elfpride

Walka o minerał i (nie)oczekiwany sprzymierzeniec

Tak więc nasza kompanija uzbroiła się w broń drewnianą. Elf i niziołek wzięli po nodze od krzesła, co je tu razem z nimi przez bramę do tego świata wyssało, naostrzyli je, żeby broń mieć jakąkolwiek. A niezła to była w tych warunkach broń, boć przeca drzewo pod niebem różowym od stali twardsze się okazało.

elfpride

Czarodziej w swoją magię zbrojny, choć z obawą, bo magia figle tu różniste płatała. I druidka, ze swoją laską o wężowej głowni, tąż samą, którą naskalnego stwora wcześniej zatłukła. I uradzili, żeby do wioski ruszyć, co ją wcześniej z przełęczy Kal widział.

Droga spokojną była, aż na szczycie stanęli i wioskę zobaczyli. Dwadzieścia parę chałup, ziemianek kamieniem okrytych. I postacie bezgłowców się tam kręcące. I mgłę. Mgła z drugiej strony osady szła, na wszystkie strony się rozszerzając. Widzieli kompani, jak się bezgłowce po chałupach swych chowały. No to im we mgłę iść było nie chętno. Postanowili zjawisko to przeczekać.

Dziwicie się pewnie waszmościowie, dlaczegóż to kompanija mgły się przestraszyła. Zwykłej mgły, jak sie później okazać miało. Ja też nie rozumiałem z początku, ale mi to jeden magikus przy kufelku objaśnił. A tak przy okazji niejako; nalejcie mi tu karczmarzu piwska jakiegoś, byle nie tego sikacza, coście mnie na wstępie dziś uraczyć byli łaskawi. Więcej trunku szlachetnego, gospodarzu wody mniej. Mnie tam woda w piwie wstrętna. Co to za browar robił to piwsko? Teregovski, powiadacie? Ej, daleko Teregovianom do garlandczyków, daleko. Ja tych zasrańców z południa, to nie lubię, ale przyznać im trzeba, że piwo ważą najprzedniejsze wśród królestw Ennoru. A wiecie, że podobnież to właśnie piwo najprawdziwszym powodem zajazdu naszego króla Hieronimusa Drugiego, Baryłką zwanego było? Tak, piwo właśnie. Małym smykiem żem był, jak Hieronimus na Garlandię uderzył i pojęcia o tym żem nie miał. Nie bez kozery przeca Baryłką go nazwali, bo bebzun od piwska ogromny był u niego. A że nie smakowało mu nasze, to je z południa sprowadzać kazał. Ale mu garlandczyki, te no… łembargo ogłosili, toteż poszedł się o browary bić. Piwa nakradł, mówią, że było tego summa summarum tuzin tysięcy beczek. Wszyscy mówili, że tyle piwska to mu do śmierci wystarczy. A i rację mieli, bo król nasz Hieronim długo nie pożył, rok i pół później był sie przekręcił. W zamtuzie ,,Pod wygoloną kuciapką” to się stało, choć historyki fakt ten przemilczają i twierdzą, że król otruty został. A może i się struł, kto go tam wie, ale raczej piwskiem, którem czarny lotos i słynne błękitne pastylki popijał. Taka to i prawda, i tak ją znać nada. A z garlandzkiego skarbu, znaczy piwska, podobnież się w dzień śmierci tylko trzy beczułki zachowały…

Ale zbieżali my z tematu, dyć nasi kompani o Hieronimie wiedzieć nie mogli, bo to – ho, ho – wiela lat wcześniej się działo. O czym to ja… Ach tak, o mgle. Dyć jak powiadam ,,mgła”, to wam wszystkim waszmościowie przed oczyma zwykła mgła staje, taka znad jezior lub bagna podnosząca się. A przecież magiki różne mgły robią. Jedne kwasem wyżerają wszystko, inne ogniem żywym palą. Nie dziw więc, że kompani wystraszyli się byli, boć to obcy świat przeca, to i mgła może jakaś dziwaczna być.

Skryli się więc bohatyjerowie nasi za przełęczą. A że niziołek głodny się poczuł, to po owoce ruszył, te srebrne, słonawe co jeść je można było bez żadnych rewelacji żołądkowych. I o mało życiem tego nie przypłacił. Na głaz się wspiął, bo owoców z brzega kolczastego lasu nie było. Głaz wielki na trzech chłopa, długi na piętnastu i szeroki na dziesięciu. I jak niziołek owoce zrywał, to głaz się ruszył. Ot, hopsnął sobie do przodu troszkę. Bo to nie był żaden kamień, ni skała, ino istota żywa, co też się owocami raczyła.

Szczęściem złych ona zamiarów nie miała, ot żerowała sobie na srebrzysto-owocowych krzakach i świat zewnętrzny jej nic a nic nie obchodził. Toteż elf mógł spokojnie niziołka wydobyć, któren się w kolce wpakował i ruszyć nie mógł. Poza zadrapaniami nic mu się nie stało. Owoce zebrane zostały, kompanija pobiesiadowała i znowu na przełęcz ruszyła.

A tam mgła.

Co było robić? Nie kwapiło się w mgłę iść, ale trzeba było. Pierwszy czarodziej… i nic mu się złego nie stało. Toteż cała kompanija ruszyła.

Po godzinki połowie zejścia stromego do wioski, nagle kamienie zaczęły na nich lecieć. Znikąd zdałoby się, znaczy rzucających widać nie było. A mgła gęsta – na dwadzieścia kroków ino kształta rozróżnić się dały.

Jasnym się okazało, że to bezgłowce komitet powitalny tu zrobiły. No i za radą elfa ekipa się wycofała, bo przeciwników nie widzieli, a kamienie leciały.

A mgła nie ustępowała. Czekali.

Czekali.

I czekali.

Aż wreszcie Martin wymyślił, że się kształtem do bezgłowca upodobni i języków magicznie się nauczywszy negocjować pójdzie. I tak też zrobił.

Znalazł bezgłowców dwóch i gadać do nich począł. Ale coś chyba nie tak z czarem do gadania poszło, bo nijak nie kumali mowy jego. A do osady puścić nie chcieli. Cóż było robić? Z pomocą psa wyczarowanego czarodziej ubił obu – i ruszył dalej.

Do wioski w chwilę później wszedł. Tam chatę największą znalazł, a przed nią siedziska ustawione. I mu się narada szamana, w pamiętniku opisywana, przypomniała. Nie wiedząc, że językiem ichnim nie gada do ziemianki wejść próbował. Przez tunel mały, w którym skulić się musiał. I zobaczył szamana i sześciu podwładnych jego. Więc zagadał do nich przyjaźnie, nie świadom, że i tak go pojąć nie mogą. Potem ogniem z nimi chciał po negocjować. A potem…

Zobaczył wszystkie gwiazdy.

A kompanija czekała na przełęczy. I czekała. A Antoś Migdał nie wracał… Że co? Nie, nie wyjeżdżam tu z żadnym Antosiem, tak tylko mi się sentencyja ze sztuki jednej przypomniała, tom ją wplótł zręcznie. O wypraszam sobie, jak to ,,niezręcznie”. Waszmość kultury trochę się doucz i po teatrach chodzić zacznij, a nie ino po wyszynkach i zamtuzach, to waść wiedział będziesz kto zacz Antoś Migdał. Dyć to postać główna z dramatów naszego wieszcza największego, a waść nie znasz? Toż to obraza dla ojczyzny naszej. A idźże , idz… Uff, jak ja nie lubię takich nadętych szlachciurów, co myślą, że wszystkie rozumy pozjadali, bo pomiędzy postrzyżynami, a cnoty stratą do szkółki niedzielnej chodzili. A ten wyglądał mi na takiego, co ledwie trzy niedziele na nauki pochodził. Lepiej się stało, że poszedł sobie.

A po prawdzie, to poeta ów, co Antosia Migdała wymyślił, to ani sławny, ani jego sztuki znane, ale ja niekulturalnych słuchaczy nie ścierpię, co mi wątek zrywają… I tego ten… O czym to ja… Ach, już żem se przypomniał.

Wreszcie trójka pozostała za czarodziejem wyruszyć postanowiła. I do wioski, we mgłę zleźli.

Tam, przed chatą szamana narada jakaś trwała, a po środku, między bezgłowcami nieprzytomny czarodziej leżał. Trzeba go było odbić!

To też zrobili. Szaman przez paru bezgłowców do chałupy zaciągnion został, a tym czterem, co zostali kompanija odpór dała. I Martina uratowali. Sam niziołek z procy dwóch położył, Amber jednego laską zdzieliła, a elf czwartego wręcz położył – choć ten go ranić zdążył.

I wtedy zagrał bęben. W chacie szamana. To i się wraz kilkanaście bezgłowych zleciało. I kamieniami poczęło rzucać. Amber mgłę gęstszą dla ochrony przywołała, ale omdlała przy tym. To ją do wejścia do szamańskiej chaty przyciągnęli, gdzie już Martin ocucon do siebie dochodził. Elf do chaty wejść próbował, ale wejście długie i ciasne, a na drugim końcu bezgłowcy z pałami się przyczaili. Jednego elf położył, ale w ramię maczugą ranion łuk musiał odłożyć i rejterować stamtąd.

W tym samym czasie błyski dziwne kompani posłyszeli. A potem głosem ludzkim słowo niecenzuralne wykrzyczane, którym krzyczący znać dawał co o matkach wrogów swoich sądzi. I pojęli bohaterowie nasi, że to czarownik, pamiętnika twórca i właściciel. Żyw najwyraźniej.

Tymczasem przed chatą tłumek sie zebrał. Mgła przez driudkę przywołana rozwiewać się poczęła i wraz kamienie zaczęły lecieć. Siniaków się nabawili kompani wielu, ale najgorzej na elfa trafiło, co prosto w czoło dostał i zemdlon padł. Martin czar rzucić ochronny próbował, i zadziałało, i to jak! Kamienie zaczęły się od niego z podwojonym impetem odbijać i wkrótce rzucanie ustało. Nieszczęśliwie jednak ta sama chaotyczna magia co czar wzmocniła, sprawiła, że świecić czarodziej począł, niby to słoneczko na niebie, patrzeć się nie dało. A i on sam oczu otworzyć nie mógł.

Znowu poblaski dziwne niebo rozświetliły i paru bezgłowców w tamtą stronę pobieżało. I wykorzystał to niziołek. Goeyl’drin nieprzytomny leżał, Amber za czarodziejem, jak za tarczą się chowała.

I znalazł niziołek drugie z osady wyjście, gdzie bezgłowce kamienie ciskały w kogoś, kto na skalnej półce stał. Dwóch Kal położył, a dzieła gryf z piekła rodem dokończył, co z nieba zleciał. Pobiegł więc niziołek zgadując, że gryf ten magią przez czarownika był przywołan. Ale się i od niego – kształtu nie odróżniając – czarownik ścianą ognia odgrodził. I omdlał.

Gryf za to szalał dalej. Bezgłowce się przed nim pochowały i trójka pozostała do niziołka dołączyć mogła. Czarownika ocucili i za jego radą w góry zbieżali.

Tam kryjówkę Gaspara – bo tak się zwał ten czarodziej – znaleźli i wreszcie odpocząć mogli. A pytań dużo mieli.

Gaspar opowiedział im jak sukkuba sprowadził dla spraw własnych załatwienia. I jak żałował, że od razu jej nie odesłał, ino się zakochał – co pewnie Rianna (którą kompani jako Arienne znali) swymi urokami sprawiła. No i jak zdradziła go, czujność jego wprzódy usypiając. I wysłała go tutaj.

Dalej kompani znali już historyję z pamiętnika. Aż do momentu, gdy czarodziej do wioski po kryształ wyruszył. I pojman został. Miesiąc przesiedział w niewoli, aż nocy którejś uciekł – tylko że w drugą z wioski stronę i nijak do swej bazy w jaskini, gdzie się pamiętnik ostał, wrócić nie mógł.

Trzy razy próbował wioskę atakować i za każdym razem jego własna magia go powalała. Kompani więc zaoferowali, że mu pomogą, jeśli do zwykłego świata powrócić im pomoże i się z sukkubą sprawić. Gaspar przystał na to chętnie, boć też miał z bestyją porachunki. Stwierdził jeno, że spieszyć się trzeba. I pokazał im dlaczego. Okazało się, że ten świat to nie świat, ino wyspa w różowej przestrzeni zawieszona. I to taka nie większa, niźli Jezioro Książęce, co nad nim Carril, stolica nasza, leży. I pokazał im drugą taką wyspę, co na kurs kolizyjny szła. Zderzenie wkrótce nastąpić miało, potężne i dla kompaniji zgubne zapewne – bo druga wyspa większą była.

Odpoczęli więc kompani i rany im się zabliźniły – w tamtym świecie gojenie szybciej przychodziło. I do wsi ruszyli. Po kryształ. Uradzili, co Martin znowu się w bezgłowca zmieni i na gryfie poleci, prosto do ziemianki, w której grota z kryształem ukryta była. Reszta zaś do wioski piechotą przebić się miała, pod mgły osłoną.

Martin do ziemianki wszedł i do pomocy psy dwa przywołał. Kapryśna magia z jednego bestyję ogromną i wściekłą zrobiła, za to drugi chuderlawy się pojawił i mizerny. Jeden jednakowoż wystarczył. Dwóch bezgłowców położywszy przy wejściu, a potem dwóch jeszcze na schodach w skale wykutych, czarodziej w jaskinię się zagłębił i kryształ odnalazł.

Reszta kompaniji z czarodziejem Gasparem bez kłopotów do wioski weszła, nikogusieńko nie spotykając, bo cały czas gryf piekielny latał nad osadą i mieszkańców straszył.

I znaleźli Martina – w bezgłowca postaci, ale z dużym kawałkiem kryształu w rękach, po tym go poznali – przed wejściem do ziemianki co grotę kryła. A od Gaspara wiedzieli, że najlepiej by było, gdyby portal powrotny w tej samej jaskini, w której ich tu wyrzuciło, otworzyć. Czekała ich więc droga do jaskini. Kal, Amber, Goeyl’drin i Gaspar. I Martin, wciąż w bezgłowca postaci.