sprzymie

Sprzymierzeńcy i wrogowie

Zima to straszna pora roku jest, i dobrze, że się już kończy. Nawet teraz przecież, w czasach dużo spokojniejszych, niż to onegdaj bywało, rzadko kto zimą się w podróż wybiera.

sprzymie

Abo trudno to jest podróżować, gdy szlaki i gościńce śniegiem zasypane – wszak łacno zgubić się można i zbłądzić, do gospody przed zmrokiem nie zdążyć – a przeca zmrok zimą szybko zapada. A noc w głuszy, na mrozie tylko nielicznym przeżyć się udaje – bo to wszak ani ogniska w śniegu nie zapalisz, ani i opału suchego dość nie znajdziesz.

No i niebezpieczeństwa zimą czyhają też na podróżnika większe – wszak zwierzęta dzikie i bestyje, które na noc się do snu nie poukładały wiecznie głodne są, bo żarcia w okolicy mało. A głodne, znaczy przeca bardziej zadziorne i odważne. I nie mam tu tylko na myśli wilczych sfor, co wioski całe spustoszyć mogą i dobytek żywy wprost z obórki porywają, gorsze są jeszcze na tym świecie bestyje, a drzewiej było ich nawet więcej niźli w obecnych czasach.

Zimą więc należy w miejscu ciepłym i wygodnym, najlepiej wystarczająco zaopatrzonym, siedzieć na tyłku i wypoczywać, a nie podróżować, jeśli nie trza.

No cóż, powiecie, czasami nawet zimą zdarza się wyruszyć, i prawda to jest, potrzeby niektóre silniejsze od rozsądku bywają. Ale na drogę taką dobrze wyposażyć się trzeba – w ubrania ciepłe, futrzane najlepiej, w przewodnika dobrego co szlak nawet pod śniegiem wytropi. A niektórzy, szczególnie jeśli wozami jadą, to nawet suchego drewna biorą, gdyby zdarzyło im się noc w głuszy spędzić.

Ja oczywiście wypraw takich nie polecam i przyjemniejsze mi jest gospody zacisze i puchar pełen wina grzanego, raz kurak świeżo na rożnie upieczony. Ale niektórzy moga nad to emocje związane z przedzieraniem się po pas, albo i szyję w śniegu wolą. A inni… no cóż, inni po prostu nie maja wyjścia.

Ale my tu o zimie, a jam przeca miał wspomnieć co się z naszą kompaniją działo, a to wżdy jesienią było, a nie zimą, a dokładnie w listopadzie. Na czym to ja… Ach tak.

Przebiła się więc nasza kompanija przez bagna i do wioski niziołków dotarła. Tam konie swoje odebrali z zagrody niziołka Raro, co przez kultystów wraz z Amber porwany został. Matce biedaczka obiecali, że znajdą go, jeśli tylko będzie to w ich mocy. Ponieważ jednak cały czas nad nimi Geas ciążyła, to musieli wpierwej zadanie polegające na znalezieniu i ukatrupieniu Darreusa wypełnić. Postanowili więc wyruszyć w kierunku stolicy, gdzie tenże miał jakoweś spotkanie odbyć.

Kompani musieli jednak za sobą elfa Goyel’drina pozostawić – ten mocno był poturbowany i poparzony po walce z demonem ognistym w świątyni pod bagnami, a i samo przejście przez bagna mu w ozdrowieniu nie pomogło, a wręcz na opak – co noc gorączka go dopadała i choróbska jakoweś, o które na mokradłach nie trudno. Został więc elf z ekwipunkiem pod opieką niziołków i później do drużyny miał dołączyć.

Ruszyli więc bohaterowie nasi przez las, razem z myśliwym Ramonem, co im za przewodnika służył. Postanowili drogę sobie skrócić i na przełaj do Broszyna ruszyć, co im dzień drogi z rachunku ujmowało. Niestety przeprawa przez dzikie lasy do łatwych nie należała – najpierw wij ogromny w jarze wąskim ich dopadł, potem olbrzymia sowa próbowała Martina porwać, ale udało się ją odpędzić. Na koniec zaś ich przewodnik wraz z rumakiem do dołu kłusowników wpadł, co niestety życiem przypłacił, gdyż koń próbując się wydostać czaszkę mu kopytem roztrzaskał. Do wioski nie było jednak daleko, więc dalej już kompani drogę znaleźli.

Tam pierwsze swe kroki do gospody skierowali, gdzie wreszcie mogli ciepłego jadła, kąpieli, no i cielesnych przyjemności zaznać. Przy kolacji dwukrotnie zaczepieni zostali – najpierw syn miejscowego wójta, wstawiony nieco na ważniaka się zgrywał, a potem jegomość tajemniczy robótkę dla nich miał – ale wymęczeni marzyli tylko o śnie spokojnym, więc podziękowali panu i odesłali od oczu swoich.

Następnego ranka dalej ruszyli i droga ich do wioski Zawady zaniosła. Po drodze niedźwiedzia odegnali do do wozu z cukrem i wanilią próbował się dostać i kupca przy tym poturbował. Opatrzywszy rany biedakowi i uspokoiwszy żonę jego dalej już wozem ruszyli.

We wsi, jak się okazało, regiment Zakonu Róży stacjonował, co lokalną świątynię, goszczącą relikwie Świętego Hipolita pomagał przebudować. Spotkali też kompani pielgrzymów wielu, co do tychże relikwii ze stron różnych kraju przybyli. I spotkali też Elwirę.

Tak, tę samą Elwirę, co pomogła im jeszcze w Bouvetcie, będzie z tydzień wcześniej niejakiego Bastiana dorwać i własnoręcznie go ukatrupiła. Okazało się, że z roboty wyrzucona została, gdyż w czasie szamotaniny z Bastianem zniszczony został… model statku nad którym kapitan barki rzecznej, Elwiry zwierzchnik, latami pracował.

Jechała więc elfka do stolicy, by jeszcze przed zimą na jakąś barkę się zaokrętować. I poprzysięgła, że za tą utratę roboty każdego Bastianowego kompana ścigać będzie… I tu okazało się, że ma ona cenne dla kompanów informacje. Otóż jak wiedzieli kompani z listów znalezionych na barce (tej na której Elwira pracowała) Darreus miał się spotkać z Darreusem w stolicy, z tym że zastrzegał, ze spóźnić się o parę dni może. I Elwira – z podsłuchania – powód tego spóźnienia znała. Darreus zalecał się bowiem do szlachcianki Doroty Morave, której mąż cięgiem na wyprawach wojskowych bywał i teraz też powstanie chłopskie pod Teregovią tłumił.

Wiedziała też Elwira, że posiadłość rodziny Morave nieopodal miasteczka Darien leży, a że było to i tak po drodze do stolicy, to postanowiła kompanija razem z Elwirą ruszyć.

Ruszyli więc rankiem, po nocy spokojniej (no, może nie dla Svena, któremu Elwira swe kunszta miłosne prezentowała) do miasteczka Darien; po drodze dołączyli do teatrum objazdowego, co dwoma wozami również w tym kierunku jechało. Raz tylko się zatrzymali, na grobli musieli bowiem spór między kupcem a arystokratą rozsądzić, w sprawie pierwszeństwa przejazdu (czym Martin się zajął w negocjatora się wcieliwszy), a potem gościa dziwnego spotkali – jak się później okazało łowcę nagród zapewne – który celu swego szukał, ale na szczęście okazało się, że (jeszcze) nie bohaterów naszych.

W Darien zatrzymali się kompani wraz z Elwirą w gospodzie ,,Pod Smokiem”, gdzie poza kłopotami elfki z paroma miejscowymi (którzy mieli uwagi co do jej pochodzenia), które zresztą Elwira sama rozstrzygnęła (z pomocą miecza), nic się nie stało wielkiego. No może wspomnieć warto, że elfka wraz ze Svenem do zamtuza ,,Błękitna Tunika” się wybrała, ale niedługo tam zabawili.

Zasięgnąwszy nad ranem informacji od mieszczuchów drogę do posiadłości rodziny Morave, czyli do małej wioski i niedużego fortu nad jeziorem Hamen, poznali. Wyruszyli więc po południu, po zrobieniu zakupów niezbędnych. Dodatkowo Martin, znalazłszy w miasteczku siedzibą Gildii Białych Magów księgi znalezione wcześniej im opchnął, za co 120 koron i szkiełko magię wykrywające dostał.

Nie licząc spotkania z olbrzymim wilkiem (którego Sven z Elwirą głownie ubili) droga przebiegła spokojnie i pod wieczór pod rybacką osadą stanęli.

Plan był taki, coby tajnego wejścia poszukać – wiadomo wszak, że większość fortów i zamków takowe posiada – co by w razie oblężenia drogę ucieczki dla załogi, no i sposób na nocne wypady mieć. Należało więc kogoś wypytać, i tak się dobrze złożyło, że sie młody myśliwy z wioski, Gwidonem zwany napatoczył. Złapała więc go Elwira i razem z zakładnikiem kompanija do opuszczonej leśniczówki się udała.

Zdradził im młody myśliwy, że żyją w wiosce dwie osoby, które na zamku uprzednio robiły – stara Olga, znachorka co pokojówką była i Belgar, były straży dowódca.

Okazało się, że Olga wie niewiele, za to Belgar, przez Marina czarem uśpiony znał położenie wejścia do tajnego tunelu. Zdradził to jednak dopiero wtedy, gdy Martin, wykorzystując magie iluzji postać demona przyjął i wmówił biedakowi, że szuka innego demona, który gachem pani Doroty Morave jest i prawdopodobnie zgubę jej szykuje. Za tę opowieść, i 10 złotych koron do podziału na wioskę Belgar wejście tajne, prowadzące wprost do głównego kasztelu zdradził.

Postanowili kompani następnej nocy ruszyć. Elwira wyszła, by w pod osłoną ciemności fort przepatrzeć, a kompani w leśniczówce zostali. I tamże mieli spotkanie dziwne – do leśniczówki weszła zwiewna postać, od której czar jakiś bił, ale wyraźnie dobry i uspokajający. I wywróżyła i ta widmowa kobieta, że przeznaczeniem ich jest porządek świata naszego obronić – jednakowoż przed czym – tego powiedzieć nie chciała. Po tym zniknęła, równie spokojnie i cicho jak się pojawiła.

Niedługo później wróciła Elwira i dalej do rana noc przebiegła spokojnie. Za dnia kompanija poszła wejście do tunelu obejrzeć – i znaleźli tam ślady, oraz skrawek materiału drogiego – ani chybi przez arystokratycznie noszącego się Darreusa zostawiony.

Upewniwszy się, że są na dobrej drodze bohaterowie nasi do północy wyczekali. Ruszyli we czwórkę i tajnym tunelem, który ich do piwnic pod kasztelem zaprowadził.

Na parterze kompanija dwie śpiące pokojówki i dwóch strażników obezwładniła i na piętro się udali, gdzie Darreus nieświadom miał spać w łożu pani Doroty…

Ale Kultysta był w pełni świadom. I przygotowany…

Czekał na nich niewidzialny. Gdy weszli do sypialni wpierw magiczną śliskość wywołał, tak, że kompani na nogach ustać nie mogli. A gdy Martin swój czar próbował wypowiedzieć, w pierś trafił go bełt. Wystrzelony z kuszy Elwiry.

Dopiero wtedy kompani zorientowali się, że wciągnięci zostali w zasadzkę i Elwira od początku w zmowie z Darreusem była. I że jej samotna wycieczka poprzedniej nocy nie po to była by fort obejrzeć, ale po to, by szczegóły zasadzki ustalić.

Bronili się kompani dzielnie. Niziołek z sufitu (gdzie dostał się dzięki swemu pajęczemu kolczykowi) piorunem strącony został. Martina ostatecznie powaliły pociski magiczne. Sven, nie mogąc ustać na nogach celem Elwiry się stał, która go kopniakami i mieczem pozbawiła przytomności. Co prawda było to po tym, jak Sven niziołkiem rzucił, pakując go wprost na Darreusa – ale i to nie pomogło. Choć niziołek, używając swych karwaszy kultystę ranił, zarobił zaraz po głowie złotą darreusową szablą…

Obudzili się związani w piwnicy kasztelu. Sven podsłuchał rozmowę Darreusa i Elwiry, którzy nieświadomi, ze słyszanymi są, o sprawach kultu rozmawiali.

I tak dowiedział się Sven, że niejaki Sagarra zdobył Medalion Kobry i wraz z zauroczoną druidką i niziołkiem do Garlandii ruszył. Że przygotowania Cedryka na dzień {\sl khash} idą dobrze. Że ktoś zwany {\sl Uzurpatorem} nad nimi zwierzchność ma. Że w Carril, stolicy, działa już świątynia Nata-Kranty, z którą Gildia Lazurowej Klingi współpracuje.

Usłyszał jeszcze Sven, że ktoś zwany {\sl ,,S”}, będący łącznikiem z {\sl ,,tymi, którzy chodzą w cieniu”} w Darien czeka w zamtuzie Błękitna Tunika… czyli tam, gdzie Elwira Svena zaciągnęła…

Po tym para kultystów wyszła, nim Martin i Kal przytomność odzyskali…

Nie wiedzieli kompani co zrobić. Pobici i spętani czekali. Kultyści bowiem zamierzali ich wywieźć, by, pod okiem czarowników klątwę Geas złamać i informację wyciągnąć.

Nie dane to jednak było, gdyż znowu widmowa postać się pojawiła. Tym razem zwiewna kobieta rzekła kompanom, że przeznaczeniem ich było właśnie tę rozmowę podsłuchać, by można było plany kultystów pokrzyżować. Na koniec więzy pętające kończyny bohaterów naszych osłabiła tak, że dziecko nawet mogło je rozerwać…

Postanowili bohaterowie jednak czekać. I wkrótce doczekali się, że Elwira przyszła więzy im obejrzeć.

Dalej sprawy potoczyły się szybko. Elwira zginęła bez możliwości dania słowa – trzymana przez Svena, pchnięta własnym mieczem przez Martina. Darreus padł parę minut później, gdy rozszalały Sven zaskoczonego magika toporem potraktował…

Zebrawszy wszystkie łupy kompani szybko uciekli z fortu, tą samą drogą, którą przyszli. Wypuścili spętanych w leśniczówce zakładników – młodego myśliwego i byłego strażnika, po czym do stolicy popędzili, jak najdalej od miejsca morderstwa… W końcu, jeśli ktokolwiek miał uwierzyć słowom Belgara, to jeden demon zabił drugiego, a z tym lepiej nie mieć do czynienia.

Do stolicy kompani dotarli bez przeszkód. Tam zgłosiwszy się we wskazanym przez Simona z Bouvetty miejscu kontakt z Bractwem nawiązali. Zbliżała się zima, więc Bractwo postanowiło ich w mieście aż do roztopów ugościć. Czas ten kompanija na wyszkolenie swych umiejętności poświęcała…

* * *

Stary, siwobrody krasnolud, wygodnie wyciągnięty na krześle wpatrywał się w sufit. A właściwie w oszklone, znajdujące się pod sufitem okienka, które zapewniały w ciągu dnia oświetlenie głównej sali w gospodzie ,,Pod Czerwonym Byczkiem”. Patrzył na wytworzone przez mróz kwiaty na szybach i bardzo, ale to bardzo doceniał dochodzące z kominka i otwartej kuchni ciepło tego wnętrza. Nie rozpraszało go nawet sapanie dwóch wilków, udomowionych przez właściciela i zamkniętych w specjalnej zagrodzie wewnątrz karczmy. te wilki były nie tylko atrakcją przybytku. Jako stały bywalec i długoletni znajomy Veliarda Vellena, zwanego Bródką, właściciela gospody, wiedział, że w głębi zagrody ukryta jest skrzynia z najcenniejszymi skarbami karczmarza.

Krasnolud westchnął i pociągnął kolejny łyk grzańca. Od kontuaru dochodziło stukanie. To Veliard, który nikomu innemu nie pozwalał stanąć za batem ustawiał umyte kufle.

– Wziąłbyś się w końcu za ten stół. Dechę miałeś już wczoraj wymienić. – dobiegł krasnoluda głos Veliarda
- Nie pali się, kurwa jebana mać. Do wieczora, kurwa, czas jeszcze – odparł krasnolud.
- Hangrimie, pamiętaj, że nie jesteś wśród swoich. Szewcem, to jesteś w swoim warsztacie, tu zgodziłeś się pomagać ze stolarką… – ostro skarcił go karczmarz.
- No dobra, ale czas jeszcze. A to tylko jedna decha. Będzie gotowa zanim się zacznie towarzystwo złazić.
Krasnolud, szewc za dnia, stolarz wieczorami i stary opój w nocy (za swą pomoc miał dostęp do praktycznie nieograniczonej ilości Veliardowego wina i piwa) pociągnął kolejny łyk dobrze przyprawionego grzańca. Tak, grzaniec spod ,,Czerwonego Byczka” znany był w całym mieście.
- To już drugi raz. – westchnął krasnolud podnosząc się powoli – Za moich czasów to było nie do pomyślenia. Owszem, stołów, ław i krzeseł łamało się więcej nawet niźli teraz… ale żeby stół kwasem? czyj to pomysł był, żeby tego czarownika na wykidajłę wziąć?
- Sary, oczywiście. A wiesz, że darowanemu koniowi… Sara nigdy mnie nie zawiodła, już od kilku lat przecież podsyła mi ludzi, szczególnie na zimę. Porządna z niej dziewucha. Choć elfka.
- Taa… – westchnął krasnolud. Wziął kolejny łyk i powolutku zaczął kierować się w stronę kontuaru. – Ale czy zdarzyło się wcześniej, żeby magika na wykidajłę kiedyś podesłała?
Veliard odstawił kufle, oparł się o bar i pogładził po bródce. To właśnie dzięki niej, a może przez to ciągłe jej przygładzanie uzyskał swój przydomek – Bródka.
- No chyba nie – powiedział po chwili – raz tylko… Ale nie, to był tylko gość jednej bandy co u mnie trzy lata temu zimowała. Ale nie masz co się czepiać. Martin to porządny gość i nie tak zadufany jak nasi wielcy magicy, rezydujący tu w stolicy na stałe. A musisz przyznać, że nic tak nie uspakaja chłopków i mieszczuchów, jak mały pokaz czarów. A że czasami nasz magik swojej kwasowej strzałki jako straszaka użyje – no cóż. Jakby tego nie zrobił, to ze stołu i tak pewnie drzazgi by zostały.
- Ale za moich czasów, gdym w straży miejskiej robił, to nie do pomyślenia było. – powiedział Hangrim. – Cóż, czasy się zmieniają.
- Masz tu, pijaku – Veliard postawił przed krasnoludem, który zdołał się wskrabać na barowy stołek, kolejny kufel grzańca. – I wiem, ze magików nie lubisz. Ty wolisz takie bardziej staromodne metody… Takie jak na przykład nasz siłacz stosuje.
- Taaa… Sven to jest coś. Dawnom takiego silnego chłopa, a człowieka w szczególności nie widział. Nigdy nie zapomnę, jak wtedy tego szlachciurę przez zamknięte drzwi wypierdolił… Całe wieki żem takiego numeru nie widział… Tylko powiedz Ci po co ci ten kurdupel, Kal?
- A też się przydaję, wiesz przecież. Za gońca potrafi robić i to tak, że nikt go nie widzi.
A i oko ma bystre – trzy dni temu nazad przecież tego kieszonkowca zbystrzył. A że czasami jakiemuś pijaczkowi sakiewkę świśnie. No cóż, jak się chleje na umór, to trzeba liczyć się z kosztami…
- No fakt… – Hangrim łyknął z nowego kufla, rozgarniając uprzednio kłęby aromatycznej pary.
Ile to już będzie? Sześć tygodni, jak tu stacjonują?
- Siedem. Chyba siedem. Zresztą nieważne, powiadają, że zima w tym roku i do kwietnia może potrzymać, więc na pewno warto będzie. Taka obstawa za jeden pokój w gospodzie, nieco żarcia i trochę piwska.
- No nie trochę – krasnolud się uśmiechnął – Sven to potrafi w siebie wlać… Łeb ma mocny prawie jak krasnolud. Silny do tego. Kurde, lubię tego młodziaka. Jakbym jeszcze w straży robił, to w mig sierżantem by był, albo i porucznikiem.
- No nie wiem, dusza raczej podróżnicza. Oni to z tych, co awanturnikami ich zwą. Jak i wszyscy, których Sara mi podesłała… Czasem aż korci mnie zapytać czym się ta nasza pięknisia zajmuje…
- Tfu, psia twoja mać, elfka? Pięknisia? Chyba żartujesz. Żeby cały ich ród sczezł… – wzburzył się Hangrim. – Choć przyznać muszę, że jak niewielu z tej wrednej rasy, ją akurat w stanie jestem ścierpieć…
- A ja to bym by ł w stanie nawet więcej… zwróciłeś uwagę na jej bioderka…
- Tfu, mógłbyś przestać być taki obrzydliwy? Zaraz grzaniec mi przestaje smakować…
Drzwi karczmy otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Powiało chłodem – mróz już teraz był dość silny, co zwiastowało, że nocą będzie naprawdę zimno. Do środka wskoczyło coś małego, niemalże kulistego – tak poowijane było rożnymi szmatami i płaszczami. To coś otrzepało buty z resztek śniegu i zmierzając w stronę kontuaru (a może raczej kuchni) zaczęło się odwijać, ukazując znajdującego się wewnątrz niziołka.
- Masz? – zapytał Veliard swym gromkim głosem.
- Jasne – odparł Kal, uwolniwszy głowę spod wełnianego kaptura. Trzy korony pięć szylingów. – powiedział rzucając. Veliardowi małe zawiniątko. Veliard złapał je w locie, po czym powąchał.
- Eppon zarzekał się, że goździk jest prosto z Faradii. – powiedział Kal. Nogi same niosły go w stronę kuchni – Co na obiad?
- Stój dzwońcu – powiedział karczmarz. A głos miał donośny, Kala powstrzymało jak pod wpływem czaru. – Jeśli to jest faradyjski goździk, to ja jestem Akwitańskim cesarzem. Ale dobra, niech ci będzie. Ale w to, że dałeś trzy i pół korony uwierzę dopiero, gdy słońce wzejdzie na zachodzie.
Kal uśmiechnął się. Powoli jednak, pod groźną miną Veliarda mina mu poważniała.
- No dobra – powiedział wreszcie, sięgając do kieszeni. – Kosztowało mnie to dwa i pół.
Ze zrezygnowaniem Kal podszedł do kontuaru. Wyjął sakiewkę i zaczął odliczać srebrne szylingi. Raz, dwa… Przy piątym Veliard położył na nich rękę.
- Reszta twoja, dzwońcu – powiedział i uśmiechnął się. – I idź do kuchni, żonka da ci tam gulaszu z kaszą.
Kal, już uśmiechnięty, wyplątując się z płaszcza pognał w stronę kuchni.
- Ach, stój jeszcze – zawołał karczmarz. – Gdzie Martin?
- W bibliotece u Mariangi siedzi. Zaraz powinien być.
- Dobra. Jak zjesz, to drałuj na górę obudzić Svena. Czeka na was list od Sary, zupełnie bym zapomniał…
- Dobra, zjem tylko – radośnie podskakując Kal pognał do kuchni, nie omieszkając po drodze ,,szczeknąć” na zamknięte w zagrodzie wilki. Te odpowiedziały tym samym, tyle, że dużo głośniej. Ale Kal na to nie zważał. Był zadowolony i wesoły.
Bo goździki kosztowały go u Eppona tylko dwie korony…