femaletroll

Pożegnanie z Bouvettą

Witajcie moi mili, witajcie. Zbierzcie się tu wszyscy, ino przy kominku jak najbliżej, bo wieczór dziś chłodny i ziąb ciągnie ode drzwi. Nie ma co, jesień mamy tego roku pierońsko zimną.

femaletroll

Ale nadzieja jest, że dzięki temu zima będzie łagodniejsza. Tak jak i ostatnimi laty, zimy już nie takie jak kiedyś, oj nie. A pamiętacie opowieść o oblężeniu Bolayir? Było to z górą czterysta roków temu, w czasach, gdy elfy jeszcze rządziły większością naszych ziem tu, na północy. Bolayir, już wówczas całkiem spore miasto nad rzeką Gwynlech, a w roku 354-tym po kataklizmie było straszliwie suche lato, po którym bardzo szybko przyszła straszliwie mroźna zima. No i ruszyły elfy ze swych lasów w poszukiwaniu żywności i spyży dla koni. I Bolayir oblegać zaczęły.

Ciężkie to było oblężenie i długie, bo obrońcy, pod wodzą diuka Petera de Clovis mężnie stawali, a elfy do oblężenia warownego grodu przygotowane za dobrze nie były. Pięć miesięcy oblężenie trwało, znikąd pomocy, bo książęta z sąsiednich prowincji swoje kłopoty mieli. Już po nowym roku miasto zaczęło głodem przymierać, zdarzało się, że żołnierze na murach umierali z głodu w samym środku walki. Cywile również przymierali, zdarzało się, że na dzień cały dostawali jeno kromkę chleba. Ciężkie to były czasy, ludzie nocą w amoku z miasta wychodzili, po to tylko, żeby z ręki elfów śmierci szybkiej zaznać, gdyż woleli to od powolnego w grodzie umierania. Elfom, choć za ich rodem nie przepadam, też ciężko było, bo nie dość, że głodowali, to i z mrozu umierali. Padło ich pod miastem kilka tysięcy, z czego może nie cały tysiąc padł z ręki obrońców.

W końcu pod koniec lutego miasto padło. Broniło go wówczas już tylko kilkudziesięciu wojaków, bo reszta nie była zdolna podnieść broni. Elfy wdarły się przez mury i wyrżnęły wszystkich do reszty, kobiet i dzieci nie szczędząc, a chorym i z głodu umierającym łagodząc cierpienia. Na nic to się jednak zdało, gdyż elfy spichlerze miejskie pustymi znalazły. Powiadają, że z rozpaczy nad pustymi składami kilkaset elfów na miejscu trupem padło – bo tylko myśl o strawie jakiejkolwiek przy życiu ich trzymała. reszta opuściła miasto i jeszcze tej samej zimy w lasach z głodu zdechła.

Mówią, że jak Princ Moran z Solymaru na pierwsze roztopy do miasta wjechał z pomocą, to jeszcze zamarznięte trupy na ulicach znajdował – ludzkie, jako i elfie – wojowników z głodu padłych, mieszczan w domach, na łożach swoich. Niektórzy powiadają, że duch diuka Peter de Clovis się księciu Moranowi objawił tego marcowego zimnego poranka, gdy książę do miasta wjeżdżał, i powiedział tylko: ,,Gdybym wiedział…”. Duch ten zresztą pono do dziś w ostatniej godzinie przedświtu na murach miejskich pojawia i odsieczy wypatruje, tej co przyszła zbyt późno…

Ale, co my tu o czasach jakichś zamierzchłych, przeca historyję mam do powiedzenia wam, bajdę o piątce naszych bohatyjerów, co… ale nie zdradzajmy zakończenia. Na czym ja to żem stanął… Ach tak, już wiem. Była to jesień roku 664-go, dokładnie października dzień ostatni, gdy nasi kompani, poturbowani nieco przez niziołka Pomponem zwanego w starym warsztacie stolarskim, w którym melina Bractwa była ulokowana, na Simona czekali. No i się doczekali, rezydent Bractwa bowiem rozkazy przyniósł. Sven – jako najlepszy jeździec z drużyny i najmniej poturbowany list dostał, aby go do zamku Arenburg dostarczyć, do Dariela, dowódcy straży barona Maksyma Hammerbuscha. Zamek ów ledwie trzy godziny od Bouvetty był położon i droga Svenowi szybko zeszła, ale nim wrócił, pozostali nie próżnowali. Mieli bowiem do załatwienia dwie sprawy: przede wszystkim złapać lub ukatrupić Bastiana, członka kultu jakiegoś, co u kupca Waldemira Finlaya rezydował. Kupiec został już skompromitowany i aresztowany, ale wydało się, że tylko marionetką był Bastianowi, a ten przed strażą miejską i służbami tajnymi zbiegł. Dowiedzieli się jednak nasi kompani, że Bastian spotkanie ma umówione w karczmie ,,Wilgotny Bóbr”, na Burym Błoniu, jednym z przedmieść Bouvetty. Po drugie dług wdzięczności mieli względem minstrelki Sary Brighthelm, a mogła się mścić niewiasta, bo poważanie w mieście miała. W zamian za przysługę, jaką dla nich zrobiła mieli złapać i wykastrować Raymonda, członka gildii Błękitnych Noży, któren nieobyczajne propozycje minstrelce składał i natarczywy był przy tem nie do ścierpienia.

I tu znowu się Simon przydał ze swoimi wtykami, gdyż Raymonda namierzył w karczmie ,,Szczupak i Sum”, na przystani poza murami miasta.

Poszła więc nasza kompanija do tejże karczmy. Po drodze Martin, czarodziej pomysła złapał i rozwiązanie dwóch spraw naraz wykoncypował. Magicznym sposobem wygląd swój zmienił, tak aby wyglądać jak Pompon, niziołek, który za skórę kompanom zaszedł. W takiej postaci Martin Raymonda na oczach wszystkich gości zabił, po czym z karczmy uciekł i odmienił się. Wrócił nawet na miejsce zbrodni w swej normalnej postaci, aby się upewnić, że ludziska świadczyć będą, że to Pompon członka gildii zabił – a wszystko to po to, by złodziejska gildia za kompanów problem z pokurczem rozwiązała.

Reszta kompanii na czarodzieja pod ,,Wilgotnym Bobrem” czekała. Tam jednak śladu po Bastianie nie było. Karczma ta, a raczej zamtuz pełna gości była, toteż się cała czwórka posiliła do syta. Martin znalazł okazję by lędźwiom swoim ulżyć z kurtyzaną, półelfką, pozostali zaś czekali. I zdarzyło się, że młodzian jeden dziwkę nieco poturbował – zoczywszy okazję do zaciągnięcia języka Amber na pomoc ruszyła, aby niewiaście rany opatrzyć. I dowiedziała się, że Bastian był tu, ale wcześniej i z jakimś pryszczatym gadał. Ów jegomość, jak sie później od kelnerek kompani dowiedzieli niedaleko karczmy mieszkał. Poszli więc do niego niziołek, elf i druidka ,,z wizytą”. Wynik wizyty – trzy trupy, kompanów pryszczatego, co z nim w kości grali, sam zaś pryszczaty ranny i przesłuchaniu poddany. Dowiedziała się kompania, że Bastian przewodnika na cmentarz szukał, bo grób rodziny Amsterów splądrować chciał, celem znalezienia fantu jakiegoś. Jeden z kumpli pryszczatego z nim poszedł.

Zabrawszy więc Martina (który w zamtuzie został, żeby dalej dziwkę obracać), poszli na cmentarz i grobowiec znaleźli, co go im pryszczaty opisał. I tu się zaczął pech. Najpierw elf w pułapkę wlazł – kolce co z posadzki wyskoczyły, mimo, ze zmyślnie niziołka przodem puścił. W samym grobowcu kompani trupa świeżego znaleźli – jegomościa co Bastianowi przewodnikował, ze sztyletem w plecy wbitym. Potem Goeyl’drin w drugą pułapkę wlazł – tym razem bełt z kuszy kostkę mu strzaskał. A wszystko to przez ciekawość, bo chciał zobaczyć co się kryje w dziurze po odsuniętej jednej z płyt podłogi.

Reszta zlazła do dziury, do podziemnej części grobowca. Tam Bastiana znaleźli, ale nie samego – z dwoma jeszcze kultystami.

Walka się wywiązała, gdy trójce (bo elf ciężko okulawion z tyłu został) zasadzka nie ze wszystkim wyszła. Martin głowa w ścianę grobowca przyłożył, za Bastiana zasługą, wcześniej jednak jednego z kultystów z walki wyłączywszy. Drugim się niziołek zajął i pociął go nasmierć. Bastian jednak umknął, najpierw nokautując druidkę, a potem w korytarzu elfa poturbowawszy. Pognała za nim druidka z niziołkiem, poza grobowcem go ścigając, ale Bastian nawet z pnączy magicznie przywołanych się wyswobodził. I zbiegł.

Zgadli jednak kompani gdzie pobieżał – wcześniej bowiem zwiedzieli się, że pod ,,Wilgotnym Bobrem” w stajni konia zostawił. Poszli więc za nim Martin i Kal – druidka z elfem zostali, żeby jeńca – jednego z kultystów, co dychał jeszcze – przesłuchać. Nie za dużo się jednak od fanatyka dowiedzieli, gdyż ten ich tylko w imieniu Nata Kranty, bogini chaosu, zepsucia i mutacji przeklinał.

Tymczasem czarodziej i niziołek w stajni się zaczaili i na Bastiana czekali. No i się doczekali, ale nie sam on z karczmy wyszedł. Razem z nim rozmawiając właściciel zamtuza, Giorgio i jego ochroniarz, osiłek wyszli, w rozmowie pogrążeni. Bastian konia dosiadł – i wtedy Martin zaatakował.

Osiłka za jaja magicznym sposobem złapał i za Bastianem pognał – walczyli byli na dziedzińcu karczmy w błocie i deszczu padającym, ale uciekł Bastian, konia dosiadłszy. W tym samym czasie Kal osiłka, niemal bezbronnego dorżnął, z tyłu go złodziejskim sposobem zachodząc, a Giorgia pokiereszował mocno, może nawet śmiertelnie.

Znowu więc zbieżał Bastian kompanom. Ci zebrali się do kupy i juz do miasta wejść chcieli – przez bramę portową, gdzie umówionego mieli straży dowódcę, by ich wpuścił po zmierzchu. I szczęście się do nich uśmiechnęło, gdyż niedaleko bramy, przy karczmie ,,Szczupak i Sum” uwiązanego Bastianowego konia znaleźli.

Jeszcze bardziej szczęśliwymi się poczuli, gdy Sven nadjechał – też miał bowiem przez tę samą bramę do miasta wrócić, a właśnie ze swojej krótkiej podróży kurierskiej wracał. Zebrali się więc w komplecie i uradzili, co by Bastiana z karczmy wywabić. Poszedł więc Sven na przeszpiegi i gdy zdrożon po kilku godzinach konnej jazdy piwo sobie popijał – bijatyka się w karczmie zaczęła. Wszystko przez to, że z galeryjki na pięterku spadła elfka, Elwira jak się później kompani dowiedzieli.

W zamieszaniu bohaterowie nasi zaczęli dyskretnie (tzn. wrzeszcząc ,,pożar”, albo ,,naszych biją”) przeszukiwać pokoje gościnne w karczmie, licząc, że się Bastian w jednym z nich ukrywał. I tak też było, ale się złoczyńca w pokoju zabarykadował. Pokój zaś właściwy Elwira im wskazała, gdyż okazało się, że to Bastian ją z galeryjki zrzucił. Elfka żądna zemsty razem z kompanami do pokoju się dobijała, ale w tym czasie Bastian przez okno zbiegł był.

Wytropiła go jednak elfka, która jak się okazała podoficyjerem na barce ,,Srebrna Czapla” była. Tym łatwiej jej poszło, że Bastian właśnie na barkę zbiegł, boż to barka należała do kompanii ,,Szmaragdowa Bryza” co z kupcem Finlayem handlowała.

Pognali więc kompani za elfką, i w komnacie kapitańskiej Bastiana znaleźli. Walka się wywiązała, Bastian ranion był Goeyl’drina strzałą i Svena ciosem, ale uciekł okno wybiwszy sobie krzesłem.

W wodzie go jednak Elwira dopadła i sztyletem dorżnęła. I tak zakończyło się ściganie Bastiana. martwy kultysta nie mógł jednak zdradzić co się z jeszcze ważniejszym członkiem kultu, a mianowicie blondwłosym Darreusem stało. Na szczęście w papierach w kapitańskiej komnacie Martin pogrzebał i w dzienniku kapitana barki notatkę znalazł: ,,Spotkanie z Darreusem, Carril, piąty listopada. Może się spóźnić, bo podróżuje lądem”.

Wiedzieli więc kompani gdzie Darreus zmierza i – za Simona poleceniem – ruszyli w pościg. Ale to dopiero następnego dnia.

Przespali się nasi kompani po burzliwym wieczorze i rano zakupów dokonali. Kupili konie (wcześniej swój wóz i ciągnące go chabety sprzedawszy), oraz zapasy na drogę i kole południa, pierwszego listopada ruszyli w drogę. I ta ich pod wieczór zawiodła do wsi Poddębowiec, gdzie w karczmie ,,U Mariusza Rębacza”, którą prowadziła mariuszowa córka Tonja, zatrzymali się na noc. Tam dowiedzieli się, że Darreus i jego kompania, w karetę i kilka luźnych koni zatrzymali się tu poprzedniej nocy. Pobawili się bohaterowie nasi i podjedli, z właścicielką ciekawą wieści ze świata pogadali (i nie tylko, boć Martin okazji takowej przepuścić nie mógł i rozmowę z Tonją w łożnicy zakończył).

W nocy niziołek przez chrobotanie zamka obudzon został. On to ze Svenem w pokoju spał, gdyż Martin jeszcze u Tonji bawił, a Amber z Goeyl’drinem na sianie w stodole spali. Zbudzony Sven drzwi otworzył – a tam Tonja! Ale szybko zdało się, że to tylko morderca przez Darreusa wynajęty (aby wszystkich co się o kultystów wypytywali zabić), co postać właścicielki przyjął. Zbrodzień ciemność magiczną przywołał i ,,tańcować” ze Svenem i niziołkiem zaczął, ale swe umiejętności przecenił był, bo choć Kalowi sztylet zatruty w plecy wraził, to Sven go powalił i ,,z bańki” twarz mu poharatał.

Niziołkowi szczęśliwie nic się nie stało, bo trucizna tylko paraliżująca była. Od obezwładnionego zabójcy wiele się kompani nie dowiedzieli, jeno tego co żem juz wspomniał. I byliby ruszyli dalej w stronę stolicy, gdyby rankiem traperów rozmowy nie posłuchali, co o karecie w lesie mówili.

Okazało się bowiem, że orszak z Darreusem, miast dalej gościńcem do Carril, to w las ruszył, na północ, w stronę wioski niziołków. Wzięli więc kompani jednego z traperów, Ramonem zwanego, za przewodnika i śladem karety i orszaku ruszyli.

Dowiedzieli się jeszcze kompani od miejscowych o Ilthare druidce groźnej co w lokalnych lasach rządziła i drwalom pracować nie dała. Mocno wieśniacy na nią psioczyli, bo podobno paru mocno poturbowała. Niewesoło więc mogło kompaniji spotkanie z nią wyglądać, jeśli by się w lesie nieobyczajnie zachowywali.

Ruszyli nasi bohaterowie śladem kompaniji Darreusa, a ślad był świeży, przez przymrozek nocny utrwalony. Po drodze harpię ubili, co ją na ucztowaniu zaskoczyli; bestyja wściekła posiłku swego bowiem broniła i jęła konno jadącą kompaniję atakować, na szczęście elf ją postrzelił był z łuku, a Sven dzieła dokończył.

Po kilku godzinach w lesie, popołudniem wczesnym przewodnik Ramon kompaniję wstrzymał – przed nimi porzucona kareta kole ścieżki stała. Przy karecie dwóch – jak się domyślili kultystów – straż pełniło. Jeden z nich wewnątrz, księgę jakowąś czytał, drugi na ziemi, o koło karocy oparty pół-leżał, drzemał może. I zaczęli się kompani zastanawiać jak sprawę rozwiązać…