kompani co się na zamku działo, w czasie, gdy oni na potwora polowali. A już pierwszej nocy po wyjeździe kolejna zabawa była, ale straszna jakowaś – rozpusta, mordowanie i potworności inne. Podobno sama hrabina w tym prym wiodła. Następnego dnia Calahan z hrabiną do baraków poszli i dziwaczne tam rzeczy wyprawiali, mówili, że hrabina każdego wojaka napotkanego całowała… i nie tylko.

Po południu do zamku przyjechała rota królewskich kuszników… i wtedy stała się rzecz najdziwniejsza – Calahan kazał ich zaatakować! Jatki były straszne. Sporo kuszników się w jednym baraku schowało i długo się tam bronili, dopóki Calahan nie kazał go spalić. Wszyscy zginęli pod zawalonym dachem. Dowiedzieli się też nasi herosi, że górny zamek zakluczony jest, ale do niego przejście tajne prowadzi. Najpierw jednak poprosił Visarion o pomoc, by wozownię zbadać, gdzie mogą być jacyś normalni ludzie, a nie tylko ,,demony” – tak bowiem mówił na tych, co się w hrabiny mocy znajdowali.

W wozowni znaleźli trzech wojaków-demonów, co w kości grali, własne części ciała w zastaw dając. Cali zresztą pocięci byli – jak się później pokazało w ramach poświęcenia dla ich ,,pani”. W zamkniętym magazynku żywą, choć zmaltretowaną nieco i poturbowaną dwórkę Klarę znaleźli, Svena wybrankę. Uwolnili ją i w bezpiecznym miejscu ostawili.

W tym czasie Amber wróciła z dwoma wojakami Visariona ze wsi. Gdy pod bramą stanęli wóz został ostrzelany przez żołnierzy, co na bramie z kuszami stanęli. Jeden z wojaków Visariona padł, ale Amber z drugim, bezpiecznie pod osłoną blatu od stołu pod bramę weszli

Potem podziemnym przejściem weszli do zamku, a w zasadzie do zamkowych lochów. W szóstkę: Visarion z wojakiem jeszcze jednym żyjącym, Kal, Goeyl’drin, Martin i Amber.

Tam najpierw uwolnili Oriana McCormicka – zupełnie osiwiałego ochroniarza hrabiego Haddera, co zwariował był parę dni wcześniej, ale już mu lepiej było. Wyjścia z loszku czterech wojaków – demonicznych odmieńców pilnowało, ale szybko i sposobem kompanija ich załatwiła. Sam niziołek dwu zakuł, elf trzeciego zastrzelił z łuku, a Visarion ostatniego dobił – ten zdążył wszak żołnierza, Visarionowego podwładnego, cepem przejechać i do walki niezdatnym uczynić. Broń i rynsztunek trupom odebrany Orianowi posłużył, by się uzbroić mógł. Ranny wojak, co mu cep szczękę złamał, został, ale kompanów znowu szóstka była.

Na zamek z lochu weszli – a tam dziwności straszne. W łaźni trzech nagich wojaków elf zabił, co karczmarzową córkę obrabiali. U chirurga, gdzie wybrali się po leki jakoweś – samego gospodarza zastali, to go Martin z elfem zakłuli. Na piętrze jegomość jeden wprost na nich wyszedł – a niezły to był szermierz. Tutaj się doświadczenie Oriana i Visariona przydało.

Potem w dużej jadalni ośmiu demoniaków znaleźli, co tortury na jakichś trzech niewinnych duszach sprawiali – z zaskoczenia atakując kompani zarezali wszystkich wrogów. W komnacie nadwornego barda zaś kuchtę znaleźli, co się już prawie zupełnie w demona przemieniła. Bestia zdążyła jednak Oriana oślepić i z walki go wyłączyć…

Wreszcie piątka już teraz tylko do pokoju wypoczynkowego trafiła, a tam… Kotary czarne na oknach i przy wyjściach. Po środku stół ofiarny, na nim hrabina, nieżywa chyba, bo na posadzce misy pełne jej krwi stały. A nad nią, ze sztyletem w ręku… hrabina. Ale już nie prawdziwa.

Sukkuba to bowiem była, hrabiny pokojówka osobista, co Arienne kazała na siebie wołać. Dziwka wszeteczna z piekła otchłani najgłębszych, co rodu męskiego zgubą jest.

No i stanęli Martin, Kal i Visarion jak zaczarowani. Tylko elf się oparł i Amber, druidka, boć kobieta przecież i to orientacyi właściwej, więc na nią czar piekielnej zdziry nie podziałał.

Wtedy pojawił się Calahan, sukkuby pupilek. Visariona, co jak słup soli stał zarąbał jednym cięciem. Szczęściem druidka mgłę magiczną przywołała. Marina i Kala ocucić się dało, a elf we mgle z Calahanem ,,tańcował”. Wojak jednak z dowódcy straży przedni, więc wytrącił elfowi miecz i wtedy…

Wtedy Arienne, dziwka diabelska, wrota magiczne otworzyła. I wszystkich, z Calahanem włącznie tam wciągnęło. W jaskini wir ich wyrzucił. Calahan siły swe wytężając wrócić chciał, i pewnie byłoby mu się to udało, ale się brama zamkła. I żołnierza pół przeszło… a pół zostało.

Nie wiedzieli kompani gdzie się znaleźli. Zauważyli tylko, że wszystkie przedmioty magiczne świecić zaczęły. I wyszli na zewnątrz… pod różowe niebo, na zwieńczeniu kamiennej dolinki. U wylotu jaskini obozowisko znaleźli, kogoś, co przed nimi tu zlądował. Z pamiętnika dowiedzieli się, że czarodziejem ten ktoś był i też przez bramę wciągnięty został. O sukkubie zwanej Rianną mówił, co kompani bez trudu z Arienne skojarzyli.

W pamiętniku było o świecie tym, gdzie metal zdradliwy jest i o magii, co pod różowym niebem źle działa. I o bezgłowcach, istotach jakowychś, co świat ten zamieszkują. I co sposobu na powrót dostarczyć mogą.

Ruszyli więc kompani, pożywiając się słonymi, srebrnymi owocami i unikając czerwonej wody ze strumienia. Po wędrówki godzinach paru, za lasem kolczastym i przełęczą wioskę owych bezgłowców znaleźli. Stwór jakowyś ich zaatakował – a oni wszak bez broni byli, jedyna Amber drewnianą lagą stwora zatłukła – i zgadli nasi herosi, że w świecie tym drewno od żelaza twardsze. Wrócili więc do obozowiska, co by się uzbroić porządnie w broń drzewnianną. Tylko dręczyło ich jedno pytanie: czym krzaki i drzewa ciąć będą, jeśli tu się metal kruszy…

* * *

– Czy to już dzień? – zapytał niziołek. I ziewnął.
– A diabeł go tam wie. – odpowiedział głos Martina.
– Na pewno już dzień. Jestem głodny, zupełnie, jakbym nic nie jadł od wczoraj. – rezonował Kal.
– To jest myśl – sprzed jaskini doszedł również głos elfa. – Można by regulować czas według jego żołądka.
– Lepiej nie – odparł czarodziej. – Mogłoby się okazać, że nam czas zacznie przyspieszać. Hmmm… to byłoby ciekawe. Przyspieszanie czasu pod wpływem głodu. Czas płynie dla niziołków inaczej… taka Gastryczna Teoria Względności czasu.
Niziołek zmarszczył brwi i nos, próbując zrozumieć o co tak właściwie chodzi Martinowi. I nie mógł tego wykoncypować. Było czytać za młodu mądre książki. Nie to, żeby niziołek nie miał nigdy w ręku żadnej książki. Trzymał raz w dłoniach nawet słynne dzieło wielkiego poety Ante Dalighieriego ,,Nieboska tragedia”. Ot, przyczepiło mu się kiedyś do łapek. To dzięki tej książce nauczył się jednej, ważnej rzeczy: nie zabija się komarów wielkimi tomami oprawnymi w skórę i drewno. Może to spowodować złamanie nosów – zarówno tego, na którym komar siedział, jak i w konsekwencji własnego nosa – jeśli nie jest się wystarczająco szybkim, żeby uciec przed rozwścieczoną ofiarą komara. W owej kluczowej chwili się to Kalowi nie udało. A ten pamiętny komar siedział na nosie wice-szefa gildii złodziejskiej w Salabrenie…
Elf i czarodziej siedzieli przed jaskinią. Przed nimi żarzyło się ognisko. W zasadzie nie trzeba było go rozpalać, bo pod różowym niebem tego dziwnego świata w którym się znaleźli, było całkiem ciepło. Ot, po prostu przyzwyczajenie. Goeyl’drin próbował upiec na ogniu jeden ze srebrzystoskórych owoców, co skończyło się niestety marnie – owoc napęczniał i eksplodował. Lepiej poszło z trzema upolowanymi skóromyszami – sześciołape zwierzątka przypominały w smaku podlejsze gatunki rzepy, a w konsystencji zelówkę starej ciżmy. Czyli smakowały niemal jak żelazne rację żołnierskie z suszonego mięsa.
Niziołek wygramolił się z jaskini i stanął mając przed sobą widok rozciągający się na dolinkę. Gdzieś w dole szemrał strumyk. Po bokach wysoko piętrzyły się nagie skały. Kilkaset metrów od jaskini, na stoku nieco po lewej widać było kępę poskręcanych i rachitycznych kolczastych drzewek. Poza strumieniem i oddechami towarzyszy nie było słychać żadnych dźwięków. Ani szumu wiatru, ani śpiewu ptaków. dziwne uczucie. Niepokojące.
Goeyl’drin pół siedział – pół leżał, trzymając w ręku własną strzałę. Strzała nie miała grota, a jej szpic pokryty był zaschłą purpurową substancją. Krwią skóromyszy.
– Ci się stało? – zapytał niziołek.
– Grot roztrzaskał się, gdy strzała przebiła to obrzydlistwo i trafiła w kamień. – odpowiedział elf.
– Acha… i co z tego? – zapytał niziołek.
– Nic, na razie myślę.
– O czym?
– Musze stłuc groty z paru innych strzał. Nie będą wtedy tracić impetu na skruszenie metalowych ostrzy.
– Chcesz strzelać gołymi brzechwami? – zainteresował się Martin.
– Na to wychodzi. Myślę tylko jak by je tu zaostrzyć. Bo tępymi to te myszy mogę utłuc. Ale jak przyjdzie na tych bezłebców…
– Bezgłowców – poprawił Kal, sięgając po srebrzysty owoc leżący na stercie nieopodal.
– Jak ich zwał, tak zwał. – skwitował elf. – Tylko czym naostrzyć drewno? Wyszczerbiłem już na jednej strzale mój nożyk…
Ze stoku poniżej doszedł uszu całej trójki grzechot kamieni, więc wszyscy odruchowo spojrzeli w tamtą stronę. Wspinała się do nich Amber. Wyglądała nieco dziwnie. Lekka druidyczna szata oblepiała jej ciało i skórzaną bluzę, którą driudka nosiła pod wierzchnim ubraniem. Szata jakby nieco zmieniła kolor. Podobnie jej włosy – a szła wyciskając z nich wodę nie były już bursztynowe, ale miedziano-rude. I jej twarz… też była jakby czerwonawa.
– Co tak się gapicie? – zapytała, gdy podeszła bliżej. Wykręcała włosy zupełnie jakby je wyżymała.
– Masz… – Martin zachichotał pod nosem.
– Hmm… – zmieszał się elf.
– No co jest?
– Amber, dlaczego ty jesteś cała czerwona? – zapytał Kal. – Jak nie przymierzając świeżo wypucowany wieprzek?
– Ach, to od wody… Wiecie, wolę być nieco czerwona i nie cuchnąć, niż nie myć się przez… nie wiadomo jak długo.
– Aaaa… Jak nie chcesz cuchnąć jak wieprzek, to wyglądaj jak wieprzek… ciekawe muszę to zapamiętać. – skonstatował Kal.
Amber tylko westchnęła.
– Tak. Albo cuchnąć albo wyglądać. – Kal podrapał się po brodzie. – Można by to nieco poszerzyć. Jesteśmy w świecie, w którym ludzie dzielą się na cuchnących jak wieprzki, albo wyglądających jak wieprzki. Ciekawe do której kategorii trzeba by zaliczyć bezgłowców. Nie wyglądają mi na wieprzki,, to znaczy nie są tak różowiutcy jak Amber. Ale nie wyczułem, żeby cuchnęli. Z drugiej strony oni wyglądają dziwnie. Nie tak dziwnie, jak teraz Amber, to znaczy nie jak wieprzek…
– Kal, pohamuj się. – szepnął Martin.
– Hę? Że niby co? A ty jak Martin. Wolisz zaliczać się do wieprzko – cuchnących, czy wieprzko – wyglądających. To znaczy wolisz wyglądać jak Amber… To znaczy nie jak Amber, bo czegoś ci będzie zawsze brakowało, no sam rozumiesz, natura jest natura i jeszcze nie można tego zmienić. Ale mówiąc, że chcesz wyglądać jak Amber, miałem na myśli wyglądanie jak wieprzek. Czyli różową skórę. O spójrzcie na nią. Różowiutka jak… Zaraz, ona się robi coraz bardziej czerwona. Może to zaraźliwe? Chłopaki słuchajcie, ona nie wygląda już jak wieprzek. Wygląda jak czerwony wieprzek. No wiecie, taki co się zrobił czerwony. Co nie? Czerwony ze złości… Zaraz, Amber, czy ty czerwieniejesz ze złości? Zła jesteś na mnie? Przecież ja nic nie mówię. Zapytałem tylko Martina, czy chce wyglądać jak ty, to znaczy nie jak ty, tylko jak wieprzek. Ale to wcale nie znaczy, że ty wyglądasz jak wieprzek. Chociaż może trochę przypominasz go kolorem. No co ty Amber, chyba nie jesteś zła. Gniewasz się na mnie? Amber? Po co ci ten kamień? Amber…?
Nie było odpowiedzi. To znaczy była, ale nie ustna. W stronę niziołka poleciał kamień wielkości pięści. Ale niziołek był szybki uchylił się i przeturlał za wielki głaz, o który się do tej pory opierał. Rzucony przez druidkę kamień odbił się od tego głazu i z dużym impetem poleciał w stronę Goeyl’drina. Elf nie zdążył się uchylić, nawet nie zareagował. Na szczęście nie musiał. Kamień uderzył w głaz za plecami Goeyl’drina. I połamał kilka ze stojących tam strzał.
– Amber, mogłabyś uważać – powiedział elf. – Mam niewiele strzał, a ty mi je jeszcze łamiesz…
Elf zawiesił głos. Przez ostatnich parę godzin (chyba, bo trudno to ocenić pod różowym, jednostajnie świecącym niebem) usiłował w jakikolwiek sposób naruszyć twardsze teraz od stali brzechwy swych strzał. A teraz Amber je po prostu złamała. Rzucając najzwyklejszym kamieniem.