home

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Zbiegła więc nasza kompanija z wioski bezgłowców, z kawałkiem różowego kryształu. Autochtoni gonili ich trochę, ale magia Martina i Gaspara ich powstrzymała – ten pierwszy potwornego jastrzębia przywołał, co wielki niby człowiek, dzięki chaotycznej magii się zjawił, ten drugi błyskawicą straszliwą wrogów poraził, co od jednego do drugiego skakała gromem ich rażąc.

home

Nie niepokojeni dotarli po dwóch godzinach marszu do jaskini, gdzie przygotowania do otwarcia portalu zaczęli. Martin pod okiem Gaspara proszek magiczny przygotował, a sam Gaspar runami i pentagramami ściany jaskini obmalował. W rytuale otwarcia wszyscy udział wzięli – Gaspar, kryształ trzymając inkantacje wypowiadał, zaś pozostali za łączników z magicznymi rysunkami posłużyli. I wczas sam portal się otworzył, choć niziołek Kal dwa razy ten ludzki łańcuch zerwał (co nim magiczna energia od Gaspara do portalu płynęła), bo trząść się zaczęło, widać wyspa latająca z tą drugą już się zderzać poczęła.

I wskoczyli w portal. I wylądowali. W wojskowym namiocie. Portal eksplodował i namiot im na głowy zawalił. A gdy się wykaraskali, to w jeńce ich wzięto – okazało się bowiem, że w samym środku obozu królewskich kuszników wylądowali. Sierżant dryblasowaty i po ospie dziobaty związać ich kazał i w namiocie zamknąć, gdzie na powrót dowódcy czekać mieli.

Dniem i nocą pilnowani kompani nasi radzili jakby tu uciec. Ale się nie dało. Zdziwili się za to, gdy wojacy im posiłek przynieśli – bo jednego z nich już znali, choć on ich nie rozpoznał – a znali go z zamku opanowanego przez sukkuba, gdzie wojak nieomal oskalpowany był i ciężko rannemu życie uratowali. A tu po ranie ani śladu, i wojak ich nie poznaje…

I wtedy wpadli na pomysł, że w innym czasie ich wyrzuciło, jeszcze przed walką z sukkubem na zamku. I zanim królewscy kusznicy na zamku wymordowani zostali. Gaspar przyznał, że może tak być; wszak wszyscy aktywny udział w otwieraniu portalu brali. I wyrzuciło ich pomiędzy czasem, kiedy Gaspara sukkuba pod różowe niebo wysłała, a czasem, gdy kompanija tam została wessana. Nie wiedzieli jeszcze dokładnie kiedy, no i gdzie do normalnego świata wrócili. Ale i to się wkrótce wyjaśniło. Na spotkaniu z oficyjerem.

A pana porucznik dopiero drugiego dnia ich przyjął. I rozpoznał, bo ich wczoraj widział na polowaniu. Wczoraj? Znaczyło to, że gdy rozmawiali, to był 4 października, dzień przed tym jak z zamku wyjechali potwora po lesie szukać, a cztery dni przed tym jak ich sukkuba w zaświaty wyprawiła.

Porucznik z początku brał ich za szpiegów garlandzkich, co magicznymi sztuczkami się posługują. Gaspar miał i na to radę. Zażądał swego pierścienia (który kompani znaleźli razem z pamiętnikiem), za wielmożę się podając i konsekwencjami grożąc. Porucznik przystał na to, nie wiedząc, że ów pierścień magiczny był i moc rzucenia uroku miał. No i znalazł się pan porucznik w czarodzieja mocy.

Długo potem radzili kompani z Gasparem co robić. Martin bał się straszliwie, że jeśli sukkuba zabiją zanim on ich pod różowe niebo wyśle to on sam i kompanija cała zniknie, a Gaspar wróci do tego dziwnego świata z którego był uwolnion – bo wszak nie będzie miał mu kto w ucieczce dopomóc. Zwyciężyła jednak rozsądna część, za którą Gaspar, Kal i Amber optowali – zaatakować Arienne teraz, zanim jeszcze cały zamek w swej mocy mieć będzie, w ten sposób życie mieszkańcom i kusznikom ratując – od śmierci i opętania ich chroniąc. Elf też optował za tym rozwiązaniem, z innych z deczka powodów – z zemsty mianowicie. Wreszcie przekonali Martina.

Dalej poszło gładko. Bohaterowie nasi swój ekwipunek odzyskali, dozbroili się i rankiem ruszyli do zamku de Agostinich, który jak się okazało ledwie o parę godzin drogi był od obozu. Dotarli tam kole południa i porucznik – Gaspara polecenia wykonując – z hrabią miał się spotkać by Arienne o szpiegostwo oskarżyć i kazać ją w lochu zamknąć.

Wcześniej jednak Arienne, która wszak Gaspara znała, Calahana na drużynę nasłała, a ten czarodzieja aresztować kazał, ze niby nekromanta listami gończymi poszukiwany. I tak się stało.

Co mieli robić kompani? Jak nic trzeba im było Gaspara uwolnić. Na szczęście pamiętali o przejściu tajemnym do lochów, którym wcześniej (a właściwie później) sie na zamek dostali. poszli więc nim, wyczekując momentu gdy nikt przejścia nie pilnował i uwolnili czarodzieja. Ten zaś z Martinem uradził, że drużyna najpierw sukkuba znajdzie, a potem on z lochu ucieknie – by ktoś postronny nie mógł go zauważyć.

No i naszli sukkuba, co właśnie się w starej jadalni z Calahanem naradzała. Kal zbiegł szybko do loszku i znak dał Gasparowi. Ten tylko na to czekał, ciemność magiczną przywołał i pomiędzy strażnikami uciekł. I zaatakowali Arienne. Magią i konfesjonalnie. Gaspar psa piekielnego, cerberusa ogniem ziejącego przywołał, który Calahana powalił i przypiekł mocno, Goeyl’drin zemsty dokonując dorżnął dowódcę straży. Gaspar sukkuba w sam czas magicznie unieruchomił, potem zaś czarami przypalił, do czego się także Martin dołączył.

I wtedy… świat zawirował, gdy Arienne ducha wyzionęła. To znaczy gdy jej dusza do otchłani wróciła. Zniknęli kompani ze świata naszego. W nicość… ale nie na zawsze. Wrócili dokładnie w tym czasie i miejscu, gdzie brama przez sukkuba otwarta ich wessała. To znaczy ósmego października, wczesnym popołudniem.

I czekał na nich Gaspar. Uśmiechnięty, wino popijając czarodziej przywitał ich miło, widać się na zamku zadomowił. Sprawę całą kompanom objaśnił – jak to z porucznikiem wszystko hrabiemu i hrabinie Natalii wyjaśnili. Hrabiostwo całkiem wdzięczni byli, a Natalia, która zupełnie odżyła, wyrwana spod wpływu demonicy, w szczególności. I wdzięczność ta się zmaterializowała, w postaci 200 złotych koron (bez podatku, co Natalia wyperswadowała poborcy zamkowemu).

Kompani odpoczęli i dwa dni jeszcze na zamku się bawili, posiłki sute jadając i obficie winem popijając. Dostali też list od Natalii dla Gordona, szefa Bractwa w Bouvetcie. I ruszyli do miasta, by w umówionej karczmie ,,Pod Czarnym Lisem” z kontaktem swoim się spotkać.

List został przekazany, a bohaterowie za poleceniem łącznika z jednym z rezydentów Bractwa się spotkali. Zwał się on Simon, prowadził zakład rymarsko-kuśnierski na mieście – ale to była tylko przykrywka. Simon był bowiem całkiem ważną w Bractwie figurą, na medalionie, który pod chałatem nosił trzy diamenciki w gronach się iskrzyły i zwierzchność mu nad kompaniją była dana.

Bohaterowie nasi mieli czas na wypoczynek i dla siebie, bo zadania żadnego do wypełnienia nie było. Podjęli więc szkolenia, by lepiej w swoich profesjach się sprawiać. I tak Kal przez samego Simona był szkolony w sztukach złodziejskich. Elf Goeyl’drin na nauki do Eryka Passagalen trafił, gdzie we władaniu mieczem i łukiem się doskonalił. Amber trafiła do druida Hasperusa, który swą siedzibę miał daleko za miastem – co zresztą jej na rękę było, bo nie lubiła miejskiego gwaru i brudu. Martin sam znalazł sobie nauczyciela – Gaspar także się w mieście zatrzymał, a ponieważ przyobiecał to wcześniej, to jedynie za skromne utrzymanie młodego adepta podszkolił.

Mieszkali bohaterowie nasi na kwaterze, naprzeciw gospody ,,Pod czarnym lisem”, gdzie się stołowali. Kwatera była przez bractwo opłacana, i choć nie było luksusów (zwykła kamienica, w której biedota raczej mieszkała po społu z typkami różnego autoramentu), to było dość spokojnie – jeśli nie liczyć popijaw urządzanych przez trzech żaków z sąsiedztwa i krzyków pani Ondrei, ladacznicy, która na tymże samym piętrze mieszkała.

I tak się złożyło, że w piątek, dnia 26 października, 664-go roku, wczesnym popołudniem, gdy niezbyt ciepłe październikowe słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, spożywali właśnie obiad w karczmie ,,Pod czarnym lisem”. Kal, Amber i Goeyl’drin zastanawiali się co począć z wolnym wieczorem. Dla elfa był to pierwszy dzień po zakończeniu szkolenia, Amber nad ranem wróciła do miasta z terminu u mistrza Hasperusa. Kal już od paru dni miał wolne i nudziło mu się strasznie. Czarodzieja Martina, nie było z nimi, gdyż razem ze swoim nauczycielem dzień wcześniej za miasto wyjechał, by kilka czarów poćwiczyć z dala od oczu wścibskich mieszczuchów.

I wtedy… w to spokojne aż do nudy popołudnie, gdy po obiedzie człowiek jest leniwy tak, że nawet muchy łażącej po brzegu puchara z winem nie chce się zabić, właśnie wtedy stanął w drzwiach nieoczekiwany gość. Nieoczekiwany, aczkolwiek znajomy…