duzoblota

W jaskini

Tak, tak, zaprawdę powiadam wam, waszmościowie, wspaniale jest sobie poćmić fajeczkę z wieczora. A i tytoń, macie panie przedni, nie ma co.

duzoblota

Nie jest to co prawda ziele z Tarnostu, które miał żem kiedyś okazyję z niziołkami sobie palić, ale przednie. Krasnoludzkie, mówicie, z twierdzy Garraz-Nor? Przednie. Kto jak kto, ale krasnoludy też dobre ziele robią. Zawsze się żem tylko zastanawiał, jak oni pod ziemią je uprawiają. Musi być jakaś ciemnolubna odmiana.

Tak, ale wracajmy do naszej opowieści. Dobrze, przypomnę ostatnią część, com ją przed tą fajką opowiadał. A więc bohaterowie nasi przez las ruszyli, razem z Levecque’m, łowczym, co drogę na skróty znał i za przewodnika się zaoferował. Już pierwszego dnia niebezpieczeństwa ich w lesie spotkały. Najpierw niedźwiedź potworny, wielki niczym dąb, co go tego, no kolte… kolet… kolektywnie zarąbali, acz elf niemal tego życiem nie przypłacił. Sven go zarąbał w końcu, ale wielki strach był… Że co, że nie ma takich wielkich niedźwiedzi? Może wtedy były. A może końfabulancja taka moja. Ważne, co elf poharatany nieco z tego wyszedł, ale mu Martin eliksiru na zdrowie dał. Nie, nie krasnoludzkiego spirytusu, chociaż i to pewnie by pomogło. O ile by elfa nie zabiło, boć to ma 150% wódki w wódce.

Ale wróćmy do rzeczy. I do tego, jak się niziołek w żywe pnącza zaplątał w jarze, gdzie wilk na łanię polował. Szczęściem Sven dość silny był, co by go przytrzymać, Goeyl’drin pnącza pociął, a Levecque je przypalił i przeszli jakoś. A na pierwszy nocleg w opuszczonej chacie przyszło im stanąć. I wtedy niziołka duch byłego właściciela opętał, i zaczął miksturę jaką tajemną sporządzać, co przed demonami i innymi złymi duchami miała chronić. A i o miksturach różnorakich niziołek wiedzy tajemnej dostał od tegoż ducha, co po zrobieniu eliksiru wreszcie spocząć mógł w spokoju.

Następnego dnia na bagna weszli, a łowczy ich brzegiem prowadził. A tam, w trzcinach wiedźma ich zdybała i do swojej chatki zmamiła, drogę im zmylając. Ale nie była groźna, choć wielki warg, jakich się teraz już nie spotyka, dla jej ochrony cały czas baczenie na wszystko miał.

Wiedźma wywaru jakiegoś sporządziła i od rzeczy gadała, jak to wiedźmy w zwyczaju mają. Svena to uzdrowiło, pozostali tylko porzygali się jak koty, bo mikstura iście diabelska była. A gadanie jej dziwne było i bez sensu sie zdało. Bezgłowym jednego z kompaniji nazwała, ale nikt nie zgadł o kogo chodzi. Potem Martinowi zielska jakiegoś dała, co by ,,śpiącego obudzić a usypiacza przegnać”. A do Kala, niziołka powiedziała, że dar ma wielki, ale użyć go musi później, jak już stratę opłaczą, bo ich gorsze zło spotka. I do lasu spowrotem ich wyprowadziła. Nocleg kolejny w spokoju minął, a nazajutrz drwali spotkali, co kompana sparalizowanowoanego ciągli za sobą. Podobno w jaskini co jej wejście w urwisku, koło katakumb go tak poskręcało.

No i kompanija wyruszyła groby rabować. Ale elfie to były groby, więc strata mała i naruszenia spokojności żadnego, bo wszyscy wiedzą, że dusze elfie i tak na wieczne cierpienia skazane. Kilka grobów pustych było, znać ktoś już przed kompaniją tutaj był. I parę błyskotek znaleźli. A w jednym grobowcu szczęściem Sven, przypadkiem pułapkę wredną unieruchomił, co by kompaniję na śmierć głodową zamkła. W innym grobie Martin wielkiego węża czarodziejskim sposobem pokonał, co mu potem Sven głowę odrąbał. W kolejnym zaś, w którym strome, kręcone schody były pająki wielkie kompaniję napadły, ale sie wszyscy łacno sprawili. I poszli schodami w dół, po to tylko, żeby stwierdzić, że w jaskini jakowejś się urywają. Na dół niziołka spuścili, a ten im grunt przebadał. Ale wysoko ze schodów do dna pieczary było, no i radzili, jak by tu bezpiecznie całą kompaniję na dół przetransportować. A co było potem, to posłuchajcie…