bigcity

Zabawa i dziwne zajścia na zamku

Tak, moi waćpanowie, z kuglarzami, to uważać trzeba, bo oni zazwyczaj w bandach, w zmowie z doliniarzami pracują. Oglądasz sobie spokojnie waćpan występy, a tu ci oprych sakiewkę cap-carap i złotka nie ma.

bigcity

Wystrzegać się zatem należy występów takich, szczególnie jak sztukmistrze na rynku, albo placu targowym występują, bo pewnikiem w koło się kilku jegomościów kręci co na gapiów sakiewki dybie… A im piękniejszy występ, tym pewniejsza strata, boć to wszyscy z rozdziawionymi gębami sztuczki czarodziejskie oglądają, i koń musiałby ich chyba trącić, co by się ockli.

No dobrze, ale wróćma do naszej historyi. Com przed wieczerzą powiedział po krótkiemu tera przypomnę. Jechała więc nasza kompanija samoczwór wozem kuglarskim do zamku de Agostinich, i stajanie im w znajomej karczmie ,,Pod Złotozębym Jesiotrem” wypadło, w Komarowie. Tamże się na noc zatrzymali. Sven z Kalem w kości porżnęli ze strażnikami do nocy, a Martin też porżnął, tyle że co innego, a raczej kogo innego. No, nie ma się co rumienić, mościapanno, wszak chędożenie to ludzka rzecz i tylko dewoty stare, co cięgiem do świątyń chodzą (bo im nikt dogodzić nie chce) na takie rzeczy powinny się obruszać. A to przecież normalna sprawa, w podróży często się zdarza, ale uważać trzeba, co by jakiegoś syfa nie złapać – radzę waćpanom tylko czyste i bogate dziewki brać, boć widzę, że towarzystwo tutaj kupieckie i szlacheckie głównie. Lepiej dać takiej białogłowie trzy razy więcej, niż potem dziesięciokroć na medykamenta różne wydać… A i wybierać tylko takie czyste i pachnące.

Tak, różnego tałatajstwa się po drogach i gospodach kręci. Radzę więc uważać z kim do łoża się idzie. Najpewniejsze są elfki, a za nimi połelfki, bo są na większość wstydliwych chorób odporne i zarazić sie nie można. Nie przepadam za starym ludem, co waćpanowie już wykoncypować mogli, ale w tym zawodzie pierwszeństwo im przypada. Znałem ja taką jedną, mistrzynię prawdziwą. I nic dziwnego, boć duuużo czasu na trening miała, i pra-pra-prababką moją mogłaby być. Aeleira na imię jej było, język można sobie połamać imię to wypowiadając, ale to nic w porównaniu z tym co ona języczkiem swoim potrafiła… No, ale odbiegamy od tematu.

Martin zwiedziony został przez piękną, rudo-brąz włosą kobietę, która również zadowolić umiała, a przy tym nienasycona była i do świtu bladego ,,zapasy” z czarodziejem uprawiała. Sven w międzyczasie złodziejaszka w swym pokoju złapał, co cuchnącą jakąś materię miał na obronę. Szczęściem złodziej niczego nie ukradł. Z rana kompanija do zamku ruszyła, nie bacząc, że się syn karczmarza, nieszczęśliwie zakochany powiesił, zresztą i sam gospodarz chyba za bardzo nie żałował. Dotarli nasi bohaterowie do wsi Kolcze Sioło popołudniem i na obiad w gospodzie stanęli, gdzie ich wieści o morderstwie starego leśniczego doszły, a potem do zamku ruszyli. Tam przez szambelana, Flavio Sandsona przyjęci zostali i w baraku gwardii zamkowej zakwaterowani. Pierwszego dnia odpoczęli ino po podróży i z marszałkiem dworu, Karolem Orbanem wstępnie występy ugadali.

Na zamku byli już wszyscy goście. Pięć rodzin szlacheckich, gospodarzy wliczając. Tak więc hrabia Hieronim i hrabina Natalia z de Agostinich, gospodarze, hrabia Hadder, którego już wcześniej spotkali, bez rodziny, za to z pokojówką, którą co noc zawzięcie chędożył. Był też hrabia Martin Amster z żoną Renate i synem Warrickiem. Bylo hrabiostwo St. Jones, Kaspar i Julietta, oraz syn ich Kevin. No i był dobry Goeyl’drina znajomy, baron Connor z synem Paulem i córką Lorettą, co młodemu St.Jonesowi przeznaczona była.

Z innych gości wspomnieć należy półelfiego kupca Salvadora Mavena, Richarda Omeroda, również kupca opasłego straszliwie, generała na emeryturze Wilhelma Gormana, Katanio Ascortiego, burmistrza Yarnal, oraz krasnoludzkich jubilerów, braci Craven.

Drugiego dnia kompanija przygotowania do występów zaczęła. Sven stał się ,,obiektem pożądania” pewnej dwórki, Klary, o długich blond włosach, zaś całej kompaniji dogryzał bard hrabiostwa Alistair Hogward. Spotkała się też drużyna z Calahanem, dowódcą straży zamkowej – niezbyt miłym oficyjerem. Widzieli też przelotnie hrabinę Natalię, z je dwórką Arienne, która się okazała tą samą kobietą co dwie noce wcześniej Martina wychędożyła.

Występy przebiegły ku zadowoleniu gości, hrabia w nagrodę przekwaterować sztukmistrzy do zamku nakazał. W nocy, przenosząc swoje manele kompani zobaczyli jeźdźca w czerni, co do hrabiego przyjechał. Noc minęła spokojnie, jeśli nie liczyć hałasów biesiadników i opojów i dziwnego zgrzytania na dachu.

Rankiem trzeciego dnia na zamku elf przez hrabiego de Agostini poproszony został i z baronem Connorem twarzą w twarz stanął. Baron szczęśliwie chyba nie był pewnym, że Goeyl’drin mu syna zabił i żadnych działań ,,w majestacie” podewziąć nie mógł. Ale zagiął parol na elfa i się z tym nie krył.

Potem z hrabiną się Martin i Sven spotkali, ale dziwnie się zachowywała na początku. Symbol bractwa jednak poznała i list odebrała. Powiedziała, że odpowiedź przygotuje, ale pierwej musi się dowiedzieć co to za gość w nocy hrabiego nawiedził. I się na wieczorne spotkanie umówiła. Tegoż samego dnia astrolog zamkowy, Francois Labreu kompanów naszedł i kosmyki włosów zabrał, bo podobno hrabia horoskopy uwielbia stawiać osobom spotkanym.

Przygotowując się do występu kompani się kolejnych plotek nasłuchali – o młodym hrabim Warricku Amsterze, co po nocy nago biegał po zamku, o Myśliwym Hugonie co z wojskiem poszedł do lasu potwora szukać, o burmistrzu Ascortim co kosza od Arienne dostał. I kilku innych, o których wspominać nie warto.

Występy przebiegły spokojnie, choć scysja pomiędzy krasnoludami a półelfim kupcem Mavenem była. Na koniec zaś rozniosło się, że młody hrabia St. Jones u jakiejś dwórki w łożu znaleziony został (pobiły się zresztą o niego dwie panny), no i baron Connor natychmiast zerwał zaręczyny swej córki Loretty z rzeczonym młodzikiem. Zwróciło jednak uwagę wszystkich, że astrolog Francois głównie z baronem własnie rozmawiał.

W nocy hrabina nie stawiła się na spotkanie, mimo iż Martin długo na nią czekał. Spotkał za to Calahana, dowódcę straży, który niemiłymi słowy odesłał go do komnaty. Tejże nocy Sven, od dwórki Klary wracający młodego Warricka Amstera spotkał, co jak lunatyk, półnagi łaził jakiejś niewiasty szukając, opisać jej jednak nie potrafił. Potem w nocy zbudziły wszystkich krzyki w sąsiednim pokoju – tamże Orian McCormick, przyboczny hrabiego Haddera zwariował – zupełnie osiwiały siedział i gaworzył jak dziecię dwuletnie. Martinowi zdało się, że widział hrabinę Natialię z tego pokoju wychodzącą chwilę wcześniej… Ale potem tylko ciemny kształt na dachu widział.

Kolejnego dnia goście wszyscy na polowanie ruszyli. Kompanom nie w smak było polować, więc się orszaku hrabiny Natalii uczepili, co by z nią pogadać. Po drodze rozjuszonego jelenia ubili, którego poroże generał Connor od nich odkupił. Z hrabiną porozmawiać zdążyli ale krótko, bo się oficer Calahan wmieszał i do zamku odesłał. Wracający napadnięci przez tajemniczego łucznika zostali, celem którego Goeyl’drin był, ale się i Martinowi dostało. Potem jeszcze odyniec na nich wyskoczył, przez orszak hrabiego Hadera rozjuszony – Sven z elfem ubili go, ale ten pierwszy pęknięciem rzepki w kolanie to przypłacił.

Po polowaniu zawody jeszcze urządzono, ale poturbowana kompanija ani w pogoni za lisem, ani w łuczniczym konkursie nie chciała wystąpić. Wieczorem też występów odmówiła, co goście z żalem przyjęli. I tak udał się Sven do dwórki Klary kurować, a Martin sobie pokojówkę, co jej Gabriela na imię było przygruchał. Nie za długo jednak sobie poużywali, oj nie za długo…

* * *

Martin szedł powoli galeryjka na drugim piętrze nad dziedzińcem. Zamek już niemal spał – z dołu dochodziły jeszcze odgłosy kuchennej krzątaniny. I stłumione krzyki jakiegoś pijanego gościa – to chyba chirurga, Stanislausa. Zaraz jednak ucichły. Czarodziej był niepocieszony. Bolała go noga, postrzelona z łuku przez tajemniczego asasyna. Jakby tego było mało pokojówka, którą uwiódł wieczorem zasnęła pijana w sztok zaledwie po jednym razie. A potem przyszła jej współlokatorka – obrzydliwa i gruba, jedna z zamkowych kucharek. Wolał więc wrócić do swojej komnaty – spacer nocnymi, ciemnymi i cichymi korytarzami wydał się milszą perspektywą niż przygniecenie przez stu kilowe cielsko podpitej, cuchnącej rybą baby. Martin zszedł z galeryjki w korytarz do komnaty, którą hrabia de Agostini łaskawie oddał do dyspozycji ,,sztukmistrzom”. W głębi usłyszał rytmiczne dźwięki, jakby stukanie. Kroki kuśtykającego człowieka. Wychodząc zza zakrętu korytarza zobaczył Svena, ciągnącego niemal za sobą lewą nogę. Sven odwrócił się usłyszawszy go.
– O widzę, ze się nie powiodło? – zagaił.
– Ano nie bardzo. Niewiasta mi się zalała w trupa, a nekrofilem nie jestem. A jakbyś zobaczył jej współlokatorkę, to też byś uciekł. A ty, tak wcześnie od tej blondwłosej piękności?
– No… Martin uśmiechnął się. Wskazał na nogę, Svena, którą ten trzymał sztucznie jakby wyprostowaną.
– To przez to? – zapytał.
– Acha…
– Co, źle się chędoży ze strzaskanym kolanem?
– No nie najlepiej, szczególnie na zbyt miękkim łóżku.
– Nawet na jeźdźca?
– Nawet…
Martin ze zrozumieniem pokiwał głową.
– A potem i tak zawołali Klarę do hrabiny Amster. Stare babsko ubzdurało sobie, że zaśnie tylko gdy Klara będzie czytać jej ,,do poduszki”. Od niej samej jednaj wiem, że chyba nie tylko o czytanie chodzi…
– Tfu, nawet nie kończ – czarodziej splunął z odrazą. Wyobraził sobie grubą i obleśną hrabinę z blondwłosą Klarą… Dwórka nie była w jego typie, ale mimo wszystko… Popatrzyli jeszcze na siebie obaj, po czym bez słowa skierowali do wspólnej komnaty… Drzwi były zamknięte, więc Sven zapukał parę razy. Po chwili otworzył im zaspany i marudzący niziołek. Według Svena zdecydowanie zbyt długo to trwało, gdyż na przywitanie przyłożył Kalowi w głowę otwartą dłonią.
– No co, no co – wzburzył się Kal. I ziewnął.
– Szybciej przebieraj nóżkami, matołku.
– Spałem już…
– To źle – włączył się Martin. – następnym razem nie śpij, dopóki nie wrócimy.
– Następnym razem zatkam sobie uszy, choćby chlebem. I będziecie mogli sobie walić do rana. W drzwi, ma się rozumieć… Sven zamierzył się na niego znowu, ale tym razem Kal był szybszy i uchylił się. Próbował jeszcze odskoczyć na większą odległość, ale w tym momencie pośliznął się na czymś i upadł. Tym przedmiotem był leżący na podłodze kawałek pergaminu.
– Ciszej tam, do kurwy nędzy. – odezwał się Goeyl’drin ze swojego łóżka. Najwyraźniej też został wybudzony ze swojej medytacji ,,pukaniem” Svena.
– Ciekawe, co to… – Martin pochylił się nad leżącym u jego stóp pergaminem. Była to złożona na pół kartka.
– List? – zapytał Sven. Wzrokiem wodził jednak za niziołkiem, który odbiegł w głąb pokoju, gdzie w panującym tam mroku zaczął wdrapywać się na wielką, bogato rzeźbioną szafę.
– Chyba tak – odpowiedział Martin. – Od kobiety – dodał po chwili, pociągnąwszy parę razy nosem. – wyraźnie czuję perfumy…
– Ciekawe której… – zapytał wojownik.
– Poszlibyście już spać. – marudził elf.
– Czekaj. A ty Martin czytaj.
– Światło. Potrzebuję światła.
Sven wszedł do pokoju, wziął świecę ze stołu, po czym wyszedł na korytarz i odpalił ją od jednej z pochodni. Razem z Martinem weszli do komnaty, zamykając za sobą drzwi. Kal siedząc na szafie usiłował się wychylić by dojrzeć cokolwiek, Goeyl’drin siadł na łóżku. Martin rozsiadł się na krześle przy stołem, na którym Sven postawił świecę. Przez chwilę wodził wzrokiem po pergaminie.
– No już, czytaj. – ponaglił go Sven.
– Dobra, czy zła wiadomość? – zapytał elf.
– To od hrabiny? – zainteresował się z szafy niziołek.
Martin westchnął.
– No dobra. Słuchajcie…